Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
poniedziałek, 03 czerwca 2013

W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z Marcinem Świetlickim – poetą, prozaikiem (ubiegłorocznym zdobywcą Nagrody Poetyckiej Silesius),  i wokalistą zespołu „Świetliki”.

 

W majowym plenerze, na tarasie nowej siedziby Galerii Miejskiej w Parku Strzeleckim promował on swoją nową książkę poetycką pt. „Jeden“ , odpytywany na tę okoliczność ze swojego życiorysu przez Irka Grina i Miłosza Onaka. Zaś później na scenie obok dał klimatyczny koncert zespół Świetliki w składzie: Marcin Świetlicki – vocal, Grzegorz Dyduch – bas, Tomasz Radziszewski – gitara, Michał Wandzilak – piano. Z powodzeniem udowadniając, że Świetliki nie są normalnym zespołem, co wynika również z zamieszczonego poniżej wywiadu z Grzegorzem Dyduchem,  spiritus movens zespołu Świetliki.



Ostatni album Świetlików ukazał się osiem lat temu. Dla normalnego zespołu to właściwie oznacza medialną śmierć. Wy jednak przetrwaliście. Co Was utrzymało przy życiu?
- Post i modlitwa. Ponadto wódka, papierosy, trochę aktywności fizycznej (w tym aktywność płciowa) i nadzieja. Po drugie, nie jesteśmy normalnym zespołem. Po trzecie, nagrywanie płyt nie jest gwarantem istnienia. I bez tego można żyć pięknie i godnie.

"Las Putas Melancolicas" z Bogusławem Lindą było chyba największym sukcesem komercyjnym Świetlików. Dlaczego nie poszliście za ciosem - i nie nagraliście zaraz po tym płyty z Cezarym Pazurą albo Małgorzatą Kożuchowską?
- Nagraliśmy płytę z panem Bogusławem nie dlatego, że jest aktorem znanym i popularnym, tylko dlatego, że jest naszym dobrym kolegą i bardzo dobrym aktorem. A koledze trzeba pomagać w karierze.


Ostatnio teksty Marcina śpiewa z kolei inny aktor - Arek Jakubik w swoim zespole Dr. Misio. Nie jesteście zazdrośni, że podarował mu coś lepszego niż Świetlikom?
- Nie jesteśmy zazdrośni. Rozsądny człowiek nie oddaje najlepszej sukni na dobroczynność, żeby potem samemu chodzić w łachmanach, lecz zachowuje w tej materii stosowny balans. Marcin jest rozsądny.

 

Marcin ostatnio przyznał otwarcie w jednym z wywiadów, że jest... obszczymurem. Nie martwił się Pan, że w końcu rzeczywiście zamieni się w kloszarda i nigdy nie napisze tekstów na tę nową płytę?
- Upraszczając nieco: "jestem obszczymurem" w wypadku Marcina oznacza przede wszystkim niechęć do współczesnych sposobów manifestowania statusu materialnego i modestię w zakresie potrzeb ekonomicznych. Poza tym, wywiad w gazecie to nie spowiedź, tylko wypowiedź artystyczna. Rydel też gatek pod spód nie wdziewał, co nie czyniło zeń włościanina pełną gębą. Kiedy arystokrata ducha stylizuje się nieco na kloszarda, wagabundę czy innego osobnika wykluczonego, to może być w tym walor artystyczny. Gorzej (i niestety znacznie częściej się to zdarza), kiedy przymuł, bałwan i półgłówek próbuje rżnąć tzw. intelektualistę. Dyzmów intelektu ci u nas zatrzęsienie - vide wszystkie szczeble władzy państwowej, media czy show-biznes.

 
Podobno majstrowaliście przez te osiem lat fonograficznego milczenia nowe utwory. No i teraz macie aż 130 minut premierowej muzyki. Co z tym zrobicie?
- Większość z tych ponad trzydziestu melodyjnych, wzruszających i pięknych pieśni powstała kilka miesięcy temu. Co z tym zrobimy? Wydanie tego na tradycyjnym nośniku CD z ładną okładką, nie wydaje się całkiem od rzeczy. A że tego dużo może naraz? To nie jest produkt - efekt badań fokusowych rynku czy nastawiona na pokupność obyczajowa lub kulturowa prowokacja, jak te wszystkie Marie Peszek etc. To jest dzieło artystyczne, organiczne, koherentne - a długie jest, bo tak nam daimonion podyktował. A że dużo nam podyktował - to trudno.

 
Ale dzisiaj młodzi ludzie odbierają muzykę inaczej niż osiem lat temu - nie słuchają całych albumów, ale robią sobie własne składanki z pojedynczych nagrań ściągniętych z netu na iPody. Nie wyjdziecie z tym potrójnym albumem na kompletnych dinozaurów?
- Odpowiem pytaniem: czy fakt, że każda potrawa zaraz po przeżuciu staje się amorficzną papką oznacza, że w takiej formie ma być serwowana na talerzu w wykwintnej restauracji? Niechże sobie młodzież wypala składanki, jakie sobie winszuje. Ale, że to zjawisko nagminne, nie znaczy, że mamy rezygnować z tak ważnej formy wypowiedzi, jaką jest tzw. płyta długogrająca. Równie dobrze można by wymagać od poetów, żeby dla wygody czytelnika wydawali pojedyncze wiersze a prozaicy poszczególne rozdziały powieści z osobna. A poza tym, intuicja podpowiada nam, że jest grupa słuchaczy, dla których w muzyce liczy się ambient, development i elan vital. I dla nich jest ta płyta. A że jakiś oligofreniczny modniś będzie nas miał za żywą skamielinę? Jego sprawa.

Z drugiej strony widać, że jakoś próbujecie iść z duchem czasu. Bo założyliście sobie Facebooka.
- Mamy konto na fejsbuku, nie żeby dokonywać regularnych aktów zbiorowego ekshibicjonizmu, tylko żeby się kontaktować z publicznością. A medium jak każde inne, równie dobrze moglibyśmy sobie zrobić świetlikową infolinię albo telemarketing.

Mnie najbardziej zaciekawiło Wasze hasło na tymże Facebooku: "Świetliki - zespół brutalnych doświadczeń". Cóż to za przeżycia go zainspirowały?
- Hasło jak hasło. Ładnie i tajemniczo brzmi. Skoro może być "Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce", to i "Zespół brutalnych doświadczeń" ujdzie. Jest w tym haśle element autoafirmacji i autoironii, a i jak widać - zagwozdka intelektualna też. Mogliśmy użyć innego, choćby: "Zapełniamy sale do 200 osób". Ale gdybyśmy napisali "Jesteśmy inteligentni i hojnie wyposażeni przez naturę" (notabene tak jest w istocie), też byłoby ładnie. A doświadczenia mamy, owszem.

 

Dwa lata temu do Świetlików dołączyła Zuzanna Iwańska na altówce. I mam wrażenie, że przez dźwięki tego instrumentu znosi Was w niektórych nowych utworach nieco w stronę Piwnicy pod Baranami.
- To chyba Pana znosi! Przypominam czytelnikom, że altówkę wymyślono zanim Piwnica pod Baranami rozbłysła blaskiem promienistym na firmamencie kultury i sztuki. Byłoby może konwencjonalnie, ale szlachetniej nieco, gdyby ten instrument kojarzył się Panu z seksem choćby.

Z seksem to w Waszym przypadku Pani Zuzanna może mi się jedynie kojarzyć. Całe szczęście mój zapał schładza Michał Wandzilak, którego zatrudniliście na klawisze. Bo dzięki jego grze pierwsza piosenka z nowej płyty, którą udostępniliście - "Zimna lala" - przywołuje chłodne brzmienia The Cure.
- Michał pracuje z nami, gdyż gra dobrze i pięknie, ma ładny instrument i pomaga nosić sprzęt starszym kolegom. A "Zimna lala" to pastisz New Order, prawdę mówiąc.

Z drugiej strony jednak, takie "Gotham", to wręcz porażający utwór: jak połączenie Joy Division i Swans, albo Variete i Siekiery. Skąd u Was nagle tyle takiej pierwotnej energii?
- Znów pana redaktora znosi. To, że z racji wyłącznie osobistej sympatii do pana , zapoznaliśmy go z drobnym fragmentem naszego nowego wydawnictwa, nie upoważnia pana do nieodpowiedzialnego szafowania porównaniami. Tyle samo w tej piosence Siekiery i Variete, ile Rabczewskiej Doroty i Bajora Michała.

 No bez żartów!
- Gdybym ja musiał opisać tę pieśń, rzekłbym: to utwór Pink Floyd w wykonaniu Einsturzende Neubauten. Ale i takie skojarzenie równie niewiele czytelniczkom i czytelnikom powie.

Podobno nowy materiał ma być podzielony na trzy części: depresyjną, opowiadającą o wychodzeniu z depresji i euforyczną. To teksty Marcina stworzyły ten wykres tak skrajnych emocji?
- Materiał jest podzielony dla wygody na trzy płyty. Wszystkie okrągłe z dziurką w środku. O czym mówią one razem i z osobna - niech sobie każdy posłucha i sam dośpiewa. Teksty i muzyka pięknie na tych płytach współbrzmią. A czy tworzą wykres jakiś i czy emocji, to naprawdę nie wiem.

Marcin wydał właśnie swój nowy tomik poetycki - "Jeden". Czy więcej dowiemy się o nim z tych wierszy, czy z tekstów do piosenek Świetlików?
- Jeśli można się dowiedzieć czegoś o autorze z jego dzieł, to z książki "Jeden" i płyty "Sromota" tyle samo się Państwo o Marcinie nie dowiecie. Narrator tu i tu - ten sam.

 

Rozmawiał: Paweł Gzyl  (Dziennik Polski)
Zdjęcia:  Paweł Topolski (Tarnow.pl)


02:37, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 czerwca 2013

Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu?

Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na budzącą się wiosnę. Odzyskana niecałą dekadę temu niepodległość dawała nadzieję i rodziła dumę, wciąż wymagała jednak ciężkiej pracy, czasem wydawało się – ponad siły. Kolejne rządy z trudnością radziły sobie z wyzwaniami, jakie stawiała im pozaborcza rzeczywistość. Pochodzący z Wierzchosławic Wincenty Witos, obecny w polityce już od wielu lat, w maju1926 roku po raz trzeci zostaje premierem. Wydaje się być „człowiekiem na ciężkie czasy” – pierwszy jego rząd przypada na okres wojny polsko-bolszewickiej, drugi boryka się z szalejącym kryzysem gospodarczym, opozycją narodowców(zdarzyło mu się być ranionym przez bojówki tej formacji) i rosnącymi w siłę piłsudczykami. Trzeci rząd Witosa powstaje dziesiątego maja1926 roku. Przetrwa zaledwie kilkadziesiąt…godzin.



W dniu powołania gazety drukują wywiad z premierem: „Niechże wreszcie Marszałek Piłsudski wyjdzie z ukrycia, niechże stworzy rząd, niech weźmie do współpracy wszystkie czynniki twórcze, którym dobro państwa leży na sercu. Jeśli tego nie zrobi, będzie się miało wrażenie, że nie zależy mu naprawdę na uporządkowaniu stosunków w państwie…”. W słowach Witosa odzwierciedla się klimat tamtych dni, napiętego oczekiwania na to, co zrobią piłsudczycy i czy w ogóle mają zamiar coś robić. Autorytet Piłsudskiego jest niepodważalny, murem stoi za nim część wojska i chyba wszyscy kombatanci Legionów. Poza tym, bezrobocie i bieda dają impuls ludziom do poparcia antyrządowych wystąpień. Witos miał w owym wywiadzie powiedzieć jeszcze coś, co uznano za warte „wycięcia”: „Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą... ja bym się nie wahał tego zrobić; jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to, zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą…”.Brzmi to na poły jak proroctwo, na poły jak zachęta.

Witos wiedział coś o szykowanym zamachu, który obali jego rząd? Coś musiało być na rzeczy, gdyż w ostatniej chwili władze postanowiły skonfiskować nakład Nowego Kuriera Codziennego, chociaż do gazety trafiła ocenzurowana wersja wywiadu z Witosem. Działać zaczęto jednak zbyt późno i duża część nakładu poszła w miasto. Tarnów w tym czasie, na początku lat 20. XX wieku, rozrastał się, przybywało mieszkańców. Wciąż jednak niezatarte zniszczenia wojenne i zacofanie we wszelkich dziedzinach życia nie pomagały ludziom w normalnym życiu. Nie istniały jeszcze wielkie zakłady przemysłowe, zatrudniające tysiące robotników. W Tarnowie dużym pracodawcą pozostawały Warsztaty Kolejowe. To tutaj zrodziło się zarzewie strajków, które wyprowadziły na ulice Tarnowa setki ludzi. „Z domu robotniczego przy ulicy Goldhammera wyruszył zorganizowany pochód robotniczy z czerwonymi sztandarami, transparentami z hasłami antyrządowymi, który zmierzał ku ulicy Wałowej, chcąc skierować się ku centrum miasta, być może pod gmach starostwa przy placu Sobieskiego. W przewidywaniu takiego rozwoju wypadków starosta Żułkiewicz i dowódca garnizonu tarnowskiego pułkownik Ehrbar postanowili przedsięwziąć energiczne działania, by nie dopuścić do powtórzenia się w Tarnowie wypadków krakowskich sprzed dwóch dni”– władze spodziewały się więc ,że napięta sytuacja może być brzemienna w skutki, zwłaszcza że wydarzenia miały swój precedens w innych miastach. Jakież to były energiczne działania?

 „Już o godz. 3.30 całą połać ul. Wałowej od rogu ul. Goldhammera do rogu ul. Senatorskiej oraz pl. Rybny obstawiono wojskiem i karabinami maszynowymi. Z góry już sprowadzono także nosze na rannych i zabitych. Wracający z wiecu ulicą Goldhammera zastali ulicę Wałową i pl. Rybny zamknięte kordonem policji i wojska”. Wydarzenia tego dnia zakończyły się tragicznie – zginęli ludzie. Przez kolejne dni starostwo ochraniali żołnierze, a całe miasto pozostawało pod czujnym okiem patroli.

Tak niepewna i napięta sytuacja towarzyszyła tarnowianom i całemu krajowi przez kolejne miesiące, aż do czasu pogodnych majowych dni, kiedy spełniły się przewidywania Wincentego Witosa. 12 maja1926 roku Piłsudski wyruszył do Warszawy ze swego domu w Sulejówku. Miał zamiar spotkać się z prezydentem Wojciechowskim i żądać od niego dymisji rządu Witosa. Głowy państwa nie było jednak w Belwederze. Poinformowany telefonicznie o rosnącym zagrożeniu, powraca ze Spały i już około godziny 17 spotyka się z Piłsudskim na… moście Poniatowskiego. Negocjacje nie trwały długo i zakończyły się fiaskiem.

 

 W spisanej później przez prezydenta notatce spotkanie miało błyskawiczny przebieg:„…po- witałem go (Piłsudskiego) słowami: stoję na straży honoru wojska polskiego - co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział - No, no! Tylko nie w ten sposób. –Strząsnąłem jego rękę i nie dopuszczając do dyskusji: - Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu – Dla mnie droga legalna zamknięta – wyminął mnie i skierował się do stojącego o kilka kroków za mną szeregu żołnierzy”. W ten sposób przesądzony został dalszy bieg zdarzeń – rząd Witosa został obalony, prezydent Wojciechowski złożył urząd. Wszystko to dokonało się na drodze bezprecedensowego w historii Polski puczu wojskowego, który nazywamy ładnie „przewrotem majowym”.

W wyniku tego „zamachu stanu” w Polsce powstał legalny rząd, powołany został prezydent, a władza „sanacji” przetrwała ponad dziesięć lat, aż do wybuchu II wojny światowej. I choć można być zwolennikiem Piłsudskiego, lub nie (to wciąż gorąca sporna kwestia), sanacyjny układ rządzący potrafił postawić Polskę na nogi, mając na to dziesięć lat.

Tarnowowi pozostał po tych czasach piękny spadek – Fabryka Związków Azotowych. Powstał jeden z najnowocześniejszych naówczas zakładów chemicznych w Europie. Cóż–wszystko jednak wskazuje na to, że i tej historii finał dopiszą akwizytorzy z  Wiejskiej.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


09:32, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -