Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS

LITERATURA

poniedziałek, 03 czerwca 2013

W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z Marcinem Świetlickim – poetą, prozaikiem (ubiegłorocznym zdobywcą Nagrody Poetyckiej Silesius),  i wokalistą zespołu „Świetliki”.

 

W majowym plenerze, na tarasie nowej siedziby Galerii Miejskiej w Parku Strzeleckim promował on swoją nową książkę poetycką pt. „Jeden“ , odpytywany na tę okoliczność ze swojego życiorysu przez Irka Grina i Miłosza Onaka. Zaś później na scenie obok dał klimatyczny koncert zespół Świetliki w składzie: Marcin Świetlicki – vocal, Grzegorz Dyduch – bas, Tomasz Radziszewski – gitara, Michał Wandzilak – piano. Z powodzeniem udowadniając, że Świetliki nie są normalnym zespołem, co wynika również z zamieszczonego poniżej wywiadu z Grzegorzem Dyduchem,  spiritus movens zespołu Świetliki.



Ostatni album Świetlików ukazał się osiem lat temu. Dla normalnego zespołu to właściwie oznacza medialną śmierć. Wy jednak przetrwaliście. Co Was utrzymało przy życiu?
- Post i modlitwa. Ponadto wódka, papierosy, trochę aktywności fizycznej (w tym aktywność płciowa) i nadzieja. Po drugie, nie jesteśmy normalnym zespołem. Po trzecie, nagrywanie płyt nie jest gwarantem istnienia. I bez tego można żyć pięknie i godnie.

"Las Putas Melancolicas" z Bogusławem Lindą było chyba największym sukcesem komercyjnym Świetlików. Dlaczego nie poszliście za ciosem - i nie nagraliście zaraz po tym płyty z Cezarym Pazurą albo Małgorzatą Kożuchowską?
- Nagraliśmy płytę z panem Bogusławem nie dlatego, że jest aktorem znanym i popularnym, tylko dlatego, że jest naszym dobrym kolegą i bardzo dobrym aktorem. A koledze trzeba pomagać w karierze.


Ostatnio teksty Marcina śpiewa z kolei inny aktor - Arek Jakubik w swoim zespole Dr. Misio. Nie jesteście zazdrośni, że podarował mu coś lepszego niż Świetlikom?
- Nie jesteśmy zazdrośni. Rozsądny człowiek nie oddaje najlepszej sukni na dobroczynność, żeby potem samemu chodzić w łachmanach, lecz zachowuje w tej materii stosowny balans. Marcin jest rozsądny.

 

Marcin ostatnio przyznał otwarcie w jednym z wywiadów, że jest... obszczymurem. Nie martwił się Pan, że w końcu rzeczywiście zamieni się w kloszarda i nigdy nie napisze tekstów na tę nową płytę?
- Upraszczając nieco: "jestem obszczymurem" w wypadku Marcina oznacza przede wszystkim niechęć do współczesnych sposobów manifestowania statusu materialnego i modestię w zakresie potrzeb ekonomicznych. Poza tym, wywiad w gazecie to nie spowiedź, tylko wypowiedź artystyczna. Rydel też gatek pod spód nie wdziewał, co nie czyniło zeń włościanina pełną gębą. Kiedy arystokrata ducha stylizuje się nieco na kloszarda, wagabundę czy innego osobnika wykluczonego, to może być w tym walor artystyczny. Gorzej (i niestety znacznie częściej się to zdarza), kiedy przymuł, bałwan i półgłówek próbuje rżnąć tzw. intelektualistę. Dyzmów intelektu ci u nas zatrzęsienie - vide wszystkie szczeble władzy państwowej, media czy show-biznes.

 
Podobno majstrowaliście przez te osiem lat fonograficznego milczenia nowe utwory. No i teraz macie aż 130 minut premierowej muzyki. Co z tym zrobicie?
- Większość z tych ponad trzydziestu melodyjnych, wzruszających i pięknych pieśni powstała kilka miesięcy temu. Co z tym zrobimy? Wydanie tego na tradycyjnym nośniku CD z ładną okładką, nie wydaje się całkiem od rzeczy. A że tego dużo może naraz? To nie jest produkt - efekt badań fokusowych rynku czy nastawiona na pokupność obyczajowa lub kulturowa prowokacja, jak te wszystkie Marie Peszek etc. To jest dzieło artystyczne, organiczne, koherentne - a długie jest, bo tak nam daimonion podyktował. A że dużo nam podyktował - to trudno.

 
Ale dzisiaj młodzi ludzie odbierają muzykę inaczej niż osiem lat temu - nie słuchają całych albumów, ale robią sobie własne składanki z pojedynczych nagrań ściągniętych z netu na iPody. Nie wyjdziecie z tym potrójnym albumem na kompletnych dinozaurów?
- Odpowiem pytaniem: czy fakt, że każda potrawa zaraz po przeżuciu staje się amorficzną papką oznacza, że w takiej formie ma być serwowana na talerzu w wykwintnej restauracji? Niechże sobie młodzież wypala składanki, jakie sobie winszuje. Ale, że to zjawisko nagminne, nie znaczy, że mamy rezygnować z tak ważnej formy wypowiedzi, jaką jest tzw. płyta długogrająca. Równie dobrze można by wymagać od poetów, żeby dla wygody czytelnika wydawali pojedyncze wiersze a prozaicy poszczególne rozdziały powieści z osobna. A poza tym, intuicja podpowiada nam, że jest grupa słuchaczy, dla których w muzyce liczy się ambient, development i elan vital. I dla nich jest ta płyta. A że jakiś oligofreniczny modniś będzie nas miał za żywą skamielinę? Jego sprawa.

Z drugiej strony widać, że jakoś próbujecie iść z duchem czasu. Bo założyliście sobie Facebooka.
- Mamy konto na fejsbuku, nie żeby dokonywać regularnych aktów zbiorowego ekshibicjonizmu, tylko żeby się kontaktować z publicznością. A medium jak każde inne, równie dobrze moglibyśmy sobie zrobić świetlikową infolinię albo telemarketing.

Mnie najbardziej zaciekawiło Wasze hasło na tymże Facebooku: "Świetliki - zespół brutalnych doświadczeń". Cóż to za przeżycia go zainspirowały?
- Hasło jak hasło. Ładnie i tajemniczo brzmi. Skoro może być "Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce", to i "Zespół brutalnych doświadczeń" ujdzie. Jest w tym haśle element autoafirmacji i autoironii, a i jak widać - zagwozdka intelektualna też. Mogliśmy użyć innego, choćby: "Zapełniamy sale do 200 osób". Ale gdybyśmy napisali "Jesteśmy inteligentni i hojnie wyposażeni przez naturę" (notabene tak jest w istocie), też byłoby ładnie. A doświadczenia mamy, owszem.

 

Dwa lata temu do Świetlików dołączyła Zuzanna Iwańska na altówce. I mam wrażenie, że przez dźwięki tego instrumentu znosi Was w niektórych nowych utworach nieco w stronę Piwnicy pod Baranami.
- To chyba Pana znosi! Przypominam czytelnikom, że altówkę wymyślono zanim Piwnica pod Baranami rozbłysła blaskiem promienistym na firmamencie kultury i sztuki. Byłoby może konwencjonalnie, ale szlachetniej nieco, gdyby ten instrument kojarzył się Panu z seksem choćby.

Z seksem to w Waszym przypadku Pani Zuzanna może mi się jedynie kojarzyć. Całe szczęście mój zapał schładza Michał Wandzilak, którego zatrudniliście na klawisze. Bo dzięki jego grze pierwsza piosenka z nowej płyty, którą udostępniliście - "Zimna lala" - przywołuje chłodne brzmienia The Cure.
- Michał pracuje z nami, gdyż gra dobrze i pięknie, ma ładny instrument i pomaga nosić sprzęt starszym kolegom. A "Zimna lala" to pastisz New Order, prawdę mówiąc.

Z drugiej strony jednak, takie "Gotham", to wręcz porażający utwór: jak połączenie Joy Division i Swans, albo Variete i Siekiery. Skąd u Was nagle tyle takiej pierwotnej energii?
- Znów pana redaktora znosi. To, że z racji wyłącznie osobistej sympatii do pana , zapoznaliśmy go z drobnym fragmentem naszego nowego wydawnictwa, nie upoważnia pana do nieodpowiedzialnego szafowania porównaniami. Tyle samo w tej piosence Siekiery i Variete, ile Rabczewskiej Doroty i Bajora Michała.

 No bez żartów!
- Gdybym ja musiał opisać tę pieśń, rzekłbym: to utwór Pink Floyd w wykonaniu Einsturzende Neubauten. Ale i takie skojarzenie równie niewiele czytelniczkom i czytelnikom powie.

Podobno nowy materiał ma być podzielony na trzy części: depresyjną, opowiadającą o wychodzeniu z depresji i euforyczną. To teksty Marcina stworzyły ten wykres tak skrajnych emocji?
- Materiał jest podzielony dla wygody na trzy płyty. Wszystkie okrągłe z dziurką w środku. O czym mówią one razem i z osobna - niech sobie każdy posłucha i sam dośpiewa. Teksty i muzyka pięknie na tych płytach współbrzmią. A czy tworzą wykres jakiś i czy emocji, to naprawdę nie wiem.

Marcin wydał właśnie swój nowy tomik poetycki - "Jeden". Czy więcej dowiemy się o nim z tych wierszy, czy z tekstów do piosenek Świetlików?
- Jeśli można się dowiedzieć czegoś o autorze z jego dzieł, to z książki "Jeden" i płyty "Sromota" tyle samo się Państwo o Marcinie nie dowiecie. Narrator tu i tu - ten sam.

 

Rozmawiał: Paweł Gzyl  (Dziennik Polski)
Zdjęcia:  Paweł Topolski (Tarnow.pl)


02:37, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 czerwca 2013

Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu?

Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na budzącą się wiosnę. Odzyskana niecałą dekadę temu niepodległość dawała nadzieję i rodziła dumę, wciąż wymagała jednak ciężkiej pracy, czasem wydawało się – ponad siły. Kolejne rządy z trudnością radziły sobie z wyzwaniami, jakie stawiała im pozaborcza rzeczywistość. Pochodzący z Wierzchosławic Wincenty Witos, obecny w polityce już od wielu lat, w maju1926 roku po raz trzeci zostaje premierem. Wydaje się być „człowiekiem na ciężkie czasy” – pierwszy jego rząd przypada na okres wojny polsko-bolszewickiej, drugi boryka się z szalejącym kryzysem gospodarczym, opozycją narodowców(zdarzyło mu się być ranionym przez bojówki tej formacji) i rosnącymi w siłę piłsudczykami. Trzeci rząd Witosa powstaje dziesiątego maja1926 roku. Przetrwa zaledwie kilkadziesiąt…godzin.



W dniu powołania gazety drukują wywiad z premierem: „Niechże wreszcie Marszałek Piłsudski wyjdzie z ukrycia, niechże stworzy rząd, niech weźmie do współpracy wszystkie czynniki twórcze, którym dobro państwa leży na sercu. Jeśli tego nie zrobi, będzie się miało wrażenie, że nie zależy mu naprawdę na uporządkowaniu stosunków w państwie…”. W słowach Witosa odzwierciedla się klimat tamtych dni, napiętego oczekiwania na to, co zrobią piłsudczycy i czy w ogóle mają zamiar coś robić. Autorytet Piłsudskiego jest niepodważalny, murem stoi za nim część wojska i chyba wszyscy kombatanci Legionów. Poza tym, bezrobocie i bieda dają impuls ludziom do poparcia antyrządowych wystąpień. Witos miał w owym wywiadzie powiedzieć jeszcze coś, co uznano za warte „wycięcia”: „Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą... ja bym się nie wahał tego zrobić; jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to, zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą…”.Brzmi to na poły jak proroctwo, na poły jak zachęta.

Witos wiedział coś o szykowanym zamachu, który obali jego rząd? Coś musiało być na rzeczy, gdyż w ostatniej chwili władze postanowiły skonfiskować nakład Nowego Kuriera Codziennego, chociaż do gazety trafiła ocenzurowana wersja wywiadu z Witosem. Działać zaczęto jednak zbyt późno i duża część nakładu poszła w miasto. Tarnów w tym czasie, na początku lat 20. XX wieku, rozrastał się, przybywało mieszkańców. Wciąż jednak niezatarte zniszczenia wojenne i zacofanie we wszelkich dziedzinach życia nie pomagały ludziom w normalnym życiu. Nie istniały jeszcze wielkie zakłady przemysłowe, zatrudniające tysiące robotników. W Tarnowie dużym pracodawcą pozostawały Warsztaty Kolejowe. To tutaj zrodziło się zarzewie strajków, które wyprowadziły na ulice Tarnowa setki ludzi. „Z domu robotniczego przy ulicy Goldhammera wyruszył zorganizowany pochód robotniczy z czerwonymi sztandarami, transparentami z hasłami antyrządowymi, który zmierzał ku ulicy Wałowej, chcąc skierować się ku centrum miasta, być może pod gmach starostwa przy placu Sobieskiego. W przewidywaniu takiego rozwoju wypadków starosta Żułkiewicz i dowódca garnizonu tarnowskiego pułkownik Ehrbar postanowili przedsięwziąć energiczne działania, by nie dopuścić do powtórzenia się w Tarnowie wypadków krakowskich sprzed dwóch dni”– władze spodziewały się więc ,że napięta sytuacja może być brzemienna w skutki, zwłaszcza że wydarzenia miały swój precedens w innych miastach. Jakież to były energiczne działania?

 „Już o godz. 3.30 całą połać ul. Wałowej od rogu ul. Goldhammera do rogu ul. Senatorskiej oraz pl. Rybny obstawiono wojskiem i karabinami maszynowymi. Z góry już sprowadzono także nosze na rannych i zabitych. Wracający z wiecu ulicą Goldhammera zastali ulicę Wałową i pl. Rybny zamknięte kordonem policji i wojska”. Wydarzenia tego dnia zakończyły się tragicznie – zginęli ludzie. Przez kolejne dni starostwo ochraniali żołnierze, a całe miasto pozostawało pod czujnym okiem patroli.

Tak niepewna i napięta sytuacja towarzyszyła tarnowianom i całemu krajowi przez kolejne miesiące, aż do czasu pogodnych majowych dni, kiedy spełniły się przewidywania Wincentego Witosa. 12 maja1926 roku Piłsudski wyruszył do Warszawy ze swego domu w Sulejówku. Miał zamiar spotkać się z prezydentem Wojciechowskim i żądać od niego dymisji rządu Witosa. Głowy państwa nie było jednak w Belwederze. Poinformowany telefonicznie o rosnącym zagrożeniu, powraca ze Spały i już około godziny 17 spotyka się z Piłsudskim na… moście Poniatowskiego. Negocjacje nie trwały długo i zakończyły się fiaskiem.

 

 W spisanej później przez prezydenta notatce spotkanie miało błyskawiczny przebieg:„…po- witałem go (Piłsudskiego) słowami: stoję na straży honoru wojska polskiego - co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział - No, no! Tylko nie w ten sposób. –Strząsnąłem jego rękę i nie dopuszczając do dyskusji: - Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu – Dla mnie droga legalna zamknięta – wyminął mnie i skierował się do stojącego o kilka kroków za mną szeregu żołnierzy”. W ten sposób przesądzony został dalszy bieg zdarzeń – rząd Witosa został obalony, prezydent Wojciechowski złożył urząd. Wszystko to dokonało się na drodze bezprecedensowego w historii Polski puczu wojskowego, który nazywamy ładnie „przewrotem majowym”.

W wyniku tego „zamachu stanu” w Polsce powstał legalny rząd, powołany został prezydent, a władza „sanacji” przetrwała ponad dziesięć lat, aż do wybuchu II wojny światowej. I choć można być zwolennikiem Piłsudskiego, lub nie (to wciąż gorąca sporna kwestia), sanacyjny układ rządzący potrafił postawić Polskę na nogi, mając na to dziesięć lat.

Tarnowowi pozostał po tych czasach piękny spadek – Fabryka Związków Azotowych. Powstał jeden z najnowocześniejszych naówczas zakładów chemicznych w Europie. Cóż–wszystko jednak wskazuje na to, że i tej historii finał dopiszą akwizytorzy z  Wiejskiej.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


09:32, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 maja 2013

Boże Ciało to zwyczajowa nazwa katolickiej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, zwanej również Świętem Najświętszego Ciała Chrystusa. Jest to święto ruchome, odbywające się 60 dni po Wielkanocy, w czwartek po święcie Trójcy Świętej. Boże Ciało wypada więc pomiędzy 21 maja a 24 czerwca. W Kościele katolickim Boże Ciało to święto obowiązkowe, ponadto w Polsce jest ono dniem wolny od pracy. Procesja w uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa do czterech ołtarzy ma swoją bogatą tradycję. Pierwszym jej śladem jest uroczysta peregrynacja krzyża z Najświętszym Sakramentem. Było to nawiązanie do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami. Od XV w. łączono ją z procesją błagalną, zawierającą prośby o odwrócenie nieszczęść i uproszenie pogody. Pozostałością tego są dziś Suplikacje śpiewane przy każdym z ołtarzy. Od początku uroczystość Bożego Ciała miała charakter publicznego wyznania wiary w realną obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Wymiar ten utrwalił się po reformacji, która tę obecność zakwestionowała. Wyjście na ulice naszych miast i wsi w Roku Wiary ma także swoją wymowę. Ważne jest, aby dokonało się nasze osobiste spotkanie z Chrystusem Eucharystycznym, które zaowocuje w całym życiu. Ono da siłę, aby pokonać lęk, który na co dzień sprawia, że jako chrześcijanie jesteśmy za mało widoczni w przestrzeni publicznej.

 

Uroczystość Bożego Ciała stanowi dla katolików wyraz uwielbienia i okazję do oddania czci sakramentowi Eucharystii. Tego dnia w Kościele katolickim odbywają się msze święte oraz uroczysta procesja z Najświętszym Sakramentem, która przemieszcza się w okolicach parafii. Wierni przygotowują cztery ołtarze, gdzie księża z hostią w monstrancji zatrzymują się na odczytanie fragmentu Ewangelii i krótką modlitwę. Święto ma niezwykle podniosły charakter, procesji towarzyszą śpiewy, gra orkiestry, dzieci sypią kwiaty na trasie, którą przemieszcza się pochód z Najświętszym Sakramentem. W procesji niesione są również figury Matki Boskiej i Jezusa Chrystusa. Kapłani zwykle mają na sobie złote szaty liturgiczne.

  

Geneza święta jest ściśle związana z widzeniami św. Julianny z Cornillon. Uroczystość Bożego Ciała została ustanowiona w celu podkreślenia jednego z najważniejszych dogmatów katolicyzmu, zgodnie z którym Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy przemienił swoje ciało i krew w chleb i wino, a ów cud konsekracji dokonuje się na ołtarzu podczas każdej mszy świętej.

 Święto to ustanowił biskup Robert z Thourotte w 1246 roku dla diecezji Liege. Oficjalnie Boże Ciało miało zostać wpisane do kalendarza liturgicznego już w 1264 roku przez papieża Urbana IV bullą „Transiturus”. Ostatecznie jednak uroczystość ogłosił papież Jan XXII w 1317 roku.
W Polsce obchody uroczystości Bożego Ciała odbyły po raz pierwszy w 1320 roku w diecezji krakowskiej z inicjatywy biskupa Nankiera. Święto miało przypadać zawsze w czwartek, ponieważ dzień ten upamiętnia wydarzenie Ostatniej Wieczerzy. Uznano jednak, że szczególny charakter Wielkiego Tygodnia nie pozwala na radosne obchodzenie święta, dlatego powinno się je ustalić w innym terminie. Mimo wszystko, symboliczna wymowa Bożego Ciała jest związana z Wielkanocą. Po Bożym Ciele przez osiem dni trwa oktawa Bożego ciała (codzienne odbywają się specjalne msze św.), którą kończy uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa.

 

Z Bożym Ciałem wiążą się ciekawe wierzenia ludowe. Większość z nich opierała się na przypisywaniu symbolicznego, szczególnego znaczenia kwiatom, gałązkom i palemkom, którymi ozdabia się ołtarze na trasie procesji. W Sieradzkiem wierzono, że gałązki z procesji zapewnią pomyślne plony - wtykano je w ziemię obok główek kapusty, by szkodniki i robaki nie miały dostępu do zagonów. W Kościołach święciło się wianki, które potem zakopywano na czterech rogach pola uprawnego, wierząc, ze uchroni to zagony od gradu. W moc ochrony przed szkodnikami, jaka mają procesyjne gałązki wierzono również w Łowiczu. Funkcjonował tam również mniej przyjemny zwyczaj - bliskie osoby uderzano gałązkami po twarzy, mówiąc: "żebyś był zdrowy i nie lękał się" - co miało uchronić te osoby przed chorobami i wszelkimi zagrożeniami oraz dać im przymiot męstwa.

 

 Zdjęcia – procesja w Lisiej Górze




13:22, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 grudnia 2012

Przez pierwsze trzy stulecia Kościół obchodził jedynie datę zmartwychwstania i praktycznie nie interesował się datą narodzenia Jezusa. Ewangeliści opisując przyjście Jezusa na świat nie podają nawet w przybliżeniu, kiedy to nastąpiło. Należy przypuszczać, że jednym z impulsów do zbadania i choćby w przybliżeniu określenia daty narodzin i ustanowienia osobnego święta było oświadczenie Soboru w Nicei, że Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Nie znamy dokładniej daty narodzin Jezusa. Pewne jest to, że Zbawiciel urodził się za panowania Heroda, a ten zaś zmarł w czwartym roku p.n.e. Spis ludności, o którym wspomina św. Łukasz nie jest jednoznacznie umiejscowiony w czasie. Są przypuszczenia, że mogło to być w szóstym roku p.n.e. Kościół sytuuje narodziny Jezusa, jak chce Ewangelia, na 6-5 rok p.n.e. Należy się zatem zastanowić, jak to się stało, że Jezus Chrystus urodził się kilka lat przed oficjalnym przyjściem na świat. Doszło do pomyłki, której dopuścił się mnich Dionizy Mniejszy. Jemu to Papież Paweł I polecił dokładnie ustalić datę narodzin Zbawiciela. Dionizy żył w Rzymie w VI wieku n.e. Swoje obliczenia oparł na kalendarzu rzymskim, który zaczyna się od założenia Rzymu, tj. od 1 stycznia 753 roku p.n.e. Z jego obliczeń wynikało, że Jezus urodził się w 754 roku wg kalendarza rzymskiego, co dawało pierwszy rok naszej ery. Jest jednak problem, gdyż według tego samego kalendarza Herod zmarł w 750 roku, co oznaczałoby, że Chrystus urodził się cztery lata po śmierci Heroda. Pomyłkę spostrzeżono, nie było jednak takiego, kto zdecydowałby się na cofnięcie o cztery lata już obowiązującego kalendarza. Dzień i miesiąc Bożego Narodzenia jest datą wyłącznie opartą na tradycji. W III wieku Klemens Aleksandryjski wyznaczył Boże Narodzenie na 19 kwietnia. Potem obchodzono je w kwietniu i maju. 25 grudnia został oficjalnie uznany przez kościół katolicki dopiero w IV wieku. Wśród wielu uzasadnień najbardziej przekonuje to, iż jest to pora zimowego przesilenia.


Wiemy na pewno, że od V wieku istniał specjalny formularz mszy na Boże Narodzenie. Od połowy VI wieku w Rzymie była tradycja odprawiania w tym dniu trzech specjalnych mszy: „Pasterki” w nocy, mszy o świcie i mszy w dzień. Papież udawał się najpierw o północy do bazyliki Santa Maria Maggiore, dedykowanej macierzyństwu Maryi. Znajdowała się tam już od VI wieku replika groty betlejemskiej, jako osobna kaplica dobudowana do bazyliki. Papieski zwyczaj celebrowania trzech mszy w uroczystość narodzin Chrystusa przyjęli stopniowo wszyscy kapłani. Od IX wieku zaczęto ten zwyczaj wyjaśniać potrójnym narodzeniem Chrystusa: odwiecznym zrodzeniem przez Boga Ojca, narodzeniem w czasie z Maryi Dziewicy oraz mistycznym rodzeniem się Chrystusa w sercach ludzkich. Te trzy msze były również traktowane, jako znak hołdu złożonego przez aniołów, pasterzy i trzech króli. Stąd te formularze mszalne zwano anielskimi, pasterskimi i królewskimi.

„Pasterka”, czyli Msza Bożego Narodzenia odprawiana o północy, otwiera oktawę liturgicznych obchodów związanych z tajemnicą Wcielenia, czyli przyjęcia przez Syna Bożego ludzkiej natury i przyjścia na świat. Noc wigilijna, wbrew temu, co mówi kolęda „Cicha Noc”, nie była ani cicha ani spokojna. Jeszcze w XVII i na początku XVIII wieku była świętem radosnym, pełnym psot, żartów, dowcipów, humoru sytuacyjnego. Dopiero nasze narodowe dzieje sprawiły, że wigilia wpisała się w polską tradycję, jako wieczór zbliżenia, wzajemnego odpuszczania win, przykazania miłości i najbardziej rodzinne święto w roku.

 Stare przekonanie mówiło, że po wieczerzy wigilijnej po ugoszczeniu należało wypędzić z domu dusze i to w sposób obrzędowy, czyli hałasując. Jak opisuje Hanna Szymanderska w swojej książce „Polskie tradycje świąteczne” - rozlegały się więc zewsząd wystrzały, wybuchy, strzelano z rusznic, petard, uderzano z wielkim hałasem w garnki i stoły. Im głośniej tym lepiej. Potem udawano się na pasterkę. Młodzi wróżyli sobie po drodze licząc chociażby kołki w płocie. Parzysta liczba oznaczała rychłe zamążpójście lub ożenek. Zwyczaj nakazywał, aby co najmniej jedna osoba z rodziny wzięła udział w tej pierwszej uroczystej mszy bożonarodzeniowej. Starano się, aby udział brali wszyscy domownicy.

- Na mszę pasterską idą ludzie gromadą (kilkanaście lub kilkadziesiąt ludzi wraz) do kościoła. Przez drogę śpiewają jeszcze pieśni adwentowe - donosili kronikarze. Pisali również o tym, że do rzezi galicyjskiej w 1846 roku msza pasterska rozpoczynała się o północy, a „po tym okropnym ustępie dziejów naszych zakaz rządowy polecił, aby odbywała się z rana” Straciła wtedy wiele ze swojej uroczystości. Byli jednak księża, którzy pomimo zakazu odprawiali nadal pasterkę jak dotąd o północy. Dopiero po skończonym nabożeństwie i wyniesieniu hostii rozpoczynał ksiądz lub organista śpiewanie pieśni o narodzeniu Pańskim, czyli kolęd. Dzisiaj kolędy śpiewa się już podczas trwania pasterki.

Oddam znowu głos kronikarzom by pokazać, jakie kolędy były najchętniej śpiewane w naszym regionie. - Kolędy w różnych okolicach odśpiewują różne, w Tarnowskiem najużywańsze: „W żłobie leży”, „Anioł pasterzom mówił”, „W dzień Bożego Narodzenia”, „Pan z nieba i z łona Ojca przychodzi”, a gdzieniegdzie i „Bóg się rodzi moc truchleje”, tę dziwnie piękną przodków naszych spuściznę.

Długo w Polsce utrzymywał się zwyczaj rzucania grochem z chóru przed pasterką. Miało to zapewnić urodzaj i pomyślność na cały przyszły rok. Na pewno zapewniało groch kościelnemu, który musiał później posprzątać kościół.

Po pasterce mężczyźni chodzili „po podbazach”. Odwiedzali krewnych i sąsiadów, a kawalerowie rodziców przyszłej żony. Składano sobie życzenia szczęścia i wszelkiej pomyślności. Obsypywano przy tym gospodarzy zbożem oczywiście na szczęście. Wygłaszano oracje na ogół w formie wierszowanej. „Na szczęście na zdrowie na to Boże Narodzenie… żeby się darzyło w komorze, oborze, wszędzie daj Boże” - w zamian za takie powinszowania gospodarze przygotowywali dla podłaźników przekąskę i wódkę.

Ta najdłuższa i najpiękniejsza noc w roku, którą musimy pamiętać, nim stała się tylko nocą radości upamiętniającą narodzenie Pana Jezusa, kończyła przez wieki stary rok upływała na wesoło, bardzo głośno i nie zawsze na trzeźwo.

Któż z nas wierzy dzisiaj we wróżby wigilijne. Kto ustawia w kącie snop zboża, myje się rano w misce z monetami, rozpoczyna wigilię, gdy pojawia się pierwsza gwiazdka na niebie, zawiązuje łyżki by krowy się nie rozbiegały, liczy kołki w płocie, gryzie jabłko przed kościołem czy wreszcie przyrządza dwanaście dań wigilijnych? Kto tak naprawdę zna całe kolędy, a nie tylko dwie lub trzy zwrotki? Zwolnijmy przynajmniej na ten świąteczny czas i niech nasze życzenia będą szczere, serdeczne a nie jak te wymuszone wszechobecnymi często urzędowymi „opłatkami”.

Niech tegoroczne święta będą dla Państwa świętami prawdziwego zbliżenia, wzajemnego odpuszczenia win, czasem zadumy, czasem wypoczynku, w którym wszyscy wszystkim ślą życzenia bez obłudy, fałszu i zakłamania. A później niech tak pozostanie na następne lata.

Tadeusz Mędzelowski
(Dziennik Polski)




13:29, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Rocznica jednej z najważniejszych bitew I wojny światowej w regionie – pod Łowczówkiem

„W tę noc wigilijną chłopcy nasi w okopach zaczęli śpiewać »Bóg się rodzi«…I oto z okopów rosyjskich Polacy, których dużo jest w dywizjach syberyjskich, podchwycili słowa pieśni i poszła w niebo z dwóch wrogich okopów! Gdy nasi po wspólnym odśpiewaniu kolęd krzyknęli: »Poddajcie sie, tam, wy Polacy!« nastała chwila ciszy, a później – już po rosyjsku: »Sibirskije striełki nie sdajutsia«. Straszna jest wojna bratobójcza”. Tak we wspomnieniach przywoływał Sławoj Felicjan Składkowski, żołnierz I Brygady Legionów Polskich, wigilię Bożego Narodzenia 1914 roku, spędzoną na ciężkich, kilkudniowych walkach w lasach i wzgórzach wsi Łowczówek.


Tarnowa przebiegał on wzdłuż linii Dunajca i jego prawobrzeżnego dopływu – Białej, nad która pośród stromych, zalesionych zboczy Był to wówczas jeden z wielu newralgicznych punktów gigantycznego frontu ciągnącego się od morza Bałtyckiego poprzez Karpaty po rzekę Prut. W okolicach rozłożyła się owa wieś – Łowczówek.

Pierwsza wojna światowa dopiero się rozpoczynała. Rosja uderzyła w Austro - Węgry i wkraczając do Galicji już w listopadzie zajęła Tarnów i Tuchów. Dotychczasowy sukces popchnął rosyjską armię dalej, w kierunku Krakowa. Nie uszła jednak daleko, kiedy natrafiła na oddziały austro-węgierskie, rozciągnięte na linii Limanowa – Łapanów – Nowy Sącz. Pierwsza Brygada Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego przyczyniła się do powstrzymania Rosjan od dalszego marszu, a nawet ich wycofania się w okolice Tarnowa.

Zdawało się, że po intensywnych walkach ostatnich dni, obie strony potrzebują wypoczynku. A poza tym zbliżało się Boże Narodzenie. Brygada Piłsudskiego wkraczała do Nowego Sącza witana przez szczerze uradowanych mieszkańców. Sądeczanie postanowili nawet umęczonym żołnierzom urządzić na rynku choinkę z prezentami. Strzelcom nie było jednak dane doczekać choinki i przygotowywanych prezentów. 20 grudnia nadszedł rozkaz wymarszu. Szybko okazało się, że oddziały„gonią” Rosjan, zbliżając się forsownym marszem do obsadzonych przez nich pozycji pod Łowczówkiem.

22 grudnia I Brygada Legionów dotarła na miejsce. W sam czas. Część pozycji austrowęgierskich już została utracona, a Rosjanie szykowali się do ich umacniania. Tego dnia, zaledwie po chwili wytchnienia, rozpoczęła się kilkudziesięciogodzinna akcja strzelców Piłsudskiego, nazwana później bitwa pod Łowczówkiem. Atak rozpoczął się z nastaniem zmierzchu, w tężejącym coraz bardziej mrozie.


„W zupełnych ciemnościach, brodząc w nie do końca zamarzniętym potoku, posuwają się w górę 2. Kompania I batalionu. Pierwsze strzały zaskoczyły przeciwnika zupełnie. To patrol bojowy wpadł na stanowisko Moskali. Nie było czasu do namysłu. Biegiem! Biegiem! Gdzie oni są? W końcu jest – maskowany igliwiem okop. Hurra! I głośniej, i szybciej, choć co chwila wśród nich pozostają wyrwy po tych, którzy na swej drodze spotkali wrogie kule. Jeszcze kilka kroków. I już. Podnoszą ręce w okopach i opadają podniesione do ciosu uzbrojone w bagnety karabiny. Jakżesz tragiczna chwila usłyszeć tutaj, teraz wystraszone: Panie, panie, ja katolik, ja Polak…”.

Kluczowym punktem wszystkich walk okazało się wzgórze 360, zdobyte przez legionistów Piłsudskiego. Kontrataki rosyjskie rozpoczęte nocą, przeciągają się na cały kolejny dzień. Powoli zaczyna brakować amunicji, a trudny teren i kocioł walk, utrudniają dostawę. Kolejny dzień budzi się nad wrogimi okopami, odległymi od siebie o zaledwie 30-40 kroków. Jeszcze dziś znajdziemy ślady tych umocnień w lasach Łowczówka.

Wigilię rozpoczyna wściekły artyleryjski atak strony rosyjskiej. Legioniści cofają się pod naporem wroga i w myśl rozkazu dowództwa. Nie mija kilka godzin, gdy okazuje się, że rozkaz był błędny i trzeba wracać na dopiero co opuszczone pozycje, które w tym czasie opanowali już Rosjanie. Ci jednak nie bronią się długo i ustępują pola Polakom.

W wirze walk wszyscy przegapili moment zabłyśnięcia pierwszej gwiazdki na niebie… Śmiertelnie zmęczeni żołnierze odpoczywają w okopach. Na zimowym niebie błyszczy już wiele gwiazd, a gdzieś tam w dole lampy rozjaśniają okna ludzkich sadyb. W okopach mrok, mróz i przemożna tęsknota za rodzina, za domem. A jednak! „Jakoś miedzy jednym meldunkiem, a drugim, skorzystał z chwili porucznik Orlicz oznajmiając, że ma ze sobą opłatek. Oficerowie zmieszali się, podpułkownik Dzieduszycki piszący rozkaz pochylił się nagle nad stołem, drgający uśmiech owinął usta wszystkich. Mimo ryku ustawicznych salw, łamanie opłatka słychać było cicho i wyraźnie…”.

Jeszcze jeden dzień spędziła I Brygada Legionów Polskich pod Łowczówkiem – a był to dzień Bożego Narodzenia. Oddziały austriackie wycofały się, nie wracając na opuszczone pozycje i tym samym pozostawiając Polaków samych. Nie było możliwości dalszej obrony wzgórz. Legioniści wycofali się bez większych strat. Na straconych pozycjach na zawsze pozostało ponad stu strzelców, którzy spoczywają na wojennych cmentarzach Łowczówka i okolic.

Po tej pierwszej, największej bitwie I Brygady Legionów Polskich, wracając do wigilijnej nocy w okopach, zanotował kapelan Kosma Lenczewski: „Zaintonowano kolędy i pokazały się łzy na policzkach, bo na wspomnienie rodzin, poległych naszych, niepewnej przyszłości Polski, bo Austriacy i Niemcy pary nie puszczą – trudno było nie płakać nawet żołnierzowi”.

 Agata Żak  (Gazeta Krakowska)




13:15, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 grudnia 2012

W grudniu najfajniejsze jest to, że zawsze w końcu przychodzi. Że mniej więcej w jego połowie zaczyna dzwonić telefon, w którym odzywa się to samo od lat pytanie: "a co pan sądzi o komercjalizacji Świąt?". Przyzwyczaiłem się już do tego, podobnie jak do mych bezskutecznych corocznych apeli do rodaków, by z czci dla Dzieciątka nie mordować w perwersyjny sposób karpi i do tego stopniowanego aż do dwudziestego czwartego grudnia do punkt siedemnastej napięcia, świętego zgęstnienia czasu, po którym to zgęstnieniu już około trzynastej dnia następnego człowiek z przejedzenia przestaje już widzieć nie tylko żłóbek, ale i zarys nie tylko półmisków, ale i bliźniego. I tak, coraz bardziej lubię komercjalizację Świąt. Swoją rolę odgrywa tu już chyba starość. Kiedyś byłem bożonarodzeniowym talibem, gotowym zabić każdego, kto obkładał je kolejnymi kompletnie niereligijnymi obyczajami. Dążyłem do formy czystej, dopóki nie dotarło do mnie, że nie ma sensu ściganie się z aniołami, że na zawsze pozostanę obciążonym (obdarowanym) genealogią człowiekiem.

Z pogodnym uśmiechem przyjmuję dziś więc fakt, że tak jak dwa tysiące lat temu przyjście Pana ogłaszali nam pasterze uznawani wówczas za postaci moralnie podejrzane, dziś czyni to mniej więcej od końca każdego listopada (poprzez nieśmiertelne "White Christmas") dżentelmen znany między innymi z intymnych schadzek z kolegami w toaletach Beverly Hills. Nie kłuje mnie w oczy całoroczny dział bożonarodzeniowy w londyńskich delikatesach Fortnum and Mason, odkryłem, że szał promocji da się mądrze wykorzystać niekoniecznie kupując wszystko jak leci tylko dlatego że jest tańsze i w ten sposób przed samymi Świętami nie stracić ducha (i zdrowia). Z roku na rok widzę też, że po pierwszych potransformacyjnych latach, gdy choinka służyła do tego by pod nią wyrównywać naszym bliskim wszystkie możliwe niedobory lat komunizmu, chyba nie tylko ja zaczynam odnajdować się we wstrząsającym dla mnie kiedyś wywiadzie jakiego udzieliła bodaj "Vivie" Nelly Rokita, wyjaśniając z właściwym sobie brakiem pretensji, że ona kupuje Jankowi pod choinkę skarpety i mydło, a on odwdzięcza się jej czymś równie symbolicznym acz pełnym romantycznej troski.

Coraz mężniej daję sobie radę z faktem, że Boże Narodzenie obchodzimy w dniu w którym Rzymianie czcili narodziny Słońca Niezwyciężonego, że prezenty to też ich zwyczaj z Saturnaliów, ze choinka obwieszana dobrami to nieudolnie chrystianizowane pogaństwo w wersji czystej, podobnie jak dwanaście potraw, łuski karpia, gadające zwierzaki, ba - nawet to puste miejsce przy stole, które od zawsze w słowiańskich domach przeznaczone było dla duchów, a zanim człowiek na nim usiadł musiał ducha zdmuchnąć, żeby go nie wkurzyć.

Z każdym rokiem coraz wyraźniej dociera chyba do mnie, że te wszystkie nieudolne próby stworzenia ram do przeżycia bliskości z tymi, którzy są obok to w istocie odblaski tego, o czym to Święto jest i czego wszystkim naszym rozczulającym podrygom nie uda się nigdy zasłonić. W społeczeństwie utarło się, że Boże Narodzenie to święta rodzinne (bo Wielkanoc to już jednak bardziej, kościelne, religijne). Cieszy nas (co ciekawe - niewierzących też, choć hipotetycznie) fakt, że to nie my idziemy teraz do Boga, to Bóg przychodzi do nas. Ale mniej, że tak dosadnie zaskakuje nas bliskością z Sobą. Przez tysiące lat człowiek coraz intensywniej wpatrywał się w niebo, by w Betlejem nagle poczuć rękę Boga na swoim ramieniu.

 Sytuacja na tyle przerosła wszystkich, że przy żłóbku mamy Izajaszowego woła i osiołka (symbolicznych rzecz jasna), którzy w przeciwieństwie do Izraela, "który na niczym się nie zna i niczego nie rozumie", "rozpoznają swego Pana i żłób swego żywiciela", a później - nawet po niespełna czterdziestu latach - nie jest to w stanie dotrzeć nawet do najbliższych Jezusa (poza Jego Matką). Cokolwiek z tego czego doświadczyli zaczynają "kumać" wcale nie wtedy, gdy na ich oczach dzieją się Jezusowe cuda, a dopiero gdy ich zakute umysły oświetli Duch Święty.

Boga komunikującego się z człowiekiem przez bliskość, a nie przez chmurne słowa,  strasznie ciężko zmieścić w głowie. Po pierwsze dlatego, że Bóg - Prawodawca, stojący na dystans jest łatwiejszy w obsłudze. Szef nie wymaga tyle zachodu co przyjaciel, żona, mąż. Po drugie jest na kogo zrzucić odpowiedzialność za wszystko, czego się nie rozumie, już nie bije się pięściami w powietrze. Po trzecie ów bliski, cielesny Bóg to ryzyko, że za chwilę wyrośnie, nauczy się mówić, wyjdzie ze żłóbka i zechce wejść nam do pracy, do sypialni, do publicznego życia. Słońce jest fajne, ale nie może być zbyt blisko, bo spali. A że to słońce w Betlejem staje się lampką nie przestając być Słońcem (paradoks Boga - człowieka)? W boskość Jezusa jesteśmy skłonni wierzyć, wciąż dramatycznie - będę to powtarzał do bólu - nie mamy narzędzi do obsługi jego człowieczeństwa. I związanej z nim bliskości.

Z przyjściem na świat Jezusa modlitwa przestaje być krzykiem skierowanym w górę, całe ludzkie życie zaczyna być modlitwą. To zdanie z pewnością może stać się źródłem ciężkiej paranoi dla tych, którzy noszą w sobie wciąż "wiarę demoniczną", którzy Boga po prostu się boją (Pismo mówi: "demony też wierzą i drżą"). Nie umiem jednak wyobrazić sobie jak jeszcze Bóg mógłby przekonać człowieka, że to z czym przychodzi W CIELE to owszem, Prawda, ale przede wszystkim właśnie wspominana tu przeze mnie obsesyjnie bliskość. Że nie czyha na nich, a chce ich szczęścia w kuchni, w filharmonii, również w łóżku. W CIELE, w duszy, w życiu, w śmierci, w zmartwychwstaniu. Że od tej pory człowiek nigdy nie będzie już zostawiony sam sobie, że te pieluszki w które zawijano małego Jezusa (na co zwróciła moją uwagę s. dr Judyta Pudełko) to wypisz wymaluj te chusty, które pozostawi po sobie w pustym grobie. Jako pierwszy z nas nie da w nich uwięzić ani ciała ani duszy. Urodziny przestaną być wreszcie zapowiedzią końca, dwoje ludzi decydując się na relację nie będzie musiało bać się oczywistego faktu, że któreś z nich kiedyś umrze pierwsze.

 O tym właśnie jest teraz moje Boże Narodzenie. Czy Bóg mówi też przez muzykę? Ciepło świec przy wigilijnym stole? Troskę o prezenty? Dobrą rozmowę? No jasne. To wszystko cenne ślady, tropy, echo. Tego, kto chce za nimi iść, zawsze doprowadzą do Człowieka, z którym zbuduje się bliską relację na całe życie, również to po śmierci. Tych, którzy nie chcą, też nie pozostawi jednak bez niczego. Pozwoli wziąć relaksującą, dwudniową, kąpiel w baśni. Na zdrowie.

Szymon Hołownia
Źródło: stacja7.pl





13:24, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 grudnia 2012

Polscy archeolodzy odkryli w Egipcie coś, czego nikt wcześniej nie widział. To archeologiczna sensacja - mówi prof. Karol Myśliwiec. Początek prac wspomina zaś tak: - Robotnicy zerwali się z piasku i popędzili w moją stronę z uniesionymi motykami i łopatami. Myślałem, że już po mnie…



Joanna Grabowska: Znów pan coś odkrył w Egipcie?

Prof. Karol Myśliwiec, szef polskich wykopalisk w Sakkarze: To, co znaleźliśmy w tym roku w Sakkarze, jest fenomenalne: piętra grobów wykute w skalnej ścianie. Rzeczywiście nigdzie - nie tylko w Sakkarze, ale i w całym Egipcie - czegoś takiego nie było.

Gdzie zostały wykute?

- W skale o blisko 20-metrowej wysokości. To zachodnia ściana tzw. suchej fosy otaczającej piramidę Dżesera. W czasach budowy najstarszej piramidy (ok. 4650 lat temu) był to kamieniołom, z którego czerpano budulec. Z czasem, gdy piasek nawiewany z Sahary stopniowo zasypywał fosę, możliwe było wykuwanie grobowców na różnych poziomach ściany, bo powstawało do nich naturalne dojście.

Czyje to groby?

- Górny, sprzed ponad 4200 lat, który odkryliśmy osiem lat temu, należy do Ichi Meri, który żył w czasach Pepi I i był komendantem wypraw na Pustynię Wschodnią po cenne kamienie do budowy posągów i królewskiego grobowca. Dopiero w tym roku, dzięki odsłonięciu inskrypcji na fasadzie jego grobu, okazało się, że był także generałem, postacią niesłychanie bliską faraonowi. Obok wezyra była to najwyższa pozycja dostojnika w państwie. Tyle że generał mógł więcej, bo stało za nim wojsko, a wezyr miał jedynie armię mało lojalnych urzędników.

Kto jest pochowany w dolnym, starszym, grobie?

- Nie wiemy. Ciągle jeszcze przysypany jest piaskiem. Odsłoniliśmy tylko architraw i górną część wejścia. Dowiemy się za rok, jeżeli sytuacja polityczna w Egipcie pozwoli nam normalnie pracować. Będziemy musieli wyeksplorować najpierw ośmiometrową warstwę piasku, w której są pochówki z okresu ptolemejsko-rzymskiego. Dopiero wtedy zejdziemy w "suchej fosie" do poziomu, na którym znajduje się wejście do grobowca, i będziemy mogli go zbadać.

Ale już do niego zajrzeliście?

- Przez niewielką szparkę, którą odsłoniliśmy w górnej części wejścia. Wnętrze jest prawie do sufitu wypełnione gruzem. Dlatego trudno teraz powiedzieć, z jakiego jest okresu. Ale jest co najmniej o 100 lat starszy niż grobowiec generała Ichi Meri, bo przynajmniej takiego czasu potrzeba, by piasek pustyni przysypał ten starszy grobowiec i pozwolił rzeźbić następny. To jest absolutna sensacja archeologiczna.

Nie próbował pan zgadywać, do kogo może należeć ten grobowiec?

- To bardzo trudne, bo nawet nie wiemy, z jakiego dokładnie okresu pochodzi. Czy to V, czy VI, a może nawet IV dynastia. To musi być jakaś bardzo ważna osoba. Nie sądzę, żeby to był grobowiec Imhotepa, czczonego pośmiertnie architekta faraona Dżesera, którego wszyscy szukają. Z drugiej strony miejsce jest idealne dla kogoś tej rangi. Sprzed wejścia do grobowca roztacza się przepiękny widok na piramidę Dżesera. W czasach faraońskich była ona dla Egipcjan obiektem najświętszym. Dlatego posiadanie grobu z wyjściem czy z widokiem na piramidę musiało być nieprawdopodobnym wyróżnieniem.

Co spodziewa się pan znaleźć w tym grobowcu?

- Myślę, że będzie miał dwa pomieszczenia wielkości co najmniej pięć na pięć metrów. Ciekawi jesteśmy jego dekoracji ściennej, bo na razie nie wiemy przecież, do kogo należał. I przede wszystkim będzie miał szyby grobowe, które - jeśli nie zostały obrabowane w starożytności - mogą zawierać rzeczy niesłychanie interesujące.

A co z grobowcem generała Ichi? Dlaczego na badanie musiał czekać osiem lat?

- Dostaliśmy się do niego przez otwór w ścianie innego grobowca zostawiony przez starożytnych złodziei. Zbadaliśmy wówczas kaplicę kultową, ale nie weszliśmy do szybu grobowego, bo na głębokości około dziewięciu metrów blokowała go olbrzymia płyta kamienna - ślepe wrota. Do środka wrzucili je prawdopodobnie rabusie. Tegoroczne prace zaczęliśmy od dokończenia eksploracji tego szybu. Zbudowaliśmy wielkie urządzenie do wyciągnięcia kołowrotkiem tej płyty, by zejść aż do komory grobowej. Ale znów do niej nie dotarliśmy, bo okazało się, że dalej skała jest bardzo krucha. W przyszłym roku obudujemy ją drewnianymi klocami i wtedy zobaczymy, czy komora grobowa nie została okradziona. Natomiast fasady nie mogliśmy wówczas wyeksplorować, bo była przysypana olbrzymią warstwą piasku z pochówkami późniejszymi o dwa tysiące lat. To wymagało kilkuletniej pracy.

Jaki jest grób generała?

- Niezwykły. W tym roku okazało się, że ma przepiękną fasadę. Wykutą w skale, ale wyłożoną śnieżnobiałymi płytami wapiennymi. Jej dekoracja zawiera m.in. napisy hieroglificzne. Wśród tych inskrypcji są tytuły i funkcje właściciela grobu. Także ta, która informuje, że był generałem. Jakość tych hieroglifów jest nadzwyczajna. To najwyższa szkoła jazdy, jeśli chodzi o rzeźbiarstwo. Fasada nie została ukończona, ale dzięki temu można na niej prześledzić wszystkie fazy prac nad nią. Mamy tu szkice i całe sceny wymalowane albo w części rozrysowane i wyrzeźbione. Niektóre reliefy są ukończone. Niestety, nie zachowały się w górnej części. Dlatego mamy na przykład tylko nogi z wyobrażeniem generalskich sandałów.  W tej chwili z zapartym tchem czekamy, aż się wyjaśni, na czyim grobowcu stoi grób generała. Bo znajduje się dosłownie na suficie tego grobowca, który w tym roku odkryliśmy.

Kiedy pierwszy raz miał pan zajrzeć do grobowca wezyra Merefnebefa, zerwała się burza piaskowa - wiatr porwał namioty, piasek zasypał narzędzia i samochód, a potem jeszcze przyjechały wycieczki, które trzeba było oprowadzić. Czy coś wydarzyło się przy tych grobach?

- Jest taka historia sprzed około dziesięciu lat. Stałem na szczycie pagórka, niemal dosłownie nad tymi dwoma grobami, i patrzyłem w kierunku piramidy Dżesera. W pewnej chwili nasi miejscowi robotnicy, którzy w pobliżu siedzieli na piasku, zerwali się i zaczęli pędzić w moją stronę z motykami i łopatami. Myślałem, że już po mnie, a oni zobaczyli kobrę, która podnosiła się tuż przed moimi nogami. Utłukli ją w ostatniej chwili, uratowali mi życie.

Prof. Karol Myśliwiec - dyrektor Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN w Warszawie, uczeń prof. Kazimierza Michałowskiego, szef polskich wykopalisk w Sakkarze. W 1986 r. w Tell Atrib odkrył dzielnicę rzemieślników i artystów, w 1997 r. w Sakkarze - grobowiec wezyra Merefnebefa, w 2003 - grobowiec kapłana Nefertuma.

Joanna Grabowska (Gazeta Wyborcza)
 Fot. W. Wojciechowski/ Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej im. K. Michałowskiego UW.


18:37, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 grudnia 2012

ŁUKASZ MACIEJEWSKI mówi o swym tomie "Aktorki" i spotkaniach z jego bohaterkami

Zbierający pochwały Twój tom esejów "Aktorki", portretujący 20 dam polskiej sceny to, domyślam się, efekt Twoich fascynacji tymi właśnie artystkami sceny i filmu...
- Zestaw nie jest przypadkowy. Stawianie obok siebie Niny Andrycz, Ewy Wiśniewskiej, Marty Lipińskiej, Stanisławy Celińskiej, Małgorzaty Braunek czy Ewy Błaszczyk, może wydawać się ryzykowne. Danuta Szaflarska mówi, że pamięta jeszcze odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku, Danuta Stenka opowiada o pracy z Warlikowskim i Kleczewską. Bohaterki dzieli zatem wiek, życiowe doświadczenia, zawodowe wybory, ale łączy coś bardzo ważnego. Wiara w sens uprawiania sztuki, mądry dialog z widzem. Chciałem opisać aktorki, dla których popularność nigdy nie była efektem przemyślanej strategii marketingowej, ani częstotliwości telewizyjnych występów.

O spotkania z niektórymi aktorkami musiałeś zabiegać szczególnie?
- W zasadzie wszystkie bohaterki tej książki nigdy nie zabiegały o tzw. łatwą popularność. Artystyczną dojrzałość objawiły w erze przed tabloidami, telewizyjnymi shows. Rozmawiały z nami rolami, postaciami scenicznymi i filmowymi, nie życiem prywatnym. Dlatego część z pań musiałem długo namawiać, żeby zechciały się ze mną spotkać, a potem zaufać do tego stopnia, żeby podzielić się nie tylko sukcesami, ale także rozterkami, a nawet cierpieniem. Nie było łatwo namówić na taką spowiedź z życia Danutę Szaflarską czy Ninę Andrycz, mistrzynią uniku okazała się Beata Tyszkiewicz, z pozostałymi paniami poszło już łatwiej.

Niektóre z rozmówczyń podjęły Cię w domu: Nina Andrycz, Alina Janowska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Małgorzata Braunek...
- Gościłem u większości pań. To stanowiło osobną wartość spotkań. Po napisaniu książki, wysłaniu jej do wydawcy, bardzo niepewny wartości, pomyślałem, że niezależnie od przyszłych ocen, misja została wypełniona. Wspólnych godzin i dni spędzonych w towarzystwie aktorek nikt mi nie odbierze. Zostanie ze mną "roześmiany" spacer z Ewą Wiśniewską, wiosenny dzień w żoliborskim mieszkaniu Aliny Janowskiej. Na zewnątrz świeciło słońce, a pani Alina w przypływie szczerości opowiadała o wstrząsających wojennych losach. Albo Teresa-Budzisz Krzyżanowska podejmująca mnie niesamowitymi wypiekami, Stanisława Celińska wyciągająca rodzinne albumy ze zdjęciami, w końcu pogodny, ciepły dom Ewy Błaszczyk - postronny obserwator nigdy nie podejrzewałby, że w tym miejscu od lat mieszka także cierpienie...

Mimo Twej fascynacji, nie są to portrety pisane na kolanach; są w nich Twoje uszczypliwostki, pokazujesz słabości pań - miałeś kłopoty z autoryzacją?
- Trudno w to uwierzyć w świetle starannie selekcjonowanej medialnej aktywności bohaterek, ale panie naprawdę mi zaufały. Na dwadzieścia portretowanych, tylko sześć poprosiło o autoryzację, co poczytuję sobie za największy kredyt zaufania. "Proszę nie wysyłać tekstu, nie zrobi mi pan krzywdy" - słyszałem to zdanie wiele razy. "Pan tak ładnie pytał, wstydziłabym się panu zburzyć cokolwiek" - mówiła mi Anna Nehrebecka. "Dopiero po raz drugi w życiu nie autoryzuję rozmowy" - wyznała Ewa Wiśniewska. "Ponieważ z zasady nie udzielam wywiadów, skoro zgodziłam spotkać się z panem, to znaczy, że w pełni panu zaufałam" - mówiła Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Możesz sobie teraz wyobrazić, z jakim niepokojem czekałem na reakcje bohaterek po lekturze. Na szczęście również z ich strony przyjęcie tomu jest życzliwe. Parę tygodni temu zadzwoniła do mnie Marta Lipińska: "To niezwykłe, kiedy przeczytałam pana tekst o sobie, nagle zrozumiałam, jak ciekawe miałam życie, ile tam było kolorów, spotkań, ludzi. Czy pan wie, że nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam? Dopiero pan pomógł mi odkryć, że miałam i mam szczęśliwe życie. Bardzo dziękuję". Nie mogłem usłyszeć większego komplementu.

Czytając, czuje się, że szedłeś na te rozmowy świetnie przygotowany, zresztą z większością tych aktorek spotykałeś się kolejny raz; zdarzyło się jednak, że któraś z pań Cię zaskoczyła, że zobaczyłeś ją w jakimś nowym świetle?
- Nina Andrycz do końca pozostała divą z XIX wieku, nie udało mi się przebić tej skorupy. Ewa Dałkowska miała odwagę (bo to w środowisku aktorskim na pewno jest odwaga) przyznać się do prawicowych poglądów - "Jestem "PiS-ówą" - usłyszałem. Z Anną Dymną na serio rozmawialiśmy o przyszłości aktorstwa, a półżartem o uprawianiu ogrodu. Zachwycające było dla mnie słuchanie uwodzicielskiej melodii głosu Marty Lipińskiej czy Barbary Krafftówny, która od czasu od czasu, podczas naszych sesji, robiła sobie "przerwę na urodę", czyli wyciągała szminkę, lustereczko, malowała usta. Jakież to było urocze. Danuta Stenka, kwintesencja dojrzałej kobiecej urody, mówi w książce o niemijającym kompleksie wiejskiej dziewczyny, z kolei Ewa Wiśniewska ujmuje autoironią. Małgorzata Braunek zaskoczyła mnie pewną nonszalancją, z jaką traktowała popularność i tzw. karierę, rozmawiając z Anną Romantowską najpierw podziwiałem gigantyczną bibliotekę aktorki, potem, w ogrodzie, przez wiele godzin łuskaliśmy orzechy laskowe, popijając białe wino. W tomie przywołuję także spotkania z nieobecnymi: krakowskie spacery w towarzystwie Krystyny Feldman i moje wizyty w Skolimowie, u Ireny Kwiatkowskiej. Jak widzisz, każde spotkanie było zaskoczeniem i odkrywaniem bohaterek na nowo.

Jest w tych dwudziestu esejach i portret dodatkowy; można z nich bowiem, jak z "Lektur nadobowiązkowych" Szymborskiej, wyłowić i Twój obraz, młodzieńczych spotkań z filmem, lektur, olśnień aktorkami, granymi przez nie bohaterkami. Myślę, że dla przyszłego biografa Łukasza Maciejewskiego ów blisko 700-stronicowy tom będzie bardzo ważny...
- No nie wiem, raczej starałem się być w cieniu, celowo się wycofywałem. "Dlaczego pana jest tak mało - strofowała mnie Beata Tyszkiewicz. - Co pan taki skromny?". A przecież nie o skromność chodziło, tylko o kluczowy pomysł na tę książkę. To panie miały mówić, nie ja. Natomiast jeśli chodzi o owe młodzieńcze spotkania, to na tym portrecie znajdujesz się również Ty, Wacławie. Ty oraz "Dziennik Polski". Doskonale pamiętam, kiedy przyszedłem do Ciebie, jeszcze jako licealista, z pierwszym tekstem, wystukanym na maszynie do pisania. To w "Dzienniku Polskim" uczyłem się warsztatu, sztuki prowadzenia wywiadu, zauważania detali. Miałem wielu fantastycznych nauczycieli. Nie tylko aktorki...

W ubiegłą środę w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie odebrałeś nagrodę, gdyż tom "Aktorki" został Krakowską Książką Miesiąca...
- Może nieładnie się chwalić, ale przyjęcie książki jest znakomite. "Aktorki. Spotkania" kolejny tydzień są na pierwszym miejscu listy bestsellerów Świata Książki. Wydawca codziennie przysyła mi nowe recenzje. Uzbierało się już ich kilkadziesiąt. Nie było jeszcze ani jednej krytycznej! Od blogów pisanych przez nastolatków, poprzez branżowe portale, popularne kobiece miesięczniki, po "Politykę" czy "Tygodnik Powszechny" - same zachwyty, co wydaje się wręcz niepokojące. Naprawdę nie spodziewałem się aż tak dużego odzewu, bałem się krytycznych opinii, tygodniami zamęczałem wątpliwościami życzliwego wydawcę. Na szczęście byłem w błędzie. Moje ukochane "Aktorki" stały się teraz dobrem wspólnym. I o to mi chodziło.

Rozmawiał WACŁAW KRUPIŃSKI
Źródło: Dziennik Polski (za zgodą autora „Aktorek”)


09:03, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 grudnia 2012

„Kierując się potrzebą zapewnienia wzmożonej ochrony podstawowych interesów państwa i obywateli, w celu stworzenia warunków skutecznej ochrony spokoju, ładu i porządku publicznego(...) Rada Państwa wprowadziła stan wojenny.”

Tymi słowy, 13 grudnia 1981 roku, ogłoszono Polakom wprowadzenie stanu wojennego.  Na słupach i tablicach informacyjnych zawisły obwieszczenia, z ekranu telewizora popłynęła w świat słynna transmisja z generałem Jaruzelskim w roli głównej. Tego, że coś się stało, można było doświadczyć na własnej skórze – punktualnie z wybiciem północy, rozpoczęły się aresztowania działaczy opozycji i osób związanych z „Solidarnością”. Rano przerwano łączność telefoniczną, a na ulice wyjechały czołgi i pojazdy opancerzone.

Tarnowa także nie ominęło przerażenie, jakie wywołało wprowadzenie stanu wojennego. Wielkie zakłady przemysłowe, m.in. Zakłady Mechaniczne, Azoty, Tamel, angażowały się mocno w „solidarnościowy” ruch. Nic wiec dziwnego, że już pierwszej nocy stanu wojennego, ZOMO aresztowało kilkanaście osób. Wśród zatrzymanych znalazł się Karol Krasnodębski, wówczas pracownik „Mechanicznych”. Związek działał tam prężnie, jego członkami było 90 procent załogi, i dawał poczucie jedności. Z drugiej strony wszyscy wyczuwali podskórny niepokój. Krasnodębski został aresztowany w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku – ZOMO wkroczyło do mieszkania państwa Krasnodębskich około godziny 23.30. Brutalne traktowanie, krzyki i zero wyjaśnień rozpoczęły kilkunastomiesięczny okres internowania.

W tym samym czasie aresztowano przyjaciół i znajomych Krasnodębskiego. O tym jak bardzo internowani niepewni byli swego losu, świadczą wspomnienia Krasnodębskiego, który wraz z grupa mężczyzn, po koszmarnej nocy w celi tarnowskiego więzienia, został zapakowany do milicyjnej „suki”. Samochód ruszył, jedyny przystanek był w Dębicy – więźniowie nie mieli pojęcia, dokąd ich wiozą, za co są przetrzymywani i jak długo może to potrwać. Gdy konwój minął Rzeszów, „byliśmy niemal pewni, że jedziemy do Związku Sowieckiego”…

Okazało się jednak, że tarnowian umieszczono w rzeszowskim wiezieniu w Załężu. „W celi było nas sześciu. Kompletna izolacja. Nie wiadomo, kto za ścianą. Nie wolno nam było nawet wyglądać przez okno”. Dopiero po upływie dwóch tygodni, sytuacja zaczęła się wyjaśniać. Osadzeni otrzymali możliwość „widzeń” z rodzinami, choć były one krótkie i kontrolowane. Rozpoczęły się również  przesłuchania. Wszelkie informacje składały się
na niewiarygodny obraz – w Polsce wprowadzono stan wojenny „dla dobra i bezpieczeństwa obywateli”. Internowani zaś są winni wrogiej państwu działalności, szerzenia buntu i… nawoływania do przemocy.

Karol Krasnodębski, jako kierownik Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” podczas śledztwa indagowany był wielokrotnie na okoliczność powyższych zarzutów. Jego zdziwienie nie miało granic, zwłaszcza wobec najcięższego oskarżenia, czyli nawoływania do rozlewu krwi. Znalazł się i „dowód” winy – list, znaleziony i skonfiskowany podczas rewizji i zajęcia tarnowskiego lokalu „Solidarności” przy ulicy Garbarskiej 5. Treść listu została opublikowana na łamach „Trybuny Ludu”:
„Wzywam wszystkie ogniwa »Solidarności« w Polsce, przy najbliższej potyczce z komunistami, niezwłocznie przystąpić do likwidacji obojętnie jakimi środkami wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB”.

Karol Krasnodębski podkreśla rolę, jaką w złagodzeniu „odsiadki” odegrał bp Jerzy Ablewicz: „W tym dniu (1 stycznia 1982 roku), zwykle panująca na korytarzu cisza, zakłócona została narastającym gwarem coraz liczniejszych głosów i trzaskiem zamków otwieranych cel. Wreszcie i w naszej celi zazgrzytały rygle, drzwi otworzyły się nagle i klawisz krzyknął: Wychodzić! Księża z Tarnowa przyjechali! Boże drogi! Wszyscy wybiegają na korytarz. Zostaję w otwartej już celi, bo ciężko chory Jurek W. potrzebuje akurat mojej pomocy. Słyszę znajomy głos dobiegający z korytarza: Gdzie Krasnodębski? Gdzie Krasnodębski? Toż to przecie sam ksiądz biskup Jerzy Ablewicz! Wchodzi do celi. Ściskamy się. Pochyla się nad leżącym kolegą. Głos uwiązł w gardle…”.

 W miedzy czasie zakłady pracy, m.in. „Mechaniczne”, organizowały strajki. W odwecie władze nakazywały zwalnianie strajkujących, niekiedy całych zmian z danego dnia. Sytuacja była napięta. Krasnodębski z krótkimi przerwami był internowany do 15 listopada 1982 roku. Kilkanaście dni wcześniej Polskę obiegła wiadomość o delegalizacji „Solidarności”.

Po miesiącach „wyjętych” z życia, nieraz przypłaconych zdrowiem swoim i bliskich, internowani wracali do domów. Krasnodębski nie wrócił na dawne stanowisko, zatrudniony został z minimalna pensją jako zwykły technolog. Po kolejnym aresztowaniu, w 1984 roku, prace stracił na dobre, zwolniony dyscyplinarnie za… nieusprawiedliwioną trzymiesięczną nieobecność.

Agata  Żak  (Gazeta Krakowska)

 




09:03, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 grudnia 2012

Każdy Polak, który choć trochę interesuje się historią swojej ojczyzny, zna Gabriela Narutowicza jako pierwszego polskiego prezydenta, który zginął w zamachu stanu 16 grudnia 1922 roku.

Mało kto jednak wie, że nie był on zwykłym politykiem. Był nieprzeciętnie zdolnym inżynierem, który w politykę wplątany został niejako przez przypadek. Gabriel Narutowicz urodził się 17 marca 1865 roku w Telszach na Litwie. Ukończył gimnazjum na Łotwie – w miejscowości Lipawa, po czym udał się na studia na Wydział Matematyczno-Fizyczny Uniwersytetu w Petersburgu. Niestety z powodów zdrowotnych nigdy ich nie ukończył. Rozpoczął jednak naukę na Politechnice w Zurychu, gdzie w 1891 roku otrzymał dyplom ukończenia uczelni. Do roku 1918 żył głównie inżynierią. Prace Narutowicza na temat elektryfikacji były nagradzane na międzynarodowych wystawach poświęconych nauce i technicznym innowacjom. Cieszył się on zatem szacunkiem środowisk uniwersyteckich oraz wszystkich właściwie instytucji zajmujących się publicznym budownictwem. Przyszły prezydent Polski znany był jako inżynier projektujący konstrukcje lądowe oraz – przede wszystkim – wodne. W tej ostatniej dziedzinie, a dokładniej w regulacji rzek i w budowaniu wodnych elektrowni, stał się takim specjalistą, że konsultowali się z nim inżynierowie z Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii czy Portugalii.  Jeżeli chodzi o kwestie polityczne, to określić można go raczej jako umiarkowanie zaangażowanego, lecz konsekwentnego społecznika, gotowego w momentach naprawdę istotnych do wzmożonej pracy na rzecz pewnej idei. W czasie I wojny światowej należał na przykład do Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, który zajmował się głównie kwestowaniem na rzecz ofiar. Narutowicz, przebywając w Szwajcarii, aż do rewolucji w Rosji w 1917 roku nie mógł jednak osobiście odwiedzić swoich rodzinnych stron. Po pierwsze związany był z emigracyjną partią „Proletariat”, co dyskredytowało go w oczach ówczesnych rosyjskich władz, po drugie – pomagał Polakom ściganym przez carat. Gdyby przyjechał do Polski, natychmiast zostałby aresztowany. Rok 1918 zmienił wszystko... Wtedy to Ignacy Mościcki – sam będący bardziej naukowcem niż politykiem – otrzymał zadanie od ówczesnego ministra robót publicznych, aby pojechać do szwajcarskiego Zurychu i namówić przebywającego tam Narutowicza na powrót do niepodległego już kraju.


 Uznany i podziwiany inżynier zostawił swój warsztat i naukową codzienność po to, by działać na rzecz odbudowy państwa polskiego. Nowa praca była przypuszczalnie trudniejsza niż projektowanie elektrowni. Narutowicz na wszystko otrzymywał mocno ograniczony budżet, musiał kalkulować i lawirować między olbrzymimi kosztami, by inwestycje okazywały się trafne. Polska powstawała praktycznie od zera. W 1921 roku odbudowano 270 tysięcy budynków, naprawiono większość dróg i zbudowano nowe. Aby prace szły sprawniej, Narutowicz zmniejszył pion administracyjny z 3500 osób do 746. Tym samym okazał się zręcznym nie tylko budowniczym, ale i politykiem.

Zestawiając jego niekontrowersyjną osobowość oraz talenty organizacyjne i skromność z atmosferą, która towarzyszyła najpierw wyborowi Narutowicza na prezydenta, a potem okolicznościom jego śmierci, powiedzieć można bez żadnej przesady, że II Rzeczpospolita do demokracji nie dorosła. 16 grudnia 1922 prezydent został zastrzelony – zaledwie po kilku dniach sprawowania urzędu.

Zanim Eligiusz Niewiadomski, wspierający endecję fanatyk, zastrzelił Narutowicza, wysyłano do prezydenta liczne, anonimowe pogróżki. Komentarze, jakie ukazały się po jego nominacji w prasie prawicowej były niewyobrażalnie agresywne – nawet w porównaniu z czasami dzisiejszymi. Stanisław Stroński z „Rzeczpospolitej” sugerował by „usunąć tę zawadę” (czego później, jak stwierdzał kilkanaście lat po zamachu, bardzo żałował), a gazety endeckie wprost informowały, że odmawiają wszelkiego poparcia rządom powołanym przez prezydenta „narzuconego przez obce narodowości: Żydów, Niemców, i Ukraińców”. Narutowiczowi zarzucano przede wszystkim to, iż „nie jest Polakiem” (skoro rodzina jego pochodziła z Kresów, a życie spędził w Szwajcarii), że wybrany został głosami mniejszości, a przede wszystkim – że jest niewierzący. „Gazeta Poranna”, organ Narodowej Demokracji pozwoliła sobie nawet na słowa podburzające swoich czytelników do działania: „Jakieś ptasie mózgi urzędnicze biedzą się nad ceremoniałem objęcia władzy przez prezydenta Narutowicza... Ludność polska prowokacji tej nie zniesie... zamiast strumienia krwi, które widzieliśmy onegdaj, popłyną krwi tej rzeki”. Rzeki krwi nie popłynęły, natomiast ofiarą stała się pierwsza osoba w państwie.

Kula, która zabiła Narutowicza, przeznaczona była dla Piłsudskiego: według zabójcy była protestem przeciw polityce tego ostatniego. Piłsudskiego ochroniła osobista straż i fakt, że nie startował w wyborach prezydenckich. Zamachowiec znalazł inny cel.

16 grudnia przywitał późnojesiennym chłodem, potem się rozpogodziło. Znużony ostatnimi wydarzeniami, Narutowicz dzień zaczął konną przejażdżką. Potem w dobry nastrój wprawiła go wizyta Leopolda Skulskiego, byłego premiera i ministra spraw wewnętrznych. Ze Skulskim łączyły go ciepłe relacje z czasów prac w rządzie Witosa, które przeobraziły się w przyjaźń. Łączyła ich też pasja do polowania. Żegnając się z nim, Narutowicz – jakby tknięty niepokojem – powiedział mu, aby w razie niespodziewanych wydarzeń zaopiekował się jego dziećmi.

W 90. rocznicę tamtych wydarzeń dr Miłosz Hrycek na łamach najnowszego numeru "Tygodnika Powszechnego" przypomina historię zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza: Do Zachęty Narutowicz pojechał ze Stanisławem Carem, szefem swej kancelarii. Podczas jazdy dyskutował, zadowolony z bliskiego końca prac nad utworzeniem rządu. Żartobliwie martwił się, że przeciągnięcie się wystawy spowoduje wystygnięcie obiadu.

Do Zachęty dotarł tuż po dwunastej. W tłumie oczekujących stał Eligiusz Niewiadomski. Nie był osobą znikąd ani „narodowym siepaczem”, jak przedstawiała go potem prasa lewicowa. Był wykładowcą w Szkole Sztuk Pięknych Politechniki Warszawskiej, krytykiem i malarzem, związanym z endecją. Jego uczeń Antoni Słonimski opisywał go jako „sztywno chodzącą normalność”. Wyróżniał go brak poczucia humoru. Adam Pragier, poseł lewicy, mówił potem, że nigdy nie sądziłby, iż Niewiadomski byłby zdolny do takiego czynu.

Prezydenta powitały okrzyki: „Niech żyje Narutowicz!”. Na schodach czekał prezes Zachęty Karol Kozłowski. Udali się na pierwsze piętro, gdzie Narutowicz przeciął wstęgę i zaczął zwiedzanie. Towarzyszyli mu Kozłowski i premier Nowak. Narutowicz mówił, że lubi malarstwo, ale brak czasu ogranicza jego wizyty w Zachęcie. Stojąc tyłem do sali, oglądał obraz „Szron” Teodora Ziomka.

Nagle, jak wspominali świadkowie, dało się usłyszeć tłumiony trzask strzałów.

To Niewiadomski, przytknąwszy rewolwer do pleców Narutowicza, trzykrotnie pociągnął za spust.

Gdy pięć dni po zamachu Sejm i Senat wspólnie uczciły pamięć zabitego, marszałek Sejmu Maciej Rataj mówił: „I tym tragiczniejszą jest śmierć śp. Gabriela Narutowicza, iż wybrany na Prezydenta Rzeczypospolitej za pierwsze i za najważniejsze zadanie uznał łagodzenie tych walk i wprzęgnięcie wszystkich obywateli dobrej woli do pracy dla Państwa”. Marszałek Senatu Trąmpczyński cytował, co Narutowicz powiedział po objęciu urzędu: „Wymazałem z pamięci wspomnienia o tym, kto był ze mną, kto przeciw mnie; kto miał dla mnie słowa życzliwości, kto słowa zniewagi. Godzić trzeba i łagodzić walki, bo Państwo w potrzebie”. Rataj podkreślał, że po Narutowiczu spodziewano się, iż stanie się łącznikiem między stronami politycznego sporu, walczącymi bez pardonu już u progu Niepodległej.

Okazało się to niemożliwe.


Opracował Ryszard Zaprzałka

Źródło: internet


13:30, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -