Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS

MUZYKA

piątek, 28 grudnia 2012

ml

Było to 42 lata temu. W styczniu 1970 roku piosenka Venus mało znanej w Ameryce holenderskiej grupy Shocking Blue weszła na listę bestsellerów singlowych magazynu Billboard. 7 lutego uplasowała się na szczycie tego zestawienia. Dziś zatem o piosence oraz to i owo o kapeli.

    W historii holenderskiego rocka tylko kilka grup zdobyło międzynarodową sławę. Jeśli sięgnąć do lat 60. i 70. to można by wymienić Ekseption, Golden Earring, popularny zwłaszcza u nas Livin’ Blues i właśnie Shocking Blue – formację nazywaną, mimo że to określenie jest dlań nieco krzywdzące, grupą jednego przeboju. Jednak po kolei.
    Kwartet Shocking Blue powstał w 1967 roku. Założył go 21-letni wówczas gitarzysta Robbie van Leeuwen. Pierwszy mały krążek zespołu z utworem Love is in The Air został wydany przez Polydor jeszcze tego samego roku. Przeszedł bez echa. Jednak drugi singel Lucy Brown is Back in Town stał się już umiarkowanym przebojem. W obu przypadkach wokalistą był Fred de Wilde. W roku 1968 Freda, który dostał powołanie do wojska, zastąpiła Mariska Veres i to właśnie z nią zespół ruszył na podbój list przebojów.
    Veres, licząca wtedy 20 wiosen, dysponowała nie tylko charakterystycznym głosem, ale również intrygującą urodą. Ojcem urodzonej w Hadze wokalistki był węgierski skrzypek romskiego pochodzenia Lajos Veres. Matka, choć urodzona w Niemczech, miała francuskich i rosyjskich rodziców. Nic zatem dziwnego, że w pannie Veres nie można było doszukać się niderlandzkich rysów.
    Mariska rozpoczęła karierę piosenkarki jako szesnastolatka w zespole gitarowym Les Mysteres. Potem w jej muzycznym życiu pojawiło się sporo innych formacji, w których oczywiście śpiewała, w jednej z nich - Motowns grała także na organach. Po rozpadzie w 1974 roku Shocking Blue, artystka nagrała kilka singli, m.in. Take Me High (1975) i Lovin' You (1976), które cieszyły się popularnością w Holandii, Belgii oraz w Niemczech. Potem dołączyła do jazzowego zespołu The Shocking Jazz Quintet. Po latach wróciła do zreaktywowanego Shocking Blue. W 2003 roku nagrała album z Andrei Serbanem. Niestety, w grudniu 2006 roku zmarła na chorobę nowotworową.
    Shocking Blue, od początku kojarzony z postacią Mariski, nagrał - wliczając w to kompilacje i krążek zarejestrowany na żywo - 12 albumów. Wydał aż 25 singli, niestety żaden z nich nie dorównał popularnością Venus. Kolejne po Venus małe krążki, takie jak Mighty Joe (z intro mocno przypominającym The Price Of Love duetu Everly Brothers) oraz Never Marry a Railroad Man – sprzedały się, co prawda, w ilości przekraczającej milion egzemplarzy, ale nie zawojowały w jakiś oszałamiający sposób list przebojów. Następne single Hello Darkness (1970), Shocking You, Blossom Lady, Out of Sight, Out of Mind (1971), Inkpot, Rock in the Sea, Eve and the Apple (1972) oraz Oh Lord (1973), choć były kupowane w Europie, Ameryce Łacińskiej i Azji, nigdy nie zaistniały ani w zestawieniach brytyjskich, ani tym bardziej na listach w Stanach Zjednoczonych. A propos jednak Stanów. W 1988 roku debiutujący wtedy zespół Nirvana sięgnął po kompozycję Love Buzz. Utwór ten, w swojej oryginalnej wersji znalazł się na drugiej długogrającej płycie Shocking Blue – At Home.
    Wracam jeszcze do przeboju Venus. Jego kompozytorem i producentem był gitarzysta zespołu Robbie van Leeuwen. Piosenka została oparta na utworze Oh! Susanna zespołu The Big Three z 1963 roku, a Mariska Veres śpiewała: Bogini na szczycie góry / Płonąca jak srebrny płomień / Ideał piękna w miłości / Wenus jej imieniem / Ona to ma, Kochanie, ona to ma. Tu następował refren: Cóż, jestem twoją Venus, jestem płomieniem twego pragnienia. Potem druga zwrotka: Jej bronią były oczy kryształowe / Każdy mężczyzna tracił dlań głowę / Czarna jak noc była / I miała to, co czego nikt nie miał. Tyle, to wystarczyło, choć oczywiście nie tekst stanowił u uroku piosenki. W świecie sprzedano blisko 14 milionów płyt z Venus. Hit stał się numerem jeden nie tylko w Ameryce. W latach 1969 –1970 dotarł na szczyt zestawień we Włoszech, w Belgii, Francji i Hiszpanii. W Niemczech i Japonii uplasował się na pozycji drugiej. Co więcej, we wrześniu 1986 roku ponownie wskoczył na szczyt amerykańskiego zestawienia, tym razem jako cover w wykonaniu zespołu Bananarama. Trzeba przy tym dodać, że to wcale nie częsty przypadek w historii, że zarówno wersja oryginalna, jak i coverowa znalazły się na szczycie amerykańskiego zestawienia. Dlaczego tak było w tym przypadku? Odpowiedź jest prosta: dlatego, że to naprawdę świetna piosenka.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


16:10, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 grudnia 2012

14 grudnia odbędzie się kolejny koncert z cyklu Skład Kultury, którego organizatorem jest Tarnowskie Centrum Kultury. Gospodarzem imprezy będzie tarnowski zespół Personel (pomysłodawca niegdysiejszej "Restauracji Sialalala..."). W przedświątecznej edycji Składu Kultury zat. "Zima" na żywo usłyszymy m.in. nowe i stare piosenki grupy Personel. Na scenie oprócz gospodarza, wystąpią także zaproszeni goście, min. aktorzy Zofia Zoń i Tomasz Wiśniewski ze specjalnie przygotowanym repertuarem muzycznym. W programie także wystawa multimedialna – Art. Grupa (Gabriela Basta, Grzegorz Komorowski, Szymon Miłkoś, Joanna Para, Karolina Płanik, Patrycja Wojtas, Filip Zabawa, Jakub Zając) oraz goście specjalni -  Zofia Zoń i Tomasz Wiśniewski. Poniżej wywiad z twórcą Personelu Krzysztofem Huberem.

Z cyklu znani i nieznani…

W górach próbuje scalić kilku Huberów w tego właściwego… Z Krzysztofem Huberem, tekściarzem, wokalista, kompozytorem, założycielem kapeli Personel, rozmawia Mateusz Tolbat.

Przypomnij skąd się wziąłeś i do tego z Personelem?
Wziąłem się z Apropos i No Smoking, z którymi to kapelami rozwiodłem się przez natężenie życia i jego sytość. Rozwód podparty był też brakiem doświadczenia i rozwagi. Jak to w młodości. Pojawiły się nowe teksty, nowi muzycy, nowe doświadczenia, których klamrę spinającą to wszystko jakoś trzeba było nazwać. Obejrzałem film Kieślowskiego o człowieku żyjącym w kulisach wielkiej sztuki, bardzo wówczas mi bliskim. „Personel” to tytuł tego filmu. Taką też nazwę przyjęła kapela. Personelem zostaliśmy dla naszych fanów w pierwszym naszym projekcie „Restauracja sia la la la la...”.

Wieść gminna niesie, że w końcu płyta zespołu Personel została nagrana. Żart to czy prawda?
Potwierdzam doniesienia wieści gminnej, że płyta faktycznie, faktycznie, faktycznie już istnieje – od dziesięciu lat! Odłożona ad acta. Po tym czasie, korektach w składzie Personelu, nagraliśmy materiał, na który składają się moje młodzieńcze teksty i kompozycje – sztubackie, bezczelne, przesycone smrodem wojskowej onucy, będące lustrem tamtego czasu, przełomu milenium.

Co dalej z nagranym materiałem?
Poczekamy kolejne dziesięć lat i nagramy to ponownie. Chyba że nasze próby promocji tego materiału kogoś zainteresują, płyta się ukaże i trafi do naszych fanów.

Gracie klubowa muze. Niestety, bardzo rzadko publicznie. Dlaczego? Kiedy i gdzie będzie można Personel zobaczyć i muzycznie kontemplować?
To prawda, ostatni raz graliśmy w marcu tego roku w TCK-u, kontynuując projekt „Restauracja sia la la la la”. Po siedmiu latach postanowiliśmy wrócić do ogólnego szeroko pojętego „Składu Kultury” i zaznaczyć się w nim w grudniu także w gościnnych piwnicach Tarnowskiego Centrum Kultury.

Wiem, ze uciekasz z miasta w góry, jesteś typem samotnika, indywidualisty, ale przecież Personel to nie tylko ty?
Góry to nie ucieczka, to wewnętrzna emigracja, to przemyślenia, spokój i takie tam różne cuda natury. W górach próbuje scalić kilku Huberów w tego jednego, właściwego, który skrobie teksty i ma świadomość bycia komediantem. Pozostałe ważne persony Personelu, bez których nie ma całości tego projektu, tej płyty to Mariusz Dziekan, Damian Gwizd, Grzegorz Nosek i Marek Krupa. Nie byłoby takiego Personelu, „Restauracji.....” bez, życzliwego nam od zawsze, „szefa kuchni” Tomka Kapturkiewicza.



Dzięki ci za rozmowę i grajcie do końca świata... Byle częściej!

Rozmawiał Mateusz Tolbat  (Gazeta Krakowska)


11:04, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 listopada 2012

ml

16 czerwca minęło 40 lat od dnia, w którym ukazał się pierwszy album Roxy Music - zespołu, który w dziejach rocka był uważany za glamrockowy, progresywny, artrockowy, a w latach 80. nawet za new romantic. Krążek zatytułowany po prostu Roxy Music stał się jednym z najciekawszych debiutów w historii.

    Płyta ujrzała świat w czasie ofensywy glam rocka. Na nieco „wiochmenską” poetykę tego gatunku wskazywała nie tyle okładka, zaprojektowana przez lidera - Bryana Ferry’ego, ile jej wnętrze. Warto jednak podkreślić, że oprócz strojów, o czym poniżej, związki Roxy Music z glam rockiem były niewielkie. Na stronie frontowej okładki, w jasnoróżowej kolorystyce, roznegliżowana i wystylizowana na gwiazdę lat 50. znalazła się modelka Kari Ann Mueller.
    Fotografia dziewczyny była wysmakowanym zaproszeniem do galerii znajdującej się wewnątrz. Galeria natomiast zawierała zdjęcia muzyków ubranych i ucharakteryzowanych z quasi-burdelową estetyką. Czego tam nie było. Złocista kurtka Ferry’ego, utapirowana fryzura saksofonisty Andy’ego Mackaya, efektowne gogle gitarzysty Phila Manzanery, krzykliwa koszula Briana Eno, wzorzysty sweter basisty Grahama Simpsona i wreszcie czerwony kotylion perkusisty Paula Thompsona. Można było dostać mdłości. Wszystko to jednak było plastyczną prowokacją. Zresztą, po wysłuchaniu płyty, trudno było oprzeć się wrażeniu, że muzyka, a przynajmniej liczne jej fragmenty mają również prowokować.
    Płyta wydana przez wytwórnię Island, powstawała w londyńskich studiach nagraniowych zaledwie przez 16 dni marca 1972 roku. Jej producentem był Peter Sinfield, związany z King Crimson poeta i autor tekstów.
    Chris Shade (muzyk, pisarz i projektant) w recenzji płyty - zamieszczonej w książce wydanej u nas jako 1001 albumów muzycznych – pisał: krążek stanowił innowacyjną mieszankę rocka lat pięćdziesiątych, rechotliwego saksofonu i kosmicznej elektroniki, a wszystko było inspirowane pop-artem, którym interesował się lider.
    Andrzej Dorobek na łamach Magazynu Muzycznego (marzec 1986) rzecz ujmował tak: Najbardziej bodaj widoczną cechą nagranej muzyki jest różnorodność stylistyczna. Pod tym względem można wyróżnić trzy podstawowe czynniki: dynamiczny, ostro rytmizowany rock and roll, eksperymentalną muzykę z taśmy i tzw. doo-wop  - sentymentalną odmianę amerykańskiej piosenki lat 30-tych i 40-tych.
    Płytę otwierały dźwięki cocktail party. Tak zaczynał się utwór Re-Make/Re-Model zainspirowany obrazem Dereka Boshiera Re-Think/Re-Entry. To niby glam rock, ale słychać tu dziwną melorecytację brytyjskiej rejestracji samochodowej CPLS 93H i wyrafinowany śpiew Ferry’ego.
    W intro kompozycji Ladytron rekonstrukcja dźwięków lądowania na księżycu - autorstwa Briana Eno - jest zadziwiającym tłem dla kombinacji nowoczesnych i klasycznych instrumentów. W dalszej części sentymentalny zaśpiew Ferry’ego kontrastuje z gitarowym atakiem w instrumentalnym refrenie.
    Z kolei If There Is Something - jakby futurystyczne country. W tekście Ferry wskrzesza wyświechtane słowa piosenek o miłości i natychmiast ironicznie je unieszkodliwia: Dla ciebie udałbym się wszędzie / Zdobywałbym góry /... lub siedziałbym w ogrodzie / uprawiając całe zagony ziemniaków. W utworze tym, podobnie jak w Would You Belive?, moog i melotrony Eno zmagają się z prowokacyjnymi gitarami Manzanery.
    Artystowska ironia płyty przejawia się również w wokalnych popisach lidera, który potrafi swoiście „beczeć” (If There Is Something), albo też rwać frazy z kabaretową manierą (środkowa część See Breezes). Muzycznie krążek intrygował od początku do końca, a choć żonglowanie stylistykami z różnych nurtów muzycznych rodziło niebezpieczeństwo pospolitego eklektyzmu, to jednak muzycy wyszli z tego obronna ręką, osiągając wrażenie estetycznego dysonansu.
    Dziś ktoś może pomyśleć, że ten „zakurzony” krążek to tylko ciekawostka sprzed lat. Jednak można się dzięki niemu przekonać na ile twórcze, na ile odważne i inspirujące były niegdyś poszukiwania w obrębie szeroko pojętej muzyki rockowej.
    Czterdzieści lat temu Bryan Ferry powiedział: większość zespołu ma podejście natchnionych amatorów i jak długo uda nam się to utrzymać, wszystko będzie dobrze. Muzycy szybko stali się natchnionymi zawodowcami, a kolejne płyty udowodniły, że Roxy Music to jedna z najbardziej twórczych kapel tamtej dekady. Dziesięć lat po debiucie zespół wydał jeden z najpiękniejszych krążków lat  osiemdziesiątych – Avalon, ale to już zupełnie inna historia.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search

19:36, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 listopada 2012

ml

W marcu 1971 roku piosenka Me And Bobby McGee - wykonywana przez nieżyjącą już wówczas Janis Joplin - wspięła się na szczyt amerykańskiej listy singlowej. Dziś krótka historia tego legendarnego utworu.



    Piosenka została napisana przez Krisa Kristoffersona i Freda Fostera. Ponoć inspiracją dla Kristoffersona stał się klasyczny film Fedrico Felliniego - La Strada z 1954 roku. Pierwsze wykonanie piosenki znalazło się na krążku Rogera Millera, wydanym w lipcu 1969 roku. Singel z tym nagraniem dotarł wówczas do 12 pozycji amerykańskiej listy country. Wersja Gordona Lightfoota była notowana na miejscu 13 amerykańskiego rankingu pop i dotarła na szczyt w analogicznym zestawieniu w Kanadzie.
    Z kolei wersja autora utworu - Krisa Kristoffersona znalazła się na wydanym w 1970 roku jego debiutanckim albumie, który uplasował się na 10 pozycji zestawienia amerykańskich bestsellerów muzyki country. Kristofferson z powodzeniem zaprezentował swój utwór podczas pamiętnego festiwalu na wyspie Wight w 1970 roku.
    Piosenkę, z czasem, włączyli do swojego repertuaru m.in. tacy wykonawcy jak: Bill Haley, Jerry Lee Lewis, Johnny Cash, Grateful Dead, Wylong Jannings, Chet Atkins, Olivia Newton-John, Joan Baez, Pink, Allison Crowe, Dolly Parton i Tori Amos. Co by jednak nie pisać o tych wersjach, to nie ulega żadnej kwestii, że najsłynniejsze wykonanie podarowała światu Janis Joplin. Najpierw jednak Janis sama został nią obdarowana przez Krisa Kristoffersona, jednego z najważniejszych facetów w jej krótkim, burzliwym życiu. Kris zresztą do końca pozostał jej kochankiem.
    Me And Bobby Mc Gee, w której Joplinka uczyniła tytułową postać facetem, trafiła na najlepszą płytę w jej dyskografii – Pearl. Album ten artystka nagrała we wrześniu 1970 roku z towarzyszeniem zespołu Full Tilt Boogie Band. Płyta została wydana 11 stycznia 1971 roku, zawędrowała na szczyt amerykańskiego zestawienia bestsellerów i wkrótce pokryła się czterokrotną platyną.
    W każdym z utworów zamieszonych na tym albumie rozpoznawalny jest niepowtarzalny styl artystki. W jednym z wywiadów Janis określiła go tasiemcowym, wymyślonym na poczekaniu terminem: blues-rock-soul-blues-rock. Styl ten do dziś pozostaje jedną z najbardziej elektryzujących prób stworzenia białego odpowiednika najwartościowszych czarnych wzorców interpretacyjnych. Janis - uwielbiając soul - śmiało i twórczo czerpała z tradycji nie tylko bluesa, ale także muzyki gospel. Tradycję tę rozumiała jakby intuicyjnie, za to przetwarzała ją w zgodzie z duchem czasu i rocka.  
    Poniżej przedstawiam polski tekst piosenki Janis Joplin, niemal w całości oparty na tłumaczeniu Wojciecha Manna.
    Kompletnie spłukani w Baton Rouge czekaliśmy na pociąg / Czułam się prawie tak zużyta jak moje dżinsy / Bobby zatrzymał ciężarówkę w ostatniej chwili zanim lunął deszcz / Zawiozła nas aż do Nowego Orleanu / Wyciągnęłam harmonijkę z mojej brudnej czerwonej bandany / Grałam cicho, a Bobby śpiewał bluesa / Wycieraczki wystukiwały rytm, a ja trzymałam dłoń Bobby’ego w mojej / Śpiewaliśmy wszystkie piosenki, które znał kierowca / Wolność, innymi słowy, to nie mieć nic do stracenia / „Nic” nie znaczy nic, jeśli nie jest za darmo / I łatwo było czuć się dobrze, gdy on śpiewał bluesa / Rozumiecie, „czuć się dobrze” wystarczało mi / Wystarczało dla mnie i Bobby’ego McGee / Od kopalni Kentucky aż po słońce Kalifornii / Bobby poznał sekrety mej duszy / Przy każdej pogodzie, i w szczęściu, i w biedzie / Bobby chronił mnie przed zimnem / Pewnego dnia blisko Salinas pozwoliłam mu się wymknąć / Szukał domu, mam nadzieję, że go znajdzie / Ale zamieniłabym wszystkie mojej jutra na jedno wczoraj / By znów poczuć ciało Bobby’ego obok siebie / Wolność, innymi słowy, to nie mieć nic do stracenia / I nic to wszystko, co Bobby mi pozostawił / Lecz jeśli łatwo było czuć się dobrze, gdy on śpiewał bluesa / To „czuć się dobrze” wystarczało mi / Wystarczało dla mnie i Bobby’ego McGee / Nazwałam go kochankiem, nazwałam moim facetem / Tak, nazwałam go kochankiem, zrobiłam, co mogłam.
    Po Sittin’ On The Dock Of The Bay Otisa Reddinga piosenka Janis była drugim przypadkiem w historii amerykańskiej listy singlowej, gdy na szczycie znalazł się hit w wykonaniu niedawno zmarłego artysty.
    Me And Bobby McGee Joplinki została wykorzystana w epilogu słynnego filmu Rainera Wernera Fassbindera Berlin Alexanderplatz, z kolei w zestawieniu pięciuset największych utworów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone – uplasowała się na pozycji 148.

Krzysztof Borowiec


19:21, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 listopada 2012

ml

3 stycznia skończył 66 lat. W gruncie rzeczy jest multiinstrumentalistą, od dawna jednak należy do elitarnego grona wirtuozów gitary basowej. Przez lata, zapewne dzięki usposobieniu, uchodził za „tego czwartego” w Led Zeppelin. Dziś jest ciągle aktywny i twórczy. Szuka nowych muzycznych wyzwań i ani myśli o muzycznej emeryturze.

    Kiedy w 2009 roku przeczytałem gdzieś, że John Paul Jones wraz z Davem Grohlem (Foo Fighters) i Joshem Homme (Queens Of The Stone Age) sfinalizował debiutancki krążek bandu pod nazwą Them Crooked Vultures, czułem, że płytę tej supergrupy mogę kupić w ciemno. Nie myliłem się. Wydawnictwo to, wliczając  okres amatorskiego muzykowania jubilata, stało się znakomitym wprowadzeniem w drugie półwiecze jego muzycznej pracy.
    John Paul Jones to pseudonim artystyczny. Właściwie nazywa się John Baldwin, urodził się w hrabstwie Kent w Wielkiej Brytanii jako syn pianisty i aranżera oraz tancerki i wokalistki. Przy takich rodzicach nie dziwi fakt, że z muzyką miał do czynienia od kołyski. W wieku sześciu lat znał już tajniki gry na fortepianie. Od 13 roku życia zaczął grać na gitarze basowej, a wkrótce potem wspomagał instrumentalnie zespół swojego ojca.   
    Zaledwie jako piętnastolatek założył własną grupę, która grywała dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Anglii. W tamtych latach, jak twierdzi, był pod silnym wpływem basistów jazzowych – Charlesa Mingusa i Scotta La Faro z zespołu Billa Evansa. Ponoć pewnego dnia usłyszał w radiu solo basowe Phila Upchurcha i doznał olśnienia, że bas w muzyce rockowej może być instrumentem prowadzącym i solowym, podobnie jak dzięki Mingusowi spełniał tę rolę w jazzie.
    Kiedy szkolne lata dobiegły końca, John Paul rozpoczął profesjonalną karierę muzyczną. Zaczynał od występów w grupie Jeta Harrisa i Tony'ego Meehana, którzy po odejściu z The Shadows wydali przebojowy singel Diamonds. W wieku siedemnastu lat John dostał pracę basisty w zespole, gdzie na gitarze akustycznej grał John McLaughlin, już wtedy uznawany za najlepszego gitarzystę jazzowego w Anglii. Z McLaughlinem pracował przez półtora roku, potem postanowił pójść w inną stronę. Został producentem płyt i muzykiem sesyjnym, szybko wyrabiając sobie opinię jednego z najlepszych w branży.
    W latach sześćdziesiątych współpracował między innymi z The Rolling Stones, Jeffem Beckiem, Dusty Springfield, The Supremes, Donovanem, The Everly Brothers, Herman’s Hermits, Shirley Bassey, Catem Stevensem, Lulu czy wreszcie z The Yardbirds. Znany producent Mick Most, twierdził, że płyty Herman’s Hermits, które aranżował Jones sprzedawały się w 1965 roku lepiej niż krążki Beatlesów.
    W 1967 roku John wziął udział w swojej najbardziej prestiżowej sesji. Andrew Oldham zatrudnił go do aranżacji instrumentów smyczkowych w She’s A Rainbow – kawałku z płyty Stonesów Their Satanic Majesties Request. Nic dziwnego, bo John był już wtedy cenionym artystą w branży. To bycie cenionym wymagało jednak sporego wysiłku. Kiedyś powiedział, że w 1968 roku poczuł się wypalony. Aranżował wówczas 40 do 50 kawałków w miesiącu i to zaczęło go zabijać.
    Legendarny gitarzysta  Led Zeppelin – Jimmy Page, z którym John Paul grał w The Yardbirds, wspominał o spotkaniu przy okazji sesji nagraniowej Hurdy Gurdy Man Donovana. John Paul Jones zajmował się tam aranżacjami. W czasie przerwy spytał mnie, czy przypadkiem nie szukam basisty do nowego zespołu. John, bezdyskusyjnie wspaniały aranżer i muzyk, nie musiał mnie wcale prosić o pracę. Szukał sposobu samorealizacji i pomyślał, że mógłbym mu w tym pomóc. Miał porządne wykształcenie muzyczne i niezłe pomysły. Natychmiast skorzystałem z okazji, żeby włączyć go do grupy.
    Potem przyszedł czas na wielki Led Zeppelin. Jone Paul Jones był dla Page’a pewniakiem, trzeba jednak było znaleźć wokalistę i pałkera. Gdy już pojawili się Robert Plant i John Bonham można było ruszyć na podbój świata.
    Chris Dreja – legendarny gitarzysta The Yardbirds uważa Johna Paula za najlepszego basistę w Europie. O wpływie jego stylu gry otwarcie mówili tak znani (i różni zarazem) muzycy, jak: John Deacon z Queen, Geddy Lee z Rush, Steve Harris z Iron Maiden, Flea z Red Hot Chili Peppers czy Gene Simmons z Kiss.
    Dla jubilata zawsze ważna była muzyka. Był czwartym z Zeppów, bo unikał „pozamuzycznego” rozgłosu, towarzyskich skandali i hotelowych burd. To, w gruncie rzeczy, spokojny facet. Od 1965 roku jest żonaty z tą samą kobietą (Maureen), co jak na rockandrollowca jest interesującym, a zarazem godnym podkreślenia faktem.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


10:06, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 listopada 2012


Część pierwsza

Stała bywalczyni dworku mistrza Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, teoretyk muzyki, krytyk muzyczny oraz wieloletnia publicystka rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie i „Dziennika Polskiego”. Oto pofestiwalowe impresje Anny Woźniakowskiej – tyleż smakowite, co merytoryczne, pisane sercem i mędrca szkiełkiem i okiem.


"Mocny początek"

Tydzień Talentów od lat rozpoczyna się Wielkim Powrotem czyli koncertem znanego artysty lub zespołu, który u początku swej kariery brał w Tygodniu udział. Słynne Motion Trio w tej imprezie w Tarnowie wystąpiło po raz pierwszy w 2000 roku. O trójce akordeonistów z Krakowa: Januszu Wojtarowiczu, Pawle Baranku i Marcinie Gałażynie, było już wówczas głośno, ale największe triumfy artyści mieli jeszcze przed sobą. Dziś są znani w całym świecie, występują w najsłynniejszych salach. Znaleźli jednak czas, by przyjechać do Kąśnej Dolnej i we wtorek 16 października zainaugurować jubileuszowy, trzydziesty już festiwal. W znakomitej kąśniańskiej sali koncertowej z przyzwyczajenia chyba wciąż zwanej stodołą przedstawili program zróżnicowany – od Chopina i Kilara po pastisze gier komputerowych. Już to samo dowodziło szerokiego wachlarza możliwości wykonawczych zespołu. Sposób w jaki trójka artystów ten program interpretowała przeszedł moje oczekiwania.

W przypadku Motion Trio trudno właściwie mówić o trójce wykonawców. Wprawdzie każdy z nich jest inną osobowością, wnosi do zespołu inne cechy i wartości, to przecież od pierwszego dźwięku są jednością, jakimś wielkim, potrójnym instrumentem o możliwościach nie mających wprost granic. We wtorek wspaniale się wzajemnie wyczuwali, idealnie reagowali na sugestie każdego z nich, ogarnięci byli jednym pulsem, oddychali jednym oddechem. Zachwycali wrażliwością muzyczną objawiającą się bogactwem barw, dbałością o każdy detal, o zróżnicowanie gatunku dźwięku, o wykończenie każdej frazy. Artyści obdarzeni wielką wyobraźnią i fantazją o akordeonie wiedzą wszystko i potrafią wspaniale tę wiedzę wykorzystać zarówno w dowcipnym, pełnym muzycznych aluzji utworze DJ Chicken (kompozycja zbiorowa), jak i w onirycznej Silance Janusza Wojtarowicza. Każdy z dziesięciu przewidzianych programem (były jeszcze bisy) utworów ukazywał inne oblicze zespołu, choć w ich kompozycjach wyczuć można było predylekcję do muzyki repetytywnej i bałkańskich rytmów. Cały program był interesujący, ale artyści zaimponowali mi interpretacjami dwóch utworów: Preludium e-moll op. 28 Chopina i Orawy Kilara. Z Chopinem jego aranżer Janusz Wojtarowicz postąpił na pozór dość swobodnie rytmizując współcześnie jego ostinatowy rytm. Mimo to potrafił jednak zachować to co najważniejsze, czyli jedyny w swoim rodzaju romantyczny, tajemniczo-nostalgiczny nastrój utworu i choć nie lubię przenoszenia wyrosłych z ducha fortepianu utworów Chopina na inne instrumenty, to w tym przypadku muszę uznać trafność takiej interpretacji. Orawę Kilara słyszałam w wykonaniu Motion Trio już kilkakrotnie, za każdym razem graną zresztą nieco inaczej. Tym razem połączenie perfekcji ze spontanicznością graniczącą z zapamiętaniem przyniosło fantastyczny rezultat.
Muszę się przyznać, że trochę obawiałam się tego koncertu. W letnich miesiącach dwukrotnie uczestniczyłam w koncertach Motion Trio i odniosłam wrażenie jakiegoś wypalenia się muzyków. Niby wszystko było w porządku, ale brakowało emocji, która dotąd zawsze zachwycała słuchaczy. Być może było to po prostu zmęczenie, bo tym razem z artystów emanowała pasja, a każda z interpretacji była świeża i porywająca. Oby tak dalej!

L’Arte del violino

W tym roku popisy skrzypków w ramach Tygodnia Talentów miały szczególną atmosferę. Środowy koncert w tarnowskiej Sali Lustrzanej był bowiem poświęcony pamięci profesor Jadwigi Kaliszewskiej, która przez lata przedstawiała publiczności Tygodnia młodych adeptów wiolinistyki i przybliżała jej ich repertuar. Uroku Pani Profesor, Jej serdeczności, bezpośredniości w kontaktach z ludźmi i widocznego na pierwszy rzut oka Jej oddania muzyce i młodym muzykom bardzo brakuje wszystkim uczestnikom tegorocznego Tygodnia Talentów. W środę Jej funkcję przejął wychowanek i współpracownik Jadwigi Kaliszewskiej, prof. Marcin Baranowski, a prezentację młodych skrzypków poprzedził pięknym, bardzo osobistym wspomnieniem o Pani Profesor. Słuchając tych opowieści raz jeszcze rozumieliśmy jak barwna i wielowymiarowa, jak nietuzinkowa była to postać.
W koncercie wystąpiło dwóch skrzypków. Stanisław Podemski jest studentem III roku AM w Poznaniu. Błażej Kociuban studiuje w krakowskiej AM i w Zürcher Hochschule der Künste w Szwajcarii. Obaj przedstawili się z jak najlepszej strony prezentując bardzo dobry warsztat i dużą wrażliwość muzyczną. Obaj sięgnęli po sonaty będące sprawdzianem i umiejętności solistycznych i predyspozycji do kameralistyki.

Stanisław Podemski wraz z pianistką Joanną Zathey-Wójcińską grał Sonatę c-moll op. 45 Edwarda Griega. Ten zróżnicowany w emocjach, trzyczęściowy utwór charakteryzuje piękna, potoczysta melodyka, co stwarza pewne niebezpieczeństwo dla wykonawcy, łatwo bowiem popaść tu w pewien sentymentalizm, wręcz banał. Stanisław Podemski wraz ze swą partnerką potrafili nadać muzyce  Griega właściwy jej szlachetny romantyzm. I część nasycili wręcz namiętnym uczuciem, II część pięknie wyśpiewali zachowując właściwą powściągliwość w tym śpiewie, wreszcie w III części wydobyli wszystkie charakterystyczne cechy muzyki Griega – fantastyczność i tajemniczość, północną nostalgię i wręcz trollowską ruchliwość.
W zupełnie inny świat wprowadzili słuchaczy Błażej Kociuban i partnerujący mu na fortepianie Paweł Motyczyński. Grali I Sonate f-moll Siergieja Prokofiewa. Obszerny, czteroczęściowy utwór napisany w latach wojny jest jednym z najmroczniejszych utworów rosyjskiego mistrza. Młodzi muzycy wybornie oddali tę gęstą atmosferę kompozycji podkreślając w I jej części właśnie jej mroczność i powagę, w II – dramatyzm sięgający chwilami brutalności łagodzony momentami typowej dla Prokofiewa, cierpkiej liryki. III część rozpoczęli intymnie, niemal szeptem by potem pozwolić linii skrzypiec pięknie wznosić się i rozwijać, jakby jej ład i słodycz miały zwyciężyć nad mrocznym światem. Dobrze też z tego jasnego napięcia zeszli znów do szmeru i mroku, by w IV części będącej konkluzją całości rozładować i wyjaśnić wszelkie muzyczne konflikty utworu. To ciekawe, jak bardzo muzyka Prokofiewa, na pozór trudna, niejednoznaczna, bliska jest młodemu pokoleniu muzyków.
Do Błażeja Kociubana i Pawła Motyczyńskiego mam jedną tylko uwagę. W czteroczęściowej Sonacie trzeba zbudować podwójne napięcia dramatyczne. Pierwsze – w ramach każdej z części. Temu zadaniu młodzi artyści dobrze sprostali. Gorzej było z dramaturgią całości dzieła, a to dlatego, że po każdej z części muzycy gasili napięcie zbyt długimi przerwami, gestami i zachowaniem graniczącym z prywatnością. To na estradzie błąd, na którego wyeliminowanie trzeba zwrócić w przyszłości uwagę.  

Tegoroczny Tydzień Talentów odbywa się pod hasłem „Gwiazdy promują”. Gwiazdą środowego koncertu był chyba najsłynniejszy wychowanek prof. Jadwigi Kaliszewskiej, laureat wielu międzynarodowych konkursów Bartłomiej Nizioł. Wraz z pianistą Marcinem Sikorskim wykonał Sonatę Es-dur op. 18 Richarda Straussa oraz Fantazję na temat walca  z „Kawalera srebrnej róży” R. Straussa opracowaną przez skrzypka Vašę Přihodę. Na bis artyści dorzucili Radość miłości i Cierpienia miłości Fritza Kreislera. Cóż powiedzieć? To było spotkanie z prawdziwymi mistrzami kreującymi arcydzieła. Cudowny dźwięk, lekkość, finezja, powaga gdzie trzeba, radość płynąca od artystów ku publiczności, to wszystko czyniło występ pary Nizioł-Sikorski artystycznym zjawiskiem, które na długo pozostanie w pamięci słuchaczy.

Współorganizatorem tegorocznego Tygodnia Talentów jest Państwowa Szkoła Muzyczna I stopnia w Bochni nosząca imię swego założyciela prof. Jerzego Żurawlewa. Jego pamięci poświęcony był popołudniowy koncert w sobotę. Utwory Griega i Chopina grała Ewa Pobłocka, pieśni Chopina, Moniuszki, Wolfa i Debussy’ego śpiewała z jej towarzyszeniem Ewa Leszczyńska. Życiorys wielkiego pianisty, pedagoga i organizatora polskiego życia muzycznego (m.in. inicjatora Międzynarodowych Konkursów Chopinowskich w Warszawie) przypomniał dyrektor bocheńskiej szkoły muzycznej Krzysztof Krawczyk.

Ewa Pobłocka to artystka wspaniała, docierająca w swych interpretacjach do sedna utworów, grająca pięknie, mądrze i spontanicznie zarazem. Pod jej palcami każda nuta ma sens i wartość. Jej prezentacje kilku miniatur z Utworów lirycznych Griega, Nokturnu cis-moll op. 27 i Scherza b-moll, a także zagranych na bis dwóch Mazurków Chopina, były prawdziwymi kreacjami, wyborną lekcją rozumienia muzyki romantycznej. Jerzy Żurawlew zainicjował niegdyś Konkursy Chopinowskie by udowodnić wartość muzyki Chopina, któremu w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, w czasach „nowej rzeczowości”, zarzucano nadmierny sentymentalizm i salonowość. Właśnie głębię emocji i doskonałość warsztatu kompozytorskiego chopinowskiej muzyki uwydatniła w swych interpretacjach Ewa Pobłocka. Równie ciekawy muzycznie był krótki recital pieśniarski. Obdarzona sopranowym głosem Ewa Leszczyńska, śpiewaczka i pianistka, jest córką Ewy Pobłockiej a wnuczką świetnej niegdyś śpiewaczki Zofii Janukowicz - Pobłockiej. To „obciążenie rodzinne” zaowocowało przede wszystkim muzykalnością młodej artystki i jej wiedzą o interpretacji pieśni. W przekazie zróżnicowanego programu nie było nic przypadkowego, wszystko wypływało z należytego zrozumienia tekstu słownego i muzycznego. Każda więc z pieśni była odrębnym, wycyzelowanym w każdym szczególe obrazkiem muzycznym. Szkoda tylko, że nie w każdej sam tekst słowny należycie docierał do słuchaczy.

 

Wieczorem, już w dworze Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, wystąpili akordeoniści, mistrz Klaudiusz Baran z dwoma swymi studentami z warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego: Przemysławem Wojciechowskim i Patrykiem Sztabińskim. Każdy z młodych ludzi przedstawił zróżnicowany program pozwalający sprawdzić nie tylko ich umiejętności warsztatowe lecz przede wszystkim wiedzę (od baroku po współczesność) i wrażliwość muzyczną, a także różnice osobowościowe. Przemysław Wojciechowski (także twórca ciekawych transkrypcji) wydał mi się introwertykiem drążącym w głąb wykonywanych utworów. Patryk Sztabiński był w sobotę bardziej otwarty, pełen radości i wirtuozowskiego błysku. Obaj okazali się bardzo dobrymi muzykami, wrażliwymi na urodę dźwięku, należycie budującymi napięcia dramatyczne wykonywanych utworów.


Ich pedagog w krótkim recitalu na akordeonie i bandoneonie raz jeszcze udowodnił, że są to pełnoprawne z innymi instrumenty koncertowe. Ważne jest jedynie, by władać nimi mistrzowsko i umieć przekazać posługując się nimi piękno muzyki. Utwory Czajkowskiego, Nagajewa (bardzo ciekawa Sonata op. 13!), Albeniza i kompozytorów argentyńskich w szlachetnych interpretacjach Klaudiusza Barana prawdziwie zajaśniały pełnym blaskiem.  

Źródło: Centrum Paderewskiego Tarnów - Kąśna Dolna



09:51, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »

Część druga

Stała bywalczyni dworku mistrza Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, teoretyk muzyki, krytyk muzyczny oraz wieloletnia publicystka rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie i „Dziennika Polskiego”. Oto pofestiwalowe impresje Anny Woźniakowskiej – tyleż smakowite, co merytoryczne, pisane sercem i mędrca szkiełkiem i okiem.

          
 "Con grazia"

Żaden z instrumentów nie potrafi śpiewać tak pięknie jak wiolonczela. Mogli się o tym przekonać raz jeszcze uczestnicy kolejnego koncertu Tygodnia Talentów w czwartek w dworze Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Ponieważ każdy koncert tegorocznego festiwalu jest nie tylko prezentacją młodych muzyków ale i spotkaniem z mistrzem, tym razem słuchaliśmy charyzmatycznego Tomasza Strahla, jednego z czołowych polskich mistrzów wiolonczeli. Właściwie mistrzów było dwóch, bo Tomaszowi Strahlowi partnerował na fortepianie Paweł Mazur,. Artyści stworzyli świetny duet inspirujący się wzajemnie, prowadzący arcyciekawą muzyczną rozmowę. A „rozmawiali” głównie Chopinem. Najpierw słuchaliśmy utworu młodzieńczego, Introdukcji i Poloneza C-dur op. 3, w którym artyści pokreślili jego szlachetność i błyskotliwość zarazem, bo kompozycja utrzymana jest w stylu brillant. Potem zabrzmiała Sonata g-moll op. 65, jeden z ostatnich utworów Fryderyka niepodobny do żadnej wcześniejszej kompozycji, ukazujący nowe światy, w których kompozytor nie zdążył już się spełnić. To, przynajmniej dla mnie, najciekawsze i najgłębsze dzieło Chopina, przykład wspaniałej kameralistyki. Tomasz Strahl  i Paweł Mazur doskonale wydobyli całe bogactwo Chopinowskiej muzyki, grali mądrze, z olbrzymim uczuciem, pięknym dźwiękiem i wielką wrażliwością. Tak interpretować utwory Chopina mogą tylko prawdziwi mistrzowie. Zagrane na koniec Pezzo capriccioso op. 62 Piotra Czajkowskiego raz jeszcze potwierdziło ich wysoką klasę.

 

Artyści wyznaczyli wysoki pułap do którego winni dążyć młodzi, a młode wiolonczelistki były tym razem dwie. Koncert rozpoczęła Aleksandra Lelek z Krakowa, która z pianistą Piotrem Różańskim grała dwie części Sonaty C-dur op. 119 Prokofiewa, Passacaglię w prawie dawnym stylu Bauera i wirtuozowską Fantazję na temat pieśni rosyjskich Servais’a. Młoda artystka ma wiele zalet predysponujących ją do estradowej kariery. Dysponuje już bardzo dobrym warsztatem, ładnym, dużym dźwiękiem, muzykalnością, słowem mozen przykuwać uwagę słuchaczy. Tym razem była jednak dziwnie rozproszona, właściwie dopiero w Fantazji Servais’a czułam jej prawdziwe zespolenie z muzyką. Stracili na tym Prokofiew i Bauer, bo trudno było w przedstawionych interpretacjach szukać dobrze zbudowanej formy utworu. Wiolonczelistce nie pomagał też pianista, który szczególnie w Sonacie Prokofiewa był dziwnie wycofany, nie współtworzył należycie obrazu dzieła. Być może na takim przekazie zaważył przyjazd młodych ludzi na koncert niemal w ostatniej chwili. Błąd!

Druga wiolonczelistka, Zuzanna Sosnowska z Warszawy, grała solo fragment Suity hiszpańskiej Gaspara Cassadó, a z pianistką Jolantą Adamską dwie części Sonaty d-moll op. 40 Szostakowicza oraz Adagio i Allegro op. 70 Roberta Schumanna. Była to udana prezentacja. Młoda artystka może nie mająca tej swobody estradowej, która cechowała Aleksandrę Lelek, górowała nad nią tym razem skupieniem i wrażliwością muzyczną, dbałością o wykończenie każdej frazy, o zróżnicowanie artykulacyjne i dynamiczne. Dobra współpraca z pianistką przyczyniła się do sukcesu.
 

"ON THE BRIDGE"

Tak brzmi tytuł artystycznego projektu jaki przedstawił w piątek w Kąśnej Dolnej Mieczysław Szcześniak z Meccore String Quartet. Artyści o różnych upodobaniach zawodowych spotkali się „ na moście” muzyki. O tym spotkaniu kilka słów poniżej. Wcześniej trochę informacji o popołudniowym piątkowym koncercie, który odbył się w Szkole Muzycznej im. prof. Jerzego Żurawlewa w Bochni. Tam wystąpili najmłodsi uczestnicy tegorocznego Tygodnia Talentów, uczniowie szkół muzycznych I stopnia w Bochni i Tarnowie. Tę ostatnią reprezentowała dwójka jedenastoletnich gitarzystów. Jakub Kołpa i Jakub Radłowski to utalentowane dzieci, choć trema nieco pomieszała im tym razem szyki. Widać i słychać że pozostają pod dobrą opieką pedagogiczną, co gwarantuje im właściwy dalszy rozwój. Zastanawiam się tylko, czy to była wystarczająca reprezentacja tarnowskich szkół muzycznych I stopnia? Czy dwie tarnowskie placówki nie mają nic więcej do pokazania, czy też z jakichś - przyznam się niezrozumiałych dla mnie - względów pominęły w tym roku udział w Tygodniu Talentów?

 

Ładnie przedstawiła się za to bocheńska szkoła muzyczna. Dwójka małych pianistów: Daniel Pastuch i Kacper Dębosz, skrzypaczka Anna Rydz i trio klarnetowe czyli Maria Kumor, Szymon Duda i Teresa Kumor swoje interesujące programy wykonali ze zrozumieniem, dużą wrażliwością muzyczną i z radością. Widać było, że muzyka sprawia im przyjemność, a to przecież w procesie nauczania najważniejsze.


Koncert bocheński zakończył mistrzowski występ skrzypka Sławomira Tomasika i pianisty Roberta Morawskiego. Artyści zagrali wczesną Sonatę f-moll na skrzypce i fortepian Mendelssohna oraz utwory Szymanowskiego i Wieniawskiego. O ile w I części Sonaty odnosiłam wrażenie pewnego skrępowania artystów, jakby poszukiwania należytego dźwięku w niezbyt znanej akustyce, to dalej było już pięknie. Szczególne słowa uznania należą się muzykom za interpretację utworów Karola Szymanowskiego. Źródło Aretuzy prawdziwie płynęło migocąc mnóstwem barw, a Taniec z „Harnasi” porywał góralskim zapamiętaniem.



Wieczorem w Kąśnej Dolnej najpierw wystąpił jazzowy zespół Sandwich on the Floor. Bartosz Dworak – skrzypce, Piotr Południak – kontrabas, Kajetan Borowski – fortepian i Damian Niewiński – perkusja, tarnowianie na studiach w Akademiach Muzycznych Krakowa i Katowic dowiedli, że mają dobre muzyczne pomysły i potrafią je ciekawie realizować. Nie jestem znawcą i wielkim sympatykiem jazzu, ale słuchałam ich występu z prawdziwą przyjemnością, bo to była po prostu porcja dobrej muzyki.


 Bardzo interesujący był wspomniany na wstępie koncert Mietka Szcześniaka & Meccore String Quartet. Aranżer Krzysztof Herdzin opracowując „wiecznie zielone” tematy różnych gatunków muzyki stworzył dla charakterystycznego śpiewu Mietka Szcześniaka klasyczną oprawę kwartetową. Dało to wyborny efekt, dowiodło, że dobra muzyka dobrze wykonana jest ponadgatunkowa i dociera do wszystkich wrażliwych na piękno odbiorców.

"Fortepian i organy"

Ten koncert Tygodnia Talentów zawsze wzbudzał emocje. Tak było i tym razem. W niedzielę 21 października w dworze Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej wystąpili młodzi pianiści.

19-letni Piotr Nowak studiujący w Bydgoszczy ukazał dwa światy muzyki fortepianowej. Najpierw grał utwory Chopina: Etiudę h-moll op. 25 nr 10, Mazurek f-moll  z op. 63, Balladę F-dur op. 38 i Scherzo cis-moll op. 39. Potem przedstawił utwór współczesnego kompozytora słoweńskiego T. Beca o tytule sugerującym programową treść: Battaglia di tritono e chromatica. Na bis dorzucił także współczesną Etiudę Kapustina. Kompozytorzy obu utworów powstałych w naszych czasach nie sięgali po bardzo zaawansowany język muzyczny, nawiązywali raczej do neoklasycznej motoryki, nie gardząc lekko zarysowanymi jazzowymi odniesieniami. Ten właśnie świat okazał się bliski młodemu pianiście, znacznie bliższy niż romantyczne emocje chopinowskiej muzyki. Nie znaczy to, że Piotr Nowak nieumiejętnie interpretował utwory Chopina. Powiedziałabym jednak że traktował je zbyt dosłownie i jednoznacznie. Wyraźnie dało się to zauważyć choćby w Etiudzie h-moll, w której gwałtowne, burzliwe części skrajne nijak nie przystawały do spokojniejszego, lirycznego środka. Oczywiście, kompozytor zamierzył ich opozycję, ale przecież w ramach tego samego utworu. Myślę, że wraz z dojrzewaniem wewnętrznym Piotr Nowak pojmie to z łatwością, a ujawniana już dziś skłonność do wirtuozerii w połączeniu z niewątpliwą muzykalnością otworzy mu drogę na estrady.


Drugi z pianistów, starszy o 5 lat Marcin Mogiła z katowickiej Akademii Muzycznej to artysta już dojrzały. Sięgnął po niełatwy repertuar. Najpierw pięknym dźwiękiem zbudował ciekawą formę Sonaty e-moll Hob. XVI/34 Józefa Haydna. Mało kto gra sonaty fortepianowe wiedeńskiego klasyka właśnie dlatego, że ich przejrzysta faktura natychmiast dekonspiruje jakikolwiek fałsz logiczny i muzyczny w ich interpretacji. Marcin Mogiła tą sonatą udowodnił zarówno wiedzę jak i wrażliwość muzyczną. Grał utwór Haydna bardzo świadomie, umiejętnie budował napięcia muzyczne, dbał o ich należyte rozładowanie. Zupełnie inne walory ujawnił w interpretacji Passacaglii Leopolda Godowskiego. Potężny, wirtuozowski utwór zapomnianego polskiego pianisty i kompozytora znalazł w Marcinie Mogile świetnego interpretatora. Melomani powinni zapamiętać nazwisko pianisty. Pewnie jeszcze o nim usłyszymy.

Mistrzem a raczej mistrzynią tego wieczoru była ponownie Ewa Pobłocka. Grała Impromptus Franciszka Schuberta i utwory Chopina wspaniale podkreślając różnicę emocji wiedeńskiego biedermeieru i chopinowskiego romantyzmu.

Spotkanie z pianistami nie było jedynym muzycznym przeżyciem niedzielnego wieczoru. W Bazylice Maki Bożej w Tuchowie utwory Clérambault, Buxtehudego, Bacha i Regera grał Kamil Dżalak, w czasie ubiegłorocznego Tygodnia Talentów uznany za najbardziej rokujący tarnowski talent. Kamil Dżalak jest dziś studentem I roku Akademii Muzycznej w Krakowie. Przez ostatni rok bardzo się rozwinął i dojrzał muzycznie. Od lat wiadomo, że najlepszym sprawdzianem umiejętności organisty są utwory Johanna Sebastiana Bacha. Interpretacje dwóch preludiów chorałowych: Wenn wir in höchsten Nöthen sein BWV 641 i Schmücke dich, o liebe Seele BWV 645 oraz Preludium i fugi C-dur BWV 547 przedstawione przez Kamila Dżalaka wystawiły mu jak najlepsze świadectwo.

 

 "Spektakularny finał"

30. Tydzień Talentów dobiegł końca. W poniedziałek 22 października w Kąśnej Dolnej odbył się koncert finałowy. Na estradzie Letniej Sali Koncertowej (pozazdrościć jej mogą podobne ośrodki) zasiadła Sinfonietta Cracovia pod dyrekcją Roberta Kabary by towarzyszyć dwójce solistów. Najpierw zabrzmiał Koncert C-dur na wiolonczelę i orkiestrę Józefa Haydna, w którym partię solową grał Mariusz Wysocki. Młody artysta przed sześcioma laty był bohaterem Tygodnia Talentów, brał także udział w festiwalu Bravo Maestro! Przez te lata pięknie dojrzał, jego interpretacja Koncertu C-dur urzekała klasycznym wdziękiem i lekkością. Wolałabym wprawdzie by środkowe Adagio miało nieco większy ciężar gatunkowy, by było wyśpiewane nieco głębszym dźwiękiem, ale to są już dywagacje powyżej podstawowej konstatacji, że młody artysta obdarzony wielką charyzmą, skupiający na swych poczynaniach uwagę słuchaczy, sprawił im swą grą wielką radość i że pozostaje mu życzyć dalszego tak owocnego rozwoju i pięknej kariery.
Sinfonietta Cracovia była współtwórcą sukcesu solisty nie tylko w Koncercie C-dur Haydna, lecz także w zagranym po krótkiej przerwie Koncercie fortepianowym e-moll Fryderyka Chopina. W tym utworze partię solową grał Paweł Motyczyński, także niegdysiejszy laureat Tygodnia Talentów, jeszcze student krakowskiej Akademii Muzycznej. Ładnie kształtował dźwięk na nieco „spracowanym” już fortepianie stojącym w kąśniańskiej „stodole”. Właśnie dbałość o szlachetność dźwięku, romantyczną ale nie przerysowaną emocję i płynną narrację dzieła była głównym atutem tej interpretacji. Wprawdzie odnosiłam chwilami wrażenie, że do niektórych wirtuozowskich przebiegów młody pianista podchodził z nadmierną ostrożnością, ale nie szkodziło to konstrukcji dramatycznej całości utworu. Sądzę też, że z czasem Paweł Motyczyński pozwoli sobie w Koncercie e-moll na więcej wirtuozowskiej swobody, a że go na nią stać udowodnił bisem, błyskotliwie zagraną Campanellą Liszta.

Tegoroczny Tydzień Talentów już za nami. Przyniósł wiele wspaniałych muzycznych doznań, zaprezentował interesujące osobowości, które – w pełni ukształtowane – będą za kilka lat prawdziwą ozdobą polskich estrad. Takich spotkań młodych muzyków z publicznością nie sposób przecenić. Są potrzebne każdej ze stron. O tym powinni pamiętać tzw. decydenci.


Źródło: Centrum Paderewskiego Tarnów – Kąśna Dolna



09:50, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 października 2012

To już piąta edycja tej wartościowej imprezy, mającej swoich wiernych fanów i stałe miejsce w kalendarzu imprez kulturalnych. Składają się na nią mistrzowskie koncerty jazzowe, warsztaty muzyczne i konkurs dla jazzowych debiutantów . Ta najważniejsza impreza jazzowa w Tarnowie wystartowała w poniedziałek 29 października koncertem w tarnowskim teatrze i tam się zakończy w niedzielę  4 listopada. Gwiazdą tegorocznej edycji będzie saksofonista z światowego topu jazzowego - Kenny Garrett. Artysta wraz ze swoim kwintetem będzie promował w Tarnowie swoją najnowszą płytę "Seeds from the Underground". Kenny Garrett  muzyczną karierę rozpoczynał w big bandzie Duke'a Ellingtona, oraz The Jazz Messengers Arta Blakey'a i w zespołach Milesa Davisa. W swoim dorobku artystycznym nagrał kilkadziesiąt płyt w tym dziewiętnaście solowych. Poza koncertem, który odbędzie się 3 listopada w Tarnowie, artysta poprowadzi również klasę mistrzowską w ramach warsztatów muzycznych w Zespole Szkół Muzycznych.  Program tegorocznego festiwalu obfituje także w wiele innych inspirujących koncertów. Obok Garetta w Tarnowie zagrają ponadto m.in. Piotr Wojtasik - Old Land z udziałem Billy Harta, Johna Betscha, Kirka Lightseya, The Globetrotters, Stanisław Sojka z Big Contest Band. Marka Festiwalu jest identyfikowana zarówno w polskim, jak i międzynarodowym środowisku muzycznym i, co zasługuje na podkreślenie, coraz mocniej jest identyfikowana z Tarnowem. Potwierdzeniem tego stanu rzeczy pozostaje duży prestiż i popularność, jaki zyskał konkurs dla debiutujących muzyków, w którego jury rokrocznie zasiadają gwiazdy festiwalu.  Wśród dotychczasowych gości i gwiazd festiwalowych znaleźli się m.in.: znakomity saksofonista Billy Harper, Franzeska Tanksley, Clarence Seay, Aaron Scott, Piotr Wojtasik, Grażyna Łobaszewska, Henryk Miśkiewicz, Grzegorz Nagórski, AfroFree, Krzysztof Trebunia Tutka oraz Jazz City Choir. Karen Edwards, Wayne Dockery, Jan Ptaszyn Wróblewski, John Betsch, Ed Schuller, Adam Pierończyk, Reggie Moore, Wojciech Karolak, Jarek Śmietana, Jacek Niedziela, John Betsch, Wojciech Niedziela, Marcin Jahr, Krystyna Stańko, Grzegorz Nagórski, Piotr Baron. Festiwal 5th AZOTY TARNÓW INTERNATIONAL JAZZ CONTEST to jedna z dziesięciu najciekawszych imprez organizowanych w województwie małopolskim, organizowanych w ramach projektu "Małopolska! I wszystko gra!".  Poniżej prezentujemy sylwetkę  Kenna Garetta i szczegółowy afisz Festiwalu.

Kenny Garrett swoją karierę rozpoczął grając w Orkiestrze Duke'a Ellingtona, prowadzonej wtedy przez Mercera Ellingtona, syna legendarnego założyciela big bandu. Sześć lat późnej w 1984 roku dwudziestoczteroletni saksofonista nagrał swoją pierwszą płytę: „Introducing Kenny Garrett". Ukończona w 1997 roku pierwsza, składająca się wyłącznie z autorskich kompozycji Garretta, płyta „Songbook" przyniosła mu nominację do nagrody GRAMMY.
Na przestrzeni swojej ponad trzydziestoletniej kariery występował u boku wielkich muzyków jazzowych, wśród których nie zabrakło Milesa Davisa, Joe Hendersona, Freddiego Hubbarda, Briana Blade'a, Marcusa Millera, Chicka Corea, Pata Metheny'ego oraz Herbiego Hancocka. Angażował się w wiele artystycznych projektów i grywał w licznych zespołach, jednak, jak sam zaznacza, jego najdłuższą muzyczną przygodą była pięcioletnia współpraca z Milesem Davisem.
W 1995 roku ukazał się album "Pursuance: The Music Of John Coltrane" krytycy (np. "Down Beat") określili album najwybitniejszym nagraniem jazzowym ostatnich lat.
Garrett uważany jest jako najzdolniejszy spadkobierca tradycji Johna Coltrane'a, a jego saksofon słychać na ponad 50 płytach, które nagrał wspólnie z m.in. Milesem Davisem, Freddiem Hubbardem, Patem Methenym i Woodym Shawem, Marcusem Millerem, Donaldem Byrdem.
W 2010 roku nagrana z Chickiem Corea, Johnem McLaughlinem, Christianem McBridem, Brianem Bladem i Vinniem Colaiuta płyta „Five Peace Band – Live"została nagrodzona prestiżową GRAMMY AWARD. Rok później Garrett obronił doktorat w bostońskim Berklee College of Music.



Kenny Garrett przebył długą drogę, od chwili, w której jako osiemnastolatek stanął na scenie z big bandem Duke'a Ellingtona, do ugruntowania swojej solowej kariery tytułem naukowym. Podsumowaniem tej wędrówki jest jego ostatni projekt: „Seeds from the underground."Zrealizowany w tym roku album spotykał się z bardzo dobrym przyjęciem krytyki na całym świecie. Recenzenci „Jazz Forum"ocenili go bardzo wysoko, a sam Garrett znalazł się na okładce jednego z najstarszych i najbardziej prestiżowych jazzowych magazynów - „Down Beat'u". Artysta nie ukrywając, że przywiązuje dużą wagę do „Seeds from the underground", zaznacza, że każdy zamieszczony na płycie utwór jest komuś dedykowany. Album jest niezwykłym hołdem oddanym tym, którzy inspirowali muzyka i zadecydowali o kierunkach jego osobistego i artystycznego rozwoju.

 

29 października (Teatr im. Ludwika Solskiego; bilety: 10 złotych, 22 złote):
18:00 – otwarcie festiwalu i finał konkursu w kategorii solowej grupa młodsza
19:00 – AfroFree i zaproszeni goście
20:30 – The Globetrotters

30 października (Pałac Młodzieży; bilety: 5 złotych, 11 złotych):
19:00 – Mała Gala wręczenia nagród Grupa młodsza
20:30 – Dzień Tarnowski: Sandwich on The Floor, Jazzda Band
2 listopada (Teatr im. Ludwika Solskiego; bilety: 11 złotych, 22 złote):
18:00 – przesłuchania konkursowe w grupie open w kategorii solowej
19:00 – Bartosz Pernal & Michał Szkil Quintet (laureat poprzedniej edycji konkursu)
20:00 – Piotr Wojtasik Old Land feat. Billy Hart, John Betsch, Kirk Lightsey i inni

3 listopada (Centrum Sztuki Mościce; bilety: 32 złote, 65 złotych):
18:00 – Gala Wręczenia Nagród
18:30 – koncert
20:00 – Kenny Garrett Quintet

4 listopada (Teatr im. Ludwika Solskiego; bilety: 16 złotych, 32 złote):
19:00 – Koncert Jubileuszowy (Big Contest Band z udziałem laureatów I miejsca grupy open kategorii solowej poprzednich edycji festiwalu)
20:00 – Stanisław Soyka & Big Contest Band

Oprac. Ryszard Zaprzałka

 


06:13, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 października 2012

"Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę" -  Jerzy Liebert

Był jednym z najlepszych kompozytorów i śpiewaków ostatnich 50 lat. Jego charakterystyczny głos i sposób wykonywania piosenek przyprawiały o dreszcze. Odszedł w sobotę w wieku 61 lat po ciężkiej chorobie. Przemysław Gintrowski urodził się w 1951 roku w Stargardzie Szczecińskim, jednak większość życia spędził w Warszawie. Napisał muzykę m.in. do „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy, „Matki Królów” Janusza Zaorskiego, „ Zmienników” Stanisława Barei czy filmu "Tato". Znane są też jego interpretacje wierszy Zbigniewa Herberta. Przemysław Gintrowski był także wykładowcą muzyki filmowej w Warszawskiej Szkole Filmowej.   W 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył Gintrowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W lipcu zeszłego roku zagrał niesamowity koncert na Festiwalu im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” w Kołobrzegu. Śpiewał jak zawsze - emocjonalnie, tym samym mocnym, przejmującym głosem, który znaliśmy od lat. Na koniec koncertu wykonał „Powrót”. Widownia miała łzy w oczach. W październiku 2010 roku w jednym z wywiadów Przemysław Gintrowski powiedział -  Żyjemy w medialnym matriksie. Wielkie media robią ludziom wodę z mózgu w tak prostacki sposób, że aż trudno w to uwierzyć. Myślę, że Polacy w końcu nie wytrzymają tego i dojdzie do powtórki sytuacji z 1980 r. - powstanie wielki narodowy ruch sprzeciwu. Dziś brzmi to jak testament…

Odszedł głos pokolenia

Charakterystyczny zachrypnięty głos przechodzący w dramatyczny krzyk, ciemne ubranie, pełna skupienia postać, której estradowa forma była nierozerwalnie spleciona z treścią - takiego Przemysława Gintrowskiego zapamiętali uczestnicy jego koncertów, pokolenie czasu "Solidarności". Śpiewał o Polsce, o wolności, o ludzkim losie, czerpiąc z wybitnej poezji. Później słychać go było coraz mniej, kończyły się też zamówienia muzyki filmowej. W końcu medialny mainstream zapomniał o Gintrowskim jako postaci nieprzystającej do politycznej poprawności obowiązującej w tzw. głównym nurcie.

Poważne występy sceniczne rozpoczął w 1976 roku na przeglądzie w warszawskiej Riwierze, wykonując "Epitafium dla Sergiusza Jesienina" i zdobywając pierwsze miejsce. Muzyką zajmował się już wcześniej w liceum, kiedy był współorganizatorem Harcerskiej Rozgłośni Muzycznej i członkiem młodzieżowego zespołu Między Niebem a Ziemią.

O niezwykłym talencie Przemysława Gintrowskiego mówi z uznaniem Michał Lorenc, wspominając, jak w 1974 r. po wysłuchaniu w gdańskim autobusie jednej z jego pieśni pomyślał: "Szkoda, że nie umiem tak pięknie jak on wymyślać utworów". W 1979 roku Przemysław Gintrowski wspólnie z Jackiem Kaczmarskim i Zbigniewem Łapińskim stworzyli trio i przygotowali program poetycki "Mury". Tytułowa piosenka programu - oparta na utworze katalońskiego barda Lluisa Llacha L´Estaca - stała się nieformalnym hymnem "Solidarności" i symbolem walki z reżimem. - Miał zasady, przekonania, talent, charyzmę - wylicza Jan Pietrzak, twórca legendarnego Kabaretu pod Egidą. - To, co tworzył, to nie była lekka muza, śpiewał tylko rzeczy poważne, wielką poezję - dodaje.

Jan Pietrzak szczególnie blisko współpracował z Gintrowskim w czasach tzw. karnawału "Solidarności" w latach 1980-1981. - Przyjąłem go razem z Jackiem Kaczmarskim do kabaretu i to był słynny sezon kabaretu, sezon buntu "Solidarności" - wspomina. - Z naszego kabaretu płynęły wtedy dwa hymny tamtego czasu: "Gdyby Polska była Polską" i "Mury". Te pieśni dostarczyły Narodowi utworów oddających ducha tamtego okresu, a następnie w stanie wojennym bardzo pomagały społeczeństwu zachować ideały "Solidarności" - dodaje.

 

Jan Pietrzak wspomina niezwykłą aktywność, odwagę i bezkompromisowość Przemysława Gintrowskiego z tamtego okresu. - Działała wtedy cenzura na Mysiej, agenci na każdym kroku, nie można było się wypowiadać wprost, nie wiedzieliśmy, jak daleko możemy się posunąć, ale Przemek był zawsze wśród tych, którzy radzili, żeby się nie przejmować, robić swoje, to, co nam w duszach gra, a nie przejmować się naciskami - mówi artysta. - Była w jego występach szalona emocja, to było śpiewanie niezwykle energetyczne i traktowało o podstawowych zasadach moralnych, co miało niezwykłe przełożenie na młode pokolenie. Dlatego byli z Jackiem Kaczmarskim tak szalenie wtedy popularni.

Niesłychanego wpływu tej twórczości na studentów lat 80. doświadczył Robert Kaczmarek, znany filmowiec dokumentalista, a wówczas student socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. - "Mury" śpiewali wtedy wszyscy studenci, gdyby istniała w tym czasie prawdziwa lista przebojów, to oni znajdowaliby się na absolutnym topie - wspomina czasy studiów. - Nie było żadnego spotkania towarzyskiego czy imprezy, żeby nie było "Murów", a Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego i Zbigniewa Łapińskiego tworzących trio uznawaliśmy za bardów "Solidarności" - dodaje.
W stanie wojennym trio rozpadło się, lecz Gintrowski nigdy nie zrezygnował z opozycyjnego stosunku do rzeczywistości komunistycznej. Bardzo mocno udzielał się w podziemnych występach w kościołach, domach prywatnych, na spotkaniach plenerowych.

Na początku lat 90. Gintrowski sporo występował, także z Jackiem Kaczmarskim, który wrócił z Zachodu, ale w miarę upływu czasu media przestały się interesować jego twórczością. - W ostatniej dekadzie już w zasadzie nie istniał w mediach głównego nurtu - twierdzi Jan Pietrzak. - Wielu z tych, którzy go teraz tak opłakują w różnych telewizorach, dysponuje sporą dawką hipokryzji, bo udają, że go doceniali, a tymczasem tępili go przez wiele lat, nie pozwalając mu publicznie istnieć - dodaje.

Jedną z fascynacji poetyckich Gintrowskiego był Zbigniew Herbert, do którego wierszy napisał wiele pieśni. Zdaniem Haliny Herbert-Żebrowskiej, siostry Zbigniewa Herberta, adaptacje te znajdowały uznanie w oczach jej brata, choć Herbert zawsze traktował swoje wiersze jako dzieła skończone i uważał, że poezję należy recytować, nie śpiewać.

Album "Tren" to kolejna płyta Przemysława Gintrowskiego z muzyką napisaną do utworów Zbigniewa Herberta. Została ona wydana z okazji ustanowienia roku 2008 Rokiem Zbigniewa Herberta. - Mój brat żartował, mówiąc, że jest "tekściarzem" dla pana Gintrowskiego - wspomina Halina Herbert-Żebrowska. - Słuchałam koncertu pana Gintrowskiego na zakończenie Roku Herberta. Choć znać było po nim skutki choroby, ale utwory były wykonywane znakomicie, z wielką emocją. To jego przeżycie udzielało się nam wszystkim - dodaje.

W twórczości artysty wiele miejsca zajmowała muzyka filmowa. - Mówiąc o muzyce filmowej Przemka, łączę ją nieodparcie z pewnym okresem zwanym falą moralnego niepokoju i pewnego krzyku protestu, który był charakterystyczny dla tego nurtu - uważa Michał Lorenc. - Przemek był niesłychanie przenikliwym obserwatorem naszej rzeczywistości, którą oceniał krytycznie, i jego działalność artystyczna była formą sprzeciwu wobec polskich realiów. To zapewne sprawiło, że był coraz mniej obecny w mainstreamie medialnym.


Zdaniem Lorenca, dewiza barda "Solidarności" brzmiała: "Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę", i pochodziła z twórczości Jerzego Lieberta. Nie rzucał słów na wiatr, ale nie wahał się ostro piętnować patologicznych zjawisk naszej rzeczywistości politycznej. To zapewne zmusiło go w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" w 2010 r. do następującej konkluzji: "Wielkie media robią ludziom wodę z mózgu w tak prostacki sposób, że aż trudno w to uwierzyć. Myślę, że Polacy w końcu nie wytrzymają tego i dojdzie do powtórki sytuacji z 1980r. - powstanie wielki narodowy ruch sprzeciwu".

Adam Kruczek  (Nasz Dziennik)




16:03, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2012

ml

Jest artystą niepokornym, poszukującym i nieprzewidywalnym. W swojej bogatej i długiej karierze, w której śmiało wyznaczał kierunki muzycznego rozwoju, bywał podziwiany i uwielbiany, ale bywał też odsądzany od czci i wiary. 24 maja artysta obchodził 71. urodziny.

    Bob Dylan nigdy nie ukończył uniwersytetu, wielokrotnie jednak otrzymał tytuł doctor honoris causa prestiżowych uczelni, w swojej karierze zdobywał też prestiżowe nagrody muzyczne i literackie. Siedem razy nagradzany był statuetką Grammy. W 2000 zdobył Oskara w kategorii najlepsza piosenka za Things Have Changed z filmu Wonder Boys. Był też kilkakrotnie nominowany do Literackiej Nagrody Nobla. W roku 1988 został wprowadzony do Rockandrollowego Panteonu Sław.
    Kiedy patrzy się na historię dokonań artysty, to jednym z najbardziej brzemiennych w skutki był jego występ w 1965 roku podczas Newport Folk Festival. Dylan, uchodzący wówczas za artystę folkowego, zbulwersował Amerykanów występując z elektryczną grupą rockową. To było niedopuszczalne dla ortodoksyjnych wyznawców folka. Artysta został wygwizdany. Legenda głosi, że guru muzyki folk - Pete Seeger wtargnął podczas występu na scenę z siekierą, usiłując poprzecinać kable od gitar. Dylan się tym jednak nie przejął. Co więcej, od tamtej pory amerykański folk zaczął iść jego „elektryczną drogą”.
    Dylan nie tylko zaskakiwał świat muzycznie, potrafił zdumiewać również swoimi ideowymi deklaracjami. Ten uwielbiający wysokoprocentowe trunki niepoprawny kobieciarz potrafił też jawić się jako misjonarz. To nie przesada i – jak czas pokazał – też nie sztuczna, wymyślona dla mediów poza artysty. Ot, po prostu, tak chciał, tak uważał, tak robił.
    Na początku kariery Dylan był zaciekłym bojownikiem o sprawiedliwość społeczną, buntownikiem walczącym z amerykańskim establishmentem, ale również – jak choćby w sztandarowym Blowin’ In The Wind – poetą stawiającym pytania o miarę człowieczeństwa w świecie zobojętniałym na zło.
    W końcu lat 70. artysta zaszokował świat swoją przemianą w duchu Ewangelii. Wielu zarzucało mu, że jako Żyd z dziada pradziada, kombinuje wyłącznie na użytek mediów.
    W 1978 roku artysta w towarzystwie swoje ówczesnej dziewczyny Mary Alice Artel odwiedził niewielką wspólnotę Vineyard Fellowship w Hollywood. Mary poprosiła dwóch duchownych tego Kościoła o spotkanie z Dylanem. Rezultat tego spotkania wprawił w osłupienie całe środowisko rockandrollowe. Jezus jest rzeczywisty – stwierdzał Dylan i dodawał: chciałem tego, pogłębiało się to we mnie, aż wreszcie doznałem tego uczucia, tej wizji, że narodziłem się powtórnie (…) Narodzić się pierwszy raz, czyli kiedy człowiek przychodzi na świat, to narodzić się z ducha, który jest z dołu. Jest to duch, z którym się rodzimy. Narodzić się powtórnie to narodzić się z ducha, który jest z góry, a to trochę co innego. Efektem tej przemiany stały się trzy kolejne płyty: Slow Train Coming, Saved i Shot Of Love, które nazwano „trylogią powtórnie narodzonego”.
    Biblijne zainteresowania Dylana znajdowały swój wyraz już na płytach wcześniejszych, takich ja choćby John Wesley Harding z 1968 roku. O krążku tym artysta powiedział, że to pierwszy biblijny album rockowy. Trzeba jednak podkreślić, że płyta ta, tak jak i wszystkie dokonania artysty sprzed 1978 roku podlegała różnorakim interpretacjom. W przypadku Slow Train Comming można było mówić o jednej interpretacji – chrześcijańskiej. Kontynuacją płyty był album Saved. Artysta wyartykułował tu prawdę o potrzebie pokuty, czyniąc to językiem jasnym i zrozumiałym. Zamykający trylogię krążek nosił tytuł Shot Of Love. To płyta najdojrzalsza w tym cyklu, pozbawiona wcześniejszej kaznodziejskiej retoryki.
    Dylan, mimo duchowych inspiracji zawartych na późniejszych albumach (w tym na moim ulubionym Oh Mercy), nie lubi mówić o swojej twórczości w kontekście religijnym. Uważa, że Chrystus nie przybył na świat by zakładać religię, lecz po to, by ludzie poznali Boga i mogli go czcić w swoim codziennym życiu.
    Artysta od dawna wykonuje podczas występów swoje chrześcijańskie kawałki, 15 lat temu zagrał koncert dla Jana Pawła II.   
    W 2004 roku 172 dziennikarzy, muzyków oraz przedstawicieli branży muzycznej skupionych wokół prestiżowego pisma Rolling Stone uznało dylanowski utwór Like A Rolling Stone za największy numer w historii rocka. A kiedy wertuje się rockandrollowe encyklopedie, to okazuje się, że w każdej z nich najobszerniejszym hasłem jest Bob Dylan.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


12:36, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -