Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS

FILM

sobota, 08 grudnia 2012

Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało miejsce w środę 5 grudnia 2012 roku. Tym razem  znany krytyk i dziennikarz filmowy zaprosił wybitnego aktora filmowego i teatralnego, znanego również z twórczości kabaretowej oraz udanych występów w roli konferansjera. Syna aktora i reżysera, Jerzego Stuhra. Okazją do spotkania z tarnowską publicznością był udział Macieja Stuhra w równie głośnym, co kontrowersyjnym filmie „Pokłosie” reżysera Władysława Pasikowskiego. I właśnie projekcja tego filmu otworzyła ten niezwykły filmowy wieczór. Jak powiedziała mi dyrektor CSM Agnieszka Kawa żadne z dotychczasowych spotkań z tego cyklu nie zgromadziło takiej publiczności, dla ostatnich widzów trzeba było robić tzw. „dostawki”. „Pokłosie” to dramat, thriller, western… Niezależnie od definicji film wciska w fotel. To bardzo sprawnie reżysersko opowiedziana historia braci Kalinów, z których starszy Franciszek po latach emigracji przyjeżdża do Polski, zaalarmowany wiadomością, że jego młodszy brat popadł w konflikt z mieszkańcami swojej wsi. Po przyjeździe odkrywa, że przyczyną jest mroczna tajemnica sprzed lat. Skłóceni od lat bracia próbują dojść prawdy. Prowadzone przez nich śledztwo zaostrza konflikt, który przeradza się w otwartą agresję. Ujawniona tajemnica okupacyjnych relacji polsko - żydowskich odciśnie tragiczne piętno na życiu braci i ich sąsiadów…


A tak recenzuje film Pasikowskiego na łamach Gazety Wyborczej Tadeusz Sobolewski: - Obejrzałem teraz "Pokłosie" po raz drugi. Działa jeszcze mocniej, mimo, że zna się przebieg akcji. Konstrukcja dramatu tworzy rodzaj rusztowania, na którym mogę umieścić wszystko, z czym przychodzę do kina. Mam, jak każdy z mojego pokolenia, jakąś wiedzę o okupacji, o tym, co działo się na wsi, o Polakach, Żydach i Niemcach. "Pokłosie" nie mówi mi nic nowego. To zresztą film współczesny, bez retrospekcji. Przynoszę do kina własne poglądy, uczucia, kompleksy, rodzinne historie, dobre i złe, które nie składają się w całość. Film układa je w całość. W tym jego wartość. Odzwyczailiśmy się w Polsce od kina, które w jakiś sposób dotyka nas wszystkich jako zbiorowości, i które działa jak antyczna tragedia: mnożąc niesamowite zbiegi okoliczności, czasem na granicy prawdopodobieństwa, wstrząsa i doprowadza do oczyszczenia. Kino rzadko dziś spełnia u nas podobną rolę. Kiedy oglądałem "Pokłosie", myślałem o innym zbiorowym misterium, które niedawno rozgrywało się na żywo na naszych ulicach. Czy nie z potrzeby przeżycia zbiorowego egzorcyzmu, tragedii na żywo, wziął się żałobny spektakl odbywający się spontanicznie wokół krzyża smoleńskiego? Jednak różnica jest zasadnicza. Happeningi na Krakowskim były manifestacją poczucia krzywdy, kompleksu podszytego nienawiścią: że oto nas "mordują" jacyś obcy. "Pokłosie" działa na innej zasadzie: wywleka na wierzch naszą winę wobec obcych, sąsiadów - tych "żydków", na których polach dziś mieszkają nasi.

Jądrem filmu są trzy monologi, genialnie zagrane, jakby wyrzucone z głębi własnej pamięci przez troje starych aktorów. Prawda okazuje się straszliwa. To musi kosztować. Ktoś za nią zapłaci życiem i znów we wsi poleje się krew. Ale zarazem stanie się coś, co połączy swoich i obcych, potomków morderców i potomków ofiar."Pokłosie" jest opowieścią o winie i rozgrzeszeniu. Te film tworzy jakby symboliczny model procesu, który w rzeczywistości przebiega z wielkimi oporami. Ludzie pójdą na niego i doznają ulgi, jeśli tylko nie zakrzyczą "Pokłosia" różni fałszywi obrońcy polskiego honoru, którzy powstrzymują proces ekspiacji. Rozpętany na ekranie horror, stopniowe odsłanianie wypartej wojennej zbrodni, co z kolei rodzi nową zbrodnię - wszystko w tej historii służy odkupieniu, przebaczeniu. "Pokłosie" działa religijnie: podszyte jest wiarą w obcowanie ze zmarłymi i możliwość pojednania z nimi, wybaczenia sobie win. Tak działa finałowy obraz: stojące na polu, wśród zboża, osmalone ogniem żydowskie macewy. Niegdyś sponiewierane, użyte jako bruk, potem wydobyte rękami Polaka. Cała konstrukcja fabularna "Pokłosia" prowadzi do splecenia obu wątków, uczynienia z nich jednej historii. Tym, co łączy, będzie - paradoksalnie - zbrodnia. Wszystko zostaje w rodzinie. Wartość "Pokłosia" nie polega na zebraniu faktów, znanych z powojennej polskiej literatury Adolfa Rudnickiego, Ludwika Heringa, Henryka Grynberga, Bohdana Wojdowskiego, Jana T. Grossa, Anny Bikont, Michała Głowińskiego, z filmów dokumentalnych Marcela Łozińskiego, Pawła Łozińskiego, Agnieszki Arnold. Pasikowski opowiada historię, która ma wymiar kameralny, rodzinny. Dzieje się wśród Polaków. Jej sens ma charakter nie tyle historyczny, czy polityczny, ale duchowy. Emigrant z Chicago przyjeżdża do swojego brata na polską wieś. Obaj bracia - Maciej Stuhr i Ireneusz Czop - idą razem na grób rodziców. Rozmawiają o tym, co się należy zmarłym i jakie to ma znaczenie, "skoro już ich nie ma". Tak zawiązuje się dramat, wynikający z poczucia winy wobec zmarłych. Zasadnicze pytanie filmu w tym się właśnie wyraża: czy zmarli żyją? Perspektywa opowieści dramatycznie rozszerza się. Historia rodziny Kalinów krzyżuje się z historią miejscowych Żydów. Ale pytanie pozostaje to samo: co możemy zrobić, dla tamtych umarłych i dla siebie? O tym jest ten film.


Maciej Stuhr urodził się 23 czerwca 1975 roku w Krakowie. Nie wiążąc swojej przyszłości z aktorstwem, najpierw wybrał studia psychologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i dopiero jako magister psychologii zdecydował się rozpocząć naukę na Wydziale Aktorskim PWST w Krakowie (dyplom w 2003 roku). W 2004 roku otrzymał angaż w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Zanim stał się zawodowym aktorem, dał się zauważyć w różnych produkcjach filmowych. Zadebiutował jako 13-latek w filmie TV „Dekalog, Dziesięć” (1988) Krzysztofa Kieślowskiego. W 1991 roku pojawił się u Juliusza Machulskiego w filmie sensacyjnym „VIP” oraz w polsko- francuskim obrazie wojennym „Dzieci wojny” Krzysztofa Rogulskiego. W 1997 roku zagrał w niewielkiej roli u ojca, Jerzego Stuhra w „Historiach miłosnych”. Zawodowo spotkał się z nim jeszcze w 2003 roku, na planie komediowej „Pogody na jutro” oraz w 2007 roku, przy okazji realizacji „Korowodu”. W 1999 roku zagrał jedną z głównych ról w znanej komedii „Fuks” z Agnieszką Krukówną. Dobrze czując się w tym gatunku, w tym samym roku wystąpił w filmie „O dwóch takich, co nic nie ukradli” (1999) Łukasza Wylężałka, zaś w kolejnych latach – w znanych komediach Olafa Lubaszenki: „Chłopaki nie płaczą” (2000) i „Poranek kojota” (2001). Jednocześnie grywał też w odmiennych w tonacji filmach. W 1999 roku zagrał w miniserialu wojennym „Wszystkie pieniądze świata” w reżyserii Andrzeja Kotkowskiego, w 2001 wcielił się w postać Hipolita w ekranizacji „Przedwiośnia” Filipa Bajona (nominacja do Orła), a w 2002 zagrał u Agnieszki Holland w koprodukcji „Julia wraca do domu”. W latach 2003-2004 występował wraz z Jerzym Radziwiłowiczem i Robertem Gonerą w serialu kryminalnym Władysława Pasikowskiego „Glina”. W 2004 roku pojawił się w głośnym filmie Wojciecha Smarzowskiego „Wesele”, w 2006 – po raz kolejny spotkał się z Filipem Bajonem, tym razem na planie „Fundacji”, zagrał też obok Karoliny Gruszki w znanym przeboju polskich kin – „Francuski numer” (2006). Rok 2007 to udział w znanej komedii „Testosteron”, występ u Małgorzaty Szumowskiej w obrazie zatytułowanym „33 sceny z życia”, rola w polsko-słowackim projekcie pod zachęcająco brzmiącym tytułem „Wino truskawkowe” oraz praca przy najnowszym filmie ojca - „Korowód”. Niemałe sukcesy odniósł w dziedzinie kabaretu, zwłaszcza jeśli chodzi o występy parodystyczne. Był współtwórcą kabaretu „Po żarcie”. Wielokrotnie bywał zatrudniany przy realizacji dubbingu do filmów dla dzieci (m.in. „7 krasnoludków – historia prawdziwa” 2004, „Asterix i Wikingowie” 2006). W 2005 roku został wybrany Medialną Osobowością Roku w kategorii Najbardziej Popularny Aktor. W tym samym roku był też jednym z laureatów wyróżnionych tytułem „Mistrza Mowy Polskiej”. W 2006 roku, razem z Sophie Marceau, prowadził galę rozdania Europejskich Nagród Filmowych w Warszawie. W 2009 roku zagrał w filmie "Operacja Dunaj", a rok później w obrazach "Mistyfikacja" oraz "Śluby panieńskie". Rok 2011 to rola w filmie "Daas", 2012 -M „Obława” i „Pokłosie”.

Na podstawie materiałów CSM opracował - Ryszard Zaprzałka

10:58, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »

 

Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego o odkrywaniu bolesnej tajemnicy dotyczącej relacji polsko-żydowskich z czasów II wojny światowej. Wreszcie najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego – korupcja i brudny światy policji. To przypadek czy świadomy wybór, że w najbliższym czasie zobaczymy Cię w filmach dotykających tak mocnych tematów?
Maciej Stuhr: Mocne tematy to jest dokładnie to, co przykuło moją uwagę podczas lektury wymienionych przez Ciebie scenariuszy – to, co mnie dzisiaj w kinie interesuje. Jeżeli mocny temat jest dobrze opracowany, dobrze napisany, ma dobre postaci, a ekipa realizacyjna daje cień nadziei na dobre sfotografowanie scenariusza, to wchodzę w taki projekt.

Szukałeś takiego bohatera jak Kondolewicz z "Obławy"? Chciałeś w ten sposób zerwać ze swoim wizerunkiem?
Zawsze szukam innego bohatera. Żaden aktor nie lubi grać bohatera, którego już zagrał, nawet jeśli zrobił to dobrze. Chce zaskoczyć widownię, udowodnić, że ma jeszcze coś do innego do pokazania. Więc oczywiście, gdy na horyzoncie pojawił się konfident – można powiedzieć szwarccharakter – dostał ode mnie od razu kilkanaście punktów do przodu.

Nie miałeś wcześniej okazji grania takich postaci.
Wiem, z jakich ról ludzie mnie kojarzą i za co mnie, mam nadzieję, lubią. Nie chcę im tego odbierać – dlatego też gram w "Listach do M.". Natomiast Kondolewicz w "Obławie" stanowił dla mnie wyzwanie i szansę pomyślenia, jak ja zachowałbym się, gdybym żył wtedy, w tamtych czasach. Aktorstwo jest sztuką wyobraźni. Więc próbuję sobie wyobrazić niejednoznaczną sytuację tej postaci. Czy poświęciłbym wszystko, co osiągnąłem – zwłaszcza jeżeli nie mam miłości ukochanej osoby – w imię walki o ojczyznę i ideałów? Scenariusz daje odpowiedź, że nie. Ale jeżeli nie, to co za tym stoi i jak to rozwinąć dalej – to są fascynujące tematy. Chciałem żebyśmy spróbowali jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej zastanowić się, że nawet człowiek, którego musimy potępić za czynione innym zło, ma jakieś swoje racje. Nie urodził się zły. Został wpuszczony w tragiczną machinę historii, z którą nie umiał sobie poradzić. Tak, jak podejrzewam, ponad dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa w tamtym straszliwie trudnym czasie.

Co czujesz widząc siebie na ekranie w roli, chyba można tak powiedzieć, obleśnego człowieka?
Obleśnego, tak. Miałem z tym pewien problem. Naprawdę trudno mi było patrzyć na scenę łóżkową z Sonią Bohosiewicz – chyba pierwszy raz w życiu poczułem wstyd w stosunku do tego, co widziałem na ekranie. Z drugiej strony pojawia się też ogromna satysfakcja, że nie podaję ludziom landrynki, tylko coś, co przynajmniej na chwilę poruszy ich w fotelach.

Gdy oglądałem "Obławę", nasuwały mi się skojarzenia z kinem Smarzowskiego. Nie tylko z "Różą", ze względu na Marcina Dorocińskiego czy podobny czas akcji, ale przez sposób opowiadania o polskich sprawach w ogóle.
Być może dlatego te filmy wydają się podobne, że w Polsce dojrzało pewne pokolenie, które zaczyna znowu wracać do traumatycznego okresu II wojny światowej. Nagle widzimy, że to, na czym wychowaliśmy się w dzieciństwie – na "Czterech pancernych" i serialu o Hansie Klosie – przedstawiało rzeczywistość daleką od prawdy. To nie mogło tak wyglądać, wojna musiała zbrukać prawie każdego. Z tą myślą się zmierzyć, to jest lekcja na przyszłość.

 

Podobna myśl przebija się z "Pokłosia".
Obawiam się, że to wina mojego reżysera i dyrektora teatralnego Krzysztofa Warlikowskiego, który też często grzebie w trudnych kwestiach. Rozmowy z nim i przygotowywane wspólnie spektakle uwrażliwiły mnie bardzo na ten temat. "Obława" i "Pokłosie" poruszają tematy, o których naprawdę sporo ostatnio myślałem. Oczywiście z jednej strony to historia, trzeba żyć dalej, mamy inną Polskę i nie powinniśmy się tym wszystkim przejmować. Jednak natrętnie powraca myśl, kim ja bym wtedy był. Co bym zrobił z tym karabinem, z tymi Niemcami, z Żydami. Z tym domem, który stoi pusty, a ja nie mam gdzie mieszkać. Czy bym tam wszedł, czy nie? Obawiam się, że pewnie bym wszedł. I co bym zrobił, gdyby Żyd nagle wrócił. To są straszne pytania. Myślę, że po tych sześćdziesięciu latach coś sprawia, że możemy zacząć o tym tak na serio myśleć.

Te rozważania to właśnie wynik lektury scenariuszy?
Zacząłem o tym myśleć, gdy studiowałem psychologię. Przeczytałem o dwóch słynnych eksperymentach – eksperymencie więziennym Philipa Zimbardo z podziałem na katów i więźniów oraz eksperymencie Stanleya Millgrama z rażeniem prądem niewinnych ludzi, dotyczącym kwestii posłuszeństwa wobec autorytetów. Statystyka jest przeciwko nam. Człowiek musi uświadomić sobie, jak bardzo jest słaby. W obliczu tak totalnych szaleństw jak wojna, musi się poddać. Konfrontując się z tą przerażającą wiedzą i nie chcąc się oszukiwać, nie można z tym żyć spokojnie.

Od początku myślałeś o połączeniu psychologii z aktorstwem?
To był mój wybór od początku. I to był dobry wybór. Wydaje mi się, że mam w swoim życiu fajne połączenie: miałem studia psychologiczne i wiedzę, którą dostałem, teraz będąc aktorem i pracując z artystami, możemy wspólnie poprzez sztukę przetwarzać to i dawać ludziom do myślenia.

"Obława" została bardzo dobrze odebrana na festiwalu w Gdyni. Całą ekipę nagrodzono oklaskami, jednak Ciebie publiczność w Teatrze Muzycznym przyjęła zdecydowanie najcieplej. Publiczność w Gdyni Cię lubi, zresztą nie tylko tutaj, a Ty lubisz przyjeżdżać na ten festiwal?
Lubię. Przyjeżdżam prawie co roku, głównie po to, żeby oglądać filmy, co jest oczywiście trudne w obliczu rosnącej grupy reporterów. Kawałek życia już tu spędziłem. Poprowadziłem parę razy galę, i było miło. Pokazałem w Gdyni w zasadzie wszystkie filmy, które nakręciłem. Raz przyjmowano je lepiej, raz gorzej. Te wspomnienia rosną. Jednak lubię ten festiwal nie dlatego, że można się napić wódki, tylko dlatego, że lubię oglądać polskie filmy. Ludzie nie są głupi. Jak ktoś przyjeżdża się lansować, to jest traktowany inaczej. Jak ktoś przyjeżdża oglądać filmy i zrobi dobrze swoją robotę, to dostaje cieplejsze oklaski. Fajnie, że tak jest. To ważne.

Źródło: ONET.PL


 

10:58, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 listopada 2012

 

Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży.

Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskiej Kultury. Od „zawsze” związany z Tarnowską Nagrodą Filmową i Mościckim Kinem „Millennium”. Publikuje m.in. w „Filmie”, „Teatrze”, „Dzienniku”, „Notatniku Teatralnym”, „Kwartalniku Filmowym” i „Filmwebie”, recenzent teatralny „Gazety Krakowskiej”. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych - FIPRESCI, ekspert Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, stały współpracownik TVP Kultura i HBO, autor i współautor kilkunastu książek. Laureat nagrody „Uskrzydlony 2011” za „wybitne osiągnięcia w dziedzinie krytyki filmowej”, oraz „Złotej Róży 2012” za „najwyższy poziom dziennikarstwa kulturalnego, oraz nową jakość w filmowej krytyce - prasowej i telewizyjnej.” Wydany zaledwie kilka dni temu tom Łukasza Maciejewskiego „Aktorki. Spotkania”, oprócz znakomitych recenzji, otrzymał już rekomendację do tegorocznych „Paszportów Polityki” (finalnie owe nominacje uzyskali Marcin Dorociński, Leszek Dawid i Marcin Krzyształowicz, ale wyróżnienie pozycji książkowej w tej kategorii jest ewenementem i wielkim zaszczytem), został także uhonorowany tytułem „Krakowskiej Książki Miesiąca”. Najnowsza książka Maciejewskiego to zbiór portretów. Wywiady, choć lepiej brzmi „swobodne rozmowy”, przeplatane są szczegółami biograficznymi, fragmentami recenzji, wreszcie celnymi charakterystykami tego, co w opisie najtrudniejsze: wyjątkowych cech artystycznej osobowości, niepowtarzalnego tonu, sprawiającego, że nikt nie pomyli Aliny Janowskiej, Stanisławy Celińskiej, Anny Dymnej, Ewy Dałkowskiej…

Krakowska Książka Miesiąca to nagroda przyznawana od 1995 r. przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie. Fundatorem Nagrody jest Gmina Kraków. Pracami jury przyznającymi nagrodę od początku kieruje Jan Pieszczachowicz, w skład jury wchodzą m.in. prof. Stanisław Burkot, red. Wacław Krupiński, prof. Adam Małkiewicz, prof. Stanisław Stabro, prof. Jacek A. Wojciechowski, dr Elżbieta Zechenter-Spławińska oraz red. Marcin Wilk. Dotychczasowymi laureatami tej prestiżowej nagrody byli m.in. Józefa Hennelowa, prof. Stanisław Rodziński, prof. Andrzej Zoll, Andrzej Franaszek, Jacek Dukaj, Franciszek Ziejka, Jerzy Stuhr, prof. Michał Heller, Leszek Mazan, Jerzy Pilch, Czesław Miłosz, Marcin Świetlicki, Ryszard Krynicki, Sławomir Mrożek i Adam Zagajewski. Uroczyste wręczenie nagrody „Krakowskiej Książki Miesiąca” Maciejewskiemu odbędzie się 12-ego grudnia w „Śródmiejskim Ośrodku Kultury” w Krakowie. Spotkanie z Autorem poprowadzi redaktor Wacław Krupiński („Dziennik Polski”). Pierwszy wieczór promocyjny "Aktorek" zaplanowany jest na 15-ego listopada o godz. 20-ej, w warszawskim kinie "Atlantic". Swój udział w tym spotkaniu zapowiedziały Ewa Błaszczyk, Stanisława Celińska, Ewa Dałkowska, Barbara Krafftówna, Zofia Kucówna, Danuta Stenka, Anna Nehrebecka, Beata Tyszkiewicz i Ewa Wiśniewska. Kolejne promocje "Aktorek" - 20-ego listopada w Zielonej Górze, 3-ego grudnia w Krakowie (z udziałem Anny Dymnej i Anny Polony), oraz 4-ego grudnia w Tarnowie - w ramach spotkań organizowanych przez Uniwersytet Trzeciego Wieku.

- Nie mam pralki, lodówki, samochodu i ani jednego garnuszka, bo nie potrafię gotować. Nawet jajeczka na twardo ci słoneczko nie zrobię – zapowiedziała autorowi nieżyjąca już Krystyna Feldman. - Zapraszam do salonu, na martini – uśmiechnęła się „królowa polskiej sceny”, Nina Andrycz, na wstępie wizyty… Maciejewski portretuje nasze najsłynniejsze aktorki w ich domach i w innych miejscach, w których dobrze się czują. To zbliża rozmówców i pozwala czytelnikom na wejrzenie w prywatność bohaterek.

    - Jesteśmy tacy, jakimi chcą nas widzieć. Mnie zobaczono w ślicznej sukni, z elegancką parasolką. I tak już zostało – zauważa Beata Tyszkiewicz, dyżurna kobieta z klasą. A jakie legendy kina, teatru i estrady są naprawdę? Czy od razu chciały być aktorkami? Co sądzą o swych dokonaniach, dziełach, w jakich wystąpiły, o koleżankach i kolegach po fachu? Jakimi zasadami kierowały się w życiu? Jak widzą same siebie? Padają zdystansowane, autoironiczne słowa. - Na pewno nie nadaję się do łatwego lubienia. Chropowata, kosmata, nie dająca wpisać się do żadnej rubryczki – mówi Anna Romantowska. Czasem jesteśmy świadkami zaskakujących wyznań. - Bardzo lubię tańczyć. Chciałabym tańczyć również po śmierci – zwierza się Danuta Szaflarska.

 

    - Grając, czujemy energię widzów. Wiemy bezbłędnie, czy są dobrze, czy źle nastawieni. Jak reagują na przedstawienie. Są poruszeni, czy zniecierpliwieni – wyjawia Zofia Kucówna. Pod tym mogłyby się podpisać wszystkie wspaniałe rozmówczynie Maciejewskiego. I niemal wszystkie podkreślają ulotność swej sztuki, zwłaszcza teatru. - Teatralny sukces to chwila, moment - tłumaczy Teresa Budzisz-Krzyżanowska, nie rozmawiająca z dziennikarzami od lat. - Dopóki ktoś o tym pamięta, istnieje w świadomości, ale nie można tego zastąpić jakimkolwiek innym medium.

Maciejewskiemu w arcyciekawych rozmowach udało się wiele artystycznych zdarzeń przywołać i zatrzymać, przy okazji nie stroniąc od szczegółów, które nas interesują, choć może nieco wstydzilibyśmy się o nie zapytać. Niekiedy trudno je brać na poważnie, lecz wiele mówią o bohaterkach. - Bardzo proste. Zastrzyki z cementu i papierosy. Nie zamierzam rzucać, za bardzo to lubię - żartuje Ewa Wiśniewska, pytana o to, dlaczego wciąż wygląda wspaniale.

Bilans zysków i strat, przed tym nie uciekniemy – zamyśla się Anna Polony, owszem, przyznająca się do krewkiego charakteru i tego, że kiedyś w studentów rzuciła… budzikiem! „Aktorki” to pozycja absolutnie bezcenna dla widzów, wielbicieli, znawców filmu i teatru, i w ogóle wszystkich, którzy chcieliby odkryć tajemnicę wyjątkowości tych niezwykłych kobiet.



A oto niektóre z pierwszych „gorących” recenzji „Aktorek…”

KAROLINA KORWIN-PIOTROWSKA:
"O Włodarczyk tutaj raczej nie będzie ani słowa, ale jest za to mądrze, pięknie i z sensem o Małgorzacie Braunek, Annie Polony, Danucie Stence, Zofii Kucównej, Annie Dymnej, Beacie Tyszkiewicz...To są, Proszę Państwa, AKTORKI".

MOVIEBOOK:
Listopadowe lektury obowiązkowe dla każdego kinomana to na pewno najnowsze książki Łukasza Maciejewskiego. Jeśli ktoś czytał jego „Przygodę myśli” to wie, że można spodziewać się porządnego, ciekawego i błyskotliwego tekstu. O Maciejewskim mówię, że to Lawrence Grobel polskiego wywiadu.

FILM:
"Spotkania z aktorkami" to zbiór 20 rozmów z wyjątkowym aktorkami polskiej sceny XX wieku. Autor podejmuje próbę stworzenia portretu każdej z kobiet
w oparciu o opis jej ról i czasu w jakiej były kreowane przez nią najważniejsze sceniczne postacie. W ten sposób powstała książka pełna osobistych rozmów z wieloma nieznanymi szczegółami z życia bohaterek, pełna wspomnień napisanych w lekki i dowcipny sposób.

INTERIA:
Beata Tyszkiewicz, Anna Polony, Stanisława Celińska, Anna Dymna, Ewa Dałkowska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Zofia Kucówna, Ewa Wiśniewska - to tylko niektóre legendy polskiego kina, teatru i estrady, które są bohaterkami książki Łukasza Maciejewskiego "Aktorki". To pozycja obowiązkowa dla każdego, nie tylko dla kinomana.

FILM POLSKI:
W grubym, prawie 700-stronicowym, tomie autor zamieścił osobiste relacje z rozmów z dwudziestoma znakomitymi aktorkami, wśród których są m.in. Nina Andrycz, Stanisława Celińska, Krystyna Feldman, Barbara Krafftówna, Irena Kwiatkowska, Danuta Szaflarska, Beata Tyszkiewicz i Ewa Wiśniewska.Maciejewski w swoich relacjach, często przeplatanych szczegółami biograficznymi, fragmentami recenzji i celnymi charakterystykami swoich rozmówczyń, portretuje kilka pokoleń polskich aktorek, przy okazji znacząco uzupełniając naszą wiedzę o historii polskiej kinematografii.

GAZETA PRAWNA:
Z rozmów znajdujących się w książce dowiemy się także, jakie legendy kina, teatru i estrady są naprawdę, czy od razu chciały być aktorkami, co sądzą o swoich dokonaniach, dziełach, w jakich wystąpiły, o koleżankach i kolegach po fachu, jakimi zasadami kierowały się w życiu, jak widzą same siebie...

Oprac. Ryszard Zaprzałka



09:28, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 czerwca 2012

Z cyklu znani i nieznani…

Aktorka urodziła się w artystycznej rodzinie. Córka dyrygenta Józefa Radwana. Po czternastu latach nauki w szkole muzycznej wybrała jednak aktorstwo. Już w czasach studenckich odznaczała się wielkim talentem, dlatego zaproponowano jej, aby z II roku przeszła od razu na rok IV. Doceniana przez reżyserów i przedstawiana jako idealna "Dama kameliowa" oraz następczyni Ewy Demarczyk, niemal od początku swojej kariery scenicznej związana jest zawodowo ze Starym Teatrem, gdzie można było ją podziwiać w wielu przedstawieniach. Ta wybitna aktorka grała w wielu filmach i serialach. Widzom zapadła w pamięć rolą w „Damie kameliowej” u boku Anny Dymnej. Wystąpiła w takich hitach jak: „Spis cudzołożnic”, „Chopin - Pragnienie Miłości”, „Zakochany anioł”, „Katyń”. W jej dorobku artystycznym znalazły se również seriale: „Na dobre i na złe”, „Odwróceni”, „Egzamin z życia”. W ostatnim czasie wystąpiła w kilku prestiżowych zagranicznych produkcjach, choćby u boku Anouk Aimée we francuskiej "Polanie wśród brzeziny" Marceliny Loridan-Ivens, włoskim "Karolu. Historii człowieka, który został papieżem" Giacomo Battiato, a razem z mężem, Romanem Gancarczykiem, w węgierskim "Filmie o cudach" w reż. Eleméra Ragálya. Uchodzi za osobę bardzo optymistycznie nastawioną do świata. Wierzy w swojego anioła stróża, ale aktorka twardo stąpa po ziemi i jak sama mówi: „Nie, nie mam takiego poczucia, że nagle osiągnęłam jakąś szczególnie dobrą zawodowo pozycję. (…) Jest dobrze, ale lepiej się nie zachłystywać. Ostatnio zagrała znacząca rolę w głośnym filmie Barbary Sass "W imieniu diabła", tworząc znakomity portret siostry przełożonej, sfrustrowanej i zakompleksionej  manipulatorki, przekonanej o słuszności swojego działania, nieświadomej krzywdy, którą wyrządza sobie i innym. Tym razem Mistrzyni kina kobiecego i religijnego Barbara Sass ("Pokuszenie", "Jak narkotyk", "Pajęczarki") zabiera nas w podróż po świecie sióstr zakonnych, którym Matka Przełożona (Anna Radwan) razem z Ojcem Franciszkiem (Mariusz Bonaszewski) organizuje regularne pranie mózgu. Szatan, opętanie, zdrada, kara, grzech - te słowa przewijają się przez cały film, przez niemal wszystkie rozmowy Matki Przełożonej z jej wychowankami. Z Anną Radwan,  rozmawia Łukasz Maciejewski.


 
Zakonnice, ekstaza i bunt

Łukasz Maciejewski: Barbara Sass w filmie „W imieniu diabła” inspirowała się historią głośnego konfliktu w domu zakonnym Zgromadzenia Sióstr Rodziny Betańskiej w Kazimierzu Dolnym.
Anna Radwan: Konflikt między grupą sióstr betanek a władzami zakonnymi, którego bezpośrednią przyczyną była decyzja o odwołaniu pierwowzoru mojej postaci, siostry przełożonej Jadwigi Ligockiej, był w historii polskiego Kościoła wyłomem. To rodzaj schizmy, tyle że w wydaniu żeńskim. Wydarzenie bez precedensu.

Latem 2007 roku, kiedy wykluczone z zakonu kobiety ciągle nielegalnie zajmowały dom generalny zgromadzenia, byłem w Kazimierzu na festiwalu filmowym. W miasteczku czuło się złowrogą atmosferę przygnębienia.
Polskie kino ospale reaguje na rzeczywistość. Tym razem wszystko odbyło się szybciej, jednak Barbara Sass przez cały czas podkreślała, że wydarzenia z Kazimierza Dolnego stanowiły dla niej jedynie punkt wyjścia do rozważań na temat mechanizmów rządzących ludzkimi emocjami.


Nie uciekniemy jednak od pierwowzorów. Wiesz, co się stało z matką przełożoną?
Trzy lata temu umarła po długiej chorobie nowotworowej.

Ponura ironia losu: nie żyje także arcybiskup Józef Życiński, który wydał dekret o wydaleniu ze zgromadzenia dziesięciu zbuntowanych sióstr.
Jakieś fatum. Siostra Ligocka powoływała się na „prywatne natchnienia duchem świętym”, ale teraz można się zastanawiać, czy objawienia zakonnicy nie były przypadkiem efektem działania nowotworu. Nie musiała konfabulować.

Jakie były późniejsze losy zakonnic z Kazimierza?
Podobno zaszyły się w innym zakonie, podobno część dziewcząt uciekła w Bieszczady, gdzie założyła własny zbór, podobno jedna z nich zaszła w ciążę… Nie znamy jednak żadnych faktów, to wyłącznie domniemania. Mam wrażenie, że ktoś włożył naprawdę sporo energii, żeby wyciszyć sprawę. Kompletnie został na przykład wymazany z pamięci reformatorski wydźwięk buntu betanek. Siostry chciały wywołać ferment w polskim Kościele, chodziło im o daleko idące zmiany. Również pod tym względem wydarzenia sprzed sześciu lat nie miały żadnych konsekwencji. Nic się nie zmieniło.

Kim dla Ciebie jest filmowa matka przełożona – cynicznym strategiem czy mistyczką?
Trudno o tak jednoznaczne sądy. Moja bohaterka od samego początku jest głęboko przekonana o słuszności wyborów. Wierzy w sens buntu, chociaż ma świadomość, jak wiele będzie ją to kosztowało. Sprzeniewierzenie się gigantycznej instytucji, jaką jest Kościół katolicki, było aktem szalonej odwagi, ale ona się nie bała. Była przekonana, że w klasztorze rozgrywa się coś metafizycznego, niepojętego. I ma prawo odcinać się od ludzi, którzy nie chcą i nie potrafią jej zrozumieć.


Manipulowała siostrami, intrygowała.
Enigmatyczna i tajemnicza, bywała potworem – zwłaszcza wobec młodziutkiej siostry Anny. Ambiwalencja tej postaci była aktorsko interesująca. Matka przełożona miała niemal wszystkie osobowościowe odcienie. Była cudowna i potworna, głupia i mała, przenikliwa i uduchowiona. Cały zestaw wykluczających się cech.

Być może po prostu była szalona.
Ale czym naprawdę jest szaleństwo? Czy da się to odmierzyć w centymetrach? Matka przełożona nie była przecież osobą, która całkowicie straciła kontakt z rzeczywistością i nie przyjmowała reakcji z zewnątrz.

Kiedy dzisiaj czytamy „żywoty świętych”, co trzecia biografia wydaje się klinicznym opisem osoby niezrównoważonej.
Kwestia kanonu, aktualnie obowiązującej wykładni psychologicznej. A ojciec Pio? Był świętym czy hochsztaplerem? Można się spierać co do jego poglądów, ale nie sposób skwitować wzruszeniem ramion faktu, że dokonywał uzdrowień, wobec których nauka i medycyna pozostają bezradne. Stąpamy po śliskim, delikatnym gruncie. Niektórzy oceniają to wszystko w sposób egzaltowany, inni – drwiąco krytyczny. Ja jestem pośrodku tej skali.

Chora zakonnica projektuje swoje uczucia w siostrę Annę(Katarzyna Zawadzka), ponieważ jest niespełniona w ujęciu macierzyńskim.
W większym stopniu chodziło o podobieństwo losów. Czujemy, że obie kobiety łączy traumatyczne dzieciństwo i trudny okres dojrzewania. Matka przełożona odnajduje w osobie Anny powinowactwo duchowe, podobną wrażliwość. Świadoma choroby, czuje, że dziewczyna może być kontynuatorką idei odrodzenia Kościoła.

W kinie, choćby w „Pośród ciemności” Almodóvara, kobiecość zakonnic była często świętokradztwem. Chrystus oznaczał seksualny fetysz. „W imieniu diabła” podobną rolę odgrywa ojciec Franciszek, grany przez Mariusza Bonaszewskiego.
Ojciec Franciszek proklamuje prymat modlitwy transowej, nastawionej na uzewnętrznianie fizyczności zakonnic. Zaleca korzystanie z tego, co podpowiada ciało, a co w konsekwencji może stać się drogą prowadzącą do Chrystusa.


W tych rytuałach bierze udział prawie cała społeczność zakonna.
Tak, bo zakon to swoiste państwo w państwie, w którym odbiera się indywidualność na rzecz dobrego funkcjonowania struktury. Histeria jest zbiorowa. Nie tylko matka przełożona, ojciec Franciszek i siostra Anna, ale cały zakon doznaje ekstazy.

Tym większe wrażenie robią w filmie sceny, w których dziewczyny odpoczywają. Są spokojne, wyciągają nogi, uśmiechają się do słońca, śpiewają. Barbara Sass chciała pokazać normalność i codzienność zakonną, w której jest miejsce na zwyczajne życie, nie tylko metafizyczne odjazdy.

Źródło - TeMI 


06:02, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2012

Z cyklu znani i nie znani… 


Scenarzystka, na stałe współpracuje z telewizją TVN. Autorka książki dla dzieci "Klątwa dżina", współautorka tekstu "Generacja" wystawianego w warszawskiej Akademii Teatralnej przez Piotra Łazarkiewicza. Prowadziła krakowską redakcję "Aktivista" i jako dziennikarka współpracowała z takimi pismami jak "Ha!art", "Uroda" czy "Cosmopolitan", współautorka scenariusza do filmu "Nad życie", który jest jej debiutem fabularnym. Pochodzi z Tarnowa.

Agata Mróz znana siatkarka, która mimo tego, że chorowała na białaczkę, zdecydowała się urodzić dziecko, pochodziła z Tarnowa, To Twoje rodzinne miasto. Czy miało to dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie podczas pisania scenariusza filmu opowiadającego o niej? 

Początkowo w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Jednak podczas zgłębiania życiorysu Agaty zaczęłam odkrywać pewne rzeczy, które łączą mnie z Agatą. Znam na przykład księdza, który udzielał jej w Tarnowie ślubu. 

Dziś historię miłości Agaty i jej męża możemy oglądać na dużym ekranie. Gdy zaczęłaś pracę nad scenariuszem od razu pomyślałaś o tym, by porozmawiać z Jackiem? 

Oczywiście.Wraz z Michałem Zasowskim, współscenarzystą filmu, spotkaliśmy się z Jackiem Olszewskim w jego mieszkaniu w Warszawie, gdzie przywitała nas także Lilianka, jego i Agaty córka. Tam Jacek opowiedział nam historię swojego związku z Agatą. 

Jak dokładnie wyglądało wasze spotkanie?

Odbyliśmy wtedy rozmowę, której długo nie zapomnę. Zrobiła ona na mnie duże wrażenie, podobnie jak nasz rozmówca. Jacek okazał się niesamowicie opanowanym, spokojnym człowiekiem. W niezwykle wyważony sposób opowiadał o historii, której doświadczył. Mówił o Agacie w sposób piękny i wzruszający, ale też bardzo prosty. To, jak opowiadał nam tę historię, miało zresztą wpływ na kształt scenariusza. Zrozumieliśmy, że filmowa historia też musi być prosta, daleka od patosu. Dzięki temu jest naprawdę poruszająca. 

Wydaje Ci się, że rozmowa z Jackiem Olszewskim zbliżyła was do Agaty Mróz? 

Oczywiście. Przeczytanie i zobaczenie wszystkich możliwych materiałów prasowych czy telewizyjnych nie zastąpi rozmowy z człowiekiem, który z Agatą był najbliżej, kochał ją i dzielił z nią każdy dzień. Bardzo wiele o Agacie i ich związku dowiedzieliśmy się dzięki Jackowi. 

Mam wrażenie, że robiliście wszystko, by nie postawić Agaty na cokole.

Chcieliśmy tego uniknąć. Naszym celem było raczej odbrązowienie jej postaci i skonstruowanie realnej, zwyczajnej bohaterki, z którą mógłby się utożsamiać każdy. Wiedzieliśmy, że Agata była żywiołową dziewczyną z krwi i kości i że żaden pomnik nie byłby jej potrzebny. Ale jednocześnie podchodziliśmy do tej historii z ogromnym szacunkiem. Widzieliśmy, że spoczywa na nas naprawdę duża odpowiedzialność. 

Zdecydowaliście się skupić na fragmencie jej życia - związku z Jackiem Olszewskim. Co takiego może widzów zaskoczyć w ich miłosnej historii?

Myślę, że wiele rzeczy. Czytałam wypowiedź internauty, który stwierdził, że scena, w której Agata zjawia się spontanicznie u Jacka w Warszawie o 2 w nocy, jest wymyślona przez scenarzystów. A takie odwiedziny miały miejsce naprawdę. Jacek nam o nich opowiadał. 

Czy w scenariuszu znalazło się miejsce na fikcję?

Tak. Bez wprowadzenia elementów fikcyjnych nie udałoby się nam stworzyć scenariusza filmowego. Jacek na przykład przeżywa w filmie dylematy, które w rzeczywistości były mu obce. Wiemy, że gdy dowiedział się o ciąży Agaty, od razu zaakceptował jej decyzję o urodzeniu dziecka, mimo że liczył się z konsekwencjami. W filmie Jacek nie potrafi tego tak łatwo zaakceptować. Musi do tego dojrzeć. 

Myślisz, że Michał Żebrowski jako Jacek i Olga Bołądź w roli Agaty dobrze oddali charakter postaci? 

Sądzę, że zrobili to doskonale, a mieli przecież niełatwe zadanie. Michał Żebrowski powiedział zresztą, że zagranie roli Jacka wymagało od niego dużego taktu. Oldze Bołądź udało się z kolei odbrązowić Agatę Mróz. Włożyła w tę postać ogromne pokłady talentu i wrażliwości, uczyniła z niej po prostu zwyczajną dziewczynę, z krwi i kości, a jednocześnie nieprawdopodobnie dzielną, waleczną I niezwykłą. Udowodniła, że dramatyczna historia Agaty nie tylko wzrusza, ale daje też nadzieję. 

Rozmawiała Urszula Wolak  (Gazeta Krakowska)


08:37, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 maja 2012

Najpiękniejszy polski film o miłości… 

To było chyba najbardziej tarnowskie z dotychczasowych spotkań w ramach popularnego cyklu "Goście Łukasza Maciejewskiego" organizowanego przez Centrum Sztuki Mościce. W czwartek, 16-ego maja, po pokazie filmu "Nad życie", opowiadającym historię tarnowskiej siatkarki, Agaty Mróz (w tej roli Olga Bołądź), Łukasz Maciejewski, również Tarnowianin, znany krytyk i dziennikarz filmowy, rozmawiał ze scenarzystami filmu: pochodzącą z Tarnowa  Patrycją Nowak oraz z Michałem Zasowskim. Nasza Pati to scenarzystka, na stałe współpracująca z telewizją TVN. Jest autorką książki dla dzieci „Klątwa dżina“, współautorką tekstu „Generacja“ wystawianego w warszawskiej Akademii Teatralnej przez Piotra Łazarkiewicza. Prowadziła krakowską redakcję „Aktivista“ i jako dziennikarka współpracowała z takimi pismami jak „Ha!art“, „Uroda“, czy „Cosmopolitan“. „Nad życie“ jest jej debiutem fabularnym. Pochodzi ze znanej rodziny tarnowskich inteligentów: Jej ojcem jest Krzysztof Nowak, ceniony dziennikarz, a mamą Grażyna Nowak, przez wiele lat wicedyrektor tarnowskiego teatru. "Przeczytałem scenariusz i pomyślałem: Boże, ktoś wreszcie napisał tekst w sposób zrozumiały, wzruszający, przejrzysty. Liczyłem na to, że będzie można zrobić na tej podstawie dobry film. Graliśmy z Olgą te role, żeby powstała opowieść o miłości i nadziei. Film o zwycięstwie, a nie film pogrzebowy - powiedział Michał Żebrowski, grający filmowego męża Agaty. Już więcej nie będę, pozostawiam ten film swojemu życiu i ocenie, ale tak miło było to przeczytać, że musiałam." Jak należało się spodziewać wydarzenie to zgromadziło tłumy sympatyków Agaty, fanów siatkówki i koneserów dobrego kina. Agata Mróz była wybitną siatkarką, wielokrotną reprezentantką Polski, jedną ze "Złotek", które w 2003 i 2005 roku zdobywały pod wodzą trenera Andrzeja Niemczyka złote medale mistrzostw Europy - choć z chorobą walczyła od siedemnastego roku życia. - Wiem, że muszę to wszystko wytrzymać. Innego wyjścia nie mam. Dla mojej córki i męża muszę być zdrowa – mówiła Agata Mróz-Olszewska. To był jej ostatni wywiad, dla "Super Expressu", udzielony w klinice we Wrocławiu 30 maja 2008 roku, osiem dni po zabiegu przeszczepu szpiku kostnego. Siatkarka zmarła w wyniku infekcji 4 czerwca. – Zabrakło nam kilku dni – przyznał jeden z zajmujących się nią lekarzy. Ostatnim miesiącom życia Agaty Mróz przyglądała się cała Polska – trzymaliśmy kciuki, by wygrała z białaczką, wzruszaliśmy się jej heroiczną walką o życie nienarodzonej córki. Gdy odeszła, wszystkim nam pękło serce… Jej heroiczna postawa sprawiła, że na zawsze pozostanie symbolem tego, co w sporcie i w życiu najpiękniejsze. Liczyła, że kiedyś wróci… Teraz, cztery lata od jej śmierci (ceremonie: ślubna i pogrzebowa odbywały się w tym samym kościele księży Filipinów w Tarnowie) , jej poruszająca historia trafiła do kina. „Nad życie” – pisze Szymon Hołownia, znany publicysta i pisarz związany z TVP Religia – to jest film, który powinni zobaczyć wszyscy, którzy kiedyś słyszeli o Agacie Mróz. To jest film, który mnie poruszył. Który ze mną zostanie, bo mówi o prostych rzeczach, ale te proste rzeczy są najważniejsze. "Nad życie", który na ekranach kin  możemy  zobaczyć od 11 maja opowiada historię znanej siatkarki - Agaty Mróz (Olga Bołądź). Odnosząca międzynarodowe sukcesy dziewczyna zakochuje się bez pamięci w Jacku (Michał Żebrowski). Bajkowe plany dwojga - piękny ślub, dzieci i dom w górach przerywa jeden telefon. Po dramatycznej informacji Agata rozpoczyna wyścig z czasem. Zawalczy o siebie, o mężczyznę, którego kocha i o dziecko, którego pragnie nad życie. Jak mówi Szymon Hołownia - to wyjątkowy film, bo wykracza poza wszelkie znane kategorie. To film prawdziwy i równocześnie dotykający do cna. - To jest po prostu dobra, głęboka ludzka historia, którą każdy z nas powinien mieć z tyłu głowy i nosić w sercu. Agata Mróz zrobiła co mogła, żebyśmy o tej prostej prawdzie, o tym, że życie ma zwyciężyć śmierć, nie zapomnieli – dodaje. A Łukasz Maciejewski podsumowuje - to było bardzo udane spotkanie. Ponad 400 widzów na sali (!), rodzina i przyjaciele Agaty Mróz. Bardzo dziękuję.

 

Agata Mróz do samego końca wierzyła, że wyjdzie ze swojej choroby. Nie dopuszczała do siebie myśli, że może umrzeć. – Wierzę, że wszystko się uda. Nie ma innej opcji! – mówiła "Dziennikowi" tuż po urodzeniu swojej córeczki Liliany, 4 kwietnia 2008 roku. – Wiem oczywiście, że przeszczep szpiku grozi powikłaniami, że można nawet umrzeć. Liczę na to, że za miesiąc wyjdę ze szpitala i zacznę całkiem nowe życie. Z dzieckiem i mężem. Muszę być zmotywowana do walki, nie mogę się poddać. Wtedy będzie dobrze. Niestety, stało się inaczej. Wszystkie te dramatyczne wydarzenia przybliża wchodzący właśnie na ekrany film "Nad życie" w reżyserii Anny Pluteckiej-Mesjasz, z Olgą Bołądź w roli głównej. Dawno nie było tak dobrze nakręconego polskiego dramatu pokazującego zwykłą ludzką tragedię, bez martyrologicznego kontekstu czy banalizującego wszystko patosu.Agata Mróz ma trwałe miejsce w historii polskiej siatkówki. Dziś, po czterech latach od jej śmierci, często się o tym jakby zapomina, koncentrując uwagę na ostatnich miesiącach jej życia. A przecież była świetną siatkarką, wielokrotną reprezentantką Polski, jedną ze "Złotek", które w 2003 i 2005 roku zdobywały pod wodzą trenera Andrzeja Niemczyka złote medale mistrzostw Europy. Znacząco się do tych sukcesów przyczyniła. – Siatkówka dała mi poczucie wartości i pewności siebie – mówiła wtedy. Sam trener wspomina Agatę nie tylko jako jedną z najlepszych środkowych na świecie, ale także osobę ciepłą i bezpośrednią. – Niewiele dziewczyn miało odwagę przyjść do mnie, kiedy siedziałem za długo w barze, i powiedzieć: "Trenerze, idziemy spać". Potrafiła cieszyć się życiem. Wiedziała, co chce osiągnąć, i wiedziała, że aby do czegoś dojść, trzeba ciężko pracować.

  

Agata Mróz przyszła na świat 8 kwietnia 1982 roku w Dąbrowie Górniczej. Wychowywała się w Tarnowie, w mocno usportowionej rodzinie. Jak mówiła, od początku była niejako na sport skazana. – Mam go w genach – wspominała w 2006 roku w magazynie "Super Volley". – Siostra gra w siatkówkę w Bydgoszczy, brat jest koszykarzem Śląska Wrocław. Tata przez ponad dwadzieścia lat grał w koszykówkę, a mama w siatkówkę. Dorosła Agata miała 191 cm wzrostu, nie dziwi więc, że już jako dziecko była wyższa od rówieśniczek. Z tego względu mniej więcej w trzeciej klasie podstawówki zaczęła trenować koszykówkę. – Siatkówka zaczęła się później, ale od razu wiedziałam, że to jest właśnie to.Jako czternastolatka zapisała się do Szkoły Mistrzostwa Sportowego Polskiego Związku Piłki Siatkowej w Sosnowcu. Miała olbrzymi talent, trenerzy ją chwalili, wróżono jej wielką sportową przyszłość.Trzy lata później los zadał Agacie pierwszy cios – okazało się, że ma mielodysplazję szpiku, czyli chorobę nazywaną często stanem przedbiałaczkowym. – Bardzo to przeżywałam, chwilami myślałam, że już po mnie – wracała do tamtych dni w rozmowie z "Vivą". – Przede mną było całe życie. Miałam propozycje grania w najlepszych klubach. Byłam ambitna. I nagle na trzy lata musiałam przerwać karierę sportową. Dla sportowca, zwłaszcza nastoletniego, trzy lata to nie epoka – to cała era. Mimo to po pokonaniu choroby Agata zdecydowała się do sportu wrócić. Często podkreślała, że najbardziej pomógł jej w tym ojciec. – Mogłoby się wydawać, że to już koniec kariery, która na dobre się jeszcze nie zaczęła, a on nawet nie chciał o tym słyszeć. Podtrzymywał mnie na duchu, napawał optymizmem.

  

Po roku treningów 21-latka zdobyła z reprezentacją swoje pierwsze mistrzostwo Europy. – To mnie nauczyło, że warto walczyć do końca – cieszyła się. Pytana o swoje marzenie, odpowiadała: – Zamiast marzyć wolę mówić "chcę". Przejścia, które mam za sobą, dały mi siłę. Wolę mówić o celach do osiągnięcia. Zdobycie mistrzostwa sprawiło, że siatkarka – podobnie jak reszta dziewczyn tworzących drużynę Niemczyka – niemal z dnia na dzień stała się osobą znaną, popularną i lubianą, jedną z naszych "Złotek". Prasa, komentatorzy, kibice – wszyscy zachwycali się nie tylko ich umiejętnościami, ale także urodą.

Być może także z tego powodu w 2005 roku Agata zdecydowała się na sesję do męskiego magazynu "CKM". Nie wszystkim się to spodobało, choć zdjęcia były bardzo gustowne i w bieliźnie. – Sama się zgodziła – wspominała tamtą sesję w rozmowie z "Gazetą Wrocławską" siostra, Katarzyna Mróz. – To była dla niej przygoda, chciała spróbować.

  

Mimo popularności Agata nie zapominała o sporcie. Z powodu spustoszenia, jakie pozostawiła w jej organizmie choroba, musiała pracować na treningach ciężej od koleżanek. Osiągała imponujące wyniki, a zdobycie podwójnego mistrzostwa Europy nie było jej jedynym sukcesem. Dwukrotnie (2003, 2004) wywalczyła mistrzostwo Polski z BKS Stal Bielsko-Biała, sięgała z tą drużyną również po Puchar Polski (2004, 2006). W 2006 roku zdecydowała się na transfer do hiszpańskiego zespołu Gruppo 2002 Murcia, z którym zdobyła mistrzostwo i Puchar Hiszpanii oraz Top Teams Cup.

Gdy w listopadzie 2007 roku drużyna Niemczyka pojechała na Puchar Świata do Japonii, Agata została w domu. Kilka miesięcy wcześniej lekarze zdiagnozowali u niej białaczkę. Konieczny był przeszczep szpiku kostnego. O dalszej grze w siatkówkę nie mogło być mowy. W udzielnych wtedy wywiadach Agata przyznawała, że decyzja o przerwaniu kariery sportowej ogromnie ją bolała. – Siatkówka to moja pasja, coś, co kocham – mówiła "Gazecie Wyborczej". – Ale na tym nie można opierać całego życia. Zakładam rodzinę, nie mogę już myśleć tylko o sobie. A że nie mam zdrowia, nie mogę dalej ryzykować, bo mam dla kogo żyć. Podejmując tę decyzję, mówiąc o niej, mam łzy w oczach, ale jestem w sytuacji bez wyjścia. Liczę tylko na to, że kiedyś wrócę... 

 Znalezienie dawcy dla Agaty nie było łatwe – miała bardzo nietypowy szpik. Na tyle nietypowy, że wśród 13 milionów zarejestrowanych w bazie osób nie było nikogo idealnego. Rozpoczęły się dramatyczne poszukiwania, zakończone na szczęście sukcesem. Ale właśnie wtedy, w listopadzie 2007 roku, okazało się, ze siatkarka, która rok wcześniej wyszła za mąż za Jacka Olszewskiego, jest w ciąży. Agata nie ukrywała, że miała świadomość, iż istniała cała masa argumentów przeciwko urodzeniu dziecka. Lekarze wyraźnie dali jej do zrozumienia, jak wielkim będzie ta ciąża dla jej organizmu obciążeniem. Niektórzy wprost namawiali ją do aborcji. – Słyszałam, że mogę nie donosić ciąży, że mój stan może się drastycznie pogorszyć - mówiła w rozmowie z "Dziennikiem". – Przypominano mi, że cały czas dostaję jakieś leki, które mogą zagrozić dziecku. - Już miałam wyznaczony termin operacji: 22 listopada – mówiła "Vivie". – Pojechałam wcześniej na kwalifikację do Katowic po to tylko, żeby powiedzieć: "Niestety, muszę to przesunąć, bo jestem w ciąży". Komisja lekarska zamarła. Nikt nie był na to przygotowany.

  

Dlaczego Agata nie posłuchała lekarzy i zdecydowała się urodzić, odkładając plany przeszczepu o co najmniej pół roku? – Bo oprócz małżeństwa to była jedyna dobra rzecz, która mnie ostatnio spotkała – broniła swojej decyzji. – Wcześniej musiałam przerwać karierę, od kilku lat borykam się z chorobą, ciągle mi czegoś nie wolno, na coś muszę uważać. A wiadomość o dziecku sprawiła, że znowu poczułam się szczęściarą. Cieszyłam się, że poczuję, jak to jest być matką. I że dam mężowi coś dobrego z siebie.- Nie planowaliśmy tego, ale też nie broniliśmy się – tłumaczyła dalej, dodając, że po chemioterapii i przeszczepie nie miałaby już praktycznie szans na zajście w ciążę. – Przekonywało mnie to, że mielodysplazja szpiku nie jest chorobą genetyczną. Gdyby było inaczej, w ogóle nie byłoby mowy o dziecku. Nie zaryzykowałabym.

Córka Agaty i Jacka, Lilianka, przyszła na świat 4 kwietnia 2008 roku, przez cesarskie cięcie, jako siedmiomiesięczny wcześniak. – To moje dwa kilo szczęścia! – sportsmenka nie kryła radości.Agata mogła spędzić w domu z córką i mężem tylko dwa dni. Czas był tu kluczowy. Konieczna była natychmiastowa chemioterapia i całkowita izolacja siatkarki, w sterylnych warunkach. – Nie boję się – zapewniała dziennikarza "Przeglądu Sportowego". – Wiem, że muszę to przejść i wszystko będzie dobrze. Nie mogę się załamać. Nie teraz, kiedy przeszłam już jedną próbę, czyli urodziłam zdrową córkę. Cieszę się, że jest bezpieczna. Lekarze mogą się skoncentrować na mnie. Ufam im. Zabieg przeszczepu szpiku kostnego, przeprowadzony 22 kwietnia 2008 roku we wrocławskiej Klinice Hematologii, zakończył się pomyślnie. – Pacjentka czuje się dobrze - mówił przeprowadzający go profesor, Krzysztof Kałwak.

Agata Mróz zmarła w tej samej klinice 4 czerwca o 10 rano. Przyczyną śmierci nie było odrzucenie przez organizm szpiku kostnego, gdyż, jak mówili lekarze, było na to jeszcze za wcześnie. – To, co się stało, to dramatycznie przebiegająca, piorunująca infekcja, posocznica ze wstrząsem septycznym – tłumaczył profesor Kałwak.Do samego końca z Agatą byli najbliżsi. Jej mąż jeszcze ostatniej nocy pojechał samochodem do Katowic po lek osłabiający infekcję. Gdy wrócił, na pomoc było już za późno... – Nie mamy do nikogo żalu, tak miało być – mówił. – Agata urodziła córeczkę, która ma dzisiaj dwa miesiące. Do samego końca powtarzała, że jeśli miałaby jeszcze raz wybierać między dzieckiem a własnym zdrowiem, nie zmieniłaby decyzji. Córeczka była czymś najwspanialszym, co ją w życiu spotkało.

  

Agata Mróz-Olszewska już zawsze będzie symbolem tego, co w sporcie i w życiu najpiękniejsze. Jej heroiczna postawa sprawiła, że coraz więcej ludzi zostaje honorowymi dawcami krwi i trafia do bazy szpiku kostnego. Siatkarka, odznaczona pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, jest patronką fundacji "Kropla Życia", założonej w Mysłowicach między innymi przez jej ojca Ryszarda Mroza. Od czterech lat organizowany jest z udziałem naszej reprezentacji prestiżowy Memoriał jej imienia. "Dzięki Agacie Mróz-Olszewskiej dostrzegamy znaczenie najpiękniejszych humanitarnych gestów" – piszą na oficjalnej swojej stronie organizatorzy turnieju.- Agata nadal żyje w sercach i ludzkiej pamięci – podkreśla jej mąż Jacek Olszewski, który także występuje w filmie w scenach... swojego ślubu.  Dobrze się stało, że świadectwo tego możemy teraz odnaleźć także w naszym kinie.

Oprac. Ryszard Zaprzałka  Źródło – Onet.pl (Paweł Piotrowicz)

Foto ze spotkania w CSM - Joanna Solak



09:40, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Decyzją Jury zakończonej w sobotę 26 Tarnowskiej Nagrody Filmowej nagroda Grand Prix 25 TNF – Statuetka Maszkarona i 10.000 zł trafia do Wojciecha Smarzowskiego za film „Róża”. Nagrodę z rąk Przewodniczącego Jury 26 TNF odebrał w imieniu reżysera Marcin Dorociński, jeden z bohaterów filmu. Pełną listę laureatów opublikowaliśmy w odrębnym tekście, w sobotę wieczorem, tuż po finałowej gali. Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego – "Róża" – na długo pozostaje w pamięci, pisze w swojej recenzji na Onet.pl. Katarzyna Najman. Ludzkie zezwierzęcenie i bezwzględność są tu pokazane wprost i boleśnie wbijają się w nasze umysły. Tym razem, w odróżnieniu od "Domu złego", pojawia się jednak promyk nadziei – cień prawdziwie ludzkich uczuć rodzących się między głównymi bohaterami. Tytułowa bohaterka – Róża (Agata Kulesza), to wdowa po niemieckim żołnierzu. Tadeusz (Marcin Dorociński) służył w AK, jednak wojna zabrała mu wszystko, łącznie ze zgwałconą i zastrzeloną na jego oczach żoną. Po zakończeniu wojny, latem 1945 roku mężczyzna udaje się na Mazury, by odnaleźć Różę Kwiatkowską, wdowę po niemieckim żołnierzu, którego śmierci był świadkiem. Tadeusz zamieszkuje w gospodarstwie kobiety i pomaga jej w codziennym życiu. które pełne jest wrogości i agresji zarówno ze strony lokalnej społeczności jak i sowieckich żołnierzy. Powojenny świat, ukazany przez Wojciecha Smarzowskiego, pełen jest bezwzględności i brutalności. Z jednej strony barykady obserwujemy Mazurów, którzy nie czują się Polakami. Przez swoje niemieckie korzenie są szykanowani przez nową władzę, która chce ich przesiedlić. Z drugiej strony widzimy armię sowiecką - jej spragnionych kobiet żołnierzy, którzy traktują ludność cywilną na podległych sobie terenach, jak zwierzynę łowną. Towarzyszą im Polacy służący w organach partyjnych. Między tymi siłami znajduje się Róża. Nie dość niemiecka, by przynależeć do Mazurów, nie dość Polska, by nie groziło jej przesiedlenie. U jej boku stoi Tadeusz, były żołnierz Armii Krajowej. UB tylko czeka, by go zdemaskować. W zwyrodniałym świecie, pozbawionym wartości dwójka głównych bohaterów prowadzi walkę o zachowanie człowieczeństwa. Rodzące się między nimi uczucie nie jest dopowiedziane. Nie opiera się na słowach, ale na czynach - na wzajemnym opatrywaniu ran i codziennej walce o życie. Reżyser pozbawia nas złudzeń. Podczas wojny każdy może zostać zmuszony do zabijania. Gdy liczy się przetrwanie, wszystko jest dozwolone. Doskonałe kreacje stworzyli Agata Kulesza i Marcin Dorociński. Ich gra jest niesamowicie wiarygodna i sugestywna. Czujemy, że z ekranu bije prawda. Możemy sobie tylko życzyć, by inne polskie filmy prezentowały taki poziom aktorski. Obok "Róży" nie można przejść obojętnie - film bulwersuje, wzrusza, wstrząsa. Wojciech Smarzowski odkrywa białe plamy na kartach naszej historii i zmusza do refleksji. Brutalność wykreowanego świata rodzi w nas bunt. Pojawiły się głosy, że "Róża" powinna być przepisywana na receptę - od siebie mogę dodać, że tylko raz. Jest to mistrzowskie kino, do którego nie chce się już wracać. Obraz wbija się głęboko w pamięć, wciska w fotel i długo nie pozwala dojść do siebie. Poniżej publikujemy obszerny wywiad z reżyserem "Róży", jak dla Onet.pl przeprowadził 31 stycznia tego roku Piotr Gruszkowski, tuż przed oficjalną premierą filmu – 3 luty 2012.

  

Mocny film o miłości

Życie zawodowe dzieli na to, co robi i czego nie robi dla pieniędzy. Seriale kręci, żeby zarobić. Mówi o tym wprost. To pozwala mu raz na kilka lat skupić się na autorskim projekcie reżyserskim. Filmy kręci, żeby prowokować. I prowokuje. W "Róży" Wojciech Smarzowski opowiada o dramacie dwojga ludzi pokaleczonych przez wojnę. Film trafił na polskie ekrany w lutym tego roku. Na początku kariery z powodzeniem realizował reklamówki i wideoklipy. Teledysk do "To nie był film" Myslovitz przyniósł mu Fryderyka. Debiutancka "Małżowina" została doceniona na reaktywowanym w 1999 roku festiwalu "Młodzi i Film". Zanim jednak Wojciech Smarzowski odniósł sukces kinowy, był jednym z reżyserów "Na Wspólnej". Głośne "Wesele", w którym znakomicie uchwycił polską mentalność i narodowe przywary, uczyniło z niego ulubieńca krytyków oraz miłośników kina "z wyższej półki". W 2004 roku został laureatem Paszportów Polityki. Przygotowując się do premiery wstrząsającego "Domu złego" (nagroda za scenariusz i reżyserię w Gdyni), kontynuował pracę dla telewizji. To właśnie on był odpowiedzialny za pierwszą transzę i kilka kolejnych odcinków popularnej "BrzydUli". Znalazł się również w ekipie realizatorów drugiego sezonu "Londyńczyków". Ostatni film Smarzowskiego, "Róża", wywołał gorące dyskusje na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Doceniony przez dziennikarzy, nie spotkał się jednak z uznaniem jury. Kilka miesięcy później triumfował w Warszawie. Teraz trafia na ekrany kin w całej Polsce.

Piotr Guszkowski: Masz opinię reżysera raczej małomównego…
Wojciech Smarzowski: Kończymy wywiad! (śmiech)

No właśnie, mam nadzieję, że nie strzelam sobie tym pytaniem w stopę …
Nie.

Lubisz udzielać wywiadów, czy to dla Ciebie tylko obowiązek związany z promocją filmu?
To jest obowiązek. Nie lubię udzielać wywiadów, bo nie będę dzięki nim robił lepszych filmów, ani gorszych, ani więcej, ani mniej. Jest premiera "Róży", więc rozmawiamy.

To Ty znalazłeś "Różę", czy "Róża" znalazła Ciebie? Szukałeś takiego scenariusza?
"Róża" znalazła mnie, ale to nie jest tak, że szukałem takiego scenariusza. Szukałem scenariusza, który nie pochodziłby z mojej głowy, to po pierwsze. Po drugie, chciałem zrobić film o miłości. No i trafił do mnie scenariusz (autorstwa Michała Szczerbica – przyp. PG), który przy okazji ma interesujące tło o Mazurach, narodzie unicestwionym przez dwa nacjonalizmy. Tło stanowi o wadze tego filmu, ale dla mnie "Róża" cały czas pozostaje opowieścią o miłości.

Miłości trudnej?
Łatwej nie. Ona od Rosjan, a potem od Polaków doznała najcięższych upokorzeń, a jemu wojna i okupacja – Rosjanie i Niemcy – zrujnowały życie. Spodobało mi się w tym scenariuszu to, że oboje na starcie historii są wrakami ludzkimi, duchami.

Pojawiły się zarzuty, że "Róża" jest zbyt brutalna. Lecz paradoksalnie, to chyba Twój najbardziej optymistyczny film. Pokazuje prawdziwie szczerą relację pomiędzy dwojgiem ludzi, która potrafiła się wytworzyć jakby na przekór trudnym warunkom.
Tak, jeżeli chodzi o optymizm, to myślę, że to najjaśniejszy z moich filmów. Natomiast jeśli chodzi o brutalizm, to powiedz mi, dla Ciebie ten film jest brutalny, czy nie?

Tak, jest brutalny. Natomiast życie, a szczególnie tamte czasy były brutalne.
Sam trochę odpowiadasz na to pytanie. Moją bazą, takim punktem wyjścia, jest naturalizm i realizm, więc tak, a nie inaczej opowiadam te sceny. Dopiero po pierwszych projekcjach "Róży" dowiedziałem się, że ten film może dla paru osób jest brutalny. Ja tak nie uważam, jest po prostu mocny. Mam nadzieję, że wzrusza, porusza, prowokuje.

W budowaniu naturalizmu pomaga Ci praca kamery z ręki. To chyba jeden z najbardziej charakterystycznych elementów "stylu Smarzowskiego"?
Wiesz co, ja tak naprawdę nie analizuję wszystkich elementów mojego warsztatu, pracuję intuicyjnie. Na przykład w "Domu złym" i chyba w "Weselu", nie pamiętam – to już dawno było, założyłem sobie takie przejście: kamera najpierw była na statywie, a potem niepostrzeżenie przechodziła w pracę z ręki. Chciałem ukryć ten moment przejścia. To miało przełożenie na znaczenia, a to dla mnie ważne. Tutaj wiedziałem, że mam do czynienia z historią napisaną w prosty sposób, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, i trzeba ją było w prosty sposób opowiedzieć. Kamera z ręki przekłada się na pracę prawie dokumentalną i daje mi możliwość dopasowywania się do sytuacji. Statyw czy wózek bardzo mnie ograniczają, nie lubię tego. Pracując z ręki łatwiej mi wpływać na rytm, na montaż. No, po prostu, lubię kamerę z ręki. Ależ się rozgadałem! (śmiech)

Skoro już jesteśmy przy pracy kamery, to autor zdjęć do "Róży", Piotr Sobociński Jr, z którym rozmawiałem podczas Camerimage, powiedział, że jesteś trudnym reżyserem dla operatora. Domyślasz się, jak to uzasadnił?
Tak, bo potrzebuję dość dużo przestrzeni na inscenizację. Gdybym pracował w taki sposób, że gramy na strony, do każdego trzeba ustawić światło, to jest dużo łatwiejsze rozwiązanie dla operatora. Ja wchodzę do pomieszczenia i chcę mieć trzy czwarte na inscenizację, a jedną czwartą zostawiam mu na światło, ewentualnie musi świecić z góry. To oczywiście nie jest łatwe, ale są różne filmy. (śmiech)

Piotr zwrócił szczególną uwagę na to, że dla Ciebie najważniejszy jest aktor. I właśnie to jest dla operatora najtrudniejsze – gdy aktor pojawia się na planie, wszystko zostaje podporządkowane aktorowi.
Tak, to prawda. Tylko myślę, że choć Piotr tak powiedział, to on to rozumie. W naszej współpracy podoba mi się, że dla Piotra ważne jest dobro filmu, a nie to, czy zrobi sobie fajne kadry, czy światło będzie ładnie padać. Gadamy na temat klimatu, scen czy całości i ja już go zostawiam, i robimy razem ten sam film. Aktorzy zawsze będą dla mnie najważniejsi.

  

No właśnie, jak było z aktorami, odtwórcami głównych ról w przypadku "Róży" – od razu pomyślałeś o Marcinie Dorocińskim i Agacie Kuleszy?
Nie, to tak od razu się nie pojawiło. Może to wynika z tego, że nie ja pisałem scenariusz. Kiedy piszę tekst dla siebie, to jakoś w głowie próbuję go również obsadzać. Ten tekst przyszedł do mnie później. Chyba odbyło się parę spotkań. Nie nazywałbym tego castingiem, jak mówi Agata Kulesza, tylko takimi rozmowami z aktorami. Rozmawiałem z naprawdę dobrymi aktorami. To była kwestia wyboru kierunku, w którym może pójść film. Najpierw zdecydowałem się na Agatę i do niej szukałem Tadeusza. Bardzo dobrze się stało, że się otworzyłem na Marcina Dorocińskiego. Dla filmu i dla mnie.

Mam wrażenie, że Dorociński długo pozostawał aktorem, którego talentu w pełni nie potrafiono wykorzystać. Dopiero w ostatnich latach dostał parę ciekawych ról, także u Ciebie.
Myślę, że Marcin miał wcześniej kilka dobrych ról, świetnie zagrał w "PitBullu" na przykład. Marcin układa sobie rolę w taki sposób, jaki lubię – mieszanka intuicji, doświadczenia, logiki, w efekcie niewiele musimy gadać o motywacjach, raczej umawiamy się na stany, w których znajduje się postać na danym etapie historii. Pracuje na półtonach, niuansach, w efekcie on jest tym Tadeuszem, a nie gra. Nie lubię pracować z aktorami, którzy mówią: "To ja Ci to zagram tak". Nie chodzi o to, jak można coś zagrać, tylko czy jest się w tym, czy się nie jest. Marcin był w tym od początku, czym absolutnie mnie urzekł.

Masz dla niego jakieś nowe propozycje?
Tak.

Zdradzisz, co to za rola?
Motocyklista policji drogowej.

Chodzi o Twój najnowszy projekt, "Drogówkę", tak?
Tytuł tego mojego najnowszego projektu to "7 dni".

Czyli tytuł się zmienił…
(śmiech)

…ale zdjęcia miały się zacząć w lutym, to się nie zmieniło?
Nie, nie zmieniło się. (…) I właśnie w tym filmie Marcin zagra jednego z siedmiu policjantów.

W pierwszych doniesieniach prasowych Twój projekt porównywano do "Siedem" Davida Finchera. Coś w tym jest?
Rzeczywiście jeżeli akcja filmu dzieje się przez siedem dni, to ta siódemka już coś znaczy i nie sposób nie odnieść się do "Siedem". Ale to będzie zupełnie inny film.

Możesz powiedzieć coś więcej o fabule, o aktorach?
To jest historia, która dzieje się współcześnie w Warszawie. Jest siedmiu gliniarzy, siedem grzechów głównych, siedem dni. To historia kryminalna, trupy są. Główny bohater, którego będzie grał Bartek Topa, jak to w takich filmach bywa, musi udowodnić, że jest niewinny, żeby przeżyć. W tle jest oczywiście korupcja, która zaczyna się na tylnym siedzeniu radiowozu, a kończy w Brukseli.

Będzie Bartek Topa. Strzelam, że będzie też Marian Dziędziel. Będzie dużo wódki i przynajmniej jedna siekiera.
Będzie siekiero-młot, tak. Będzie troszkę alkoholu, będzie Marian oczywiście. To bardzo podobny film do "Wesela", tylko że akcja dzieje się w mieście.

Przy okazji "Wesela" mówiłeś, że najbardziej interesuje Cię właśnie współczesność…
…to było przejęzyczenie.

Potem nakręciłeś "Dom zły", którego akcja dzieje się w latach 70. i 80. Teraz premierę ma "Róża" opowiadająca o wydarzeniach z 1945 roku. Jeśli iść tym tropem, czas na Bitwę Warszawską – ale to już zrobione. Więc może powstania narodowe? A tak zupełnie serio: skoro interesuje Cię współczesność, to dlaczego przez kilka ostatnich lat zajmowałeś się rzeczami z przeszłości?
Życiem rządzi przypadek, a ja muszę robić różne historie, żeby nie zostać "więźniem swojego stylu". Myślę, że te różne historie i tak mają, czy będą miały mój "stempel".

Kiedy będziemy mogli zobaczyć Twój kolejny film?
Najpierw muszę wejść w zdjęcia w lutym, potrwają do kwietnia. (…) Premiera najprawdopodobniej za rok. Gdybyś zechciał pomóc, byłbym wdzięczny. Szukamy statystów "za zupę" do kilku trudnych scen zbiorowych...

Autor: Piotr Guszkowski Źródło: Onet.  31 styczeń 2012


10:49, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 kwietnia 2012

w sobotę późnym wieczorem...

Uroczystą Galą Wręczenia Nagród w tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego zakończyła się w sobotę 26 Tarnowska Nagroda Filmowa – Festiwal Wybranych Filmów Fabularnych, który trwał od 21 do 29 kwietnia 2012 r. W konkursie głównym przedstawiono 13 filmów fabularnych, które powstały w okresie od poprzedniej edycji Festiwalu, a które nagrodziły trzy gremia jurorów: Jury 26 TNF, Jury Młodzieżowe oraz Publiczność.

Decyzją Jury 26 Tarnowskiej Nagrody Filmowej w składzie: Jerzy Armata, Barbara Brożek-Czekańska, Roman Gutek, Jerzy Hebda, Ryszard Jaźwiński, Piotr Kopa, Mieczysław Kuźmicki, Krystyna Latała, Elżbieta Łabno, Łukasz Maciejewski, Grzegorz Molewski, Maria Wardyń, Mateusz Werner, Anna Wróblewska, Kamil Wszołek, Konrad Zarębski, pod przewodnictwem Jerzego Domaradzkiego nagroda Grand Prix 25 TNF – Statuetka Maszkarona i 10.000 zł trafia do Wojciecha Smarzowskiego za film „Róża”.
 Nagrodę z rąk Przewodniczącego Jury 26 TNF odebrał w imieniu reżysera Marcin Dorociński.

Decyzją Jury Młodzieżowego 26 TNF w składzie: Marek Barnaś, Gabriela Basta, Karolina Bezak, Paulina Bonderek, Anna Gębala, Sylwia Kolbusz, Katarzyna Krzemińska, Weronika Książek, Katarzyna Okońska, Mateusz Olek, Aleksandra Skóra, Angelika Skórka, Amelia Tomalska, Ludwika Wyszkowska, pod przewodnictwem Michała Prędoty nagroda w postaci Statuetki Kamerzysty i 5.000 zł trafia do Bartka Konopki za film „Lęk wysokości”.
Nagrodę z rąk Przewodniczącego Jury Młodzieżowego odebrał w imieniu reżysera Marcin Dorociński.
 
Publiczność 26 Tarnowskiej Nagrody Filmowej najlepiej oceniła film „Róża”, tym samym Statuetka Publika i 5.000 zł trafia do Wojciecha Smarzowskiego.
Nagrodę z rąk Prezydenta Tarnowa Ryszarda Ścigały odebrał w imieniu reżysera Marcin Dorociński.
 
Ponadto, Jury 26 Tarnowskiej Nagrody Filmowej przyznało dwie nagrody specjalne: za debiut reżyserski (fundatorem nagrody jest Cyfrowe Repozytorium Filmowe) oraz za kreację aktorską (fundatorem nagrody jest Telewizja Kino Polska).
Za najlepszy debiut nagrodzono Adriana Panka za „Daas” (nagroda w wysokości 4.000 zł).
Nagrodę w imieniu reżysera z rąk Jerzego Domaradzkiego odebrała Dyrektor Tarnowskiej Nagrody Filmowej Anna Grygiel.
 
Drugą nagrodę specjalną otrzymał Piotr Głowacki za kreację aktorską w filmie „80 milionów” (nagroda w wysokości 4.000 zł). Aktor odebrał nagrodę osobiście podczas Gali, a wręczył ją Jerzy Armata – Dyrektor Artsytyczny Tarnowskiej Nagrody Filmowej.

Jury Dziecięce 26 TNF, które w Tarnowie uczestniczyło w projekcjach konkursowych Kina Młodego Widza, w składzie; Julita Bouffette, Magdalena Grobecka, Liwia Iwaniec, Aleksandra Kopacz, Marta Kułaga, Kacper Majewski, Zuzanna Marek, Filip Maziarka, Hanna Olszak, Julian Płachta, Adrianna Sędziak, Kinga Więcek nagrodę w postaci Statuetki Kogut przyznało Łukaszowi Kacprowiczowi, Robertowi Jaszczurowskiemu, twórcom filmu animowanego z serii „Mami Fatale” –„Śnieżne wojny”.
W imieniu twórców filmu nagrodę podczas Gali odebrał Prezes Studia Miniatur Filmowych w Warszawie – Włodzimierz Matuszewski. Nagrodę wręczyło całe Jury Dziecięce.
 
Nagrodą za całokształt uhonorowani zostali, Daniel Olbrychski, Wojciech Pszoniak i Andrzej Seweryn, za całokształt dokonań dla polskiej kinematografii, ze szczególnym uwzględnieniem wybitnych kreacji aktorskich w filmie Ziemia obiecana Andrzeja Wajdy, uznanym przez Kapitułę TNF jako jedno z największych dokonań polskiej kinematografii.
Aktorzy otrzymali po Statuetce "Spotkanie po latach" i po 5.000 zł. (fundatorem nagród pieniężnych są Azoty Tarnów
Nagrody z rąk wiceprezesa AZOTÓW TARNÓW, Andrzeja Skolmowskiego odebrali osobiście Daniel Olbrychski i Andrzej Seweryn
 
Galę Wręczenia Nagród 26 TNF tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego uświetnił koncert muzyki filmowej Michała Lorenca w wykonaniu zespołu DesOrient.

źródło - Facebook


23:06, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 kwietnia 2012

Niezwykle interesujące są projekcje specjalne - obejmujące zarówno filmy fabularne, animowane, jak i dokumentalne - towarzyszące konkursowi 26. edycji Tarnowskiej Nagrody Filmowej. Tegoroczną nagrodę specjalną za całokształt twórczości organizatorzy Tarnowskiej Nagrody Filmowej postanowili przyznać trzem muszkieterom rodzimego kina - Danielowi Olbrychskiemu, Wojciechowi Pszoniakowi i Andrzejowi Sewerynowi. Inaugurację 26. edycji Tarnowskiej Nagrody Filmowej w kinie Marzenie uświetniła swym recitalem Stanisława Celińska, a galę finałową w tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego oprawi zespół DesOrient, grający muzykę filmową Michała Lorenca.

  

Na szczególną uwagę zasługuje film Anny i Wilhelma Sasnalów "Z daleka widok jest piękny" uhonorowany Wrocławską Nagrodą Filmową na ubiegłorocznej edycji festiwalu Nowe Horyzonty weWrocławiu w konkursie "Nowe kino polskie". Wilhelm Sasnal, znakomity malarz, od czasu do czasu chwytający także za kamerę filmową, jest tarnowianinem. Jedna z jego rzeźb plenerowych znajduje się w Tarnowie-Mościcach. Przed czterema laty był autorem plakatu 22. edycji Tarnowskiej Nagrody Filmowej. Jego najnowszy film jest połączeniem kina fabularnego i dokumentalnego. Akcja rozgrywa się w jednej z małopolskich wsi. Jej mieszkańcy żyją razem, starzy i młodzi, kilkanaście rodzin. Z daleka widok jest piękny...

  

Tarnowskie ślady w swej biografii ma także Natalia Rolleczek, bohaterka dokumentu "Tala od różańca" Sławomira Rogowskiego i Stanisława Zawiślińskiego, autorka wydanego w latach 50. "Drewnianego różańca", w którym ostro skrytykowała Kościół katolicki. W filmie 93-letnia pisarka opowiada o swoim życiu, opisuje zmagania z losem i literaturą. Scenariusz w swoim założeniu opiera się na paradoksie: największy sukces Rolleczek, w pewnym sensie, stał się jej życiowym przekleństwem. Żadna z jej później wydanych 26 książek, choć interesujących, nie zyskała takiego rozgłosu jak "Drewniany różaniec". Jak na ironię sprawy w niej poruszone, mimo upływu czasu i rozmaitych zmian, które się dokonały, także świadomościowych, wcale nie straciły na aktualności.

  

Bohaterowi dokumentu Artura Więcka "Barona" - "Bartoszewski. Droga" także stuknęła już dziewięćdziesiątka. Polityk, dziennikarz, pisarz, działacz społeczny, historyk. Były więzień Auschwitz, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego, minister, senator, sekretarz stanu, mistrz ciętej riposty. Trudno uwierzyć, ale to wszystko dotyczy jednej osoby. Człowieka niezwykłego - Władysława Bartoszewskiego. Jego życie to droga człowieka, który nieustannie walczy o Polskę. Teraz zaprasza nas w kolejną podróż...

"Droga na drugą stronę" Ancy Damian, będąca kolażem filmu dokumentalnego, animowanego i fabularnego, to koprodukcja polsko-rumuńska. Ta przejmująca opowieść o człowieku, który próbując zwrócić uwagę na swoją krzywdę, rozpoczyna w krakowskim więzieniu strajk głodowy, i któremu pozwolono umrzeć, zdarzyła się naprawdę. 11 lipca 2007 roku pewnemu sędziemu w sklepie ukradziono portfel z kartami kredytowymi. Opis złodzieja: brunet o smagłej cerze. Policjaśpieszy się, by zadowolić sędziego i jak najszybciej aresztować domniemanego sprawcę: Claudiu Crulica, lat 33, obywatela Rumunii. Claudiu Crulic twierdzi, że w czasie, gdy popełniono przestępstwo, był w Mediolanie. Crulic umiera po czterech miesiącach strajku głodowego w polskim areszcie. W tym czasie ani lekarze, ani strażnicy, ani nawet rumuńscy dyplomaci nie wzięli pod uwagę jego zeznań i nie sprawdzili, czy rzeczywiście przebywał wtedy poza Polską. Mężczyzna umarł 18 stycznia 2008 roku, kilka godzin po tym, jak polskie służby więzienne uwolniły go, by przewieźć do szpitala.

  

I na koniec - coś zupełnie odmiennego: "Jezioro", półgodzinny debiut fabularny Jacka Piotra Bławuta, film przepięknie sfotografowany, opowiedziany niemal wyłącznie obrazem. "Cudza dusza - ciemny las" to kluczowa sentencja dla tego filmu. "Jezioro" opowiada historię mężczyzny, który po śmierci żony próbuje odkryć pozostawioną przez nią w głębinach jeziora tajemnicę. To opowieść o zawikłanych relacjach międzyludzkich oraz o próbie odzyskania czasu straconego, próbie poznania osoby, której już nie ma.

Po raz pierwszy nagrodę specjalną za całokształt twórczości przyznano podczas 20. edycji tarnowskiego festiwalu w 2006 roku. Otrzymał ją wtedy Andrzej Wajda. Kolejnymi laureatami zostali: Janusz Morgenstern (2007 r.), Tadeusz Konwicki (2008 r.), Franciszek Pieczka (2009 r.), Wojciech Kilar (2010 r.) oraz Danuta Szaflarska (2011 r.). Tym razem zdecydowano się uhonorować znakomite trio aktorskie, bohaterów pamiętnej "Ziemi obiecanej" Andrzeja Wajdy, której projekcja - w odnowionej wersji - uświetni 26. edycję TNF.Film ten to efektowna ekranizacja uznawanej za mało efektowną powieści Władysława Reymonta, opisującej dzieje trzech przyjaciół, którzy w XIX-wiecznej Łodzi zdobywają fortunę. "Z trzech bohaterów jeden jest Polakiem, drugi - Niemcem, trzeci - Żydem. Te różnice pochodzenia nie dzielą ich. Razem zakładają fabrykę. Łączy ich wspólny interes, wspólne poczucie przynależności klasowej" - mówi reżyser. "Ziemia obiecana" to nie tylko wspaniały tercet aktorów, ale i operatorów (Witold Sobociński, Edward Kłosiński, Wacław Dybowski).

  

Tarnowska nagroda dla Olbrychskiego, Pszoniaka i Seweryna jest nie tylko dowodem uznania za ich wspaniałe role w filmie Andrzeja Wajdy, ale także dostrzeżeniem całego imponującego dorobku trójki wspaniałych aktorów. Daniel Olbrychski wystąpił w blisko 200 produkcjach, polskich i zagranicznych. Pracował m.in. u Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Filipa Bajona, Piotra Szulkina, Jerzego Hoffmana, Claude'a Leloucha, Volkera Schlöndorffa, Nikity Michałkowa. Pięć filmów z jego udziałem było nominowanych do Oscara. Równie imponujący dorobek ma Wojciech Pszoniak. Jego kreacje w filmach Wajdy, Bajona, Schlöndorffa, Andrzeja Żuławskiego, Edwarda Żebrowskiego czy Jerzego Kawalerowicza należą do niezapomnianych. Podobnie jak kreacje Andrzeja Seweryna w filmach Wajdy, Hoffmana, Żuławskiego, Teresy Kotlarczyk, Janusza Kijowskiego czy Janusza Zaorskiego. Każdy z nich próbował swych sił - z sukcesem - za granicą. 

- Wszystkie moje postacie to są moje dzieci. Ja z nimi żyłem, rodziłem je często w bólach i każda jest mi równie droga. Choć wiem, jak to z dziećmi bywa, nie wszystkie są równie udane - powiedział niedawno Olbrychski na internetowym czacie. 

- Tego zawodu nie da się zdefiniować. Nie intelekt jest gwarancją powodzenia w aktorstwie. Często, przeciwnie, on przeszkadza. To zawód pełen sprzeczności. Czyż nie jest to rzecz tajemnicza, że publiczność na widok jednego aktora milknie, a nie zauważa wejścia innego. Moim ABC aktorstwa jest tekst Hamleta: "Zastosuj akcję słów, a słowa do akcji, mając przede wszystkim to na względzie, abyś nie przekroczył granic natury, wszystko bowiem, co przesadzone, przeciwne jest zamiarowi teatru, którego przeznaczeniem jest - jak było dawniej - służyć niejako za zwierciadło naturze". Praca wykonywana z myślą o innych jest warunkiem dobrego wykonywania zawodu. Toteż ona jest moją, swego rodzaju, religią - to słowa Seweryna.

- Mieszkając na Zachodzie, nigdy nie traciłem kontaktu z Polską. Tu ciągle mam mieszkanie, własny NIP i PIT. Tu mam przyjaciół. Rodzice wychowywali mnie w przekonaniu, że Polska jest najlepszym i najpiękniejszym krajem. Dzięki podróżom po świecie zrozumiałem, że to nie do końca prawda, że są kraje piękniejsze i zasobniejsze. Ale miłość do ojczyzny jest jak miłość do matki. Kochać ją trzeba i szanować za to, że jest. Im bardziej biedna i umęczona, tym większej wymaga miłości - mówi Pszoniak.

Wydaje się, że pod każdym z tych wyznań mogliby się obiema rękoma podpisać pozostali członkowie tego znakomitego aktorskiego tercetu.

"Domofon, czyli śpiewniczek domowy Stanisławy C." to projekt muzyczny Jerzego Satanowskiego w wykonaniu wybitnej aktorki filmowej i teatralnej, również doskonałej pieśniarki - Stanisławy Celińskiej. Na recital składają się piosenki z muzyką m.in. Kurta Weilla, Seweryna Krajewskiego, Zbigniewa Wodeckiego, Mikisa Theodorakisa, Jerzego Satanowskiego, który również całość zaaranżował. Wśród autorów słów wymienić należy: Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Bułata Okudżawę, Bertolda Brechta, Jana Wołka i Agnieszkę Osiecką.

 

Niezwykle interesująco zapowiada się również recital Piotra Machalicy w piwnicach Tarnowskiego Centrum Kultury, na który złożą się piosenki Edwarda Stachury. Ten koncert to właściwie nie recital, a swoisty kolaż piosenek, wierszy, prozy poetyckiej, fragmentów listów. Konstrukcyjnym trzonem całości są co prawda piosenki Stachury do muzyki Satanowskiego, ale elementy scenografii, dbałość o plany świetlne, powiązania tekstowe pomiędzy scenami sprawiają, że powstał bardziej muzyczny spektakl teatralny.Kolejny koncert, zatytułowany "Piosenki z ekranu i scenki", odbędzie się w plenerze - na tarnowskim Rynku. Kompozycje Jerzego "Dudusia" Matuszkiewicza z polskich filmów i seriali zagrają muzycy tarnowscy pod dyrekcją Bartka Szułakiewicza.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Zdjęcia - Paweł Topolski oraz Internet


09:42, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 kwietnia 2012

W tym roku wyjątkowo, bo w kwietniu odbywa się Tarnowska Nagroda Filmowa. 26 edycja Festiwalu Wybranych Polskich Filmów Fabularnych rozpocznie się w sobotę 21, a zakończy w niedzielę 29 kwietnia. Przypomnijmy, że TNF jest wydarzeniem popularyzującym, promującym, upowszechniającym dorobek polskiej kinematografii i najstarszą po Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni imprezą związaną z polskim filmem. Festiwal, którego organizatorem jest Tarnowskie Centrum Kultury, a wieloletnim dyrektorem Anna Grygiel, adresowany jest do widzów w każdym wieku: zarówno dzieci, młodych, jak i dorosłych. Będą, jak na prawdziwy festiwal przystało, gwiazdy pierwszej wielkości. Do Tarnowa przyjadą, m.in. Daniel Olbrychski, Wojciech Pszoniak i Andrzej Seweryn, Stanisława Celińska i Piotr Machalica, Kasia Adamik, Wojtek Smarzowski i Marek Koterski. Będą znani krytycy filmowi, m.in. Jerzy Armata, Łukasz Maciejewski (nasz rdzennie tarnowski), Jacek Rakowiecki i Tadeusz Sobolewski. Pokazanych zostanie kilkanaście filmów w konkursie i ciekawe pokazy specjalne, a do tego koncerty i wystawy. W konkursie zobaczymy 13 wybranych filmów fabularnych, z których kilka - jak zaznaczają organizatorzy - to premierowe, a nawet prapremierowe projekcje. Bardzo ciekawie zapowiadają się też projekcje specjalne. Zobaczymy m.in. film Anny i Wilhelma Sasnalów "Z daleka widok jest piękny", znanego w świecie artysty malarza rodem z Tarnowa, a dokładnie z Mościc, co z dumą podkreśla. Tarnowskie ślady w biografii ma także Natalia Rolleczek, bohaterka dokumentu "Tala od różańca" Sławomira Rogowskiego i Stanisława Zawiślińskiego, autorka wydanego w latach 50. "Drewnianego różańca". Film jest opowieścią o paradoksie: największy sukces Rolleczek stał się jej życiowym przekleństwem. Zaplanowano też pokazy specjalne filmów Artura "Barona" Więcka "Bartoszewski. Droga", Jacka Piotra Bławuta "Jezioro" oraz Anki Damian "Droga na drugą stronę". Ten ostatni to opowieść osnuta na autentycznej historii Claudiu Crulica, który zmarł po czterech miesiącach strajku głodowego w krakowskim areszcie. Tegoroczną nagrodę specjalną za całokształt twórczości organizatorzy festiwalu postanowili przyznać "trzem muszkieterom rodzimego kina": Danielowi Olbrychskiemu, Wojciechowi Pszoniakowi i Andrzejowi Sewerynowi, niezapomnianym bohaterom "Ziemi obiecanej" Andrzeja Wajdy, której projekcja - w odnowionej wersji - uświetni tegoroczną edycję TNF. Bardzo ciekawy jest też program wydarzeń muzycznych. Będzie koncert "Jerzy Duduś Matuszkiewicz - Piosenki z Ekranu i Scenki" tarnowsko-krakowskiego składu pod dyrekcją Bartka Szułakiewicza, usłyszymy m.in. tematy z seriali "Wojna domowa", "Czterdziestolatek", "Janosik", "Jak rozpętałem II wojnę światową". Grupa Desorient zaprezentuje muzykę filmową Michała Lorenca (m.in. z "Ojca Mateusza", "Gier wojennych", "Uwikłania", "Różyczki" czy "Bandyty"). Zaplanowano też recitale śpiewających aktorów - Stanisławy Celińskiej i Piotra Machalicy. Festiwalowi będzie też towarzyszyć wystawa plakatów z filmów, w których znaczące role zagrali laureaci nagrody specjalnej za całokształt twórczości, np. Daniel Olbrychski. Poza tym zobaczymy wystawy "Dekalog Krzysztofa Kieślowskiego" oraz "Krzysztof Kieślowski. Fotografie z miasta Łodzi", a także plakatów promujących filmy konkursowe i sam festiwal. Dowodem tego, jak pozytywnie jest postrzegany Festiwal zarówno w środowisku filmowym, jak i na mapie imprez filmowych w Polsce, może być fakt nominowania Tarnowskiej Nagrody Filmowej w kategorii „Krajowe wydarzenie filmowe” do Dorocznych Nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (PISF) za lata 2006, 2007 oraz za rok 2008. 6 czerwca 2011 podczas 36 FPFF w Gdyni Kapituła Nagrody PISF uhonorowała statuetką 24 edycję Tarnowskiej Nagrody Filmowej. Dla kogo w tym roku Grand Prix - statuetka Maszkarona i 10 tys.zł, dla kogo Kamerzysta? Komu przypadnie Nagroda Publiczności i statuetka Publika? Komu dzieci powierzą swoja statuetkę Koguta? Odpowiedzi na te frapujące pytania poznamy już za kilka dni. A teraz pora na coroczne święto kina polskiego w Tarnowie – 26 Tarnowską Nagrodę Filmową. Zapraszamy!   

 

Oto  Festiwalowy afisz:

PROJEKCJE KONKURSOWE – w konkursie przedstawionych zostanie 14 tytułów:„RÓŻA”, reż. W. Smarzowski, „WYMYK”, reż. G. Zgliński, „KI”, reż. L. Dawid, „DAAS”, reż. A. Panek, „LĘK WYSOKOŚCI”, reż. B. Konopka, „KRET”, reż. R. Lewandowski, „KSIĘSTWO”, reż. A. Barański, „UWIKŁANIE”, reż. J. Bromski, „80 MILIONÓW”, reż. W. Krzystek, „SPONSORING”, reż M.Szumowska, „W CIEMNOŚCI” reż. A.Holland, „W SYPIALNI”, reż. T.Wasilewski, „BABY SĄ JAKIEŚ INNE” reż. M.Koterski, „WSZYSTKIE KOBIETY MATEUSZA” reż. A.Więcek. Projekcjom towarzyszą spotkania z twórcami.

Zaproszenie do przewodniczenia obradom Jury 26 TNF przyjął wybitny polski reżyser Jerzy Domaradzki. Zaś jego członkowie to: Jerzy Armata - krytyk filmowy, dyrektor artystyczny festiwalu, Barbara Brożek - Czekańska - artysta plastyk, Roman Gutek - dyrektor MFF-Mobile "Nowe Horyzonty", Jerzy Hebda - radny RM Tarnowa, przew. Komisji Kultury, Ryszard Jaźwiński - dziennikarz filmowy 3.Programu PR, Piotr Kopa - dziennikarz, szef tarnowskiego oddziału GK, Mieczysław Kuźmicki - dyr. Muzeum Kinematografii w Łodzi, Krystyna Latała - wiceprezydent miasta Tarnowa, Elżbieta Łabno - kier. biura PR Azoty Tarnów, Łukasz Maciejewski - krytyk filmowy, Grzegorz Molewski - koordynator projektu KinoRP, Maria Wardyń - filmoznawca z TCK, Mateusz Werner - krytyk filmowy, Anna Wróblewska - z-ca red. nacz. portalfilmowy.pl, Kamil Wszołek - dziennikarz RDN Małopolska, Konrad Zarębski - krytyk Filmowy. 

PROJEKCJE SPECJALNE -  na które złożą się:

a/ pokazy specjalne - Filmy OD-NOWA, projekcje 5 wybranych w drodze plebiscytu najlepszych lub ulubionych filmów z odnowionych (scyfryzowanych) w projekcje Kino RP;

b/ pokazy specjalne NOWY WYMIAR FILMU - 3 projekcje: „Z daleka widok jest piękny”, reż. Anna i Wilhelm Sasnalowie, „Jezioro”, reż. J. Bławut jr , „Droga na drugą stronę”, reż. A. Damianc/ PREMIEROWE pokazy specjalne 2 filmów:„Tala od różańca”, reż. S.Rogowski, S.Zawiśliński, spotkanie z twórcami oraz bohaterką filmu Natalią Roleczek,„Bartoszewski.Droga” reż. W.Bereś spotkanie z reżyserem i producentem filmu . 

PROJEKCJE KONKURSOWE DLA DZIECI - 3 dni projekcji zestawów bajek (filmy wg. zgłoszeń producentów) w ramach przeglądu KINO MŁODEGO WIDZA, oraz 
- Pokaz specjalny JAK POWSTAJE BAJKA, opowiada Robert Turło prezentując filmy

- Pokazy dodatkowe pod hasłem:2012 rokiem JANUSZA KORCZAKA, „Nie ma dzieci są ludzie” (J. Korczak)- „Król Maciuś I” film animowany dla dzieci najmłodszych- „Korczak” w reż. A. Wajdy

WYSTAWY:

1. „Dekalog Krzysztofa Kieślowskiego”, oraz „Krzysztof Kieślowski, fotografie z miasta Łodzi” połączone z projekcjami wybranych filmów dokumentalnych reżysera - Galeria TCK ( wystawy udostępnione przez Muzeum Kinematografii)

2. „Olbrychski, Pszoniak, Seweryn – laureaci nagrody za całokształt 26 TNF – plakaty z filmów” – Tarnowski Teatr im. L. Solskiego . Plakaty ze zbiorów Galerii Post Galery w Krakowie3. wystawa plakatów Tarnowskiej Nagrody Filmowej oraz filmów prezentowanych na festiwalu - kino Marzenie. 

Tarnowska Nagroda Filmowa będzie jednym z pierwszych festiwali polskich filmów rozpoczynającym festiwalowy sezon filmowy, tym samym chcemy aby Tarnów i czas Tarnowskiej Nagrody Filmowej stał się miejscem rozmowy o czekających nas festiwalowych wydarzeniach filmowych. Spotkania z tym związane pod wspólną nazwą PRZED SEZONEM odnosić się będą do różnych środowisk jak i wydarzeń nas czekających.

Pod tym hasłem zorganizowane zostaną:

1. Spotkanie dyrektorów wybranych znaczących festiwali filmowych, w których zapowiadane są pokazy i konkursy polskich filmów (Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, Festiwal Reżyserii Filmowej w Świdnicy, Nowe Horyzonty, Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych "Młodzi i Film", Warszawski Festiwal Filmowy);

2. Spotkanie krytyków filmowych (Jerzy Armata, Tadeusz Sobolewski, Barbara Hollender, Paweł Felis, Jacek Rakowiecki, Łukasz Maciejewski, Anita Piotrowska, Konrad Zarębski), którzy dokonają analizy czekającego nas sezonu filmowego.

Specjalne Forum Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych:„Kino cyfrowe – nowe możliwości rozpowszechniania filmów, na przykładzie IDF i programu POLSKA SWIATŁOCZUŁA” skierowane do przedstawicieli Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych.Wszystkie trzy spotkania będą we wzajemnej korelacji, gdyż odnoszą się one do DEBATY nad kondycją polskiego filmu i sposobami jego prezentacji i promocji. 

KONCERTY, to w programie 26 TNF znaczące wydarzenia artystyczne, a w tym roku rozbudowane o nowy cykl RECITALI AKTORSKICH, który pragniemy wprowadzić do programu rozszerzając ofertę programową. Tradycyjnie do znaczących wydarzeń muzycznych należeć będą:

1.plenerowy koncert muzyki filmowej „Jerzy Duduś Matuszkiewicz – PIOSENKI Z EKRANU I SCENKI” w wykonaniu tarnowskich muzyków pod kierunkiem Bartka Szułakiewicza na Tarnowskim Rynku skierowany do szerokiej publiczności.

2. VIDEOMAPPING 3D - widowisko multimedialne, po raz pierwszy w Tarnowie które odbędzie się bezpośrednio po koncercie.

3. Gala Zakończenia 26 TNF w Tarnowskim Teatrze, wręczenie nagród laureatom 26 TNF połączone z koncertem muzyki filmowej Michała Lorenca wykonaniu zespołu DesOrient. Prowadzenie: Marzena Rogalska. 

Wśród nagród wręczona będzie nagroda za całokształt twórczości ( od 2005r.). Uhonorowani nią zostali w 2012 roku, Daniel Olbrychski, Wojciech Pszoniak i Andrzej Seweryn, za całokształt dokonań dla polskiej kinematografii, ze szczególnym uwzględnieniem wybitnych kreacji aktorskich w filmie "Ziemia Obiecana" Andrzeja Wajdy, uznanym przez Kapitułę TNF jako jedno z największych dokonań polskiej kinematografii. 

4. RECITALE AKTORSKIE - w Kinie Marzenie oraz Piwnicy TCK wystąpią:

- Stanisława Celińska recitalem „Domofon” rozpocznie 26 TNF 

- Piotr Machalica „Stachura”

26 edycji TNF oprócz tradycyjnej oprawy graficznej na którą składać się będzie plakat projektu zaproszonego do współpracy wybitnego współczesnego malarza i grafika Edwarda Dwurnika, towarzyszyć będzie wydawnictwo okolicznościowe – „Filmowy Tarnów 25 lat Tarnowskiej Nagrody Filmowej” wydawana z okazji podsumowania 25 lat jego istnienia.

W nawiązaniu do dwuletniej już tradycji podsumowaniem Festiwalu będzie EPILOG. W niedzielę, 29 kwietnia 2012 r., zaprezentowane zostaną wszystkie z nagrodzonych filmów na 26 TNF oraz projekcja specjalna filmu A. Wajdy „Ziemia Obiecana” w nowej zcyfryzowanej kopii. 

Przygotował w oparciu o materiały organizatorów :  Ryszard Zaprzałka



09:33, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -