Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
czwartek, 08 listopada 2012

Kiedy przychodzi stać non stop 40 godzin, sam nie daje rady. Wtedy zjawia się żona albo kolega, żeby postać dalej, żeby dać Tadkowi wytchnienie. Czterdzieści godzin to rekord. Tyle trzeba trwać w kolejce, by zarejestrować pacjenta do dr. Maciejczaka, sławnego neurochirurga. Ale Tadek Żak przyjmie każde zlecenie… Tak jak przed laty, kiedy zaczynał w tym fachu, późnym wieczorem wyrusza z domu, żeby dotrzeć pod przychodnię. Termos z herbatą albo kawą (kawa raczej, bo usnąć nie pozwoli) wkłada do plecaka i zabiera jeszcze składane krzesełko. To cały jego profesjonalny ekwipunek. I tak najważniejsza w tym wszystkim jest wytrwałość. Doświadczenie ma. Wielu tarnowian do dzisiaj pamięta rozgłos, jaki zapanował wokół Tadeusza Żaka, tarnowskiego inwalidy. Kiedy okazało się, że reaktywował zawód stacza kolejkowego, rozpowszechniony w czasach PRL- owskich niedoborów, ogólnopolskie media rzuciły się na niego jak na cenną zdobycz. – To było moje pięć minut. Nigdy wcześniej ani potem nie przeżyłem czegoś takiego – wspomina Tadeusz.



Zapraszamy do studia.
Do dzisiaj trzyma w domu pokaźny album ze wszystkimi wycinkami z prasy, która ochoczo opisywała historię Pierwszego Stacza III Rzeczypospolitej. Skserowane artykuły wysłał później do krewnych w Ameryce. Pod kamienicę, w której Żak mieszkał z żoną, także osobą z orzeczoną niepełnosprawnością, co rusz podjeżdżały samochody z redaktorami. Tarnowski stacz przez krótki czas był ulubionym bohaterem talk show w telewizji i radiu. Szybko opanował występy na żywo. – Dzwonili do mnie z Warszawy i mówili: panie Tadku, zapraszamy do studia, opowie pan coś o sobie. Wsiądzie pan w Tarnowie do ekspresu, a na Centralnym będzie czekał samochód z kierowcą. W sumie wystąpiłem w siedmiu programach
telewizyjnych – dopowiada Żak. Redaktorzy najróżniejszych programów polubili go od razu. Także dlatego, że jako inwalida – mierzący metr dwadzieścia i z problemami w poruszaniu się – w roli cierpliwego stacza wydał się wdzięcznym tematem. Tadeusz z niejednego pieca chleb jadł. Rodzice wcześnie umarli, a wychowywał go wujek. Zawsze było trudno, gdyż schorzenie, na które cierpi, objawiające się bardzo niskim wzrostem, krzyżowało życiowe plany. Krzyżuje do teraz. – Gdy właściciel firmy, w której chciałem pracować, dowiadywał się o moim wzroście, szybko rezygnował – skarży się Żak. W przeszłości węgiel zrzucał ludziom do piwnic albo zabierał się za handel uliczny. Handlował, czym się dało – od noży kuchennych, suszarek do włosów po bombki choinkowe i znicze nagrobne. Uczył się szewstwa i introligatorstwa. W końcu przyszła zapowiadana od dawna reforma ochrony zdrowia, firmowana przez rząd Jerzego Buzka. Tak tę reformę poprowadzono, że w mig przed gabinetami specjalistów utworzyły się tasiemcowe kolejki. Kiedy Tadeusz to zobaczył, pomyślał o nowym zajęciu. Wykosztował się na ogłoszenie w prasie lokalnej: „Rejestruję starsze i chore osoby do przychodni”. Na odzew nie musiał długo czekać. Jego sława była tak duża, że do mediów dzwonili ludzie z całej Polski, prosząc o kontakt ze słynnym staczem. – Chciałbym spróbować jak on. Mam mocne nogi – mówili do słuchawki. – Wszyscy myślą, że to takie łatwe – uśmiecha się Tadeusz. – W tej robocie nie wolno nawalić, żeby nie stracić zaufania klienta. Kolejki trzeba pilnować, a spać się nauczyć w dzień. Jedni taki rytm wytrzymają, inni nie.

Pan nie jest w ciąży…
Pomysł jednak zaskoczył, choćby w Łodzi. Tam czwórka młodych mężczyzn oficjalnie zarejestrowała działalność gospodarczą jako stacze i przez pewien okres pilnowali kolejek klientom wydziału rejestracji pojazdów. Co ciekawe, w 2000 roku, gdy Tadeusz Żak chciał zgłosić oficjalnie swoją działalność w Urzędzie Miasta Tarnowa, okazało się, że nie jest to możliwe – w Łodzi tak, w Tarnowie nie, chociaż Samorządowe Kolegium Odwoławcze stało na stanowisku, iż jest to dopuszczalna forma prowadzenia działalności gospodarczej. W PRL-u stacze byli na porządku dziennym, a legendę o nich wzmocnił reżyser Stanisław Bareja w kultowej komedii „Alternatywy 4” („Pan tu nie stał, pan nie jest w ciąży”.). Prasa pisała też o biznesmenach w niektórych miastach w Polsce, którzy płacili staczom 100-400 zł za trzy dni pilnowania kolejki do urzędu, który zbierał wnioski o przyznanie dotacji unijnej. Dwadzieścia złotych trzeba było zapłacić staczowi, który 3 godziny przestał w kolejce po bilet na Kasprowy Wierch… W Internecie od czasu do czasu można znaleźć ogłoszenie tego typu: „Stacza kolejkowego na piątek 18 listopada przyjmę na 6-8 godzin w Grodzisku Mazowieckim”.

Szacunek ulicy
Tadkowa sława początkowo wzbudzała ludzką zazdrość. – Gwiazda z ciebie, Tadek, w telewizji występujesz. Muszą ci nieźle płacić za te występy – wytykali mu nawet na ulicy. Do dziś się użala, że opieka społeczna spoglądała na niego podejrzliwie, gdy u szczytu sławy zjawiał się po pomoc. – Przecież na tej działalności majątku zbić się nie da, a akurat mojej żonie ZUS odebrał wtedy rentę. Ja mam renty parę groszy i nic poza tym. Szacunku do Tadka nabrali uliczni chuligani. Wcześniej, gdy czasem pokazał się w mieście późną porą, zaczepiali go, prowokowali. Później, gdy już było o nim głośno, nikt nie śmiał tego robić. – Cześć, Tadek – wołali tylko z daleka. Jak sława, to sława, obroni nawet przed bandytami. Gdyby to wszystko działo się dzisiaj, być może ktoś by powiedział, że Tadek Żak stał się na krótko celebrytą, ale wówczas nie znano tego pojęcia. Po pewnym czasie sława Tadka ucichła. W przychodni przy Skłodowskiej wprowadzono nowy system rejestracji pacjentów, który odebrał mu chleb, media też już nasyciły się jego historią. Nasyciły i porzuciły, bo one tak mają. Tadeusz znów zaczął szukać szczęścia. Krótko pracował jako monter gniazdek
elektrycznych pod Tarnowem, ale nie do końca wyszło mu z tą pracą. Potem w wytwórni opakowań, lecz narzeka, że zimą w blaszanym hangarze, w którym pracował, było dwa stopnie ciepła i nie dawał rady. W międzyczasie spotkała go artystyczna po trosze kariera. O słynnym staczu z Tarnowa przypomniała sobie Opera Krakowska i zatrudniła go w roli Marionetki w „Rigoletcie” Verdiego. Do dzisiaj jeździ jeszcze na występy. – Znowu się trochę wielkiego świata ujrzało – mówi. Wziął też rolę krasnoludka zaproponowaną przez pewną firmę z branży public relations. Właśnie jutro jako krasnoludek jedzie do Radomia. Nikły wzrost przydał się tu nadzwyczajnie – tylko że z tego nie da się wyżyć.

Co słychać, kierowniku?
Więc kiedy tylko się zorientował, że powrót do zawodu stacza jest całkiem możliwy, długo się nie zastanawiał. Tak się akurat składa, że po 12 latach nieustannie reformowana polska służba zdrowia jest w tym samym miejscu, w którym była. Przykład Tadeusza Żaka jest dobitnym dowodem na to, że nic się nie zmieniło. Popyt na usługi stacza ciągle istnieje. Krystyna Kozłowska, Rzecznik Praw Pacjenta, nie słyszała o staczach w przychodniach, ale wyraźnie zaznacza: – Wymaganie od pacjenta osobistego dokonania rejestracji, ale również ustalanie przez świadczeniodawców np. konkretnego dnia lub wyznaczenie konkretnych godzin zapisów do lekarza jest niezgodne z prawem. Pacjent ma prawo zapisać się dowolnie wybranego dnia, a w celu rejestracji może zgłosić się osobiście, telefonicznie lub za pośrednictwem osoby trzeciej, a jeżeli placówka dysponuje odpowiednim oprogramowaniem,
również drogą elektroniczną. Tylko co ma zrobić pacjent, jeśli słyszy, że miejsc do specjalisty już nie ma…? Nowym miejscem pracy Żaka jest przychodnia w szpitalu przy ul. Lwowskiej. Czeka przed jej otwarciem godzinami, a wraz z nim ci, których nie stać na wizytę w prywatnym gabinecie. Jedni, widząc tu regularnie Żaka, denerwują się trochę, że zabiera innym miejsce do lekarza, drudzy są wyrozumiali. – No, co tam nowego, panie kierowniku? – witają się. Kiedy nadchodzi szósta dwadzieścia rano, wszyscy zbierają się – trzeba być czujnym, to pora otwarcia przychodni. – Na szczęście jest porządek, nikt nie walczy na pięści. Tylko zima jest najgorsza. Już dwie noce, kiedy było minus 30 stopni, przeżyłem. Trzeba stać na zewnątrz, innej rady nie ma. Owszem, można skryć się w izbie przyjęć szpitala, ale ci z kolejki zaraz powiedzą człowiekowi, że poszedł, że go tu nie było… Tylko te nogi… Cud, że jeszcze wytrzymują. Ostatnio Tadeusz sprawił sobie kijki typu nordic walking i łatwiej mu się idzie. Stoi też troszkę pewniej, gdyż można się podeprzeć. – Kiedyś spotkałem na korytarzu dyrektorkę szpitala. Wystraszyłem się ciutkę, myślałem, że będzie chciała mnie stąd przepędzić. Dawna przychodnia była na mnie zła, zwłaszcza gdy zaczęły rozpisywać się o mnie gazety. Ale dyrektorka szpitala chwilkę pogadała ze mną, zwyczajnie, po ludzku. Powiedziała, że pacjenci mają problem, bo NFZ daje za małe limity. Na tej biedzie chyba jednak chcą zarobić także inni. Na sławie doktora Maciejczaka, tarnowskiego neurochirurga światowej renomy również; na wielu internetowych portalach lokalnych – Brzeska, Krosna, Mielca czy Rzeszowa – ktoś się ogłasza, że rejestruje do przychodni w Tarnowie, w której przyjmuje ów znany lekarz. Czyżby Tadeusz Żak miał teraz nową konkurencję



Wiesław Ziobro (TEMI)


10:02, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 listopada 2012

ml

3 stycznia skończył 66 lat. W gruncie rzeczy jest multiinstrumentalistą, od dawna jednak należy do elitarnego grona wirtuozów gitary basowej. Przez lata, zapewne dzięki usposobieniu, uchodził za „tego czwartego” w Led Zeppelin. Dziś jest ciągle aktywny i twórczy. Szuka nowych muzycznych wyzwań i ani myśli o muzycznej emeryturze.

    Kiedy w 2009 roku przeczytałem gdzieś, że John Paul Jones wraz z Davem Grohlem (Foo Fighters) i Joshem Homme (Queens Of The Stone Age) sfinalizował debiutancki krążek bandu pod nazwą Them Crooked Vultures, czułem, że płytę tej supergrupy mogę kupić w ciemno. Nie myliłem się. Wydawnictwo to, wliczając  okres amatorskiego muzykowania jubilata, stało się znakomitym wprowadzeniem w drugie półwiecze jego muzycznej pracy.
    John Paul Jones to pseudonim artystyczny. Właściwie nazywa się John Baldwin, urodził się w hrabstwie Kent w Wielkiej Brytanii jako syn pianisty i aranżera oraz tancerki i wokalistki. Przy takich rodzicach nie dziwi fakt, że z muzyką miał do czynienia od kołyski. W wieku sześciu lat znał już tajniki gry na fortepianie. Od 13 roku życia zaczął grać na gitarze basowej, a wkrótce potem wspomagał instrumentalnie zespół swojego ojca.   
    Zaledwie jako piętnastolatek założył własną grupę, która grywała dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Anglii. W tamtych latach, jak twierdzi, był pod silnym wpływem basistów jazzowych – Charlesa Mingusa i Scotta La Faro z zespołu Billa Evansa. Ponoć pewnego dnia usłyszał w radiu solo basowe Phila Upchurcha i doznał olśnienia, że bas w muzyce rockowej może być instrumentem prowadzącym i solowym, podobnie jak dzięki Mingusowi spełniał tę rolę w jazzie.
    Kiedy szkolne lata dobiegły końca, John Paul rozpoczął profesjonalną karierę muzyczną. Zaczynał od występów w grupie Jeta Harrisa i Tony'ego Meehana, którzy po odejściu z The Shadows wydali przebojowy singel Diamonds. W wieku siedemnastu lat John dostał pracę basisty w zespole, gdzie na gitarze akustycznej grał John McLaughlin, już wtedy uznawany za najlepszego gitarzystę jazzowego w Anglii. Z McLaughlinem pracował przez półtora roku, potem postanowił pójść w inną stronę. Został producentem płyt i muzykiem sesyjnym, szybko wyrabiając sobie opinię jednego z najlepszych w branży.
    W latach sześćdziesiątych współpracował między innymi z The Rolling Stones, Jeffem Beckiem, Dusty Springfield, The Supremes, Donovanem, The Everly Brothers, Herman’s Hermits, Shirley Bassey, Catem Stevensem, Lulu czy wreszcie z The Yardbirds. Znany producent Mick Most, twierdził, że płyty Herman’s Hermits, które aranżował Jones sprzedawały się w 1965 roku lepiej niż krążki Beatlesów.
    W 1967 roku John wziął udział w swojej najbardziej prestiżowej sesji. Andrew Oldham zatrudnił go do aranżacji instrumentów smyczkowych w She’s A Rainbow – kawałku z płyty Stonesów Their Satanic Majesties Request. Nic dziwnego, bo John był już wtedy cenionym artystą w branży. To bycie cenionym wymagało jednak sporego wysiłku. Kiedyś powiedział, że w 1968 roku poczuł się wypalony. Aranżował wówczas 40 do 50 kawałków w miesiącu i to zaczęło go zabijać.
    Legendarny gitarzysta  Led Zeppelin – Jimmy Page, z którym John Paul grał w The Yardbirds, wspominał o spotkaniu przy okazji sesji nagraniowej Hurdy Gurdy Man Donovana. John Paul Jones zajmował się tam aranżacjami. W czasie przerwy spytał mnie, czy przypadkiem nie szukam basisty do nowego zespołu. John, bezdyskusyjnie wspaniały aranżer i muzyk, nie musiał mnie wcale prosić o pracę. Szukał sposobu samorealizacji i pomyślał, że mógłbym mu w tym pomóc. Miał porządne wykształcenie muzyczne i niezłe pomysły. Natychmiast skorzystałem z okazji, żeby włączyć go do grupy.
    Potem przyszedł czas na wielki Led Zeppelin. Jone Paul Jones był dla Page’a pewniakiem, trzeba jednak było znaleźć wokalistę i pałkera. Gdy już pojawili się Robert Plant i John Bonham można było ruszyć na podbój świata.
    Chris Dreja – legendarny gitarzysta The Yardbirds uważa Johna Paula za najlepszego basistę w Europie. O wpływie jego stylu gry otwarcie mówili tak znani (i różni zarazem) muzycy, jak: John Deacon z Queen, Geddy Lee z Rush, Steve Harris z Iron Maiden, Flea z Red Hot Chili Peppers czy Gene Simmons z Kiss.
    Dla jubilata zawsze ważna była muzyka. Był czwartym z Zeppów, bo unikał „pozamuzycznego” rozgłosu, towarzyskich skandali i hotelowych burd. To, w gruncie rzeczy, spokojny facet. Od 1965 roku jest żonaty z tą samą kobietą (Maureen), co jak na rockandrollowca jest interesującym, a zarazem godnym podkreślenia faktem.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


10:06, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 listopada 2012

Pitaval tarnowski 96 Jerzego Reutera

Gdy młody aplikant adwokacki Alfred Taniewski policzkował podporucznika 57 pułku piechoty Fryderyka Kircherta nie pomyślał, że czyn ten zakończy się krwawą jatką ze śmiertelną ofiarą.



Panowie spotkali się w tarnowskiej restauracji przy suto zakrapianej kolacji, a każdy z nich przyszedł osobno. I tak też zasiedli na restauracyjnej sali.
Początkowo nie zwracali na siebie uwagi. Jedli i pili do woli w rytmie przygrywającej orkiestry i drapieżnym wzrokiem spoglądali w stronę nielicznych na sali dam. Kirchert z gestem oficera zastawił swój stół wybornymi przekąskami i różnością alkoholi, a ubogi aplikant Taniewski raczył się tańszą czyścioszką z okazałym śledziem na ząb.
Jakież było zdziwienie oficera, gdy jedna z zatrudnionych tam panienek odmówiła mu tańca, a już po chwili kręciła się na parkiecie w ramionach Taniewskiego. Zazdrość, podkręcona sporą dawką likieru, uderzyła do żołnierskiej głowy niczym szrapnel w skład amunicji. Taniewski zaś, widząc purpurową twarz Kircherta posyłał mu ucieszne ukłony przeplatane podskokami fokstrota, mrugał w jego stronę i kręcił kółka na czole. Sala trzęsła się ze śmiechu.
Obrażony oficer nie wytrzymał wstydu i podchodząc do tańczącej pary na chwiejnych nogach chciał uderzyć błaznującego w głowę, lecz ten zrobił unik i cios wylądował na fantazyjnym koku kobiety. Panienka narobiła wrzasku, a Taniewski zdzielił oficera kułakiem w środek czoła. Kirchert dobiegł na czworaka do szatni i porwał z wieszaka swoją szablę, po czym rycząc jak zraniona lwica natarł na Taniewskiego. Do krwawej masakry nie doszło dzięki innym gościom, którzy skutecznie rozdzielili walczących.
Na drugi dzień do Taniewskiego przyszli sekundanci oficera i w jego imieniu zażądali satysfakcji. Młody aplikant nie miał najmniejszego pojęcia o pojedynkach, nigdy nie strzelał z pistoletu i nic nie wiedział o machaniu szablą, ale ochoczo podszedł do sprawy i wyraził zgodę, przyjmując najostrzejsze warunki. Taniewski był na pozycji z góry przegranej i długo szukał sekundantów, co zaalarmowało tarnowskich policjantów, którzy wzięli pod baczną obserwację desperata. Wobec takich trudności panowie przenieśli pojedynek do Krakowa.
Spotkali się w umówionym dniu na ujeżdżalni numer 5 przy ulicy Lubicz. Pierwsze strzelanie przeprowadzili z pistoletów gładkolufowych, ale bezskutecznie. Taniewski po każdym nieudanym celowaniu Kircherta śmiał się szyderczo i zawadiacko podkręcał wąsa, co doprowadzało oficera do wielkiej nerwowości. W końcu panowie postanowili strzelać z odległości czternastu kroków. Tym razem Taniewski został ugodzony w nogę i upadł zemdlony. Po ukazaniu się krwi sekundanci zgodnie ustalili rozstrzygnięcie pojedynku i odwieźli rannego do szpitala.
W szpitalu lekarze poddali Taniewskiego natychmiastowej operacji, ale po kilku minutach nastąpiła agonia i aplikant wyzionął ducha. Przyczyną śmierci było pęknięcie aorty udowej i całkowite wykrwawienie.
28 - letni denat był synem znanego w Tarnowie byłego pułkownika wojsk Rosyjskich i zaprzysiężonego tłumacza kilku języków obcych Tadeusza Taniewskiego.

/za Pogoń - zbiory MBP/

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


13:23, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 listopada 2012


Część pierwsza

Stała bywalczyni dworku mistrza Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, teoretyk muzyki, krytyk muzyczny oraz wieloletnia publicystka rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie i „Dziennika Polskiego”. Oto pofestiwalowe impresje Anny Woźniakowskiej – tyleż smakowite, co merytoryczne, pisane sercem i mędrca szkiełkiem i okiem.


"Mocny początek"

Tydzień Talentów od lat rozpoczyna się Wielkim Powrotem czyli koncertem znanego artysty lub zespołu, który u początku swej kariery brał w Tygodniu udział. Słynne Motion Trio w tej imprezie w Tarnowie wystąpiło po raz pierwszy w 2000 roku. O trójce akordeonistów z Krakowa: Januszu Wojtarowiczu, Pawle Baranku i Marcinie Gałażynie, było już wówczas głośno, ale największe triumfy artyści mieli jeszcze przed sobą. Dziś są znani w całym świecie, występują w najsłynniejszych salach. Znaleźli jednak czas, by przyjechać do Kąśnej Dolnej i we wtorek 16 października zainaugurować jubileuszowy, trzydziesty już festiwal. W znakomitej kąśniańskiej sali koncertowej z przyzwyczajenia chyba wciąż zwanej stodołą przedstawili program zróżnicowany – od Chopina i Kilara po pastisze gier komputerowych. Już to samo dowodziło szerokiego wachlarza możliwości wykonawczych zespołu. Sposób w jaki trójka artystów ten program interpretowała przeszedł moje oczekiwania.

W przypadku Motion Trio trudno właściwie mówić o trójce wykonawców. Wprawdzie każdy z nich jest inną osobowością, wnosi do zespołu inne cechy i wartości, to przecież od pierwszego dźwięku są jednością, jakimś wielkim, potrójnym instrumentem o możliwościach nie mających wprost granic. We wtorek wspaniale się wzajemnie wyczuwali, idealnie reagowali na sugestie każdego z nich, ogarnięci byli jednym pulsem, oddychali jednym oddechem. Zachwycali wrażliwością muzyczną objawiającą się bogactwem barw, dbałością o każdy detal, o zróżnicowanie gatunku dźwięku, o wykończenie każdej frazy. Artyści obdarzeni wielką wyobraźnią i fantazją o akordeonie wiedzą wszystko i potrafią wspaniale tę wiedzę wykorzystać zarówno w dowcipnym, pełnym muzycznych aluzji utworze DJ Chicken (kompozycja zbiorowa), jak i w onirycznej Silance Janusza Wojtarowicza. Każdy z dziesięciu przewidzianych programem (były jeszcze bisy) utworów ukazywał inne oblicze zespołu, choć w ich kompozycjach wyczuć można było predylekcję do muzyki repetytywnej i bałkańskich rytmów. Cały program był interesujący, ale artyści zaimponowali mi interpretacjami dwóch utworów: Preludium e-moll op. 28 Chopina i Orawy Kilara. Z Chopinem jego aranżer Janusz Wojtarowicz postąpił na pozór dość swobodnie rytmizując współcześnie jego ostinatowy rytm. Mimo to potrafił jednak zachować to co najważniejsze, czyli jedyny w swoim rodzaju romantyczny, tajemniczo-nostalgiczny nastrój utworu i choć nie lubię przenoszenia wyrosłych z ducha fortepianu utworów Chopina na inne instrumenty, to w tym przypadku muszę uznać trafność takiej interpretacji. Orawę Kilara słyszałam w wykonaniu Motion Trio już kilkakrotnie, za każdym razem graną zresztą nieco inaczej. Tym razem połączenie perfekcji ze spontanicznością graniczącą z zapamiętaniem przyniosło fantastyczny rezultat.
Muszę się przyznać, że trochę obawiałam się tego koncertu. W letnich miesiącach dwukrotnie uczestniczyłam w koncertach Motion Trio i odniosłam wrażenie jakiegoś wypalenia się muzyków. Niby wszystko było w porządku, ale brakowało emocji, która dotąd zawsze zachwycała słuchaczy. Być może było to po prostu zmęczenie, bo tym razem z artystów emanowała pasja, a każda z interpretacji była świeża i porywająca. Oby tak dalej!

L’Arte del violino

W tym roku popisy skrzypków w ramach Tygodnia Talentów miały szczególną atmosferę. Środowy koncert w tarnowskiej Sali Lustrzanej był bowiem poświęcony pamięci profesor Jadwigi Kaliszewskiej, która przez lata przedstawiała publiczności Tygodnia młodych adeptów wiolinistyki i przybliżała jej ich repertuar. Uroku Pani Profesor, Jej serdeczności, bezpośredniości w kontaktach z ludźmi i widocznego na pierwszy rzut oka Jej oddania muzyce i młodym muzykom bardzo brakuje wszystkim uczestnikom tegorocznego Tygodnia Talentów. W środę Jej funkcję przejął wychowanek i współpracownik Jadwigi Kaliszewskiej, prof. Marcin Baranowski, a prezentację młodych skrzypków poprzedził pięknym, bardzo osobistym wspomnieniem o Pani Profesor. Słuchając tych opowieści raz jeszcze rozumieliśmy jak barwna i wielowymiarowa, jak nietuzinkowa była to postać.
W koncercie wystąpiło dwóch skrzypków. Stanisław Podemski jest studentem III roku AM w Poznaniu. Błażej Kociuban studiuje w krakowskiej AM i w Zürcher Hochschule der Künste w Szwajcarii. Obaj przedstawili się z jak najlepszej strony prezentując bardzo dobry warsztat i dużą wrażliwość muzyczną. Obaj sięgnęli po sonaty będące sprawdzianem i umiejętności solistycznych i predyspozycji do kameralistyki.

Stanisław Podemski wraz z pianistką Joanną Zathey-Wójcińską grał Sonatę c-moll op. 45 Edwarda Griega. Ten zróżnicowany w emocjach, trzyczęściowy utwór charakteryzuje piękna, potoczysta melodyka, co stwarza pewne niebezpieczeństwo dla wykonawcy, łatwo bowiem popaść tu w pewien sentymentalizm, wręcz banał. Stanisław Podemski wraz ze swą partnerką potrafili nadać muzyce  Griega właściwy jej szlachetny romantyzm. I część nasycili wręcz namiętnym uczuciem, II część pięknie wyśpiewali zachowując właściwą powściągliwość w tym śpiewie, wreszcie w III części wydobyli wszystkie charakterystyczne cechy muzyki Griega – fantastyczność i tajemniczość, północną nostalgię i wręcz trollowską ruchliwość.
W zupełnie inny świat wprowadzili słuchaczy Błażej Kociuban i partnerujący mu na fortepianie Paweł Motyczyński. Grali I Sonate f-moll Siergieja Prokofiewa. Obszerny, czteroczęściowy utwór napisany w latach wojny jest jednym z najmroczniejszych utworów rosyjskiego mistrza. Młodzi muzycy wybornie oddali tę gęstą atmosferę kompozycji podkreślając w I jej części właśnie jej mroczność i powagę, w II – dramatyzm sięgający chwilami brutalności łagodzony momentami typowej dla Prokofiewa, cierpkiej liryki. III część rozpoczęli intymnie, niemal szeptem by potem pozwolić linii skrzypiec pięknie wznosić się i rozwijać, jakby jej ład i słodycz miały zwyciężyć nad mrocznym światem. Dobrze też z tego jasnego napięcia zeszli znów do szmeru i mroku, by w IV części będącej konkluzją całości rozładować i wyjaśnić wszelkie muzyczne konflikty utworu. To ciekawe, jak bardzo muzyka Prokofiewa, na pozór trudna, niejednoznaczna, bliska jest młodemu pokoleniu muzyków.
Do Błażeja Kociubana i Pawła Motyczyńskiego mam jedną tylko uwagę. W czteroczęściowej Sonacie trzeba zbudować podwójne napięcia dramatyczne. Pierwsze – w ramach każdej z części. Temu zadaniu młodzi artyści dobrze sprostali. Gorzej było z dramaturgią całości dzieła, a to dlatego, że po każdej z części muzycy gasili napięcie zbyt długimi przerwami, gestami i zachowaniem graniczącym z prywatnością. To na estradzie błąd, na którego wyeliminowanie trzeba zwrócić w przyszłości uwagę.  

Tegoroczny Tydzień Talentów odbywa się pod hasłem „Gwiazdy promują”. Gwiazdą środowego koncertu był chyba najsłynniejszy wychowanek prof. Jadwigi Kaliszewskiej, laureat wielu międzynarodowych konkursów Bartłomiej Nizioł. Wraz z pianistą Marcinem Sikorskim wykonał Sonatę Es-dur op. 18 Richarda Straussa oraz Fantazję na temat walca  z „Kawalera srebrnej róży” R. Straussa opracowaną przez skrzypka Vašę Přihodę. Na bis artyści dorzucili Radość miłości i Cierpienia miłości Fritza Kreislera. Cóż powiedzieć? To było spotkanie z prawdziwymi mistrzami kreującymi arcydzieła. Cudowny dźwięk, lekkość, finezja, powaga gdzie trzeba, radość płynąca od artystów ku publiczności, to wszystko czyniło występ pary Nizioł-Sikorski artystycznym zjawiskiem, które na długo pozostanie w pamięci słuchaczy.

Współorganizatorem tegorocznego Tygodnia Talentów jest Państwowa Szkoła Muzyczna I stopnia w Bochni nosząca imię swego założyciela prof. Jerzego Żurawlewa. Jego pamięci poświęcony był popołudniowy koncert w sobotę. Utwory Griega i Chopina grała Ewa Pobłocka, pieśni Chopina, Moniuszki, Wolfa i Debussy’ego śpiewała z jej towarzyszeniem Ewa Leszczyńska. Życiorys wielkiego pianisty, pedagoga i organizatora polskiego życia muzycznego (m.in. inicjatora Międzynarodowych Konkursów Chopinowskich w Warszawie) przypomniał dyrektor bocheńskiej szkoły muzycznej Krzysztof Krawczyk.

Ewa Pobłocka to artystka wspaniała, docierająca w swych interpretacjach do sedna utworów, grająca pięknie, mądrze i spontanicznie zarazem. Pod jej palcami każda nuta ma sens i wartość. Jej prezentacje kilku miniatur z Utworów lirycznych Griega, Nokturnu cis-moll op. 27 i Scherza b-moll, a także zagranych na bis dwóch Mazurków Chopina, były prawdziwymi kreacjami, wyborną lekcją rozumienia muzyki romantycznej. Jerzy Żurawlew zainicjował niegdyś Konkursy Chopinowskie by udowodnić wartość muzyki Chopina, któremu w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, w czasach „nowej rzeczowości”, zarzucano nadmierny sentymentalizm i salonowość. Właśnie głębię emocji i doskonałość warsztatu kompozytorskiego chopinowskiej muzyki uwydatniła w swych interpretacjach Ewa Pobłocka. Równie ciekawy muzycznie był krótki recital pieśniarski. Obdarzona sopranowym głosem Ewa Leszczyńska, śpiewaczka i pianistka, jest córką Ewy Pobłockiej a wnuczką świetnej niegdyś śpiewaczki Zofii Janukowicz - Pobłockiej. To „obciążenie rodzinne” zaowocowało przede wszystkim muzykalnością młodej artystki i jej wiedzą o interpretacji pieśni. W przekazie zróżnicowanego programu nie było nic przypadkowego, wszystko wypływało z należytego zrozumienia tekstu słownego i muzycznego. Każda więc z pieśni była odrębnym, wycyzelowanym w każdym szczególe obrazkiem muzycznym. Szkoda tylko, że nie w każdej sam tekst słowny należycie docierał do słuchaczy.

 

Wieczorem, już w dworze Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, wystąpili akordeoniści, mistrz Klaudiusz Baran z dwoma swymi studentami z warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego: Przemysławem Wojciechowskim i Patrykiem Sztabińskim. Każdy z młodych ludzi przedstawił zróżnicowany program pozwalający sprawdzić nie tylko ich umiejętności warsztatowe lecz przede wszystkim wiedzę (od baroku po współczesność) i wrażliwość muzyczną, a także różnice osobowościowe. Przemysław Wojciechowski (także twórca ciekawych transkrypcji) wydał mi się introwertykiem drążącym w głąb wykonywanych utworów. Patryk Sztabiński był w sobotę bardziej otwarty, pełen radości i wirtuozowskiego błysku. Obaj okazali się bardzo dobrymi muzykami, wrażliwymi na urodę dźwięku, należycie budującymi napięcia dramatyczne wykonywanych utworów.


Ich pedagog w krótkim recitalu na akordeonie i bandoneonie raz jeszcze udowodnił, że są to pełnoprawne z innymi instrumenty koncertowe. Ważne jest jedynie, by władać nimi mistrzowsko i umieć przekazać posługując się nimi piękno muzyki. Utwory Czajkowskiego, Nagajewa (bardzo ciekawa Sonata op. 13!), Albeniza i kompozytorów argentyńskich w szlachetnych interpretacjach Klaudiusza Barana prawdziwie zajaśniały pełnym blaskiem.  

Źródło: Centrum Paderewskiego Tarnów - Kąśna Dolna



09:51, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »

Część druga

Stała bywalczyni dworku mistrza Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, teoretyk muzyki, krytyk muzyczny oraz wieloletnia publicystka rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie i „Dziennika Polskiego”. Oto pofestiwalowe impresje Anny Woźniakowskiej – tyleż smakowite, co merytoryczne, pisane sercem i mędrca szkiełkiem i okiem.

          
 "Con grazia"

Żaden z instrumentów nie potrafi śpiewać tak pięknie jak wiolonczela. Mogli się o tym przekonać raz jeszcze uczestnicy kolejnego koncertu Tygodnia Talentów w czwartek w dworze Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Ponieważ każdy koncert tegorocznego festiwalu jest nie tylko prezentacją młodych muzyków ale i spotkaniem z mistrzem, tym razem słuchaliśmy charyzmatycznego Tomasza Strahla, jednego z czołowych polskich mistrzów wiolonczeli. Właściwie mistrzów było dwóch, bo Tomaszowi Strahlowi partnerował na fortepianie Paweł Mazur,. Artyści stworzyli świetny duet inspirujący się wzajemnie, prowadzący arcyciekawą muzyczną rozmowę. A „rozmawiali” głównie Chopinem. Najpierw słuchaliśmy utworu młodzieńczego, Introdukcji i Poloneza C-dur op. 3, w którym artyści pokreślili jego szlachetność i błyskotliwość zarazem, bo kompozycja utrzymana jest w stylu brillant. Potem zabrzmiała Sonata g-moll op. 65, jeden z ostatnich utworów Fryderyka niepodobny do żadnej wcześniejszej kompozycji, ukazujący nowe światy, w których kompozytor nie zdążył już się spełnić. To, przynajmniej dla mnie, najciekawsze i najgłębsze dzieło Chopina, przykład wspaniałej kameralistyki. Tomasz Strahl  i Paweł Mazur doskonale wydobyli całe bogactwo Chopinowskiej muzyki, grali mądrze, z olbrzymim uczuciem, pięknym dźwiękiem i wielką wrażliwością. Tak interpretować utwory Chopina mogą tylko prawdziwi mistrzowie. Zagrane na koniec Pezzo capriccioso op. 62 Piotra Czajkowskiego raz jeszcze potwierdziło ich wysoką klasę.

 

Artyści wyznaczyli wysoki pułap do którego winni dążyć młodzi, a młode wiolonczelistki były tym razem dwie. Koncert rozpoczęła Aleksandra Lelek z Krakowa, która z pianistą Piotrem Różańskim grała dwie części Sonaty C-dur op. 119 Prokofiewa, Passacaglię w prawie dawnym stylu Bauera i wirtuozowską Fantazję na temat pieśni rosyjskich Servais’a. Młoda artystka ma wiele zalet predysponujących ją do estradowej kariery. Dysponuje już bardzo dobrym warsztatem, ładnym, dużym dźwiękiem, muzykalnością, słowem mozen przykuwać uwagę słuchaczy. Tym razem była jednak dziwnie rozproszona, właściwie dopiero w Fantazji Servais’a czułam jej prawdziwe zespolenie z muzyką. Stracili na tym Prokofiew i Bauer, bo trudno było w przedstawionych interpretacjach szukać dobrze zbudowanej formy utworu. Wiolonczelistce nie pomagał też pianista, który szczególnie w Sonacie Prokofiewa był dziwnie wycofany, nie współtworzył należycie obrazu dzieła. Być może na takim przekazie zaważył przyjazd młodych ludzi na koncert niemal w ostatniej chwili. Błąd!

Druga wiolonczelistka, Zuzanna Sosnowska z Warszawy, grała solo fragment Suity hiszpańskiej Gaspara Cassadó, a z pianistką Jolantą Adamską dwie części Sonaty d-moll op. 40 Szostakowicza oraz Adagio i Allegro op. 70 Roberta Schumanna. Była to udana prezentacja. Młoda artystka może nie mająca tej swobody estradowej, która cechowała Aleksandrę Lelek, górowała nad nią tym razem skupieniem i wrażliwością muzyczną, dbałością o wykończenie każdej frazy, o zróżnicowanie artykulacyjne i dynamiczne. Dobra współpraca z pianistką przyczyniła się do sukcesu.
 

"ON THE BRIDGE"

Tak brzmi tytuł artystycznego projektu jaki przedstawił w piątek w Kąśnej Dolnej Mieczysław Szcześniak z Meccore String Quartet. Artyści o różnych upodobaniach zawodowych spotkali się „ na moście” muzyki. O tym spotkaniu kilka słów poniżej. Wcześniej trochę informacji o popołudniowym piątkowym koncercie, który odbył się w Szkole Muzycznej im. prof. Jerzego Żurawlewa w Bochni. Tam wystąpili najmłodsi uczestnicy tegorocznego Tygodnia Talentów, uczniowie szkół muzycznych I stopnia w Bochni i Tarnowie. Tę ostatnią reprezentowała dwójka jedenastoletnich gitarzystów. Jakub Kołpa i Jakub Radłowski to utalentowane dzieci, choć trema nieco pomieszała im tym razem szyki. Widać i słychać że pozostają pod dobrą opieką pedagogiczną, co gwarantuje im właściwy dalszy rozwój. Zastanawiam się tylko, czy to była wystarczająca reprezentacja tarnowskich szkół muzycznych I stopnia? Czy dwie tarnowskie placówki nie mają nic więcej do pokazania, czy też z jakichś - przyznam się niezrozumiałych dla mnie - względów pominęły w tym roku udział w Tygodniu Talentów?

 

Ładnie przedstawiła się za to bocheńska szkoła muzyczna. Dwójka małych pianistów: Daniel Pastuch i Kacper Dębosz, skrzypaczka Anna Rydz i trio klarnetowe czyli Maria Kumor, Szymon Duda i Teresa Kumor swoje interesujące programy wykonali ze zrozumieniem, dużą wrażliwością muzyczną i z radością. Widać było, że muzyka sprawia im przyjemność, a to przecież w procesie nauczania najważniejsze.


Koncert bocheński zakończył mistrzowski występ skrzypka Sławomira Tomasika i pianisty Roberta Morawskiego. Artyści zagrali wczesną Sonatę f-moll na skrzypce i fortepian Mendelssohna oraz utwory Szymanowskiego i Wieniawskiego. O ile w I części Sonaty odnosiłam wrażenie pewnego skrępowania artystów, jakby poszukiwania należytego dźwięku w niezbyt znanej akustyce, to dalej było już pięknie. Szczególne słowa uznania należą się muzykom za interpretację utworów Karola Szymanowskiego. Źródło Aretuzy prawdziwie płynęło migocąc mnóstwem barw, a Taniec z „Harnasi” porywał góralskim zapamiętaniem.



Wieczorem w Kąśnej Dolnej najpierw wystąpił jazzowy zespół Sandwich on the Floor. Bartosz Dworak – skrzypce, Piotr Południak – kontrabas, Kajetan Borowski – fortepian i Damian Niewiński – perkusja, tarnowianie na studiach w Akademiach Muzycznych Krakowa i Katowic dowiedli, że mają dobre muzyczne pomysły i potrafią je ciekawie realizować. Nie jestem znawcą i wielkim sympatykiem jazzu, ale słuchałam ich występu z prawdziwą przyjemnością, bo to była po prostu porcja dobrej muzyki.


 Bardzo interesujący był wspomniany na wstępie koncert Mietka Szcześniaka & Meccore String Quartet. Aranżer Krzysztof Herdzin opracowując „wiecznie zielone” tematy różnych gatunków muzyki stworzył dla charakterystycznego śpiewu Mietka Szcześniaka klasyczną oprawę kwartetową. Dało to wyborny efekt, dowiodło, że dobra muzyka dobrze wykonana jest ponadgatunkowa i dociera do wszystkich wrażliwych na piękno odbiorców.

"Fortepian i organy"

Ten koncert Tygodnia Talentów zawsze wzbudzał emocje. Tak było i tym razem. W niedzielę 21 października w dworze Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej wystąpili młodzi pianiści.

19-letni Piotr Nowak studiujący w Bydgoszczy ukazał dwa światy muzyki fortepianowej. Najpierw grał utwory Chopina: Etiudę h-moll op. 25 nr 10, Mazurek f-moll  z op. 63, Balladę F-dur op. 38 i Scherzo cis-moll op. 39. Potem przedstawił utwór współczesnego kompozytora słoweńskiego T. Beca o tytule sugerującym programową treść: Battaglia di tritono e chromatica. Na bis dorzucił także współczesną Etiudę Kapustina. Kompozytorzy obu utworów powstałych w naszych czasach nie sięgali po bardzo zaawansowany język muzyczny, nawiązywali raczej do neoklasycznej motoryki, nie gardząc lekko zarysowanymi jazzowymi odniesieniami. Ten właśnie świat okazał się bliski młodemu pianiście, znacznie bliższy niż romantyczne emocje chopinowskiej muzyki. Nie znaczy to, że Piotr Nowak nieumiejętnie interpretował utwory Chopina. Powiedziałabym jednak że traktował je zbyt dosłownie i jednoznacznie. Wyraźnie dało się to zauważyć choćby w Etiudzie h-moll, w której gwałtowne, burzliwe części skrajne nijak nie przystawały do spokojniejszego, lirycznego środka. Oczywiście, kompozytor zamierzył ich opozycję, ale przecież w ramach tego samego utworu. Myślę, że wraz z dojrzewaniem wewnętrznym Piotr Nowak pojmie to z łatwością, a ujawniana już dziś skłonność do wirtuozerii w połączeniu z niewątpliwą muzykalnością otworzy mu drogę na estrady.


Drugi z pianistów, starszy o 5 lat Marcin Mogiła z katowickiej Akademii Muzycznej to artysta już dojrzały. Sięgnął po niełatwy repertuar. Najpierw pięknym dźwiękiem zbudował ciekawą formę Sonaty e-moll Hob. XVI/34 Józefa Haydna. Mało kto gra sonaty fortepianowe wiedeńskiego klasyka właśnie dlatego, że ich przejrzysta faktura natychmiast dekonspiruje jakikolwiek fałsz logiczny i muzyczny w ich interpretacji. Marcin Mogiła tą sonatą udowodnił zarówno wiedzę jak i wrażliwość muzyczną. Grał utwór Haydna bardzo świadomie, umiejętnie budował napięcia muzyczne, dbał o ich należyte rozładowanie. Zupełnie inne walory ujawnił w interpretacji Passacaglii Leopolda Godowskiego. Potężny, wirtuozowski utwór zapomnianego polskiego pianisty i kompozytora znalazł w Marcinie Mogile świetnego interpretatora. Melomani powinni zapamiętać nazwisko pianisty. Pewnie jeszcze o nim usłyszymy.

Mistrzem a raczej mistrzynią tego wieczoru była ponownie Ewa Pobłocka. Grała Impromptus Franciszka Schuberta i utwory Chopina wspaniale podkreślając różnicę emocji wiedeńskiego biedermeieru i chopinowskiego romantyzmu.

Spotkanie z pianistami nie było jedynym muzycznym przeżyciem niedzielnego wieczoru. W Bazylice Maki Bożej w Tuchowie utwory Clérambault, Buxtehudego, Bacha i Regera grał Kamil Dżalak, w czasie ubiegłorocznego Tygodnia Talentów uznany za najbardziej rokujący tarnowski talent. Kamil Dżalak jest dziś studentem I roku Akademii Muzycznej w Krakowie. Przez ostatni rok bardzo się rozwinął i dojrzał muzycznie. Od lat wiadomo, że najlepszym sprawdzianem umiejętności organisty są utwory Johanna Sebastiana Bacha. Interpretacje dwóch preludiów chorałowych: Wenn wir in höchsten Nöthen sein BWV 641 i Schmücke dich, o liebe Seele BWV 645 oraz Preludium i fugi C-dur BWV 547 przedstawione przez Kamila Dżalaka wystawiły mu jak najlepsze świadectwo.

 

 "Spektakularny finał"

30. Tydzień Talentów dobiegł końca. W poniedziałek 22 października w Kąśnej Dolnej odbył się koncert finałowy. Na estradzie Letniej Sali Koncertowej (pozazdrościć jej mogą podobne ośrodki) zasiadła Sinfonietta Cracovia pod dyrekcją Roberta Kabary by towarzyszyć dwójce solistów. Najpierw zabrzmiał Koncert C-dur na wiolonczelę i orkiestrę Józefa Haydna, w którym partię solową grał Mariusz Wysocki. Młody artysta przed sześcioma laty był bohaterem Tygodnia Talentów, brał także udział w festiwalu Bravo Maestro! Przez te lata pięknie dojrzał, jego interpretacja Koncertu C-dur urzekała klasycznym wdziękiem i lekkością. Wolałabym wprawdzie by środkowe Adagio miało nieco większy ciężar gatunkowy, by było wyśpiewane nieco głębszym dźwiękiem, ale to są już dywagacje powyżej podstawowej konstatacji, że młody artysta obdarzony wielką charyzmą, skupiający na swych poczynaniach uwagę słuchaczy, sprawił im swą grą wielką radość i że pozostaje mu życzyć dalszego tak owocnego rozwoju i pięknej kariery.
Sinfonietta Cracovia była współtwórcą sukcesu solisty nie tylko w Koncercie C-dur Haydna, lecz także w zagranym po krótkiej przerwie Koncercie fortepianowym e-moll Fryderyka Chopina. W tym utworze partię solową grał Paweł Motyczyński, także niegdysiejszy laureat Tygodnia Talentów, jeszcze student krakowskiej Akademii Muzycznej. Ładnie kształtował dźwięk na nieco „spracowanym” już fortepianie stojącym w kąśniańskiej „stodole”. Właśnie dbałość o szlachetność dźwięku, romantyczną ale nie przerysowaną emocję i płynną narrację dzieła była głównym atutem tej interpretacji. Wprawdzie odnosiłam chwilami wrażenie, że do niektórych wirtuozowskich przebiegów młody pianista podchodził z nadmierną ostrożnością, ale nie szkodziło to konstrukcji dramatycznej całości utworu. Sądzę też, że z czasem Paweł Motyczyński pozwoli sobie w Koncercie e-moll na więcej wirtuozowskiej swobody, a że go na nią stać udowodnił bisem, błyskotliwie zagraną Campanellą Liszta.

Tegoroczny Tydzień Talentów już za nami. Przyniósł wiele wspaniałych muzycznych doznań, zaprezentował interesujące osobowości, które – w pełni ukształtowane – będą za kilka lat prawdziwą ozdobą polskich estrad. Takich spotkań młodych muzyków z publicznością nie sposób przecenić. Są potrzebne każdej ze stron. O tym powinni pamiętać tzw. decydenci.


Źródło: Centrum Paderewskiego Tarnów – Kąśna Dolna



09:50, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 listopada 2012

Czytam więc żyję...


10:53, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 listopada 2012

Piłsudski wracając z Wiednia powiedział, że droga do niepodleglości Polska rozpoczęła się właśnie bitwą pod Łowczówkiem.
W niedzielę (4 listopada) w Łowczówku  tradycyjnie odbywa się XIV Ogólnopolski Zlot Niepodległościowy i Powiatowe Obchody Święta Niepodległości. Mieszkańcy regionu czczą  w ten sposób 98. rocznicę powstania I Brygady i Legionów Polskich oraz bitwy pod Łowczówkiem.

Nadano jej nazwę Wielkiej Wojny; obecnie mówimy częściej „I wojna Światowa”. Pierwsza z dwóch, pierwsza pod wieloma innymi względami, skali zaangażowania państw, rozległości frontów działań wojennych, powszechności, zaangażowanych środków ludzkich i materialnych, tzw. „nowoczesności”. Ciężki, wojenny bucior, zdeptał ogromna ilość ludzkich istnień. A jednak okrucieństwo Wielkiej Wojny zatarło się pod wpływem zdarzeń kolejnej, jeszcze straszliwszej, drugiej „wielkiej wojny”. Nasza tarnowska ziemia pamięć Wielkiej Wojny zachowała nie tylko na papierze, w historycznych opisach i relacjach. Echa zmagań armii zaborczych, rosyjskiej i austriackiej, wciąż pobrzmiewają na wojennych cmentarzach z tego okresu. Podczas wędrówek szlakami i drogami regionu z pewnością natkniemy się na takie obiekty. Rozpoznamy je bez problemu. W terenie stanowią zazwyczaj samodzielną budowlę (niekiedy występują w ramach cmentarzy parafialnych), starannie zaprojektowaną i ogrodzoną. Wspomogą nas w razie wątpliwości oznaczenia, napisy, a coraz częściej współczesne tablice informacyjne. W samym powiecie tarnowskim istnieje blisko sto dwadzieścia cmentarzy z I wojny światowej. Rozsiane są na ogromnym terenie, sięgającym na północy Wisły, a szczególne zagęszczenie występuje w górzystych gminach położonych na południe od Tarnowa.  My wyruszymy dzisiaj właśnie tam, na południe, do gminy Pleśna, by śladów Wielkiej Wojny poszukać na lesistych wzgórzach Lubinki i Wału. Jeśli skorzystamy z opcji rozszerzenia wycieczki o wejście na górę Wał, warto odwiedzić miejsce, w którym obejrzymy skamieniałe dęby i ruiny przedwojennej fabryki… farby. Schodząc żółtym szlakiem do Pleśnej mijamy „uroczysko Pleśnianki”, przez które wytyczona jest ścieżka przyrodnicza. W ostoi tej spotkać możemy salamandry oraz ciekawą roślinność porastającą słone bagno, zasilane wypływającą z ziemi solanką. Warto także zajrzeć do neobarokowego kościoła w Pleśnej.


W pobliże interesujących nas miejsc dojeżdża z Tarnowa pociąg, dlatego też najwygodniej będzie nam skorzystać z dobrodziejstw Polskich Kolei Państwowych i odcinek Tarnów – Łowczów pokonać tą drogą (powrót również koleją, ze stacji Łowczówek-Pleśna). Możemy zdecydować się na pokonanie trasy rowerem (bezpośrednio z Tarnowa lub start ze stacji PKP Łowczów). Zanim dotrzemy do początku naszego szlaku, warto odświeżyć w pamięci kilka historycznych faktów, które nakreślą nam tło zdarzeń, jakie rozgrywały się blisko sto lat temu na tarnowskiej ziemi…

Za bezpośrednią przyczynę wybuchu wojny (a raczej fakt, który uruchomił narastający od dłuższego czasu w Europie konflikt) uważa się zamordowanie następcy tronu Cesarstwa Austro-Węgier, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Wydarzenie to miało miejsce w Bośni, w Sarajewie. Zamachowiec – Serb, ofiara – członek cesarskiej rodziny Habsburgów, skomplikowane sojusze międzynarodowe i układy – wszystko to uruchomiło lawinę, która w konflikt zbrojny zaangażowała prawie wszystkie kraje świata…   

Również ziemie polskie stały się polami bitew, należąc wówczas do jednego, bądź drugiego okupanta, Rosji i Austro-Węgier, teraz śmiertelnych wrogów. Przeciwko sobie rzucone zostały ogromne siły, zmobilizowano wielonarodowe armie. Polacy trafiali tak do okopów rosyjskich, jak i do austriackich, zmuszeni w ten sposób do bratobójczej walki.   

 

Wojna rozpoczęła się dla mieszkańców ziemi tarnowskiej w sierpniu 1914 roku. Jej wybuch mógł nieść nadzieję na odzyskanie niepodległości, tymczasem jednak przyniósł ponurą wojenną rzeczywistość: biedę, głód i śmierć. Podczas kilkuletnich działań wojennych, przesuwający się w najbliższej okolicy front, zażarte walki o utrzymanie strategicznych pozycji na górzystym terenie na południe od Tarnowa, pozostawiły po sobie krajobraz zniszczenia. Gdy echa wojny zamarły, pozostał ogromny problem – ogromna ilość prowizorycznych grobów oraz niepochowanych szczątków ludzkich obu armii. Już pod koniec 1915 roku, Ministerstwo Wojny W Wiedniu, powołało Wydział Grobów Wojennych, którego zadaniem było porządkowanie pobojowisk, ewidencja grobów oraz budowa cmentarzy wojennych. Powstała struktura zajęła się kompleksowo całością spraw, które miały na celu godny pochówek wszystkich żołnierzy oraz osób zaangażowanych w wojenne działania. Kierowano się zasadą:

Śmierć żołnierska jest święta
I wszelki nakaz nienawiści maże
Nieważne czy na dziejów szali
Wrogiem cz też przyjacielem byli
Jako żołnierze na wieczna pamięć sobie zasłużyli.

W ten sposób na terenie Galicji powstało 17 232 groby pojedyncze, 744 rzędowe i 4614 masowych. Na naszej trasie odwiedzimy cztery cmentarze, kolejno według numeracji własnej: 171, 187, 188 oraz 173.   

Opodal stacji PKP lokalną drogę przecina niebieski szlak, który doprowadzi nas na stoki wzgórza Kopaliny, gdzie ukryty pośród drzew znajduje się cmentarz wojenny nr 171. Zatrzymamy się tu na dłużej – jest to bowiem największy w Galicji Zachodniej cmentarz żołnierzy Polskich Legionów. W sumie jest to miejsce spoczynku 511 żołnierzy, zarówno armii austro-węgierskiej, jak i rosyjskiej (pamiętajmy, że ideą tych cmentarzy było pogrzebanie wszystkich poległych, niezależnie od strony, po której walczył).

Polskie dążenia niepodległościowe skrystalizowały się z Legionach Polskich (powstałe z inicjatywy Józefa Piłsudskiego), które w ramach armii austro-węgierskiej wywalczyć chciały niezależność Polski. Właśnie pod Łowczówkiem legioniści polscy stoczyli bardzo ciężkie i ważne strategicznie walki z Rosjanami. Główne zmagania przypadły na Wigilię i Boże Narodzenie 1914 r. … Niesamowite wrażenie sprawiają tu szeregi identycznych nagrobków, wspinających się po obu stronach alejki prowadzącej do cmentarnej kaplicy.    


Ruszamy dalej niebieskim szlakiem, a na rozwidleniu ścieżek podążamy dalej za znakami żółtymi, które doprowadzą nas do cmentarza nr 187. Pochowani są tu żołnierze polegli podczas bitwy o przełamanie frontu Tarnów – Gorlice (2-5 maja 1915 r.). Ciekawym motywem zdobiącym cmentarz są umieszczone na słupach bramy masywne „głowy” w hełmach przypominających bojowe nakrycia głowy rzymskich legionistów.
Jeśli chcemy, możemy idąc dalej zielonym szlakiem osiągnąć położone opodal, najwyższe w okolicy wzniesienie – górę Wał, zwaną też Halendrówką (525 m n.p.m.). W przeciwnym razie, wracamy fragmentem żółtego szlaku, którym już szliśmy, by po chwili dojść do znanego nam już rozwidlenia z szlakiem niebieskim. My jednak trzymamy się szlaku żółtego, podążają w kierunku Pleśnej. Przy lokalnej drodze z Lubinki, natrafimy na kolejny, malutki cmentarzyk (nr 188). Spoczywa tu 51 żołnierzy poległych w tym samych starciach o przełamanie linii frontu tarnowsko-gorlickiego. Miejsce jest niezwykłe ze względu na piękny widok – widać stąd panoramę Tarnowa i jego przedmieść.  

Dalsza wędrówka za żółtymi znakami, doprowadzi nas do ostatniego obiektu na naszej trasie, położonego ponad Pleśną cmentarza nr 173. Leży tu 63 żołnierzy w porozrzucanych pomiędzy drzewami mogiłach. Cmentarną kapliczkę zdobi ciekawy napis:

I znów grożąc wróg
Puka do naszych świętych granic
Uczcie się od nas swawolni wnukowie,
Ofiary i obowiązku.   

Nasza wędrówka kończy się w centrum Pleśnej, skąd bez trudności docieramy na stację PKP Łowczówek-Pleśna, by powrócić do Tarnowa.
I choć odwiedziliśmy zaledwie cztery z ogromnej ilości cmentarzy wojennych z I wojny światowej, przybliżają nam one zamierzchłe już czasy Wielkiej Wojny, w której przecież efekcie, nasza Ojczyzna odzyskała po wielu latach zaborów niepodległość.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


10:02, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 listopada 2012

 

 

Święto Wszystkich Świętych wprowadził dla całego kościoła Grzegorz IV w 834r. jako pamięć o zmarłych. Tradycja Wszystkich Świętych albo Święta Zmarłych ma swój początek w starym celtyckim święcie "Samhain" czyli śmierci ciała.. Samhain oznaczał dla naszych przodków początek nowego roku. Zaczynał się on 1 listopada dlatego, że Celtowie byli rolnikami i dla nich żniwa zaczynały się sianiem ozimin, czyli obdarowywaniem pierwiastkiem życia śpiących jeszcze pól. Drugim nie mniej ważnym powodem obchodzenia tego święta właśnie w tym dniu było to, że najprawdopodobniej 1 listopada według przekazu Mojżeszowego rozpoczął się Potop. Tak więc w rzeczywistości początek temu świętu dało składanie hołdu ludziom, którzy zginęli w tamtym biblijnym kataklizmie  Według kościołów:  Katolickiego, Episkopalnego i Luterańskiego –  święto Wszystkich Świętych oznacza cześć dla wszystkich świętych w niebie - tych znanych i tych nieznanych. Natomiast coraz modniejszy i u nas Halloween  to dzień przed Wszystkimi Świętymi, czyli 31 października. W okresie chrystianizacji plemion celtyckich Samhain nadano chrześcijański charakter i nazwano je wigilią Wszystkich Świętych, czyli Hallows lub Hallow Even. W połowie XIX wieku przywędrowało wraz z irlandzkimi emigrantami do Ameryki i tam zmieniło nazwę na Halloween. W drugiej połowie XX wieku święto trafiło znowu do Europy. W Irlandii za czasów pogańskich ludzie przebrani w kolorowe kostiumy odprowadzali duchy do granic miasta. Niezamożni proponowali bogatym interes, który polegał na tym, że mieli odprawiać modły za dusze zmarłych w zamian za chleb. Najbardziej znanym gadżetem tego neo pogańskiego święta jest wydrążona dynia ze światełkiem w środku, która dla irlandzkich chłopców oznaczała błędne ogniki uważane za dusze zmarłych. W czasie tajemniczych celtyckich obrzędów miano uwalniać ludzkie dusze z ciał czarnych kotów, sów i nietoperzy.


Obecnie w wyeksponowanych miejscach domów umieszcza się wydrążone i podświetlone od wewnątrz dynie z wyciętymi kształtami różnych postaci oraz, w zależności od wyobraźni domowników, imitacje ludzkich czaszek, szkieletów, manekinów znanych postaci z horrorów, itp. Kulminacyjnym momentem tego święta jest odwiedzanie domów przez przebrane dzieci, które wypowiadają zdanie "trick or treat" - psikus albo poczęstunek, co ma nakłonić odwiedzonego domownika do poczęstowania dzieci garścią wcześniej zakupionych na ten cel słodyczy pod „groźbą" zrobienia mu psikusa np. nasmarowania klamki pastą do zębów. Na Zachodzie młodzież oprócz organizowania domowych imprez, często odwiedza tzw. „Scary Farm" - straszne farmy, czyli zaadoptowane na ten cel duże przestrzenie, gdzie tworzone są specjalne scenerie, niczym wystrój planu filmu grozy, jednak wszyscy w tym czasie dobrze się bawią. Dzieci najczęściej chodzą po domach i proszą o słodycze. Niektórzy, co światlejsi rodzice i pedagodzy, także ci duchowni tłumaczą im, ze zabawa w Halloween jest po prostu wesołym przygotowaniem się do uroczystości Wszystkich Świętych. Ale nie zawsze tak to niewinnie wygląda. Niektórzy, jak Anton Szandor La Vey, autor „Biblii szatana”, twierdzi wręcz, że Halloween jest najważniejszym dniem w roku dla kościoła szatana. A jego liczni zwolennicy, głównie w USA i na Zachodzie, uważają, że korzenie tego święta wywodzą się z czarnej magii, nawet satanizmu. A stąd już tylko krok do oswajania, szczególnie najmłodszych, z modną ostatnio „kulturą śmierci”. 

Warto to dokładnie wyjaśnić bowiem coraz częściej myli się Halloween z Hallowmass  - wziętym ze staroangielskiego Hallow, co oznacza uświęcać, czyli czcić Wszystkich Świętych.. W Kościele Katolickim jest to jeden z najważniejszych obrzędów w roku. W tym dniu wszyscy katolicy są zobligowani do uczestniczenia w mszy i nabożnego nawiedzania cmentarzy.  Natomiast drugi listopada jest to dzień poświęcony zmarłym, których w tym dniu szczególnie się wspomina. Jedno jest pewne, Święto to obchodzone bez wiary, bez obcowania z Tajemnicą, pozostaje jedynie pustym erzacem. Pustym, jak wydrążona dynia… 

W Polsce do początku XX w. /głównie na terenach wiejskich/ istniał zwyczaj przygotowywania w dniu 31 października różnych potraw. Pieczono chleby, gotowano bób i kaszę, a na wschodzie kutię z miodem i wraz z wódką pozostawiano na noc dla dusz zmarłych /prawosławni na grobach, katolicy na domowych stołach/. Wieczorem zostawiano uchylone drzwi wejściowe, aby dusze zmarłych mogły w swoje święto odwiedzić dawne mieszkania. Był to znak gościnności, pamięci i życzliwości, w zwyczaju było również nawoływanie zmarłych po imieniu. Wierzono, że dusze doświadczają głodu i pragnienia, potrzebują wypoczynku i bliskości krewnych. Obowiązkiem żywych było zaspokojenie tych pragnień, gdyż obrażone czy rozgniewane mogły straszyć, wyrządzić szkodę, sprowadzić nieszczęście czy przedwczesną śmierć. Po zapadnięciu zmroku, przez dwa kolejne dni: 1 i 2 listopada, zabronione było ubijanie masła, deptanie kapusty, maglowanie, przędzenie i tkanie, cięcie sieczki, wylewanie pomyj i spluwanie, aby nie rozgnieść, nie skaleczyć i nie znieważyć odwiedzającej dom duszy. W całej Polsce ugaszczano obficie żebraków i przykościelnych dziadów, ponieważ wierzono, że ich postać mogła przybrać zmarła przed laty osoba. W zamian za jadło zobowiązani oni byli do modlitwy za dusze zmarłych.

W noc zaduszną, aż do świtu, na cmentarzach, rozstajach i w obejściach, rozniecano ogniska, których zadaniem było wskazywanie drogi błąkającym się duszom. Popularne było również palenie ognisk na mogiłach samobójców i ludzi zmarłych tragicznie, którzy zwykle byli grzebani za murem cmentarnym. Chrust na te ogniska składano w ciągu całego roku - ten, kto przechodził obok, kładł obok grobu gałązkę i w ten sposób tworzył się stos do spalenia w noc zaduszną. Wierzono, że ogień palony na grobach samobójców ma moc oczyszczającą umarłych, daje również ochronę żywym przed złymi mocami, które mogły być obecne w takich miejscach.
                                                                              
Oprac. Ryszard Zaprzałka



09:35, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2012

Płoną cmentarze i nasze serca. Płyną rzeki ludzi i wypominków. Płaczą pospołu niewierni Tomasze  i agnostycy. Tańczą jeno  kamienne anioły i płomienie świec. A przecież w niebie trwa bal Wszystkich Świętych - nie stypa.

Przy tej szczególnej okazji warto przypomnieć sobie, że tarnowski Stary Cmentarz należy do najstarszych w Polsce. Jest przy tym jednym z najciekawszych i najbardziej wartościowych obiektów tego typu w Małopolsce. Został założony w końcu lat 80 XVIII wieku. Dokładna data powstania cmentarza nie jest znana. Zanim przedstawimy interesujący głos w tej sprawie Jadwigi Bożek, przytoczmy komunikat niezwykle zasłużonego dla historii tego miejsca Komitetu Opieki nad Starym Cmentarzem o kolejnych uratowanych tam nagrobkach. Otóż jego przewodniczący Antoni Sypek, znany tarnowski historyk i społecznik, a przede wszystkim główny organizator corocznych kwest -  informuje, że dochód z ubiegłorocznej kwesty (22 tys. zł.) został przeznaczony w 2012 r. na konserwację 5 nagrobków: Rodziny Jakubowskich, (3 nagrobki), Franciszka Habury i Walentego Pogończyka Muszyńskiego. W tym roku członkowie Komitetu Opieki nad Starym Cmentarzem w Tarnowie wyjdą z puszkami na alejki najstarszej nekropolii w regionie już po raz dwudziesty. W ciągu dwóch dekad zebrali w ten sposób ok. 300 tys. zł. Pozwoliło to odrestaurować ponad czterdzieści niezwykle cennych, zabytkowych nagrobków. Tegoroczna kwesta potrwa do piątku. 

Rodzina Jakubowskich zaznaczyła się wybitnie w historii Tarnowa końca XIX i w XX w. Józef Jakubowski (1861-1942), pochowany w rodzinnym grobowcu, był prokuratorem państwowym, radnym i asesorem rady miejskiej w Tarnowie, założycielem Muzeum miasta Tarnowa oraz autorem pomysłu sprowadzenia prochów generała Józefa Bema do Tarnowa. Ponadto był znanym podróżnikiem i autorem kilku książek podróżniczych. Jeden z pierwszych Polaków, który stanął na Spitzbergenie.


Franciszek Habura (1843-1921), zwany Srogim Mistrzem, był powstańcem styczniowym, wybitnym klasycystą I Gimnazjum, inspektorem oświaty w Tarnowie, wspaniałym tłumaczem dzieł m.in. Cycerona, Horacego, Owidiusza, Tacyta, Swetoniusza. Opiekun Starego Cmentarza, pomysłodawca nazw większości ulic i szkół w Tarnowie końca XIX w. Dzięki niemu mogła powstać Kwatera Powstańcza, nekropolia tarnowska. 


Walenty Pogończyk Muszyński (1845-1914) pochodził z Poznańskiego. Wziął udział w Powstaniu Styczniowym, miał wówczas 18 lat. Po upadku powstania znalazł schronienie w Galicji, w Tarnowie. Nagrobek Muszyńskiego znajduje się w kw. III, po lewej stronie alei głównej, troszkę w głębi tej kwatery (na przeciw kaplicy xx. Sanguszków).

Nagrobek Fr. Habury znajduje się w Kwaterze Zasłużonych, po prawej stronie najpiękniejszego nagrobka na naszym cmentarzu, za jaki uchodzi nagrobek Rufina Piotrowskiego, poprzedzający Kopiec Powstańców Styczniowych. Habura był inicjatorem budowy tego pomnika w 1892 r. Nagrobek rodziny Jakubowskich znajduje się w kw. XVIII, po prawej stronie alei głównej, tuż przed pomnikiem pierwszego biskupa tarnowskiego Amanda Janowskiego.

Konserwację nagrobków dokonała firma Lubosza Karwata z Tuchowa. Jeszcze raz dziękujemy społeczeństwu Tarnowa i wszystkim darczyńcom. Takie są efekty wielkiego serca mieszkańców Tarnowa i ludzi odwiedzających cmentarz w dniach ubiegłorocznej kwesty.



Stary Cmentarz nazywany jest nekropolią narodową. Znajduje się na nim wspólna mogiła ofiar rabacji z 1846 r. W niej pochowani zostali pomordowani okrutnie zarówno chłopi, właściciele wsi, dzierżawcy i księża zamordowani w lutym 1846 r. Niedaleko od niej postawiono także w 1891 r. Kopiec Powstańców Styczniowych. W latach I Wojny Światowej chowani byli w pobliżu legioniści i żołnierze , w czasie II wojny żołnierze Września i AK. Dzisiaj nazywana jest ona Kwaterą Zasłużonych.

Warto przy okazji zwrócić uwagę na zabytkowe nagrobki na Starym Cmentarzu. Jednym z wyjątkowych nagrobków jest pomnik na barokowym grobie M. A. Radziwiłłowej. Maria Anna Lubomirska była jedną z barwniejszych postaci wśród arystokracji polskiej. Nagrobny pomnik na grobowcu ma kształt niewielkiego, płaskiego obelisku z piaskowca, zwieńczonego krzyżem. Na jego przedniej stronie widoczny jest herb Lubomirskich - Śreniawa z książęcą mitrą.

Ciekawostką związaną z tym najstarszym nagrobkiem jest fakt błędnej daty śmierci, jaka wyryta została na pomniku. Data roczna na nagrobku jest błędna - 1792 podczas gdy w archiwalnych dokumentach podany jest rok 1795. Niejasne jest także samo miejsce spoczynku doczesnych szczątków Lubomirskiej.

W tych samych dokumentach widnieje informacja, iż została ona pochowana na cmentarzu wewnętrznym miasta Tarnowa. Istnieje możliwość, że ciało księżnej początkowo pochowane było na którymś z przykościelnych cmentarzy, a następnie przeniesione na nowy wtedy cmentarz na Zabłociu. W świetle tych przypuszczeń i niejasnych historycznych faktów, miejsce wiecznego spoczynku ks. Radziwiłównej pozostaje osnute mgłą tajemnicy.
Przechodząc główną aleją Starego Cmentarza przechodzimy niejednokrotnie obok Kaplicy Sanguszków, która przez większość część roku pozostaje niedostępna dla ludzi. Podczas dnia Wszystkich Świętych mamy możliwość zobaczenia jej zabytkowego wnętrza. Warto przyjrzeć się sklepieniu krzyżowemu w nawie.

W ołtarzu zobaczymy trzy grobowce: Władysława Sanguszki, Izabeli z Lubomirskich Sanguszkowej i Romana Sanguszki. W krypcie stoją betonowe sarkofagi należące do Marii z Borchów Sanguszkowej, Władysława Sanguszki, Pawła Sanguszki, Izabeli z Lubomirskich Sanguszkowej, Heleny Sanguszko, Eustachego Sanguszko, Wandy Sanguszkowej, Konstancji z Zamoyskich Sanguszkowej i jednej nieznanej osoby.

Idąc w głąb cmentarza wciąż aleją główną, spotkać możemy bardzo charakterystyczny dla XIX wieku grób ziemny obmurowany z nagrobkiem Stasia Kroupy. Nagrobek ten zwraca uwagę postacią figury aniołka siedzącego, który podpiera się prawą ręką o owalny medalion a w lewej trzyma wieniec kwiatowy.

W tablicy inskrypcyjnej widnieje imię i nazwisko oraz data śmierci 2-latka - Stasia Kroupy oraz słowa: "Wielkieś mi uczynił pustki w dom / moim/ Mój Drogi Stasiuniu tem zniknieniem swoim/ Pełno nas a jakoby nikogo nie było/ Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło/ Pociesz nas jako możesz dziecino/droga/Módl się za nami do wszechmocnego/BOGA.
We wnętrzu kwatery XIV na grobie rodziny Chylewskich znajduje się nagrobek nieznanej dziewczyny. Zwraca on uwagę formą trumienki z piaskowca. Ma ona sześciokątny przekrój poprzeczny, który zwiększa się w kierunku wezgłowia. Na wieku trumny znajduje się wypukły krzyż łaciński i majuskułowy napis: "JADWISIA".

Pierwsze dni listopada napawają nas zadumą nad życiem i przemijaniem. Przechodząc cmentarnymi alejkami na większości nekropolii możemy spotkać nagrobną poezję. Na tarnowskim Starym Cmentarzu wiersze nagrobne stanowią pewną ponadhistoryczną pamiątkę po zmarłych. Najczęściej spotykane są epitafia metaforyczne, które posługują się poetyckim tekstem i odbijają emocje najbliższych osób, które przeżyły śmierć swoich ukochanych.

Na tarnowskim cmentarzu zdarzają się także przykłady i przeróbki znanej poezji: np. fragmenty "Trenów" Jana Kochanowskiego. Bardzo popularne są także słowa sentencji Św. Augustyna: Czym ty jesteś ja byłem - Czym Ja jestem Ty będziesz.

Jadwiga Bożek  (Dziennik Polski)


01:40, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 października 2012

To już piąta edycja tej wartościowej imprezy, mającej swoich wiernych fanów i stałe miejsce w kalendarzu imprez kulturalnych. Składają się na nią mistrzowskie koncerty jazzowe, warsztaty muzyczne i konkurs dla jazzowych debiutantów . Ta najważniejsza impreza jazzowa w Tarnowie wystartowała w poniedziałek 29 października koncertem w tarnowskim teatrze i tam się zakończy w niedzielę  4 listopada. Gwiazdą tegorocznej edycji będzie saksofonista z światowego topu jazzowego - Kenny Garrett. Artysta wraz ze swoim kwintetem będzie promował w Tarnowie swoją najnowszą płytę "Seeds from the Underground". Kenny Garrett  muzyczną karierę rozpoczynał w big bandzie Duke'a Ellingtona, oraz The Jazz Messengers Arta Blakey'a i w zespołach Milesa Davisa. W swoim dorobku artystycznym nagrał kilkadziesiąt płyt w tym dziewiętnaście solowych. Poza koncertem, który odbędzie się 3 listopada w Tarnowie, artysta poprowadzi również klasę mistrzowską w ramach warsztatów muzycznych w Zespole Szkół Muzycznych.  Program tegorocznego festiwalu obfituje także w wiele innych inspirujących koncertów. Obok Garetta w Tarnowie zagrają ponadto m.in. Piotr Wojtasik - Old Land z udziałem Billy Harta, Johna Betscha, Kirka Lightseya, The Globetrotters, Stanisław Sojka z Big Contest Band. Marka Festiwalu jest identyfikowana zarówno w polskim, jak i międzynarodowym środowisku muzycznym i, co zasługuje na podkreślenie, coraz mocniej jest identyfikowana z Tarnowem. Potwierdzeniem tego stanu rzeczy pozostaje duży prestiż i popularność, jaki zyskał konkurs dla debiutujących muzyków, w którego jury rokrocznie zasiadają gwiazdy festiwalu.  Wśród dotychczasowych gości i gwiazd festiwalowych znaleźli się m.in.: znakomity saksofonista Billy Harper, Franzeska Tanksley, Clarence Seay, Aaron Scott, Piotr Wojtasik, Grażyna Łobaszewska, Henryk Miśkiewicz, Grzegorz Nagórski, AfroFree, Krzysztof Trebunia Tutka oraz Jazz City Choir. Karen Edwards, Wayne Dockery, Jan Ptaszyn Wróblewski, John Betsch, Ed Schuller, Adam Pierończyk, Reggie Moore, Wojciech Karolak, Jarek Śmietana, Jacek Niedziela, John Betsch, Wojciech Niedziela, Marcin Jahr, Krystyna Stańko, Grzegorz Nagórski, Piotr Baron. Festiwal 5th AZOTY TARNÓW INTERNATIONAL JAZZ CONTEST to jedna z dziesięciu najciekawszych imprez organizowanych w województwie małopolskim, organizowanych w ramach projektu "Małopolska! I wszystko gra!".  Poniżej prezentujemy sylwetkę  Kenna Garetta i szczegółowy afisz Festiwalu.

Kenny Garrett swoją karierę rozpoczął grając w Orkiestrze Duke'a Ellingtona, prowadzonej wtedy przez Mercera Ellingtona, syna legendarnego założyciela big bandu. Sześć lat późnej w 1984 roku dwudziestoczteroletni saksofonista nagrał swoją pierwszą płytę: „Introducing Kenny Garrett". Ukończona w 1997 roku pierwsza, składająca się wyłącznie z autorskich kompozycji Garretta, płyta „Songbook" przyniosła mu nominację do nagrody GRAMMY.
Na przestrzeni swojej ponad trzydziestoletniej kariery występował u boku wielkich muzyków jazzowych, wśród których nie zabrakło Milesa Davisa, Joe Hendersona, Freddiego Hubbarda, Briana Blade'a, Marcusa Millera, Chicka Corea, Pata Metheny'ego oraz Herbiego Hancocka. Angażował się w wiele artystycznych projektów i grywał w licznych zespołach, jednak, jak sam zaznacza, jego najdłuższą muzyczną przygodą była pięcioletnia współpraca z Milesem Davisem.
W 1995 roku ukazał się album "Pursuance: The Music Of John Coltrane" krytycy (np. "Down Beat") określili album najwybitniejszym nagraniem jazzowym ostatnich lat.
Garrett uważany jest jako najzdolniejszy spadkobierca tradycji Johna Coltrane'a, a jego saksofon słychać na ponad 50 płytach, które nagrał wspólnie z m.in. Milesem Davisem, Freddiem Hubbardem, Patem Methenym i Woodym Shawem, Marcusem Millerem, Donaldem Byrdem.
W 2010 roku nagrana z Chickiem Corea, Johnem McLaughlinem, Christianem McBridem, Brianem Bladem i Vinniem Colaiuta płyta „Five Peace Band – Live"została nagrodzona prestiżową GRAMMY AWARD. Rok później Garrett obronił doktorat w bostońskim Berklee College of Music.



Kenny Garrett przebył długą drogę, od chwili, w której jako osiemnastolatek stanął na scenie z big bandem Duke'a Ellingtona, do ugruntowania swojej solowej kariery tytułem naukowym. Podsumowaniem tej wędrówki jest jego ostatni projekt: „Seeds from the underground."Zrealizowany w tym roku album spotykał się z bardzo dobrym przyjęciem krytyki na całym świecie. Recenzenci „Jazz Forum"ocenili go bardzo wysoko, a sam Garrett znalazł się na okładce jednego z najstarszych i najbardziej prestiżowych jazzowych magazynów - „Down Beat'u". Artysta nie ukrywając, że przywiązuje dużą wagę do „Seeds from the underground", zaznacza, że każdy zamieszczony na płycie utwór jest komuś dedykowany. Album jest niezwykłym hołdem oddanym tym, którzy inspirowali muzyka i zadecydowali o kierunkach jego osobistego i artystycznego rozwoju.

 

29 października (Teatr im. Ludwika Solskiego; bilety: 10 złotych, 22 złote):
18:00 – otwarcie festiwalu i finał konkursu w kategorii solowej grupa młodsza
19:00 – AfroFree i zaproszeni goście
20:30 – The Globetrotters

30 października (Pałac Młodzieży; bilety: 5 złotych, 11 złotych):
19:00 – Mała Gala wręczenia nagród Grupa młodsza
20:30 – Dzień Tarnowski: Sandwich on The Floor, Jazzda Band
2 listopada (Teatr im. Ludwika Solskiego; bilety: 11 złotych, 22 złote):
18:00 – przesłuchania konkursowe w grupie open w kategorii solowej
19:00 – Bartosz Pernal & Michał Szkil Quintet (laureat poprzedniej edycji konkursu)
20:00 – Piotr Wojtasik Old Land feat. Billy Hart, John Betsch, Kirk Lightsey i inni

3 listopada (Centrum Sztuki Mościce; bilety: 32 złote, 65 złotych):
18:00 – Gala Wręczenia Nagród
18:30 – koncert
20:00 – Kenny Garrett Quintet

4 listopada (Teatr im. Ludwika Solskiego; bilety: 16 złotych, 32 złote):
19:00 – Koncert Jubileuszowy (Big Contest Band z udziałem laureatów I miejsca grupy open kategorii solowej poprzednich edycji festiwalu)
20:00 – Stanisław Soyka & Big Contest Band

Oprac. Ryszard Zaprzałka

 


06:13, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -