Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
niedziela, 18 listopada 2012

Ciekawe co na to kury...i kolega Waldek


11:40, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 listopada 2012

Świątynia to przestrzeń spotkania – człowieka z Bogiem, człowieka z człowiekiem. Ład świętego miejsca, jego światła i cienie, jego znaki, symbole i obrazy mają uprzytomnić człowiekowi, iż „Pan jest blisko” (…) Świątynia otwiera horyzont całkiem innej rzeczywistości. To, co (…) dotykalne i widzialne, jest jedynie metaforą tego, co naprawdę jest.  


Centrum świątyni stanowi ołtarz. Jest on szczególnym symbolem i pamiątką Spotkania. W Księdze Rodzaju czytamy, że Abram zbudował ołtarz dla Pana, który mu się ukazał. Podobnie uczynił Jakub: przybywszy (…) do Luz w Kanaanie, czyli do Betel, zbudował tam ołtarz i nazwał to miejsce El-Betel. – Tu bowiem ukazał mu się Bóg, kiedy uciekał przed swoim bratem. Także Noe po wyjściu z arki, która osiadła szczęśliwie na wzgórzach Ararat, zbudował ołtarz dla Pana i wziąwszy ze wszystkich zwierząt czystych i z ptaków czystych złożył je w ofierze całopalnej. Słowo „ołtarz” pochodzi od łacińskiego „altare”, którym starożytni Rzymianie określali podwyższoną konstrukcję architektoniczną przeznaczoną do kultu najwyższych bogów. Odpowiednikiem łacińskiego „altare” w języku greckim jest słowo „trapeza”.


Pierwsze ołtarze opisywane na kartach Starego Testamentu były po prostu skałami, na których składano dary. Późniejsze budowano z usypanej ziemi lub nieociosanych kamieni. W Przybytku wzniesionym na polecenie Mojżesza znalazły się trzy ołtarze. Ołtarze całopalenia, kadzenia oraz stół na chleby pokładne umieszczono następnie w Świątyni Jerozolimskiej. Istniały one do momentu jej zburzenia w roku 70.
Ołtarz Nowego Przymierza pozostaje znakiem obecności Pana, miejscem dziękczynienia i ofiary. Nabiera jednak nowego wymiaru, gdyż na nim pod sakramentalnymi znakami uobecnia się ofiara krzyża, męka, śmierć i Zmartwychwstanie. Znaczenie ołtarza wiąże się zatem nierozerwalnie z tajemnicą Eucharystii.

Historia chrześcijańskiego ołtarza rozpoczyna się w czasie Ostatniej Wieczerzy, podczas której Jezus zajął miejsce u stołu razem z dwunastu. Po śmierci Chrystusa apostołowie zasiadali przy stole Pana – określenia takiego użył święty Paweł w 1 Liście do Koryntian. Z czasem wyrażenie „stół Pana” zastąpione zostało słowem „ołtarz”.

Ołtarze przy których gromadziły się wspólnoty pierwszych chrześcijan były wykonane z drewna i nie różniły się od sprzętów codziennego użytku. Pewne wyobrażenie o ich kształcie może dać fresk przedstawiający Łamanie Chleba (Fractico Panis)znajdujący się w Katakumbach Pryscylli (Capella Greca), datowany na początek II wieku.

Z czasem potrzeba podkreślenia godności ołtarza skłoniła do wznoszenia struktur bardziej reprezentacyjnych. Pojawiły się one już w pierwszej połowie IV wieku np. w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore. W tym czasie ołtarze drewniane coraz częściej zastępowano kamiennymi. Zamknięty okres prześladowań pozwalał na urządzenie ołtarzy trwałych (…) Mogły one zaistnieć w przestrzeni bazylik z całą swą symboliczną wymową. (…) Zanikający w tym samym okresie kult pogański wraz z jego ołtarzami kamiennymi nie stwarzał już niebezpieczeństwa mylenia tychże z chrześcijańskimi i błędnej interpretacji kultu czy teorii ofiary.

Wzrastająca popularność ołtarzy kamiennych mogła także mieć związek z panującym w pierwszych wiekach chrześcijaństwa zwyczajem odprawiania mszy świętej przy grobach męczenników np. w dniu ich świąt. Eucharystię często sprawowano bezpośrednio na płycie okrywającej relikwie. Zaznaczano w ten sposób fakt, że ofiara pierwszych chrześcijan ma nierozerwalny związek z ofiarą Chrystusa, żertwa ich życia łączy się z jedyną ofiarą złożoną na Golgocie. Odważny krok w stronę powiązania kultu ofiary eucharystycznej z kultem relikwii uczynił cesarz Konstanty, który już na początku IV wieku w miejscu skromnych kapliczek-martyriów wznosił na grobach męczenników wspaniałe bazyliki memorialne. Ołtarz sytuowano dokładnie nad miejscem pochówku męczennika. Zwyczaj ten rozpowszechnił się w V wieku. W średniowieczu związek sepulcrum i ołtarza zaznaczano przez umieszczanie w nim relikwii. Taki stan rzeczy utrzymał się do XIII wieku, kiedy to pojawiły się nowe potrzeby związane z pragnieniem ich oglądania (…). Jednakże Stół Pański aż do XX wieku będzie miał charakter grobu na święte szczątki. Najświętszą relikwią jest rzecz jasna Ciało Jezusa, zatem kamienny materiał ołtarza przywołuje na myśl grób Zbawiciela.

W roku 517 synod w Epaon oficjalnie zakazał konsekrowania ołtarzy innych niż kamienne, ale ograniczenie to nie zawsze było respektowane. O ostatecznej rezygnacji z ołtarzy kamiennych zadecydowały z czasem względy praktyczne i uzasadnienia teologiczne: poza wyżej wspomnianą analogią między ołtarzem i grobem Chrystusa, powoływano się także na podobieństwo ołtarza do skały, z której Mojżesz wyprowadził na pustyni życiodajną wodę. Skała jest symbolem Jezusa – w Jego przebitym boku ma swe źródło Eucharystia, z niego wypływają zdroje Ducha.

Chrystus jest kamieniem węgielnym wspólnoty chrześcijan. Jak Zbawiciel zespala Kościół (…) tak ołtarz skupia przy sobie całą społeczność wiernych, jest źródłem ich jedności i komunii. Ołtarz stanowi zwornik Ludu Bożego – duchowieństwa i świeckich. Msza święta jest ich wspólną ucztą i wspólną ofiarą. Przypominają o tym słowa pierwszej modlitwy eucharystycznej: pamiętaj, Boże (…) o wszystkich tu zgromadzonych, których wiara i oddanie są Ci znane. Za nich składamy Tobie tę Ofiarę uwielbienia, a także oni ją składają i wznoszą swoje modlitwy ku Tobie, Bogu wiecznemu, żywemu i prawdziwemu.

Ołtarz, umieszczony początkowo na środku nawy kościoła lub na linii łuku absydalnego, w okresie średniowiecza zajął miejsce na tyłach prezbiterium. Taka lokalizacja umożliwiła znaczną rozbudowę struktury architektonicznej. Przyjrzyjmy się późnogotyckiemu ołtarzowi z Kirchgattendorf. Dolna jego część ukryta jest za antepedium dekorowanym motywem roślinnym. Obrus osłania kamienną mensę. Na niej spoczywa płaskorzeźbiona predella, dźwigająca nastawę ołtarzową zwaną retabulum. Stanowi ono najbardziej „reprezentacyjną” część ołtarza. Może być stałe lub ruchome, rzeźbione lub malowane, ustawione na ołtarzu lub za nim, jako samoistna, rozbudowana struktura. Jej rozmiary i kunszt wykonania nierzadko zapierają dech w piersiach. Średniowieczne i nowożytne retabula niejednokrotnie są świadectwem wirtuozerii artystów oraz popisem erudycji twórców programu ikonograficznego. Niestety, rozbudowa ołtarza zaciemniła z czasem głęboką symbolikę mensy i przysłoniła znaczenie ołtarza jako stołu Pana, centrum, wokół którego gromadzą się wszyscy wierni.

Na taką sytuację mógł także wpłynąć fakt, iż w świątyniach systematycznie wzrastała liczba ołtarzy. Początkowo Kościół dopuszczał istnienie tylko jednego ołtarza, z czasem jednak odszedł od tej zasady. Wpłynęło na to kilka czynników, m.in. wprowadzony w 578 roku zakaz sprawowania tego samego dnia dwóch mszy na jednym ołtarzu, rozkwit kultu świętych oraz rozwój społeczeństwa – kolejne ołtarze fundowali członkowie cechów rzemieślniczych, gildii kupieckich czy bractw religijnych. Znaczenie miała też rywalizacja czy wręcz snobizm poszczególnych kościołów (…). Wznoszenie ołtarzy osiągnęło apogeum w XII–XV wieku.


Po Soborze Watykańskim II opowiedziano się za swoistym altarocentryzmem:położono akcent na jeden ołtarz w kościele oraz formę stołu. Ołtarz to stół, ale nie jest to dowolny stół, podobnie jak Eucharystia jest posiłkiem, ale nie jest dowolnym posiłkiem. Jest to stół uroczysty, stół posiłku ofiarniczego, stół świętego posiłku całego Ludu Bożego. Jest znakiem obecności Boga i symbolem Chrystusa. Łączy rzeczywistość ziemską i boską, to co powszednie z tym, co nieprzemijalne. Jest centrum świątyni i sercem Kościoła.

Bibliografia:
L. Bouyer, Architektura i liturgia, Kraków 2009.
G. Klaja,Ołtarz w świetle teologii, Kraków 2008.
B. Nadolski, Leksykon Liturgii, Poznań 2006.
J. Tischner, Filozofia dramatu, Kraków 2006.

Patrycja Wierzbicka — absolwentka historii sztuki UJ, pasjonatka historii, kultury i zabytków Krakowa - przewodnik po Stołecznym Królewskim Mieście. Miłośniczka Tatr.

Źródło - Liturgia.pl


11:39, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 listopada 2012

Czyli niezwykłe losy tarnowianki, Marii Vetulani de Nisau to odbicie tragicznej historii Polski. Listopad 1918 roku był ponury i deszczowy. Takim zapamiętał go Roman Asler, uczestnik walk w obronie Lwowa. Zapamiętał jeszcze rozkopane ulice, powywracane słupy telegraficzne, zwoje drutów na drogach, okopy i groby... W tym samym czasie, kiedy piętnastoletni Asler uciekał zatroskanej matce z domu, by wraz z rówieśnikami bronić swego miasta, w szeregach Orląt Lwowskich walczyła również nieco od niego starsza Maria Vetulani. Nie była rodowitą lwowianką, na świat przyszła w Tarnowie w 1898 roku. W dzieciństwie i młodości kilkakrotnie wraz z rodzicami zmieniała miejsce zamieszkania: Tarnów, Kraków, Lwów, Zakopane, a później znów Tarnów.

Los zrządził, że podczas pobytu rodziny w stolicy Galicji, Lwów przeżywał jedne z najbardziej doniosłych wydarzeń w historii. Rozpad Cesarstwa Austro-Wegier rozbudził nadzieje o niepodległości Polaków i Ukraińców. Zajętego przez siły ukraińskie Lwowa bronić zaczęły dzieci i młodzież – zrodziła się legenda Orląt Lwowskich, której pomnikiem jest cmentarz o tej samej nazwie.

Maria Vetulani, choć wówczas 20-letnia, rozpoczynająca studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, stanęła w szeregach dziesiątków dzieci i młodzieży, które podjęły walkę o wyparcie Ukraińców ze Lwowa. Działała w męskim przebraniu. Wówczas to odznaczona została Krzyżem Polskiej Organizacji Wojskowej. Podobnie jak wiele Lwowskich Orląt, miała skautowskie korzenie. Jeszcze w Tarnowie, uczęszczając do Gimnazjum Orzeszkowej, należała do I Drużyny Harcerek im. Emilii Plater. Sama zaś robiła wiele, by w „harcerskim” duchu organizować rówieśniczki i młodsze dziewczęta, tworząc pierwszą w Polsce żeńską drużynę robotnicza, skupiającą pracujące w tarnowskich Warsztatach Kolejowych kobiety.

Marie Vetulani zafascynował socjalizm – idealny ustrój, w swym ideowym wymiarze – sprawiedliwy dla wszystkich bez wyjątku. Polska dopiero co odzyskała niepodległość, a wielka wojna wywróciła dotychczasowy ład do góry nogami. Zdawać by się mogło, że właśnie ustrój socjalistyczny będzie dla młodego państwa najlepszy – stanowisko to było wówczas popularne – sam Piłsudski wywodził się z obozu socjalistycznego.

Pamiętać jednak należy, że ów socjalizm ideowy nie miał nic wspólnego ze zwyrodniałym komunizmem. W kręgu przyjaciół Vetulani poznała swego przyszłego męża, inżyniera Bogdana de Nisau. Połączyła ich miłość i wspólne polityczne przekonania. Małżonek Marii, zagorzały aktywista, lewicowiec, prędko popadł w konflikt z prawem– obawiając się aresztowania, musiał uciekać. Zaledwie cztery lata po ślubie postanowił szukać schronienia w socjalistycznej ziemi obiecanej, w Związku Sowieckim. Maria zajmowała się już wówczas synkiem Witoldem i pragnęła jak najprędzej przedostać się do męża.

Co działo się w kolejnych latach po przybyciu Marii wraz z synkiem do Moskwy – tego nie wiadomo. Pewne natomiast jest to, ze po kilku latach pobytu w stolicy Związku Sowieckiego, w 1934 roku. Bogdan de Nisau został aresztowany i uwieziony w słynnym więzieniu na Łubiance. Otrzymał wyrok śmierci. Trudno o bardziej brutalne pozbawienie złudzeń co do oblicza Związku Sowieckiego, niż to jakiego doznała Maria Vetulani. Przekonana, że mąż zostanie wkrótce stracony (w rzeczywistości zmarł prawdopodobnie dopiero w 1943 roku), postanowiła uciekać do ojczyzny.

Udało się – powrót do Warszawy i praca dały Marii tę odrobinę stabilności, dzięki której mogła wychowywać syna. Niewiele jednak pozostało spokojnych dni do wybuchu drugiej wojny światowej. Niemiecka okupacja zastała ją w Warszawie. Wstąpiła w szeregi AK. Jej mieszkanie przy ulicy Świętokrzyskiej było nie tylko punktem kontaktowym, ale i miejscem schronienia dla Żydów.

Kiedy wybuchło powstanie warszawskie, Maria Vetulani miała czterdzieści pięć lat, jej syn Witold dwadzieścia – walczyli oboje. Jej ostatnia bitwa rozegrała się podczas obrony budynku Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Została ciężko ranna, ale miała szanse na wyleczenie. Trafiła do szpitala przy ul. Długiej. Zginęła wraz z pozostałymi pacjentami i personelem placówki, zamordowana 2 września przez Niemców pacyfikujących kolejne części miasta.

Niepewna losów swej siostry Cecylia Vetulani, tuż po wojnie, na ścianie szpitala przy Długiej, napisała: „Kto wie o łączniczce „Marii”, lat 45, siwe włosy, poparzona, potłuczona w twarz i żebra, nazwisko Maria de Nisau, przebywającej w tym szpitalu od 24 sierpnia – proszę dać znać C. Vetulani Milanówek, Zaduma 6”.

Jej imię nosi ulica w Zbylitowskiej Górze.

Agata Żak (Gazeta Krakowska)


15:18, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2012

 

 

Łączy w sobie różnorodne elementy, pozwala przenikać się najrozmaitszym dziedzinom kultury. To jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych Tarnowa, mające stałe miejsce w kalendarzu imprez. Rozpięty w czasie od piątku 9 listopada do 14 grudnia. Wymyślony i powołany do życia przez sp. Bogusława Wojtowicza jest niczym nieograniczona impresja na temat sztuki. Oferta jaka w tym roku przygotowała Galeria Miejska, Centrum Sztuki Mościce oraz Zachęta Sztuk Pięknych, ma za zadanie trafić do jak najszerszej publiczności.  Klimaty międzynarodowe wprowadzi grupa znakomitych muzyków bałkańskich Fanfara Kalashnikov. - Muzycznie przygotowaliśmy dla Państwa koncerty świetnych polskich wykonawców: Macieja Maleńczuka, Julii Marcell i nowy projekt jazzowy zaprzyjaźnionego z Festiwalem Zbigniewa Jakubka. Od strony sztuki wizualnej poza Janem Saukiem, prezentować będziemy nową wystawę Andrzeja Dudzińskiego - kolejnego artysty-przyjaciela Festiwalu. Wyjątkową prezentacją jest interdyscyplinarna wystawa "Sen jest drugim życiem" pokazywana w siedzibie BWA - na Dworcu PKP. Punktem wyjścia jest oczywiście lokalizacja Galerii w tak nietypowym miejscu, które dla artystów jest szalenie inspirujące - dodaje Ewa Łączyńska - Widz.  W trakcie wystawy odbędą się happeningi, odczyty, performense, spotkania z autorami, koncerty. W ramach "sceny offowej" zainaugurowanej w ubiegły roku widzowie zobaczą bardzo interesujący tarnowski kolektyw fotograficzny "AFTERIMAGE", a także nową produkcję tarnowskiego teatru ruchu "Aprapla".  Co ciekawe, w tym roku po raz pierwszy przygotowano część festiwalową dla najmłodszych - rusza "Mały ArtFest", w ramach którego z dziećmi spotka się kultowa wytwórnia polskiego filmu animowanego - łódzki Se-ma-for (m.in. nagrodzony Oskarem "Piotruś i Wilk"). Odbędą się warsztaty z animacji i scenografii. Absolutnym hitem 9. edycji festiwalu będzie wystawa fotografii czeskiego mistrza gatunku, Jana Saudka. Urodzony w 1935 roku fotografik i malarz, zafascynowany kobieta – źródłem życia, skupia się głównie na człowieku, jego ewolucji, naturze i seksualności. W jego mrocznych, niekiedy wręcz turpistycznych pracach pobrzmiewa echo dziewiętnastowiecznych twórców fotografii erotycznej. Wyraźnie dają o sobie znać także wpływy Balthusa czy Bernarda Faucona.  Wernisaż największej jak do tej pory w Polsce wystawy Saudka odbędzie sie 23 listopada. Patronat honorowy objął ambasador Republiki Czeskiej, a wśród zaproszonych gości będzie zona Jana – Sara, ze swoim cyklem zdjęć. ArtFest zakończy się w połowie grudnia. Festiwal zamknie spektakl „Gdy człowiek śpi, budzą się Galifony” tarnowskiego teatru plastycznego. Wszystkie koncerty odbędą się w CSM, a wystawy (poza Saudka i Dudzinskiego) w BWA na Dworcu. Oto szczegółowy afisz tegorocznego ArtFestu im. B. Wojtowicza wraz z relacją z jego prologu czyli piątkowym  - 9.11.2012 r. dworcowym wernisażem wystawy "Sen jest drugim życiem" oprawionym muzycznie koncertem Piotra Lutyńskiego i przyjaciół - KR736EJ.



KR736EJ to autobus marki Mercedes, będący zarazem sceną, pracownią artystyczną i specyficznym wehikułem przenoszącym w różne przestrzenie wrażliwości. Autorem i właścicielem pojazdu jest Piotr Lutyński - malarz, rzeźbiarz, grafik, muzyk, autor akcji, instalacji, obiektów i rysunków. Autobus jest obiektem, którego konstrukcja rozbudowuje się w czasie i przestrzeni w formie nawarstwiającej się. Projekt  swoją genezą sięga wozu teatralnego, kina objazdowego, muzycznego taboru połączonego. Autobus jest fragmentem pracowni Lutyńskiego, w skład której wchodzą obrazy i rzeźby z różnych lat, rozmaite obiekty, filmy dvd, projektowane na okna autobusu, a na dachu znajduje się scena posiadająca profesjonalne zabezpieczenie.  


Sen jest drugim życiem.
Gérard de Nerval

Pomiędzy Orszawą a Byliczem zregulowano przestrzeń. Stało się to możliwym dzięki zasypaniu mokradeł nad Wierszą i przeprowadzeniu niwelacji pod tzw. „Upłazikiem". Wskutek tego linia uległa znacznemu skróceniu, gdyż pociąg zamiast omijać bagnisty teren w wielkim, silnie na północ wygiętym łuku, szedł teraz po jego cięciwie, zmierzając do celu prosto jak strzała.
Skrót okazał się ze wszech miar pożądanym. Ruch kolejowy zyskał znacznie na tempie, a okolica, dotychczas malaryczna z powodu bagiennych wyziewów, wkrótce przybrała charakter suchej, zdrowej równiny, która wnet pokryła się bujną zielonością.
Dawną przestrzeń, okrężną, zwaną teraz „głuchą”, zamknięto i izolowano. Do rozebrania toru i usunięcia obiektów kolejowych zamierzała dyrekcja ruchu przystąpić dopiero po pewnym czasie. Nie było z czym się spieszyć; wiadoma rzecz: zburzyć łatwo, zbudować trudniej...
Tymczasem w rok po oficjalnym zamknięciu starej linii zaszedł fakt dziwny i niespodziewany.
Stefan Grabiński, Ballada kolejowa (Głucha przestrzeń), fragment).

Tłem wystawy i wydarzeń z nią związanych są marzenie senne i podróżowanie koleją. Kolej/pociągi/perony/stacja kolejowa - sny o podróżach koleją, koszmary o spóźnianiu się na pociąg, gubieniu bagażu i podróżowaniu w niewłaściwym kierunku. Ale także: radość podróżowania, wolność wynikająca z oderwania się od codzienności, romantyzm dalekich podróży, przygoda.
Emocje: bezradność podróżnego: rygor i kaprysy rozkładu jazdy, mity bezwzględnej punktualności i wszechogarniającego chaosu; groza wykolejenia pociągu, katastrof kolejowych, kradzieży i napaści.
Utrudnione poruszanie się podróżnego obciążonego bagażem i często we śnie powracający motyw utrudnionego lub niemożliwego ruchu.
Sny śnione w pociągu; krótkie momenty przytulności w niewygodnym otoczeniu; niedoceniany heroizm śnienia w trudnych warunkach: sen z ryzykiem przespania celu podróży, podróżowanie pod prąd rzeczywistości w złudnie bezpiecznej otoczce marzenia sennego.

Punktem wyjścia wystawy jest secesyjny dworzec kolejowy w Tarnowie, gdzie tarnowskie BWA ma swoją tymczasową siedzibę. W perspektywie przenosin do nowego miejsca (Pałacyk Strzelecki od 2013 r.), potrzeba symbolicznego pożegnania z dworcową codziennością, a raczej nie-codziennością była dla nas ważnym motorem działania. Koncepcja wystawy szybko zaczęła dialogować z opowiadaniami Stefana Grabińskiego, prekursora polskiej powieści grozy, twórczo uzależnionego od przestrzeni kolejowych. A miasta, w których mieszkał Grabiński – Przemyśl i Lwów, w prostej linii łączą się z Tarnowem – stanowiąc całkiem pokaźny fragment habsburskiej magistrali kolejowej Wiedeń-Lwów.
Wystawa splata ze sobą różne poziomy odczytania tematu, różne sposoby prowadzenia narracji i różne dyscypliny: sztuki wizualne, literatura, teatr (działania parateatralne, performance), muzyka, dizajn – poprzez projekt mebli dla galerii-poczekalni.
Elementy wystawy i działania zaplanowane w jej trakcie wchodzą bezpośrednio w przestrzeń dworca/peronów/przejścia podziemnego w sposób skłaniający do intensywniejszego przeżywania chwil spędzonych na dworcu.; albo odwrotnie: podstępnie zachęcające do zwolnienia tempa nawet kosztem utraty połączenia…


Artyści, których prace można oglądać przy okazji realizacji projektu "Sen jest drugim życiem" to: Stefan Grabiński, Elżbieta Jabłońska, Andrzej Juszczyk, Lila Kalinowska, Piotr Lutyński, Holger Mandel, Jacek Niegoda, Karolina Niwelińska, Agnieszka Piksa, Marcin Polak, Agnieszka Polska, Michał Poręba / Aprapla, Jadwiga Sawicka, Krzysztof Skoczylas, Julita Wójcik. Oto ich notki biograficzne:

Stefan Grabiński (ur. 1887 w Kamionce Strumiłowej, zm. 1936 we Lwowie) – studiował literaturę polską i filologię klasyczną na Uniwersytecie Lwowskim. Pracował jako nauczyciel we Lwowie i Przemyślu. Jest przedstawicielem nurtu grozy w polskiej literaturze międzywojennej, klasykiem noweli fantastycznej, uznawany czasem za „polskiego Poe" lub „polskiego Lovecrafta". Był twórca horroru kolejowego.
Elżbieta Jabłońska (ur. 1970 w Olsztynie) – studiowała na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zajmuje się fotografią, działaniami czasowo-przestrzennymi, performance i sztuką instalacji. Mieszka i pracuje w Kozielcu nad Wisłą.
Andrzej Juszczyk (ur. 1972 w Przemyślu) – studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Literaturoznawca i muzyk. Mieszka w Przemyślu.
Lila Kalinowska (ur. 1981 w Przemyślu) - studiowała na Wydziale Architektury Wnętrz i na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Projektuje przestrzenie. Mieszka i pracuje w Przemyślu.
Piotr Lutyński (ur. 1962 w Tychach) - studiował na Wydziale Pedagogiczno-Plastycznym Filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Zajmuje się malarstwem, instalacją. Należy do formacji muzycznej Rdzeń. Prowadzi projekt rzeźbiarsko-muzyczny KR736EJ. Mieszka i pracuje w Krakowie.
Holger Mandel (ur. 1966 w Berlinie) – reżyser i producent filmowy. Studiował w Berlin-Weissensee School of Art, współpracował z Berliner Arbeitskreis Film. Na podstawie opowiadań Stefana Grabińskiego nakręcił filmy „Kochanka Szamoty” i „Ultima Thule”. Mieszka i pracuje w Berlinie.
Jacek Niegoda (ur. 1972 w Gdańsku) - studiował rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Tworzy wideo art, instalacje, akcje. Mieszka i pracuje w Gdańsku.
Karolina Niwelińska (ur. 1978 w Krakowie) - studiowała Filologię Szwedzką na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Architekturę Wnętrz na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Obecnie pracuje na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Tworzy filmy, animacje, fotografie, obiekty, instalacje, projekty graficzne i przestrzenne. Mieszka w Chmielniku.
Agnieszka Piksa (ur. 1983 w Warszawie) - studiowała grafikę na ASP w Krakowie i w Cluj (Rumunia). Zajmuje się rysunkiem, ilustracją, projektowaniem graficznym. Mieszka i pracuje w Krakowie.
Marcin Polak (ur. 1973 w Łodzi) – studiował fotografię w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi. Jest autorem akcji rewitalizujących przestrzeń publiczną i społeczną. Porusza problemy społeczne i polityczne podejmując próbę doprowadzenia do dialogu między społeczeństwem a instytucjami oraz elitami. Mieszka i pracuje w Łodzi.
Agnieszka Polska (ur. 1985 w Lublinie) – studiowała na Wydziale Artystycznym UMCS w Lublinie, potem na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie i Universität der Künste w Berlinie. Tworzy wideo, filmy animowane, fotografie i rysunki. Mieszka i pracuje w Warszawie.
Michał Poręba (ur. 1964 w Tarnowie) - studiował malarstwo w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Zajmuje się rysunkiem, malarstwem, rzeźbą, a także działaniami parateatralnymi i performance. Od 1997 roku prowadzi teatr ruchu „Aprapla”. Mieszka i pracuje w Tarnowie.
Jadwiga Sawicka (ur. 1959 w Przemyślu) - studiowała na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Tworzy obrazy, fotografie, obiekty, instalacje tekstowe. Mieszka i pracuje w Przemyślu.
Krzysztof Skoczylas (ur. 1980 w Koninie) - studiował architekturę krajobrazu na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Działa na pograniczu dyscyplin projektowych i sztuki. Mieszka i pracuje w Warszawie.
Julita Wójcik (ur. 1971 w Gdańsku) - studiowała na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Jest autorką akcji artystycznych, obiektów i instalacji przestrzennych. Mieszka i pracuje w Gdańsku.


Piątek 16.11.2012 r.
godz. 18.00
Miejsce: Rynek
AFTERIMAGE / scena offowa - plenerowa wystawa fotografii - happening wernisażowy
 godz. 19.00
 Miejsce: CSM, ul. Traugutta 1
 Maciej Maleńczuk - koncert inaugurujący Festiwal*

Maciej Maleńczuk - wokalista, instrumentalista, poeta, autor tekstów i kompozytor; aktor teatralny i filmowy, autor felietonów i powieści science-fiction; swobodnie poruszający się w wielu stylach muzycznych, m.in. pop, rock, muzyka folk, muzyka country i pieśni religijne. Uważany jest za jednego z najbardziej awangardowych i kontrowersyjnych polskich artystów muzycznych.
W 2007 roku Artysta rozpoczął współpracę z zespołem Psychodancing, w skład którego wchodzą: Jakub Frydrych (gitara elektryczna), Andrzej Laskowski (gitara basowa), Grzegorz Stasiuk (instrumenty klawiszowe) oraz Maciej Muraszko (perkusja). Do tej pory wydali wspólnie 5 płyt.
Sobota/niedziela 17-18.11.2012 r.
Miejsce: BWA, Pl. Dworcowy 4

Mały ArtFest
Se-ma-for - warsztaty dla dzieci, pokaz kultowych polskich filmów animowanych

Czwartek 22.11.2012 r.
godz. 6.30-8.00 i godz. 16.00-18.00
Miejsce: BWA, Dworzec PKP, Pl. Dworcowy 4
Opera dworcowa - scenariusz i reżyseria: Marcin Polak, zaśpiewają: Dorota Wójcik i Przemysław Rezner

godz. 18.00
Miejsce: BWA, Dworzec PKP, Pl. Dworcowy 4
"Blaski i wrzaski" - spotkanie z Piotrem Sarzyńskim - redaktorem działu kultura "Polityki", autorem książki Wrzask w przestrzeni. Dlaczego w Polsce jest tak brzydko?

Piątek 23.11.2012 r.
godz. 19.00
Miejsce: CSM, ul. Traugutta 1
Jan Saudek - wernisaż wystawy czeskiego mistrza fotografii / Patronat Honorowy nad wystawą: Ambasador Republiki Czeskiej w Polsce, wstęp wolny (tylko dla dorosłych).
 Wystawa czynna: do 12.01.213 (tylko dla dorosłych)

Sará Saudková - gość specjalny wernisażu, ze swoim cyklem zdjęć - wystawa
Miejsce: Red Galery Cafe
 godz. 19.45
Miejsce: CSM, ul. Traugutta 1
Koncert jazzowy: Zbigniew Jakubek Quartet*

Czwartek 29.11.2012 r.
godz. 18.00
Miejsce: BWA, Pl. Dworcowy 4
Wieczór GRoza, GRoteska, GRabiński / performance muzyczno-filmowy Andrzeja Juszczyka i Lili Kalinowskiej + "Głucha przestrzeń. Opowieść o Stefanie Grabińskim" Elizy Krzyńskiej-Nawrockiej

godz. 19.30
Miejsce: CSM, ul. Traugutta 1
Rafał Rutkowski - Tańczący z myślami - stand-up comedy*

Piątek 30.11.2012 r.
godz. 18.00
Miejsce: CSM, ul. Traugutta 1
Andrzej Dudziński - premierowy pokaz fotograficznych kolaży, wernisaż wystawy
godz. 18.30
Miejsce: CSM, ul. Traugutta 1
Fanfara Kalashnikov - koncert muzyków bałkańskich
godz. 20.30
Miejsce: Kawiarni Tatrzańska, ul. Krakowska,
Promocja książki - Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko. Małgorzata Braunek w rozmowie o życiu z Arturem Cieślarem. Spotkanie z autorką prowadzi pisarka Magda Dygat.

Sobota/niedziela 1-2.12.2012r., godz. 11.00
Miejsce: BWA, Pl. Dworcowy 4
Mały ArtFest: Anna Adamiak – warsztaty scenografii dla dzieci

Piątek 7.12.2012 r., godz.19.00
Miejsce: CSM, ul. Traugutta 1
Julia Marcell - koncert*

Piątek 14.12.2012 r. / Epilog godz. 18.00
Miejsce: BWA, Pl. Dworcowy 4
Spektakl Teatru Aprapla: Gdy człowiek śpi, budzą się Galifony

oprac. Ryszard Zaprzałka



09:25, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 listopada 2012

 

Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży.

Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskiej Kultury. Od „zawsze” związany z Tarnowską Nagrodą Filmową i Mościckim Kinem „Millennium”. Publikuje m.in. w „Filmie”, „Teatrze”, „Dzienniku”, „Notatniku Teatralnym”, „Kwartalniku Filmowym” i „Filmwebie”, recenzent teatralny „Gazety Krakowskiej”. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych - FIPRESCI, ekspert Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, stały współpracownik TVP Kultura i HBO, autor i współautor kilkunastu książek. Laureat nagrody „Uskrzydlony 2011” za „wybitne osiągnięcia w dziedzinie krytyki filmowej”, oraz „Złotej Róży 2012” za „najwyższy poziom dziennikarstwa kulturalnego, oraz nową jakość w filmowej krytyce - prasowej i telewizyjnej.” Wydany zaledwie kilka dni temu tom Łukasza Maciejewskiego „Aktorki. Spotkania”, oprócz znakomitych recenzji, otrzymał już rekomendację do tegorocznych „Paszportów Polityki” (finalnie owe nominacje uzyskali Marcin Dorociński, Leszek Dawid i Marcin Krzyształowicz, ale wyróżnienie pozycji książkowej w tej kategorii jest ewenementem i wielkim zaszczytem), został także uhonorowany tytułem „Krakowskiej Książki Miesiąca”. Najnowsza książka Maciejewskiego to zbiór portretów. Wywiady, choć lepiej brzmi „swobodne rozmowy”, przeplatane są szczegółami biograficznymi, fragmentami recenzji, wreszcie celnymi charakterystykami tego, co w opisie najtrudniejsze: wyjątkowych cech artystycznej osobowości, niepowtarzalnego tonu, sprawiającego, że nikt nie pomyli Aliny Janowskiej, Stanisławy Celińskiej, Anny Dymnej, Ewy Dałkowskiej…

Krakowska Książka Miesiąca to nagroda przyznawana od 1995 r. przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie. Fundatorem Nagrody jest Gmina Kraków. Pracami jury przyznającymi nagrodę od początku kieruje Jan Pieszczachowicz, w skład jury wchodzą m.in. prof. Stanisław Burkot, red. Wacław Krupiński, prof. Adam Małkiewicz, prof. Stanisław Stabro, prof. Jacek A. Wojciechowski, dr Elżbieta Zechenter-Spławińska oraz red. Marcin Wilk. Dotychczasowymi laureatami tej prestiżowej nagrody byli m.in. Józefa Hennelowa, prof. Stanisław Rodziński, prof. Andrzej Zoll, Andrzej Franaszek, Jacek Dukaj, Franciszek Ziejka, Jerzy Stuhr, prof. Michał Heller, Leszek Mazan, Jerzy Pilch, Czesław Miłosz, Marcin Świetlicki, Ryszard Krynicki, Sławomir Mrożek i Adam Zagajewski. Uroczyste wręczenie nagrody „Krakowskiej Książki Miesiąca” Maciejewskiemu odbędzie się 12-ego grudnia w „Śródmiejskim Ośrodku Kultury” w Krakowie. Spotkanie z Autorem poprowadzi redaktor Wacław Krupiński („Dziennik Polski”). Pierwszy wieczór promocyjny "Aktorek" zaplanowany jest na 15-ego listopada o godz. 20-ej, w warszawskim kinie "Atlantic". Swój udział w tym spotkaniu zapowiedziały Ewa Błaszczyk, Stanisława Celińska, Ewa Dałkowska, Barbara Krafftówna, Zofia Kucówna, Danuta Stenka, Anna Nehrebecka, Beata Tyszkiewicz i Ewa Wiśniewska. Kolejne promocje "Aktorek" - 20-ego listopada w Zielonej Górze, 3-ego grudnia w Krakowie (z udziałem Anny Dymnej i Anny Polony), oraz 4-ego grudnia w Tarnowie - w ramach spotkań organizowanych przez Uniwersytet Trzeciego Wieku.

- Nie mam pralki, lodówki, samochodu i ani jednego garnuszka, bo nie potrafię gotować. Nawet jajeczka na twardo ci słoneczko nie zrobię – zapowiedziała autorowi nieżyjąca już Krystyna Feldman. - Zapraszam do salonu, na martini – uśmiechnęła się „królowa polskiej sceny”, Nina Andrycz, na wstępie wizyty… Maciejewski portretuje nasze najsłynniejsze aktorki w ich domach i w innych miejscach, w których dobrze się czują. To zbliża rozmówców i pozwala czytelnikom na wejrzenie w prywatność bohaterek.

    - Jesteśmy tacy, jakimi chcą nas widzieć. Mnie zobaczono w ślicznej sukni, z elegancką parasolką. I tak już zostało – zauważa Beata Tyszkiewicz, dyżurna kobieta z klasą. A jakie legendy kina, teatru i estrady są naprawdę? Czy od razu chciały być aktorkami? Co sądzą o swych dokonaniach, dziełach, w jakich wystąpiły, o koleżankach i kolegach po fachu? Jakimi zasadami kierowały się w życiu? Jak widzą same siebie? Padają zdystansowane, autoironiczne słowa. - Na pewno nie nadaję się do łatwego lubienia. Chropowata, kosmata, nie dająca wpisać się do żadnej rubryczki – mówi Anna Romantowska. Czasem jesteśmy świadkami zaskakujących wyznań. - Bardzo lubię tańczyć. Chciałabym tańczyć również po śmierci – zwierza się Danuta Szaflarska.

 

    - Grając, czujemy energię widzów. Wiemy bezbłędnie, czy są dobrze, czy źle nastawieni. Jak reagują na przedstawienie. Są poruszeni, czy zniecierpliwieni – wyjawia Zofia Kucówna. Pod tym mogłyby się podpisać wszystkie wspaniałe rozmówczynie Maciejewskiego. I niemal wszystkie podkreślają ulotność swej sztuki, zwłaszcza teatru. - Teatralny sukces to chwila, moment - tłumaczy Teresa Budzisz-Krzyżanowska, nie rozmawiająca z dziennikarzami od lat. - Dopóki ktoś o tym pamięta, istnieje w świadomości, ale nie można tego zastąpić jakimkolwiek innym medium.

Maciejewskiemu w arcyciekawych rozmowach udało się wiele artystycznych zdarzeń przywołać i zatrzymać, przy okazji nie stroniąc od szczegółów, które nas interesują, choć może nieco wstydzilibyśmy się o nie zapytać. Niekiedy trudno je brać na poważnie, lecz wiele mówią o bohaterkach. - Bardzo proste. Zastrzyki z cementu i papierosy. Nie zamierzam rzucać, za bardzo to lubię - żartuje Ewa Wiśniewska, pytana o to, dlaczego wciąż wygląda wspaniale.

Bilans zysków i strat, przed tym nie uciekniemy – zamyśla się Anna Polony, owszem, przyznająca się do krewkiego charakteru i tego, że kiedyś w studentów rzuciła… budzikiem! „Aktorki” to pozycja absolutnie bezcenna dla widzów, wielbicieli, znawców filmu i teatru, i w ogóle wszystkich, którzy chcieliby odkryć tajemnicę wyjątkowości tych niezwykłych kobiet.



A oto niektóre z pierwszych „gorących” recenzji „Aktorek…”

KAROLINA KORWIN-PIOTROWSKA:
"O Włodarczyk tutaj raczej nie będzie ani słowa, ale jest za to mądrze, pięknie i z sensem o Małgorzacie Braunek, Annie Polony, Danucie Stence, Zofii Kucównej, Annie Dymnej, Beacie Tyszkiewicz...To są, Proszę Państwa, AKTORKI".

MOVIEBOOK:
Listopadowe lektury obowiązkowe dla każdego kinomana to na pewno najnowsze książki Łukasza Maciejewskiego. Jeśli ktoś czytał jego „Przygodę myśli” to wie, że można spodziewać się porządnego, ciekawego i błyskotliwego tekstu. O Maciejewskim mówię, że to Lawrence Grobel polskiego wywiadu.

FILM:
"Spotkania z aktorkami" to zbiór 20 rozmów z wyjątkowym aktorkami polskiej sceny XX wieku. Autor podejmuje próbę stworzenia portretu każdej z kobiet
w oparciu o opis jej ról i czasu w jakiej były kreowane przez nią najważniejsze sceniczne postacie. W ten sposób powstała książka pełna osobistych rozmów z wieloma nieznanymi szczegółami z życia bohaterek, pełna wspomnień napisanych w lekki i dowcipny sposób.

INTERIA:
Beata Tyszkiewicz, Anna Polony, Stanisława Celińska, Anna Dymna, Ewa Dałkowska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Zofia Kucówna, Ewa Wiśniewska - to tylko niektóre legendy polskiego kina, teatru i estrady, które są bohaterkami książki Łukasza Maciejewskiego "Aktorki". To pozycja obowiązkowa dla każdego, nie tylko dla kinomana.

FILM POLSKI:
W grubym, prawie 700-stronicowym, tomie autor zamieścił osobiste relacje z rozmów z dwudziestoma znakomitymi aktorkami, wśród których są m.in. Nina Andrycz, Stanisława Celińska, Krystyna Feldman, Barbara Krafftówna, Irena Kwiatkowska, Danuta Szaflarska, Beata Tyszkiewicz i Ewa Wiśniewska.Maciejewski w swoich relacjach, często przeplatanych szczegółami biograficznymi, fragmentami recenzji i celnymi charakterystykami swoich rozmówczyń, portretuje kilka pokoleń polskich aktorek, przy okazji znacząco uzupełniając naszą wiedzę o historii polskiej kinematografii.

GAZETA PRAWNA:
Z rozmów znajdujących się w książce dowiemy się także, jakie legendy kina, teatru i estrady są naprawdę, czy od razu chciały być aktorkami, co sądzą o swoich dokonaniach, dziełach, w jakich wystąpiły, o koleżankach i kolegach po fachu, jakimi zasadami kierowały się w życiu, jak widzą same siebie...

Oprac. Ryszard Zaprzałka



09:28, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2012

Z cyklu znani i nieznani…



To kolejna wystawa w cyklu „Tarnowscy Artyści w Galerii Muzealnej”, realizowana w ramach współpracy przez Muzeum Okręgowe w Tarnowie i Związek Polskich Artystów Plastyków, Okręg Tarnowski. Tym razem swoje prace zaprezentowała tam znana tarnowska malarka, graficzka i… ceramiczka Renata Stadler. Wernisaż "Opowieści galicyjskich" odbył się 29 października 2012 r., w Galerii „Piwnica” gromadząc całkiem spore grono koneserów dobrego malarstwa. Artystka jest absolwentką tarnowskiego Liceum Sztuk Plastycznych, oraz PWSSP we Wrocławiu, gdzie studiowała na Wydziale Malarstwa, Rzeźby i Grafiki. W roku 1994 uzyskała dyplom w pracowni malarstwa profesora Konrada Jarodzkiego. Od roku 2003 jest członkiem ZPAP Okręg Tarnowski. Jest pani Renata artystką o wszechstronnych zainteresowaniach i różnorodnym warsztacie twórczym, wykorzystywanym do ich realizacji. Wciąż poszukuje nowych tworzyw i środków wyrazu. Oprócz malarstwa zajmuje się grafiką i ceramiką.  Za swoją działalność twórczą otrzymała wiele nagród i wyróżnień. Swoje prace prezentowała na wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą, m.in. w Warszawie, Zielonej Górze, Wrocławiu, Zgorzelcu, Krakowie, Tarnowie, Kielcach, Konstancinie - Jeziorna i zagranicą m.in. na Węgrzech, Ukrainie, Słowacji, we Francji, Włoszech, Rumuni. Jej prace znajdują się w zbiorach BWA Galeria Miejska w Tarnowie i prywatnych w kraju, oraz zagranicą, w Kanadzie, USA, Niemczech, Francji, Węgrzech i Szwecji. A oto wywiad , jakiego R. Stadler udzieliła M. Talbotowi z G.K.




W tajemniczych piwnicach Muzeum Okręgowego zapraszasz na „Opowieści galicyjskie”, a dlaczego nie na prowansalskie?
Prowansji jeszcze nie znam, a  Galicję mam na co dzień. Od urodzenia jestem przesiąknięta kresami, Galicja, jej wielokulturowością, tradycja, przede wszystkim rodzinna. To korzenie mojego życia. Zamiast o Prowansji wolałabym opowiadać swoim malarstwem o Meksyku, tym pełnym koloru i światła. Do Meksyku mi coraz bliżej jak do marzenia o nim.

Wystawa jest urocza i spokojna. Faktycznie opowiada. Odeszłaś od ekspresji, erotyki, instynktów, powykręcanej dzikości. Osiągasz spokój?
To nieprawda, ze odeszłam od tego. To tylko chwila, przerwa na spokój właśnie. Moja natura to niepokój, nieodłączny towarzysz mojego życia. Ta wystawa, jej spokój, to ukłon w stronę rodziny, a ta – jak wiemy – jest, lub być powinna wielowątkowa, spokojna opowieścią.

Jak radzisz sobie na rynku sztuki? Nie ciągnie cię do tego co na topie, „że im nie wyraźniej, tym lepiej”, do kariery, kasy, blichtru?
Mam świadomość tak zwanego rynku sztuki, jego łatwizny, złudzeń, pułapek. Koncentruję się
na poszukiwaniu i wyrażaniu siebie. Taka jestem, inaczej nie potrafię, nigdy pod publiczkę. Wole dobre rzemiosło i prawdę, jak najwięcej prawdy. Ta mija się z blichtrem, sławą, kasą czy modą.

Czy to już pokora do sztuki, do tajemnicy, czy jakiś etap na drodze do niej?
Pokora, całe życie pokora. Szacunek do swoich profesorów, którzy uczyli mnie, jak korzystać z ich wiedzy i jak nauczyć się pracować, walczyć, wyć i śmiać się aż do finalnego efektu na płótnie czy papierze. Chociaż ten finalny efekt nigdy nie jest skończony, nie zawsze budzi
mój zachwyt.

 

Odnoszę wrażenie, że Tarnów jest dla ciebie za ciasny, że twoje malarstwo chce uciec?
Zawsze mnie stad darło. Uciekam po kolor, ciągną mnie wielkie przestrzenie. Ale wracam po dystans do siebie, do życia, do wszystkiego.

Ten najważniejszy obraz namalowałaś, czy dopiero namalujesz?
Wydaje mi się, ze ten najważniejszy zawsze jest do namalowania. Tak jest przy każdym, który skończę malować. Taka nieskończoność tego mojego niepokoju i obowiązek wobec
sztuki

Zatem niech się w dalszym ciągu maluje. Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: Paweł Topolski



09:18, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 listopada 2012



Rosjanie po katastrofie smoleńskiej zachowywali się skandaliczne. Pierwsze ofiary zidentyfikowane zostały kilka godzin po katastrofie. Był wśród nich prezydent Lech Kaczyński, którego ciała musieli strzec oficerowie BOR, bo Rosjanie chcieli je wywieźć. Nie wiadomo dokąd. Ciało polskiego prezydenta Rosjanie przewozili w skandalicznych warunkach – na odkrytej platformie zdezelowanej ciężarówki. Robili zdjęcia ciała prezydenta, które niedawno opublikowali w internecie. Z ciałami innych ofiar obchodzono się jeszcze gorzej – leżały brudne w błocie albo na foliowych workach. Kilka ofiar zostało okradzionych przez rosyjskich żołnierzy. Równie źle Rosjanie przeprowadzali sekcje i identyfikacje. – Nikt tego nie sprawdzał. Na kanapie wśród tych worków siedziało trzech typków. Coś pili, jedli kanapki z kiełbasą, a potem wstawali i pakowali do trumien. Nikt ich nie pilnował. Nie widziałem też polskich prokuratorów, którzy dopilnowaliby tego pakowania. Nie wiem, czy ktoś pilnował, jak ciała były wkładane do worków – ujawnił Dymitr Książek, polski lekarz, który był w Moskwie. To, jak obchodzono się z ciałami, wyszło na jaw po przeprowadzonych w Polsce ekshumacjach i sekcjach. W workach z ciałami są śmieci, gałęzie i ziemia. Wewnątrz zwłok polscy lekarze znajdowali kawałki brudnej gazy, niedopałki papierosów, nity z poszycia samolotu, gumowe rękawice. W głowie Anny Walentynowicz (†81 l.) nawet rękaw marynarki ! Jak mogło do tego dojść? Polscy lekarze nie byli obecni przy sekcjach zwłok. Mało tego, podczas zamykania trumien nikt nie sprawdzał, czy w danej trumnie jest ciało wskazane w dokumentacji. „Wyglądało to tak: każda trumna miała numer i tabliczkę, ciała były zapakowane w worki, na górze leżała dokumentacja. Sprawdzaliśmy, czy dokumenty pasują do numerów” – zeznawali zgodnie żołnierze, lekarze i dyplomaci.

Zostały wątpliwości i pytania

Z siostrą Marią Ślipek ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa Sacré Couer w Tarnowie, uczestniczącą w procesie identyfikacji ofiar katastrofy pod Smoleńskiem w kwietniu 2010 roku, rozmawiała Dorota Jucha.

Wiadomość o katastrofie rządowego samolotu dotarła do Polski w sobotni poranek 10 kwietnia 2012 roku. Siostra była wtedy na terenie Rosji, kilkaset kilometrów od miejsca zdarzenia. Jak tam zareagowano na te informacje?
Przez bardzo długi czas pracowałam w Moskwie, najpierw w latach 1993-1999, a potem 2002 – 2012. Wróciłam do Polski cztery miesiące temu. Ostatnie dziesięć lat pracowałam wśród Polonii, zajmując się między innymi katechizacją dorosłych, umożliwiając im kontakt z językiem polskim. Z placówki w Moskwie zaczęłam dojeżdżać co sobotę i niedzielę do Tweru. To tam dotarła do mnie informacja o katastrofie. Dzięki telewizji satelitarnej mogliśmy śledzić kolejne wiadomości. Pierwsze reakcje trudno zdefiniować. To może nie tyle był koszmar, co ból i smutek. I pytanie dlaczego, czemu to zdarzenie ma służyć. I zaraz też rozdzwoniły się telefony od Rosjan, którzy składali nam wyrazy współczucia, mówili, że są z nami w tej trudnej sytuacji. To, co mnie wzruszyło, to ludzie przychodzący do kościoła i przynoszący kwiaty w takim spontanicznym geście. W niedzielę obok ogrodzenia kościoła paliły się świece, leżały kwiaty. Wróciłam do Moskwy. Tu we wspólnocie dało się odczuć żal i smutek, i jakąś niepewność. Odprawiono mszę w intencji ofiar, w moskiewskiej katedrze złożono sporo kwiatów. Ogrodzenie wokół polskiej ambasady też było obłożone kwiatami. We mnie samej pojawiło się pytanie, co ja mogę zrobić. Mogę ofiarować modlitwę. I z taką myślą poszłam spać.

To w Moskwie poproszono siostrę o pomoc w związku z katastrofą. Jakie były oczekiwania?
Zadzwoniła jedna z sióstr zakonnych z informacją, że i siostry, i księża z parafii jadą do Zakładu Medycyny Sądowej w Moskwie, by przygotować tam ołtarz i miejsce do modlitwy. Zapytano mnie, czy nie chciałabym w tym uczestniczyć. Zgodziłam się. Już w drodze jeden z księży zapytał mnie, czy w razie takiej potrzeby zgodzę się pomóc jako tłumacz. Odparłam, że nie jestem zawodowym tłumaczem, ale jeżeli będzie potrzebna pomoc, to oczywiście, po to tu jestem. Na miejscu pozytywnie zaskoczyła nas duża życzliwość i chęć pomocy ze strony Rosjan, od ochrony po personel pomocniczy, lekarzy. Salę, która miała być kaplicą, przygotowaliśmy bardzo szybko. Już w międzyczasie poproszono mnie, by pomóc w tłumaczeniu rozmów z bliskimi osób, które zginęły w katastrofie. Do Moskwy przyleciały rodziny z Polski, by zidentyfikować ciała swoich bliskich. Na parterze były takie dosyć duże pomieszczenia, w których w moskiewskich szpitalach można zebrać się na pogrzeb. Tam dokonywano identyfikacji ciał.


Jak przebiegał sam proces rozpoznawania ciał?
Rodzinom wyjaśniano, że będzie przy nich prokurator, tłumacz, psycholog, że na początek chodzi o zdobycie od rodzin informacji o poszczególnych ofiarach katastrofy, co może ułatwić rozpoznanie ciał. Rodziny przywiozły ze sobą zdjęcia, jakieś pamiątki. W takim wywiadzie rodzinę dopytywano o cechy bliskich, znaki szczególne, jakieś blizny, ślady po operacjach, w co byli ubrani, co mogli mieć ze sobą, może kolczyki, zegarek, pierścionek, inne rzeczy osobiste, dokumenty. Ważna była każda informacja. Strona rosyjska też miała ze sobą sporo materiałów, informacji i zdjęć, ale nie wiem skąd i jak to było organizowane. Zapewne były to także zdjęcia z miejsca katastrofy. To była już taka próba wstępnej identyfikacji.

Czyli tu zaczynał się ten etap identyfikacji, w którym już bezpośrednio uczestniczyli bliscy ofiar katastrofy?
Tak. Konkretne rodziny typowano do rozpoznania konkretnych ciał. Nie było to przypadkowe. Do tych pomieszczeń wprowadzano po kilka rodzin dopiero w momencie, gdy były jakieś pierwsze informacje, że to może być ktoś z ich bliskich. I systematycznie przywożono kolejne ciała z pomieszczeń w podziemiach, wprowadzano kolejne rodziny. Ja osobiście uczestniczyłam w identyfikacji trzech osób. Pierwsze ciało było trochę poobijane i pozszywane. Mężczyzna został rozpoznany przez swoją żonę. Ważne okazywały się często rysy twarzy, chociaż to też bywało mylące, bo po takiej katastrofie te rysy mogły zostać mocno zniekształcone. Rozmawialiśmy z rosyjskimi lekarzami, którzy mówili nam, że w przypadku takiej katastrofy to są sekundy – następuje potężne uderzenie i może się zdarzyć, że głowy niektórych osób będą całkowicie rozbite. I z takim przypadkiem też się zetknęłam. Tu było trudniej dokonać identyfikacji, ale chyba też się udało. Były też tylko fragmenty ciała do identyfikacji. Wtedy przykrywano je prześcieradłem, ale były w nim otwory i można było zobaczyć nogę, bok, rękę. Jeżeli były jakieś znaki szczególne na tych fragmentach, to przez te otwory było je widać. Identyfikacji w jednym takim przypadku dokonywał bratanek tej osoby. Na podstawie fragmentów ciała stwierdził, że nie ma wątpliwości, do kogo należą. Proponowano mu wykonanie badań genetycznych, ale mówił, że badanie niczego nie wykaże, bo jego pokrewieństwo z ofiarą jest zbyt dalekie.

Co dalej działo się z ciałami już rozpoznanymi?
Jeżeli ciała zostały zidentyfikowane, umieszczano przy nich tabliczki z nazwiskami. Potem ciała wkładano do worków foliowych, a następnie do wewnętrznej, metalowej trumny, dokładano czasami jakieś rzeczy należące do danej osoby, zakrywano i spawano wieko. A potem to wszystko zamykano w drewnianej trumnie przygotowanej do transportu do Polski. Tym zajmowali się polscy żołnierze. Na trumnach przybijano tabliczki z nazwiskami.


Z jakimi reakcjami ze strony bliskich ofiar siostra się spotkała?
Czasem lekarze radzili, by nie oglądać zwłok, uprzedzali, że to może być trudne dla bliskich. Wiedzieli, w jakim stanie są ofiary katastrofy. Oczywiście, byli gotowi podać środki uspokajające, udzielić innej pomocy. Czasem ktoś z bliskich reagował głośnym płaczem, ktoś inny był w szoku, dla kogoś jeszcze innego to zobaczenie ciała okazywało się jakąś ulgą, okazją do pożegnania. Do kaplicy ludzie przychodzili zwykle już po identyfikacji ciał. Niektórzy modlili się w ciszy, inni prowadzili jakiś dialog z tymi, którzy już nie wrócą.

Teraz na jaw wychodzą błędy przy identyfikacji, planowane są kolejne ekshumacje ofiar katastrofy. Informacje o pomyłkach były dla siostry zaskakujące?
Sam proces bezpośredniej identyfikacji ciał trwał tylko dwa dni. Powiedziano nam, że to, co można było zidentyfikować, zostało takiej weryfikacji poddane właśnie w tym czasie. A potem to już będzie bardzo trudno określić, do kogo należy ciało czy nawet jego fragmenty, szczątki. Krewni ofiar wyjechali wtedy z Moskwy, a dalsze identyfikacje miały być oparte o badania. Dziś jestem trochę zaskoczona informacjami chociażby o pani Annie Walentynowicz. Bo przecież rodzina rozpoznała ciało, nie było wtedy żadnych wątpliwości, to skąd zatem pomyłka. Oczywiście, pomyłki mogły się zdarzyć, ale dlaczego do nich doszło? Zaskoczeniem są dla mnie pomyłki tam, gdzie nie miały prawa się pojawić. Ale nie znam też wszystkich przypadków podczas identyfikacji. Natomiast nie dziwią mnie informacje o tym, że w trumnie było trochę błota, jakaś trawa. Przecież w takiej katastrofie to ziemia nasiąkła krwią, a fragmenty ciał zebrano z miejsca katastrofy. Niektóre ofiary rozpoznawano po kolorze lakieru na paznokciach, pierścieniu… Możliwe, że w pochowanych trumnach znajdują się fragmenty ciał, co do których tożsamości są wątpliwości. Taka sytuacja nie byłaby zaskoczeniem.

Co w takiej sytuacji można powiedzieć rodzinom ofiar, które początkiem listopada modlić się będą nad grobem swoich, a być może nie swoich bliskich?
Dla wierzących to wiara jest tutaj podtrzymaniem, bo potraktują śmierć jako chwilową rozłąkę. Ale gdy tej wiary nie ma, to pamiętać trzeba, że grób jest miejscem pamięci, wspomnieniem tego konkretnego, bliskiego nam człowieka. Liczy się to, czego ten człowiek dokonał. Te rodziny nie wiedzą, do kogo się zwrócić, by ich nie oszukano, nie okłamano, o coś nie posądzono. Właściwie to nadal przeżywają swój żal i ból, żałoba nie została zakończono, a teraz jeszcze te wątpliwości. Z drugiej strony nie umieliśmy jako społeczeństwo poradzić sobie z tą tragedią. Nie wiedzieliśmy jak uszanować ból i intymność tego bólu u bliskich ofiar, by nie wynosić go przed oczy wszystkich i nie wykorzystywać do rozmaitych celów. Ale mimo to jestem przekonana, że z tej tragedii narodzi się dobro. Ale na to musimy poczekać…       

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: tygodnik TEMI


17:05, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 listopada 2012

Tylko czy nas skarlałych i zszarzałych stać jeszcze na to...


14:49, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 listopada 2012

 

 

 Wszystko zaczęło się w 1918 r. kiedy to po 123 latach zaborów państwo polskie odrodziło się i wybiło na niepodległość. Jesienią 1918 r. dobiegała końca I wojna światowa, która przyniosła klęskę wszystkim trzem zaborcom. Rosja pogrążyła się w zamęcie rewolucji i wojnie domowej, wielonarodowa monarchia austro-węgierska rozpadała się i chyliła ku upadkowi, a Niemcy uginały się pod naporem wojsk Ententy. Dla Polaków była to niepowtarzalna szansa, aby móc odzyskać utracony byt państwowy. Widząc klęskę zaborców, Polacy zaczęli przejmować władzę wojskową i cywilną tworząc zręby przyszłego państwa. W dniu 28 października 1918 roku w Krakowie powstała Polska Komisja Likwidacyjna, która zaczęła przejmować władzę z rąk Austriaków na terenie Galicji i Śląska Cieszyńskiego. Przypieczętowaniem jej dzieła było w kilka dni później rozbrojenie załogi austriackiej przez członków konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej oraz legionistów i młodzież. W dniu 1 listopada 1918 r. we Lwowie wybuchły walki polskiej ludności z Ukraińcami, którzy proklamowali powstanie Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej.  W nocy z 6 na 7 listopada powstał w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod kierownictwem Ignacego Daszyńskiego, w którego skład weszli przedstawiciele PPS, PPSD i PSL „Wyzwolenie”. Równocześnie podległe rządowi oddziały przystąpiły do rozbrajania wojsk okupacyjnych na Lubelszczyźnie i Kielecczyźnie. W tym właśnie czasie powrócił do kraju Józef Piłsudski, więziony od lipca 1917 roku przez Niemców. W dniu 10 listopada 1918 roku przybył on do Warszawy. Jego przyjazd wywołał entuzjazm ludność stolicy i masowe rozbrajanie okupantów na terenie całej Kongresówki. W dniu 11 listopada Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu Naczelne Dowództwo nad formującym się Wojskiem Polskim, a trzy dni później przekazała mu całą władzę cywilną. Dzień wcześniej podporządkował mu się również Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej w Lublinie. Józef Piłsudski powołał nowy centralny rząd, który w dniu 21 listopada wydał manifest zapowiadający reformę rolną i nacjonalizację niektórych gałęzi przemysłu, uzależniając jednak ich przeprowadzenie od postanowień przyszłego Sejmu Ustawodawczego. Jednocześnie Józef Piłsudski wprowadził bardzo korzystne dla robotników warunki pracy i zapowiedział wybory parlamentarne. W dniu 22 listopada Józef Piłsudski ogłosił się Naczelnikiem Państwa i razem z premierem podpisał dekret o tymczasowych władzach Republiki Polskiej. O utrwalenie i utrzymanie dopiero co odzyskanej niepodległości przyszło narodowi polskiemu toczyć krwawe boje. W dniu 27 grudnia 1918 r. wybuchło powstanie wielkopolskie, które przywróciło Wielkopolskę do macierzy. W Galicji Wschodniej trwały zacięte walki z Ukraińcami, a na wschodnich kresach Polski oddziały samoobrony walczyły z bolszewikami. Ponadto trzeba było trzech powstań śląskich, by część Górnego Śląska znalazła się w granicach Polski. Przypieczętowaniem dzieła odrodzenia Rzeczypospolitej była Bitwa Warszawska, w której naród polski obronił odzyskaną niepodległość. Dzień 11 listopada, w którym Józef Piłsudski przejął władzę, dla uczczenia powstania suwerennego ośrodka władzy odrodzonej Polski, został w 1937 roku oficjalnie ogłoszony świętem narodowym. Jednak dzień ten był już od 1919 roku obchodzony jako Święto Niepodległości. Od tego czasu jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych przez Polaków w kraju i zagranicą. Po II wojnie światowej władze Polski Ludowej usunęły Święto Niepodległości z kalendarza, ale nie z serc Polaków. Środowiska niepodległościowe nadal obchodziły kolejne rocznice 11 listopada 1918 roku. Dopiero w 1989 roku Sejm IX Kadencji przywrócił narodowi to święto. A jak przywracano niepodległość w Tarnowie? Interesująco dywaguje o tym Jerzy Reuter:




Pierwsze niepodległe miasto Tarnów

Przez wszystkie lata zaboru austriackiego, krążyła po Tarnowie dziwna legenda, wedle której, tuż przed odzyskaniem niepodległości ojczyzny, nurty Dunajca, płynącego obok góry świętego Marcina, zaczerwienią się od krwi. Przepowiednia owa zaczęła się urealniać, gdy w 1914 roku po bitwie pod Łowczówkiem wody rzeki zabarwiły się na czerwono od  ran polskich legionistów. Nastała pierwsza wojna światowa, nazwana przez ogrom ofiar Wielką Wojną. Wśród setek tarnowian, idących ochotniczo na front, znaleźli się niemal wszyscy mężczyźni znanej tarnowskiej rodziny Stylińskich. Ojciec Franciszek i trzej nastoletni synowie – najmłodszy Karol miał zaledwie 13 lat - ruszyli na wojnę, rozpoczynając swoją wielką bitwę o niepodległość. Tarnów owych czasów był miastem bardzo znaczącym w Galicji. Prawie czterdziesto tysięczna metropolia wrzała od ruchów niepodległościowych, które nasiliły się wraz z wybuchem wojny, odświeżając nadzieję na wolną Polskę. Po wejściu do miasta Rosjan ustały nabory młodzieży do legionów i organizowanie wszelakiej pomocy dla walczących – z tego okresu pochodzi tak zwana „Tarcza Legionów”, w którą każdy darczyńca mógł wbić na pamiątkę swój gwóźdź, w zależności od wysokości datku czarny, lub biały.

Nadzieje na wolną Polskę podsycił wydany 5 listopada 1916 roku akt cesarza niemieckiego i austriackiego, proklamujący utworzenie z byłego Królestwa Polskiego państwo samodzielne z dziedziczną monarchią i konstytucyjnym ustrojem. Wzbudziło to wielkie nadzieje także wśród Polaków w Galicji, spodziewano się bowiem jej połączenia z mającym powstać odrodzonym państwem polskim. Od tego czasu słowo „niepodległość” przestało być słowem zakazanym i niepolitycznym. 9 listopada 1916 roku, radni zwołani przez burmistrza na uroczyste zebranie w Ratuszu, z udziałem przedstawicieli wszystkich władz duchownych, rządowych, oraz wojskowych i licznej publiczności, uchwalili jednomyślnie nazwać ulicę Krakowską, ulicą „Niepodległości”, a wieczorem tego dnia odbył się uroczysty pochód przez całe miasto. Wcześniej zaś w kościele katedralnym odprawił nabożeństwo dziękczynne ks. infułat Józef Bąba.

W tym czasie czterej Stylińscy walczyli na niemal wszystkich frontach I wojny. Przemierzali wraz z polskimi kompaniami cały wschodni front, będąc dowódcami, oficerami i bohaterami. Przełomowym rokiem dla ruchu niepodległościowego podczas I wojny był niewątpliwie rok 1917. Wybuch rewolucji bolszewickiej, przystąpienie do wojny Stanów Zjednoczonych i kryzys wojskowy w Legionach spotęgowały polityczne przyśpieszenie w pracach Rady Regencyjnej i nadzieję Polaków na ojczyznę z dostępem do morza. 

 Rok 1918 był ostatnim rokiem wielkiej wojny. Zdawano sobie wówczas sprawę, że tragiczne zmagania państw i narodów zmierzają ku końcowi. Już na początku tego roku w Tarnowie zaczęły się rozruchy głodowe. Racje chleba zostały zaniżone do połowy, a w odwecie organizowane były liczne protesty, groźba strajku robotników elektrowni, gazowni i wodociągów miejskich. Na wiosnę powrócił z wojny Jan Styliński. Ciężko ranny na włoskim froncie został uznany za niezdolnego do służby wojskowej i po próbach podjęcia nauki we Lwowie przeniósł się do rodzinnego Tarnowa. Po założeniu przez Władysława Dziadosza POW ( Polska Organizacja Wojskowa ) Styliński rzucił się w wir pracy organizacyjnej. Dziadosz i Styliński, jako byli oficerowie Legionów, doskonale zdawali sobie sprawę z wielkości swoich poczynań i doszli do przekonania, że sytuacja w mieście dojrzała do przewrotu. Wieczorem 28 października, zmobilizowani na rozkaz Stylińskiego, tarnowscy peowiacy, oczekiwali na działania w sali strzelnicy w parku miejskim. Dziadosz rozpoczął pertraktacje z polskimi oficerami z 20 pułku piechoty. Na strzelnicę przybył też z harcerzami Adam Ciołkosz. Styliński podzielił wszystkich na plutony. Część peowiaków i harcerzy wysłał na dworzec kolejowy, gdzie mieli rozbrajać przejeżdżających żołnierzy austro-węgierskich, reszta pozostała na strzelnicy i ćwiczyła musztrę.

30 października wieczorem zapadła decyzja o rozpoczęciu przewrotu wojskowego w Tarnowie. Styliński spotkał się z Dziadoszem, kilkoma polskimi oficerami z 20 pułku piechoty i wydali rozkaz o rozbrojeniu żołnierzy austriackich i przejęciu władzy w niepodległym Tarnowie.  Oficerowie Jakubiczka i Gaebel złożyli poręczenie za podległych im żołnierzy, w większości górali z Podhala. Zwołano też posiedzenie powstałego wcześniej cywilnego Komitetu Samoobrony, który miał omówić przejęcie władzy cywilnej w mieście.

Komendantem już polskiego garnizonu tarnowskiego został pułkownik 20 pułku piechoty Kajetan Amirowicz, nic niewiedzący o przygotowywanym przewrocie. Na wieść o tym rozpłakał się, a jego adiutant porucznik Goebel wydał uroczysty pierwszy rozkaz do żołnierzy polskich: "Służymy odtąd swemu narodowi i rządowi. Stańmy się jego obroną, podporą i wyrazem siły. Krew nasza odtąd do Polski należy i tylko za nią gotowiśmy ją przelać. Niech żyje rząd polski w Warszawie! Niech żyje armia polska! Niech żyje polski od dziś pułk dwudziesty!".

 

Austriaccy oficerowie bez żadnego oporu zgodzili się na wyjazd z Tarnowa, pod warunkiem jednak zapewnienia im bezpieczeństwa podczas podróży. Ostatni generał  z początku się opierał, ale w końcu wyraził zgodę na oddanie władzy wojskowej w mieście pułkownikowi Amirowiczowi. Do godziny ósmej rano 31 października, austriackie władze wojskowe w Tarnowie zostały obalone. Żołnierze polscy 20 pułku piechoty, POW i harcerze obsadzi1i starostwo i magistrat, a potem sąd, pocztę, koszary i dworzec kolejowy. Przejęto 17 karabinów maszynowych i 2 samoloty, udaremniono odjazd transportów kolejowych z żywnością na zachód. Punktualnie o godzinie ósmej rano delegacja cywilna zjawiła się u starosty Reinera. Prezes Komitetu Narodowego Stanisław Nożyński ogłosił przejęcie władzy przez państwo polskie, a starosta natychmiast złożył przysięgę na wierność niepodległej ojczyzny. Franciszek Styliński otrzymał zadanie tworzenia struktur policji państwowej w Tarnowie, a jego syn stworzył z POW kompanię wojska polskiego. W połowie listopada kompania ta została włączona do 5. pułku piechoty Legionów i wraz ze swoim dowódcą kapitanem Janem Stylińskim wyjechała z Tarnowa na front walczyć o polski Lwów.

Dwie i pół godziny po przewrocie tarnowskim nastąpił podobny w Krakowie. Około godziny 10.30 zajęto tam odwach na rynku głównym i przystąpiono do rozbrajania Austriaków. Właściwym inicjatorem przewrotu w Krakowie był porucznik tarnowskiego pułku piechoty Antoni Stawarz, syn robotnika kolejowego z Tuchowa, a władzę wojskową w Krakowie przejmowali żołnierze i chłopi spod Tarnowa, którzy służyli w 57 p. p. nazywanym „Dziećmi Tarnowskimi”. Kilkanaście godzin później podobnego przewrotu w Cieszynie dokonał 31 pułk strzelców, oswobadzając miasto i nadając mu niepodległość.

Kazimierz Bańburski, kustosz Muzeum Okręgowego w Tarnowie, nie bez racji zadaje bardzo ważne pytanie, stanowiące środek ciężkości wszelkich rozważań na powyższy temat:
 „Czy warto o to pierwszeństwo Tarnowa, dziś po 90-ciu latach, się spierać? Chyba jednak warto. Nie tylko może z powodu lokalnego patriotyzmu, ale też z powodu dociekania prawdy historycznej, na ile pozwalają na to wiarygodne źródła. Przecież to sedno pracy historyków”.

/za zbiory Muzeum Okręgowego w Tarnowie/

Jerzy Reuter


16:58, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 listopada 2012

Pociąg Pancerny nr 54 zwany „Groźnym” dojechał jedynie do Biadolin. Tam został zniszczony przez Polaków, żeby nie służył Niemcom.

Przez ostatnie dni, forpoczty wrogich wojsk, niemieckie bombowce, zdążyły już kilkakrotnie przeciąć tarnowskie niebo. Za ogonami samolotów posnuły niszczycielskie pociski, spadając na największy obiekt przemysłowy w okolicy – Fabrykę Związków Azotowych i inne pomniejsze zakłady. Kilka, szczęśliwie niewiele, trafiło w obiekty mieszkalne. Nie trzeba było długo czekać, aby za tymi fatalnymi zwiastunami wojny, wkroczyły niemieckie oddziały. Okupant z marszu zajął się wprowadzaniem swoich porządków, a tymczasem na rogatkach miasta… Może nie na samych rogatkach, ale przecież niedaleko, zaledwie kilka kilometrów na zachód od Tarnowa, w Biadolinach, grupa niemieckich żołnierzy powoli zbliżała się do toru kolejowego. Teren był opustoszały, kto mógł, poukrywał się przed nadciągającymi od Wojnicza Niemcami. Obawę wzbudzał zastygły w bezruchu stalowy smok, pancerny pociąg w polskich barwach. Z wysokości nasypu, podejrzanie cicho, spoglądały ślepe otwory strzelnic, nieruchomo sterczały lufy dział. Pociąg był pusty…

Pociągi pancerne zmobilizowane do walk w kampanii wrześniowej, można by policzyć na palcach jednej ręki. Ten specyficzny rodzaj broni, jak pokazała historia, potrafił być niezwykle skuteczny. Jeśli tylko w pobliżu rejonu walk prowadziła linia kolejowa, taki pociąg nie tylko wspierał inne oddziały silnym, artyleryjskim ogniem, ale ewakuował rannych. Równie dobrze mógł w każdej chwili rzucić do bitwy silnie uzbrojonych żołnierzy, albo nawet sprzęt bojowy, który przewoził na platformach czołgi i tankietki.

Jednym z pociągów pancernych służących polskiej armii we wrześniu 1939 roku, był „Groźny”. W zasadzie, formalnie nosił nazwę pociągu pancernego nr 54, ale „Groźny” był nazwą historyczna, pochodząca jeszcze z lat wojny polsko-bolszewickiej. Wówczas Polakom udało się zdobyć nieco sowieckiego taboru pancernego, który w kolejnych latach wykorzystano do tworzenia nowych składów, m.in. „Groźnego”.

Pierwsze uderzenia po przekroczeniu przez armie III Rzeszy 1 września 1939 roku polskich granic, przyjęła na siebie Armia Kraków, a konkretnie jej Grupa Operacyjna „Śląsk”. Tam właśnie, praktycznie bez wytchnienia, walczyła załoga „Groźnego”.

„Powoli toczy się ten potwór ku nam z prawej strony na lewo... Przystaje, przez minutę prowadzi ogień, jedzie znów dalej. Pluje na nas takim gradem pocisków, że każdemu wydaje się, iż nadeszła jego ostatnia chwila. Raz jeszcze rozpętuje się to piekło, kiedy wracając pociąg przejeżdża koło nas” – wspomina nieznany niemiecki żołnierz.

Szybko następuje klęska tragicznej bitwy pod Pszczyną (walki 1 i  2września,w których udział brał również tarnowski 16. Pułk Piechoty, ponosząc znaczne straty), po której „Groźny” otrzymuje rozkaz wycofania się na Tarnów, a później dalej, na Rzeszów.

Teraz „Groźny” stoi opuszczony, a wokół gromadzą się Niemcy. Co tu się wydarzyło, dlaczego Polacy pozostawili jeden ze swoich niewielu pancernych pociągów w tej zapadłej okolicy? Sprawa wyjaśnia się szybko, ukrócając przedwczesną radość niemieckich żołnierzy z łatwej zdobyczy. Zaledwie pobieżny ogląd wykazuje, że „Groźny” jest zupełnie niezdatny do służby. W zasadzie stanowi teraz jedynie wielka, stalową atrapę: zniszczona lokomotywa, zero broni, zero amunicji, nawet ruszyć się nie da, ponieważ łożyska zasypane są piaskiem!

Tymczasem, tego samego dnia, 6 września, kilka godzin wcześniej, Tarnów znajduje się zaledwie o krok od walk toczących się na linii Dunajca, na której planowane było zatrzymanie ofensywy niemieckiej. Od Żabna, przez Zbylitowską Górę, po Zgłobice, polskie oddziały nie są w stanie zatrzymać wroga. Część przepraw przez rzekę niszczą niemieckie bombowce, kluczowy most kolejowy wysadzają w powietrze polscy saperzy z 24. dywizji piechoty.

„Groźny” spóźnia się o minuty. Chwila wcześniej i może udałoby się przekroczyć Dunajec. Niestety, wysłany z pociągu zwiad jednoznacznie przedstawia sytuacje: dalej nie pojedziemy. Nie ma też możliwości powrotu. Wiadukt w Podłężu wysadzony, kto wie, czy w międzyczasie niemieckie bomby nie dokonały kolejnych zniszczeń na trasie; przecież jadąc już w kierunku Tarnowa, trzeba było kilkakrotnie naprawiać torowisko. Kolejne sygnały donoszą, że od strony Wojnicza, w szybkim tempie nadciągają wrogie oddziały. Nie ma wiele czasu na zastanowienie. Kapitan Kulesza, dowódca „Groźnego”, ma, jak to zwykle bywa, dwa wyjścia. W tym przypadku, albo pozostać i bronić się do ostatniego naboju, albo…rozbroić pociąg i ze wszystkim tym, co da się unieść, przedrzeć się do innych polskich jednostek.

 Członek załogi pociągu, kapral Józef Siniakiewicz, przypomina nerwowe chwile rozbrajania „Groźnego”: „Następnie kazał mi (kpt. Kulesza) wymontować wszystkie karabiny maszynowe i zabrać amunicje na wóz ciężarowy. Plutonowy Franciszek Majcher i kapral Zenon Kułakowski z 18 żołnierzami zdemontowali zamki dział, przyrządy celownicze, zawinięte w plandekę zatopili w pobliskim stawie. W czołgach rozbito silniki i chłodnice, bo już nie mieliśmy benzyny. Maźnice kół pociągu zasypano piaskiem, maszynista rozpalił pod kotłem i spuścił wodę, aby spowodować zniszczenie parowozu. Samochód ciężarowy stojący na platformie sprowadzono przy pomocy prowizorycznej rampy, zrobionej z szyn i podkładów. Plutonowemu Majcherowi – mechanikowi – udało się zjechać z platform”.

Były jeszcze „Dwa motocykle z przyczepami i mały fiat typu wojskowego zniesione przez żołnierzy. Po wykonaniu zadania plutonowy Majcher z żołnierzami załadował się na samochód ciężarowy, kapral Kułakowski siadł za kierownicą fiata, ja z plutonowym Skórą i st. Strzelcem Lenartem siedliśmy na drugi motocykl”.

Załoga „Groźnego” ruszyła na północny wschód, mając za sobą niemieckie oddziały. Szerokim łukiem omijając Tarnów, który w słusznych przypuszczeniach, musiał już być zajęty przez wroga. Podzieliwszy się w Szczucinie na dwie grupy, jednej udało się zasilić obsadę  innego pociągu pancernego, działającego wtedy jeszcze w okolicach Tarnobrzega.

Tymczasem „Groźny” unieruchomiony, stał w Biadolinach, dopiero po kilku miesiącach otrzymując kolejne„wcielenie”. Poszczególne wagony trafiły do dwóch niemieckich „panzerzugów”.

Czy gdyby „Groźny” zdążył przekroczyć Dunajec przed wysadzeniem mostu, mógłby pomóc w obronie Tarnowa? Tego pewnie już nigdy się nie dowiemy.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


09:48, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -