Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
środa, 28 listopada 2012

ml

16 czerwca minęło 40 lat od dnia, w którym ukazał się pierwszy album Roxy Music - zespołu, który w dziejach rocka był uważany za glamrockowy, progresywny, artrockowy, a w latach 80. nawet za new romantic. Krążek zatytułowany po prostu Roxy Music stał się jednym z najciekawszych debiutów w historii.

    Płyta ujrzała świat w czasie ofensywy glam rocka. Na nieco „wiochmenską” poetykę tego gatunku wskazywała nie tyle okładka, zaprojektowana przez lidera - Bryana Ferry’ego, ile jej wnętrze. Warto jednak podkreślić, że oprócz strojów, o czym poniżej, związki Roxy Music z glam rockiem były niewielkie. Na stronie frontowej okładki, w jasnoróżowej kolorystyce, roznegliżowana i wystylizowana na gwiazdę lat 50. znalazła się modelka Kari Ann Mueller.
    Fotografia dziewczyny była wysmakowanym zaproszeniem do galerii znajdującej się wewnątrz. Galeria natomiast zawierała zdjęcia muzyków ubranych i ucharakteryzowanych z quasi-burdelową estetyką. Czego tam nie było. Złocista kurtka Ferry’ego, utapirowana fryzura saksofonisty Andy’ego Mackaya, efektowne gogle gitarzysty Phila Manzanery, krzykliwa koszula Briana Eno, wzorzysty sweter basisty Grahama Simpsona i wreszcie czerwony kotylion perkusisty Paula Thompsona. Można było dostać mdłości. Wszystko to jednak było plastyczną prowokacją. Zresztą, po wysłuchaniu płyty, trudno było oprzeć się wrażeniu, że muzyka, a przynajmniej liczne jej fragmenty mają również prowokować.
    Płyta wydana przez wytwórnię Island, powstawała w londyńskich studiach nagraniowych zaledwie przez 16 dni marca 1972 roku. Jej producentem był Peter Sinfield, związany z King Crimson poeta i autor tekstów.
    Chris Shade (muzyk, pisarz i projektant) w recenzji płyty - zamieszczonej w książce wydanej u nas jako 1001 albumów muzycznych – pisał: krążek stanowił innowacyjną mieszankę rocka lat pięćdziesiątych, rechotliwego saksofonu i kosmicznej elektroniki, a wszystko było inspirowane pop-artem, którym interesował się lider.
    Andrzej Dorobek na łamach Magazynu Muzycznego (marzec 1986) rzecz ujmował tak: Najbardziej bodaj widoczną cechą nagranej muzyki jest różnorodność stylistyczna. Pod tym względem można wyróżnić trzy podstawowe czynniki: dynamiczny, ostro rytmizowany rock and roll, eksperymentalną muzykę z taśmy i tzw. doo-wop  - sentymentalną odmianę amerykańskiej piosenki lat 30-tych i 40-tych.
    Płytę otwierały dźwięki cocktail party. Tak zaczynał się utwór Re-Make/Re-Model zainspirowany obrazem Dereka Boshiera Re-Think/Re-Entry. To niby glam rock, ale słychać tu dziwną melorecytację brytyjskiej rejestracji samochodowej CPLS 93H i wyrafinowany śpiew Ferry’ego.
    W intro kompozycji Ladytron rekonstrukcja dźwięków lądowania na księżycu - autorstwa Briana Eno - jest zadziwiającym tłem dla kombinacji nowoczesnych i klasycznych instrumentów. W dalszej części sentymentalny zaśpiew Ferry’ego kontrastuje z gitarowym atakiem w instrumentalnym refrenie.
    Z kolei If There Is Something - jakby futurystyczne country. W tekście Ferry wskrzesza wyświechtane słowa piosenek o miłości i natychmiast ironicznie je unieszkodliwia: Dla ciebie udałbym się wszędzie / Zdobywałbym góry /... lub siedziałbym w ogrodzie / uprawiając całe zagony ziemniaków. W utworze tym, podobnie jak w Would You Belive?, moog i melotrony Eno zmagają się z prowokacyjnymi gitarami Manzanery.
    Artystowska ironia płyty przejawia się również w wokalnych popisach lidera, który potrafi swoiście „beczeć” (If There Is Something), albo też rwać frazy z kabaretową manierą (środkowa część See Breezes). Muzycznie krążek intrygował od początku do końca, a choć żonglowanie stylistykami z różnych nurtów muzycznych rodziło niebezpieczeństwo pospolitego eklektyzmu, to jednak muzycy wyszli z tego obronna ręką, osiągając wrażenie estetycznego dysonansu.
    Dziś ktoś może pomyśleć, że ten „zakurzony” krążek to tylko ciekawostka sprzed lat. Jednak można się dzięki niemu przekonać na ile twórcze, na ile odważne i inspirujące były niegdyś poszukiwania w obrębie szeroko pojętej muzyki rockowej.
    Czterdzieści lat temu Bryan Ferry powiedział: większość zespołu ma podejście natchnionych amatorów i jak długo uda nam się to utrzymać, wszystko będzie dobrze. Muzycy szybko stali się natchnionymi zawodowcami, a kolejne płyty udowodniły, że Roxy Music to jedna z najbardziej twórczych kapel tamtej dekady. Dziesięć lat po debiucie zespół wydał jeden z najpiękniejszych krążków lat  osiemdziesiątych – Avalon, ale to już zupełnie inna historia.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search

19:36, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2012

Pitaval tarnowski 98 Jerzego Reutera

Antoni Kwiat dokonał żywota na placu boju, a w chwili śmierci dzielnie dzierżył wielki nóż masarski w lewej dłoni. Jego tragedia zaczęła się jednak wiele lat wcześniej, gdy Antoni poznał swojego późniejszego przyjaciela i antagonistę równocześnie, niejakiego Marka Trytkę. Panowie zaprzyjaźnili się szybko, obaj mieli podobne zainteresowania i pasje, co przekładało się na zaufanie, jakim się darzyli. Razem kradli, pili alkohol i razem podrywali dziewczyny. Doszło w końcu do tego, że razem zamieszkali, co bynajmniej nie oznaczało, że stanowili jakąś wszeteczną parę, ale mimo wszystko, tak byli postrzegani.


Antoni był hutnikiem, a Marek przechodził przez swoje życie jako człowiek bez zawodu, wynajmujący się do każdej pracy, jaka się pokazała na jego ciasnym horyzoncie, czyli zatrudniał się najczęściej na budowie do noszenia cegieł i mieszania zaprawy murarskiej.
Ta "przepaść intelektualna" nie przeszkadzała przyjaciołom w życiu, ponieważ mieli wspólną pasję, która polegała na piciu wszystkiego co tylko ma procenty, z fioletową wód-ką, czyli denaturatem łącznie.
Różnili się tylko jednym, a mianowicie tym, że Antoni Kwiat po spożyciu alkoholu miał ciągoty bardziej do spania, a Marek Trytko wolał awantury i bójki, które wszczynał z każdym napotkanym na swej drodze człowiekiem.
Któregoś dnia panowie tak się zapomnieli w biesiadowaniu, że utracili przytomność i padli na podłogę w zajmowanym wspólnie mieszkaniu, jak to się mówi - bez ducha. Po kilku godzinach pierwszy obudził się Trytko i widząc przerażającą pustkę na stole, postanowił pójść w miasto, by jakoś podratować swoje skołatane serce, a nawet przynieść jakieś małe co nieco do domu dla przyjaciela. Nie zdawał sobie sprawy, że wypity wcześniej alkohol przestawił jego mózg na zupełnie inne tory i może go to doprowadzić do tragedii.
Pierwsze kroki skierował pod sklep, gdzie w milczeniu przesiadywali jego koledzy, zapijając nudę tanim winem i piwem. Tam uraczył się jedną butelką i poszedł dalej, na poszukiwanie bardziej wyrafino- wanej przygody. Wraz z wypijanym alkoholem nabierał, jak to najczęściej bywa, przekonania że jest największym siłaczem w mieście i nikt nie zdoła go pokonać, a nawet jest w stanie kruszyć mury gołymi rękoma. Jakoś nikt nie stanął rozjuszonemu Markowi na drodze, więc postanowił wrócić do domu, by przekazać część swojej siły przyjacielowi. Po wejściu do mieszkania był tak bardzo przekonany o nadprzyrodzonych zdolnościach, że obudził Antoniego i wezwał go na pojedynek z użyciem broni białej w postaci noży kuchennych. Biedny Kwiat nie miał wyjścia, bo Trytko był zbyt natarczywy, a posiadał na dodatek butelkę spirytusu, którą obiecał otworzyć po stoczonym pojedynku. Początkowo walka miała być honorowa i trwać do pierwszej krwi, ale w swojej zapalczywości panowie poszli dalej i dźgali się wzajemnie gdzie popadło. Antoni padł pierwszy, bowiem nie zasilił się przed pojedynkiem odpowiednia dawką alkoholu i był zbyt osłabiony. Trytko po wygranej walce zasiadł do konsumpcji przyniesionego spirytusu i padł obok przyjaciela już po kilku minutach.
Niestety, Antoni zmarł niebawem z powodu upływu krwi, a jego przyjaciel obudził się po kilku godzinach w łóżku należącym do miejscowej izby wytrzeźwień. Podczas śledztwa i rozprawy sądowej odmawiał wszelkich wyjaśnień, tłumacząc się niepamięcią.

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


22:10, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 listopada 2012

"Nie ma takiego talentu, by portretować życie innych ludzi. Portretuję swoje własne".

Najważniejsze wydarzenie 9. ArtFestu, już teraz uznane za wydarzenie roku, za nami. Od wernisażu 23 listopada do połowy stycznia Centrum Sztuki Mościce prezentuję wystawę czeskiego mistrza fotografii – legendarnego Jana Saudka, ale także malarza i grafika. Jednego z najwybitniejszych fotografików naszych czasów. Człowieka, który swoją fotograficzną, fantasmagoryczną szczerością urzekł cały świat. Jan Saudek zawsze wiódł życie niezależnego człowieka. Wyklęty we własnym kraju, stworzył fantastyczny świat wyobraźni, mistyczne miejsca przesiąknięte magiczną rzeczywistością. Jego obrazy w stylu "tableau vivant" i "pose plastique" przyniosły mu międzynarodową sławę. Tak samo zresztą jak akty, jeśli można je w ogóle tak sklasyfikować. Saudek ukazuje nagość i odkrywa piękno nawet w zepsuciu i deformacji. Używane przez niego rekwizyty wyczarowują dekadentyzm i elegancję fin de siecle'u, natomiast wrażenie nierealności jest potęgowane dzięki dziwnej kolorystyce, którą zaczął stosować w latach siedemdziesiątych. Jan Saudek jest w tej chwili najbardziej rozpoznawalnym na świecie czeskim fotografem. W 1972 - jak sam pisze - znalazł swoją Ścianę nie mając pojęcia, jak ważna i znacząca okaże się ona dla niego w przyszłości. Powstają wtedy jedne z jego słynniejszych dzieł - na tle odrapanej ściany pozują mu kobiety, które nijak nie mają się do teraźniejszych kanonów urody. Większość z nich jest albo otyła, albo kaleka; zawsze natomiast są to panie dojrzałe. Wiele głosów wskazuje na to, jakoby Saudek w swojej twórczości ocierał się o turpizm czy wręcz o wulgarność - to już jest jednak kwestia indywidualnej interpretacji.

"Nie używam komputera - nawet nie używam mojego Hasselblada! Wciąż staram się pracować używając bardzo prymitywnych narzędzi. Dobra powieść może być napisana zwyczajnym ołówkiem i żaden komputer nie jest do tego potrzebny. Być może rzeczywiście komputery mogą wzbogacić formę, ale tradycyjne zdjęcie, wywoływane na papierze jest wciąż bardzo cenne - jest bardziej trwałe". Tarnowska ekspozycja, której kuratorem jest Bogusław Hynek, to nie tylko sztandarowe przedsięwzięcie festiwalu, ale także największy pokaz fotografii Saudka, jaki kiedykolwiek był w Polsce. Kolekcję tworzą zdjęcia powstałe od lat pięćdziesiątych do czasów współczesnych, z najbardziej kontrowersyjnymi dziełami włącznie.  Saudek rozpoczął swą niezwykłą karierę w czasach komunizmu i to właśnie monotonia i szarzyzna tego okresu zrobiła z niego artystę. Fantastyczny, bujny świat marzeń, stał się dla Saudka ucieczką od dojmującej rzeczywistości. Zaludnił go postaciami równie charakterystycznymi, co niepokojącymi. Nagie, lub półnagie figury mężczyzn, a przede wszystkim kobiet, eksponujące swe ciała niemal do przesady, należą do najczęściej wykorzystywanych przez Saudka tematów. Nie unika on jednak motywów uniwersalnych oraz egzystencjalnych. Jednym z najważniejszych dzieł pierwszego okresu twórczości jest zdjęcie „Zycie”, przedstawiające mężczyznę trzymającego niemowlę. To prawdziwa manifestacja „ewolucjonizmu” sztuki Saudka – życie człowieka to proces przeistaczania się. Sam artysta przyznaje, że w centrum swojej twórczości stawia kobietę. To ona, jako źródło życia, stanowi początek wszystkiego. Piękno kobiety, nie wynika wiec z doskonałości jej kształtów. Nawet otyła czy kaleka jest w swej istocie największą i najpiękniejszą tajemnica istnienia. Po wernisażu odbył się koncert kwartetu Zbigniewa Jakubka.



Jan Saudek urodził się w Pradze w 1935 roku. Ojciec Saudka przeżył obóz koncentracyjny w Terezinie, w którym zginęło jego sześciu braci.
W latach 1950-1983 pracuje jako drukarz. Zaczyna malować i rysować. Zaczyna też fotografować swoim pierwszym aparatem Baby Brownie Kodak.
"Jedyne, co możesz zrobić z tym aparatem, to włożyć film i nacisnąć guzik, aby zrobić zdjęcie - i to właśnie robiłem do 1963 roku".
W 1953 roku zdjęcie zrobione bratu, jest dla Jana pierwszą ważną fotografią artystyczną.
W 1959 roku dostaje swój pierwszy "prawdziwy" aparat fotograficzny - Flexaret 6x6, którym fotografuje do dziś.


1963 rok - pierwsza własna wystawa w Pradze. Jan postanawia zostać fotografikiem. Zainspirowany katalogiem wystawy "The Family of Man" Edwarda Steichena chce zrobić książkę o ludziach swojej epoki. Fotografuje jedynie tych, z którymi jest osobiście związany.
W 1966 Robi swoje najważniejsze zdjęcie "Życie"
1969 wyjeżdża do USA, gdzie Hugh Edwards zachęca go do dalszego fotografowania. Jego pierwsza indywidualna wystawa na Uniwersytecie Indiana w Bloomington.

 


1972 Jan odkrywa swoją wilgotną "ścianę sutereny", która staje się synonimem jego pracy artystycznej. od lat siedemdziesiątych wzrasta jego międzynarodowa sława.
Około 1977 roku zaczyna kolorować czarno-białe odbitki.
W 1983 roku pojawia się jego pierwsza monografia "Świat Jana Saudka" w językach: angielskim, niemieckim i francuskim.
W 1984 roku, po latach pracy w fabryce otrzymał zezwolenie na wykonywanie pracy fotografika i teraz wolny od przymusu zarabiania cotygodniowej pensji może się poświęcić wyłącznie fotografowaniu.

  

Po wieloletnim okresie ignorowania go jako artysty zostaje członkiem Związku Artystów Czeskich.
"W swoich pracach staram się uchwycić te wszystkie rzeczy, które znam i kocham, a przede wszystkim chciałbym pozostawić po sobie ślad czasów, które minęły".
1988-1995 współpraca i wystawa w Galerie Torch w Amsterdamie, a od 1990 z wydawcami "Art Unlimited" z Amsterdamu.
1989-91 sesja zdjęciowa dla japońskiej firmy Matsuda.
W 1990 roku Jan Saudek został uhonorowany tytułem "Chavalier des Arts et Letters"

Od połowy lat dziewięćdziesiątych poświęca więcej uwagi malarstwu, przenoszeniu ważnych motywów ze swoich fotografii na płótno.
1998 Obszerna retrospekcja jego fotografii i obrazów w Los Angeles w Bergamot Station Arts Center, BGH Gallery.
W 2005 roku na 70 urodziny Jana wydawnictwo Slovart wydaje dużą publikację prac artysty, która natychmiast się sprzedaje, a Sara Saudkova przygotowuje jego wielką retrospektywną wystawę.

W 2006 roku Jan zostaje uhonorowany najwyższa nagrodą "Artis Bohemiae Amicis" z rąk Sekretarza Kultury, wraz z innymi znanymi pisarzami Vladimírem Körnerem i Milanem Kunderą.
Jan Saudek pozostaje nadal czynnym fotografem.

 


 Oprac. Ryszard Zaprzałka
Zdjęcia: Dariusz Zaród (CSM)


08:09, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2012

Donaldowo...czyli polski Eden


21:12, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 listopada 2012

Amerykański sąd nakazał wstrzymać wydalenie uczennicy, która odmówiła noszenia szkolnego identyfikatora z czipem radiowym informującym, gdzie uczniowie przebywają.  Dziewczyna odmówiła noszenia identyfikatora, uważając, że "znamienia bestii nosić nie będzie". W jej sprawie wystąpili obrońcy praw obywatelskich, przeciwni "produkcji uległych obywateli". O sprawie Andrei Hernandez, uczennicy drugiej klasy teksańskiego technikum John Jay High School's Science and Engineering Academy, pisze w piątek BBC i portale w USA. Kierownictwo szkoły, uczestniczącej w okręgowym programie "Projekt Lokalizacji Uczniów", twierdzi, że uczniowie muszą nosić identyfikatory z czujnikiem RFID wykorzystującym częstotliwości radiowe.


Szkoły biorące udział w pilotażowym programie otrzymują subwencje oświatowe na podstawie codziennej frekwencji uczniów. Jeśli czip RFID zlokalizuje ucznia na terenie szkoły, uznaje się, że uczeń był obecny, i placówka dostanie za to pieniądze. Takie identyfikatory wprowadzono od 2012 roku w 112 szkołach jednego z teksańskich okręgów szkolnych (NISD). W kilku szkołach wywołało to protesty.

Hernandez za odmowę noszenia czipa miała być zawieszona w prawach ucznia od najbliższego poniedziałku - albo zmienić szkołę na taką, która jeszcze nie włączyła się do programu śledzenia uczniów.

Sąd nakazał przywrócenie jej tymczasowo praw uczennicy i zarządził przesłuchanie w sprawie projektu lokalizacji uczniów czipami RFID. Przesłuchania takiego domaga się organizacja pozarządowa Rutherford Institute, oferująca darmową pomoc prawną osobom, których prawa obywatelskie zostały zagrożone lub złamane.

Hernandez odmówiła noszenia identyfikatora z powodów religijnych, powołując się na opis z księgi Objawienia św. Jana z Ewangelii, w którym bestia apokaliptyczna "sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło", Obj. 13,16 (cyt. wg Biblii Tysiąclecia). Twierdzi, że znamienia bestii nosić nie będzie. Za takie znamię uznawany bywa czasem w niektórych społecznościach religijnych kod kreskowy. Taki kod mają też szkolne identyfikatory.

W sprawie Hernandez prawnicy Rutherford Institute wystąpili na drogę sądową. Organizacja ta uważa, że zawieszenie dziewczyny w prawach ucznia stanowi naruszenie wolności wyznania obowiązującej w stanie Teksas, jak i poprawki do amerykańskiej konstytucji gwarantującej wolność słowa.
Gotowość sądu do wydania nakazu (w sprawie Hernandez) to dobry pierwszy krok, ale przed nami wciąż daleka droga - nie tylko w tej jednej sprawie, ale w walce z ogólnym nastawieniem umysłowym, że każdy musi być monitorowany i kontrolowany" - oświadczył szef i założyciel Instytutu John Whitehead. Według niego projekty nakazujące uczniom noszenie identyfikatorów i lokalizatorów stanowią pierwszy krok zmierzający do "produkcji uległych obywateli".

"Te programy +lokalizacji uczniów+ w ostatecznym rozrachunku mają na celu przyzwyczajanie ich do życia pod totalnym nadzorem państwa, w którym nie będzie prywatności, a gdziekolwiek pójdziesz i cokolwiek napiszesz lub wyślesz mailem, będzie to obserwowane przez rząd" - powiedział.

Źródło: Fronda.pl



15:25, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2012

Doprowadzenie torów było impulsem dla Tarnowa. Czy podobnie będzie z autostradą?

Podobno przed wojną pociąg dojeżdżał z Warszawy do Zakopanego szybciej niż teraz. Z sentymentem wspominają autorzy pamiętników luksus przedwojennych składów. Nawet najbliższa tarnowianom linia do Krakowa powstała w tempie, zdawać by się mogło, niewiarygodnym. Tarnów, miasto w połowie XIX wieku liczące kilka tysięcy obywateli, znalazło się na skrzyżowaniu istotnych wówczas szlaków komunikacyjnych. Powstawały one głównie na potrzeby gospodarcze i wojskowe. Poza tym, co tu dużo mówić, na sprawne wykonanie odcinka łączącego stołeczny Wiedeń z Galicją, kładł nacisk sam cesarz. Stąd też i pierwotna nazwa: Uprzywilejowana Kolej Północna Cesarza Ferdynanda, której krakowsko - wiedeński odcinek można było pokonać w dziewiętnaście godzin. Tarnów stał się wiec stacją węzłową dla trzech ważnych tras: Tarnów – Nowy Sącz – Krynica i dalej Wiedeń, Tarnów – Przemyśl – Lwów – Kijów i Tarnów – Kraków – Wrocław. Tarnów otrzymał wtedy też dworzec godny prawdziwego, dobrze rozwiniętego miasta. Wspaniały gmach, którego piękno można podziwiać po przeprowadzonym kilka lat temu remoncie, jest repliką dworca we Lwowie.

18 sierpnia 1876 r. przypadało podwójne święto – 46. urodziny oraz imieniny cesarza Franciszka Józefa. Na ten dzień przypadło oficjalne i uroczyste oddanie prowadzącej z Krakowa do Wiednia linii, łączącej te dwie historyczne stolice. W tym dniu zamknięty został ostatni etap budowy drogi żelaznej, który nazwano koleją tarnowsko - leluchowską. Kolej ta liczy sobie blisko150 km długości. Prowadzi „na wskroś” przez karpackie wzniesienia, dowożąc pasażerów aż do Preszowa i Orlova. 150 km to może niezbyt imponująca odległość, ale urozmaicony górzyście teren dał się budowniczym dobrze we znaki. Najpoważniejszą przeszkodę napotkano w okolicach Żegiestowa, gdzie trasa wije się wzdłuż Popradu. Na drodze stało bowiem wzgórze, którego jedynym sposobem przebycia było przekopanie tunelu: „bowiem dolina Popradu miedzy Żegiestowem a Andrzejówką torów budować nie sposób było inaczej”. Tunel został zaplanowany na linie dwutorową, na całej swej długości. Miał liczyć ponad pół kilometra długości. Budowa wiązała się z przemieszczeniem tysięcy ton ziemi, żwiru i głazów. Koncesje na budowę tunelu i całego etapu tarnowsko - leluchowskiego otrzymała firma Koller und Gregorsen z Wiednia, Przy drążeniu tunelu do prac inżynierskich, kamieniarskich i saperskich, przy kruszeniu skał dynamitem, zatrudniono Tyrolczyków, specjalistów w tym fachu.



Mieszkańcy doliny Popradu również uczestniczyli w skomplikowanym przedsięwzięciu, w charakterze kopaczy, ładowaczy, taczkowych i wózkowych. Niestety, już niedługo po rozpoczęciu drążenia tunelu, okazało się że wzniesienie jest niezwykle niestabilne, poprzecinane ciekami wodnymi. Jak pisał „Czas”: „Przy robocie napotykano na znaczne trudności: to usuwała się góra, to woda zatapiała całe sztolnie, najwięcej zaś ciężkie, gazem
kwasu węglowego przesycone powietrze, w którem się światło palić nie chciało, tamowało roboty”. Jednakże, mimo wszelkich trudności „w połowie tunelu w długości 250 metrów pod górą spotkali się w nocy [19 listopada1874 roku – red.] dwaj robotnicy uderzywszy jeden drugiego czekanem, poczem nastąpiły obopólne uściski serdeczne”. Prace trwały czternaście miesięcy.



Równocześnie prowadzone były roboty zabezpieczające przekop. Ponadto, na co nietrudno zwrócić uwagę, tunel nie prowadzi pod wzgórzem w linii prostej, ale po łuku. Przyczynę takiego stanu rzeczy tłumaczy się dramatycznym wydarzeniem, do którego miało dojść przy pierwszej próbie drążenia „na wprost”. Osuwające się masy ziemi i głazów miały zawalić wlot tunelu od strony Krakowa i uwięzić sto dwadzieścia sześć osób oraz kilka zaprzężonych w konie wózków do wywożenia wybranego materiału. Tygodniowa akcja nie przyniosła skutku i linie musiano poprowadzić zupełnie inaczej. Tragiczne zdarzenie nie znajduje potwierdzenia w relacjach prasowych. Znajdujemy natomiast sporo opisów tryumfalnego zakończenia budowy: „tunel był odpowiednio przystrojony i oświetlony ogniem bengalskim, wzniesiono okrzyk trzechkrotny na cześć Naj. Pana, który budowę kolei
Tarnowsko-Leluchowskiej najśpieszniej przeprowadzić polecił, wreszcie na cześć urzędników przy budowie kolei zatrudnionych, gości zebranych podjęto w domkach zbudowanych nad rzeką Popradem w lesie a przy doskonałej muzyce zakończono uroczystość tańcami”.

 

W rozmarzeniu myślę o tym, jak niegdyś, przed wojną, można było podobno regulować zegarki według planowo przyjeżdżających pociągów. Ba, można było zakończyć budowę planowo i dokładnie w dzień imienin i urodzin cesarza. Dobrze chociaż, że na naszym odrestaurowanym dworcu czeka się przyjemnie na nie zawsze punktualne pociągi.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


20:31, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2012

Kawiarnia to spotkanie, którego się sobie nie wyznacza, ale na które się przychodzi. Scilicet: Spotkanie nie tylko z innymi, ale i jedyna możliwość swobodnego spotkania z samym sobą, jedyna możliwość przyjścia do siebie…

Ukazała się właśnie drukiem niezwykła książka – „Kawiarnia Tatrzańska. Życie towarzyskie Tarnowa XIX – XX”. Jej autor Antoni Sypek jest chyba jednym z ostatnich, co tak poloneza wodzi… Ta iście sarmacka opowieść utkana jest z osobliwego, galicyjskiego widzenia świata, którego już nie ma… To serdeczny postój pamięci znakomitego autora. Rzecz smakowita w każdym calu, prawdziwy literacki majstersztyk. Dziś się już tak nie pisze. Antoni Sypek opisując życie towarzyskie Tarnowa XIX i XX wieku, za pomocą wyrafinowanych językowych asocjacji, przeplatających się melodii i fraz, składni i świadomej kreowanej staroświeckości zaprasza nas w sentymentalną podróż po starym Tarnowie, oglądanym  z okien Kawiarni Tatrzańska. Snując wielopokoleniową sagę rodziny Kudelskich przywraca nam naszą galicyjską tożsamość, daje poczucie dumy z naszej małej Ojczyzny. A zna ją i opisuje od lat, jak nikt. Podobnie, jak mistrz Antoni o swoim ukochanym Tarnowie, o sprawach muzyki niegdyś pisywał niezrównany, nieżyjący już od dawna inny mistrz słowa Jerzy Waldorf. Ta sarmackość i galicyjskość to swoisty znak jakości (Q) literackich dokonań Antoniego Sypka. „Kawiarnia Tatrzańska. Życie towarzyskie Tarnowa XIX – XX wieku” to bodaj najlepsza z jego książek. I jak wydana! To prawdziwe edytorskie cacko, które na zamówienie Kawiarni Tatrzańska powstało w Wydawnictwie Millenium w Dębicy Przeczytałem ją jednym tchem i nadal wertuję, smakując poszczególne rozdziały, dotykając miejsc, które są także moje. To również mój Tarnów, moja Tatrzańska z lat durnych i chmurnych... A tak mówi o swoim dziele autor - Piszę w tej książce nie tylko o najstarszej tarnowskiej kawiarni. Piszę o innych kawiarniach, cukierniach, hotelach, o miejscach, gdzie najintensywniej toczyło się w dawnym Tarnowie życie towarzyskie. Przy okazji pojawiają się ludzie, tarnowianie z krwi i kości. Każda bez wyjątku postać, może za kilkoma incydentami bez znaczenia, jest postacią z krwi i kości, postacią historyczną. Podobnie, jak większość zdarzeń. Oczywiście, w wielu miejscach dodaję fabułę, wymyślam rzeczy, które mogły się wydarzyć, ale nie mamy na to żadnych dowodów. Z tego też względu nie jest to naukowa monografia, a jedynie książka historyczna. Książka powstała na zamówienie rodziny Kudelskich, właścicieli kawiarni i cukierni Tatrzańska. W ten sposób spełniło się moje marzenie napisania książki o przyjemnych miejscach dawnego Tarnowa. Dlatego też pragnę podziękować serdecznie Janowi Kudelskiemu za mecenat, bez którego nie byłoby tej pozycji. Pragnę podziękować wielu osobom, ale wymienienie ich w tym miejscu zajęłoby dużo miejsca. Nie mogę jednak pominąć Marka Tomaszewskiego. Jego zbiór starych widokówek Tarnowa jest imponujący. Użyczył bez chwili wahania swoje skarby do powstającej monografii, podobnie jak Muzeum Okręgowe w Tarnowie, z którego zbiorów także korzystamy. Bez ich pomocy książka byłaby z pewnością uboższa. Uroczysta promocja dzieła miała miejsce we wtorek 20 listopada oczywiście w ukochanej przez A. Sypka „Tatrzańskiej” gromadząc znakomite grono gości, przyjaciół autora i wiernych czytelników jego książek. Honory domu pełnił, a jakże, sam właściciel lokalu mistrz Jan Kudelski, któremu towarzyszył stały bywalec jego kawiarni Jan Nowicki, znakomity aktor i przyjaciel Tarnowa. Poniżej biogram naszego autora i wstęp do jego dzieła, za udostępnienie którego serdecznie dziękujemy.

Antoni Sypek ur. 1946 roku w Tarnowie. Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. K. Brodzińskiego w Tarnowie i Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie. Nauczyciel i pedagog. Historyk, biografista, genealog. Autor m.in. takich pozycji monograficznych jak: Karol Kaczkowski (Tarnów 1990); Dzieje Bursy św. Kazimierza w Tarnowie (Tarnów 1991); Jakub Bojko z Gręboszowa (Tarnów 1993); Szkoła Męska im. M. Kopernika w Tarnowie (Tarnów 1994), Energetyka Tarnowska (Tarnów 1997); III Liceum Ogólnokształcące 1897–1997 (Tarnów 1997); Miejska Kasa Oszczędności w Tarnowie (Tarnów 1998); I Liceum Ogólnokształcące im. Kazimierza Brodzińskiego w Tarnowie (Tarnów 2001, wyd. II rozszerzone 2009); Szkoła Podstawowa im. K. Hoffmanowej 1853–2003 (Tarnów 2003); Przewodnik po Starym Cmentarzu cz. I (Tarnów 1991); Przewodnik po Starym Cmentarzu cz. II ( Tarnów 1994); Przewodnik po Starym Cmentarzu cz. III (Tarnów 2000); Alejami Starego Cmentarza w Tarnowie (Tarnów 2005); 100 lat energetyki tarnowskiej (2010); Dzieje Szpitala Starego w Tarnowie 1835–2010 (Tarnów 2010). Opracował także monografie m.in. Stowarzyszenia Elektryków Polskich Oddział w Tarnowie (Tarnów 2000); Polskiego Zrzeszenia Inżynierów i Techników Sanitarnych Oddział w Tarnowie (Tarnów 2002) i wiele innych. Bardzo osobista i nostalgiczna książka pt. Mój Tarnów doczekała się dwóch wydań (2005 i 2007 r.) Autor kilkuset genealogii rodzin tarnowskich. Założyciel (1993) i urzędujący prezes Komitetu Opieki nad Starym Cmentarzem w Tarnowie. Organizator corocznych kwest na rzecz ratowania zabytkowych nagrobków na Starym Cmentarzu. Animator kultury i wiedzy o Tarnowie i regionie. Autor kilkuset artykułów i reportaży z zakresu historii miasta i regionu na łamach prasy tarnowskiej, regionalnej i krajowej. Członek wielu stowarzyszeń.  Autor wielu audycji radiowych i telewizyjnych, w których propagował historię miasta i regionu. Od 1996 roku prowadził w Tarnowskim Centrum Kultury lekcje historii Tarnowa i regionu dla młodzieży szkół średnich Tarnowa pt. Mała Ojczyzna. Cykl ten wysłuchało ponad 5 tysięcy młodzieży. Działacz społeczny i kulturalny, samorządowy. Radny miasta Tarnowa w kadencji 2002-2006, przewodniczący Komisji Kultury i Sportu Rady Miasta Tarnowa. Przez szereg lat członek Komisji Młodzieżowej Oddziału Tarnowskiego PTTK, propagator turystyki górskiej i krajoznawczej. Członek założyciel Tarnowskiego Towarzystwa Kulturalnego.

 

Wstęp

Książka jest o najstarszej kawiarni w Tarnowie założonej w 1859 r. Przez ponad 150 lat znajduje się w jednym i tym samym miejscu: na placu Sobieskiego. Zmieniali się tylko jej właściciele. Kawiarnia od 1938 roku nazywa się Tatrzańska. Stała się cząstką historii Tarnowa, ba rzeczą tak cenną i drogą tarnowianom jak góra św. Marcina, kamieniczki przy Rynku, katedra i ratusz, park Strzelecki, pomniki tarnowskie. Stała się dobrem, o które trzeba dbać jak o coś drogiego i kochanego. W książce piszemy także o innych kawiarniach, cukierniach, hotelach. Wokół nich toczyło się życie towarzyskie i kulturalne Tarnowa ostatnich bez mała dwustu lat. Kawiarnia nasza stawała się drugim domem, ale bez jego lokatorów. Do kawiarni przybywali ludzie samotni lub narzekający na nadmiar przyjaźni i miłości. Emeryci i w sile wieku, w średnim przedziale czasu swojego żywota. Urzędnicy i ludzie wolnych zawodów, inteligencja i kupiectwo, filozofowie z bożej łaski i profesura miejscowych szkół, cyganeria. Ściągała ich magia tego miejsca, autonomia, jaką te salki i stoliki czy kanapki dawały. Autonomia od realnego świata za szybami kawiarni. Chwila, która przedłużała się w godziny i pozwalała na zatopienie się w swoich myślach. Zasłonięcie płachtami gazet na wiklinowych imadłach separowało od pozostałych klientów. Innych ściągała atmosfera światowości. Owi usłużni pikolacy, płatniczy i nieustannie obecny właściciel kawiarni, będący zawsze do usług, gotowy na wysłuchanie nawet najintymniejszych zwierzeń, mający ucho na osobiste dramaty i dylematy sztamgastów (stałych bywalców), czy też zwykłych klientów. I ten szmer delikatny, te rozmowy toczone półgłosem, zgrzyt wagoników tramwajowych skręcających w ulicę Wałową.

Dyskretne podmieniania pustych szklaneczek z wodą przez nic nie komentujących pikolaków, podmieniających tak dyskretnie, aby gość nie myślał, że pora się wynosić, bowiem filiżanka z kawą stoi już pusta. Wielu tarnowian z elity miasta bywało przecież często we Lwowie, Krakowie czy w dalekim Wiedniu. Gościło w tamtejszych kawiarniach. Tarnowska niczym nie ustępowała tym światowym, no może jedynie wielkością sal. Wizyta w kawiarni Breitseera czy jego następców stała się swoistym rytuałem, pasującym prowincjusza na światowca. Z czasem stała się owa tradycja legendą, tak, że w latach zepsucia naszej kawiarni, legenda owa ożywiała z czasem i nowych klientów, nowe pokolenie gości kawiarnianych.

 

Legenda trwa. Upłynęło ponad półtora wieku od założenia kawiarni Breitseera. Przez te lata wystarczyło wyznaczyć sobie spotkanie pod kawiarnią, wszyscy wiedzieli, o jakie miejsce chodzi. Była w centralnym punkcie miasta. Stąd rozchodziły się ulice we wszystkie strony galicyjskiego Tarnowa: na Targową i Zabłocie, na Wałową w stronę Grabówki, na Katedralną do Rynku i na Pilzneńską Bramę, Różaną na przedmieście Strusiny i w stronę Klikowej, zaś cesarską ulicą Krakowską na Strusinę, słynną swoimi mieszkańcami i dziewczętami. Blisko kawiarni sunęły po szynach tramwaje łącząc plac z odległymi miejscami. Trotuarem obok kawiarni przez blisko dwa wieki spacerowali dorośli, starcy, młodzież gimnazjalna, zakochani, łobuzeria. To było corso tarnowskie. Nic dziwnego, że kawiarnia miała tylu klientów, nie można było nie wstąpić do niej. Pierwsza wizyta w kawiarni, pierwsza mała czarna nobilitowała i wprowadzała w świat dorosłych, tak było do niedawna.

W czasach stalinowskich odebrano kawiarnię rodzinie Kudelskich, następców Breitseera, Raucha, Delekty, Skolimowskiego. Wydawało się, że będzie koniec nie tyle kawiarni, co mikroświata, który tam był. Przez pół wieku kawiarnia była upaństwowiona, zmieniło się pokolenie, i o dziwo, nadal ściągała śmietankę i elitę Tarnowa. Czasy się zmieniły, obyczaje również, wiek goszczących zaniżył się o kilkanaście lat. Mimo to kawiarnia przy placu Sobieskiego ma tę nostalgiczną, niewytłumaczalną na zdrowy rozum, nutę. Nadal wchodząc do niej znajdujemy się we własnym świecie, takim, jaki sobie wybraliśmy. Nie ma już sztamgastów, nie ma gazet, ale jest coś, co pozostało z XIX wieku – owa atmosfera święta, gościnności, jakiegoś luksusu na miarę naszych kieszeni. Nawet, jeśli nie znamy jej historii, czujemy się tutaj u siebie, nadal przychodzimy do siebie, a nie do kawiarni. Tak najkrócej można wytłumaczyć ową legendę.

Kawa do Europy trafiła ze wschodu, z imperium Ottomańskiego. W Turcji już pod koniec XVI wieku otwarto pierwszy dom kawowy. W Europie podobne domy otwarto we Włoszech na początku XVII wieku. Pierwszym narodem, który z picia kawy uczynił coś więcej niż zwyczaj byli Anglicy. We Francji w przeddzień Rewolucji 1789 roku było ponad 2 tys. kawiarni. Do Rzeczypospolitej kawa trafiła w XVII wieku z Turcji i szybko się upowszechniła na dworach szlacheckich i wśród magnatów. W XVIII wieku picie kawy w Polsce stało się powszednie wśród szlachty. Pierwsza kawiarnia została założona w Warszawie w 1736 roku. W cesarstwie austriackim historia kawy i kawiarni rozpoczęła się po bitwie pod Wiedniem w 1683 roku. Wówczas za zasługi poniesione w wojnie z Turcją król Jan Sobieski postanowił wynagrodzić swojego szpiega Jerzego Kulczyckiego. Ten szlachcic-obieżyświat rodem z Sambora, znał dobrze Turcję i jej obyczaje, gdyż spędził tam wiele lat. Z opuszczonego przez pokonanych obozu mógł wybrać dowolny łup. Jego wybór był zaskoczeniem dla króla i otoczenia. Wziął kilkaset worków z ziarnami kawy. Początkowo sądzono, że są to worki z paszą dla wielbłądów. Kulczycki znał jednak doskonale przeznaczenie ziaren. W 1683 roku otworzył pierwszą w Wiedniu kawiarnię Pod Błękitną Butelką, w której podawał kawę. Parzona po turecku nie przypadła do gustu wiedeńczykom. Wobec tego Kulczycki dodał do kawy mleko. Trafił w samo sedno. Odtąd kawa z dodatkiem mleka lub śmietanki stała się ulubionym napojem wiedeńczyków. W połowie XIX wieku Wiedeń był miastem setek kawiarni, w których podawano ten napój, z dołączonym do filiżanki ciasteczkiem i szklaneczką wody. Kawiarnie wiedeńskie stały się wkrótce wzorcem dla europejskich kawiarń, zaś kawa po wiedeńsku na różne sposoby została przyjęta przez całą
Europę.


Kawiarnie wiedeńskie, a następnie paryskie, londyńskie i inne, stały się miejscem spotkań towarzyskich, spotkań z kawiarnią, jej atmosferą, miejscem, w którym inteligencja, bohema artystyczna, ludzie samotni, zamożne mieszczaństwo, czuli się jak u siebie. Jednakże prawdziwy
rozwój kawiarń datuje się od chwili, kiedy pojawiły się w niej czasopisma i dzienniki jako wyposażenie lokalu. Wówczas narodził się nowy rodzaj klienta, zwany z austriacka stammgastem. Można go było spotkać w kawiarni codziennie, o stałej godzinie, zasłoniętego płachtami dzienników krajowych i zagranicznych, celebrującego małymi łyczkami ulubioną kawę. Sztamgaści tworzyli atmosferę, koloryt, byli jakby przypisani do ukochanego lokalu. Oczywiście w kawiarni podawano inne napoje, alkohole, herbatę, proste śniadania, zakąski, kanapki, wreszcie ciasta.

Oto jak pisał o nich znakomity historyk miasta Lwowa Franciszek Jaworski w swojej książce pt. Lwów stary i wczorajszy: W kawiarnianych mrokach żyją całe grupy ludzi, tworząc charakterystyczną i specjalną publiczność, żądną ruchu nerwowego i oddechu Europy, co wionie ze szpalt zadrukowanej bibuły, spragnionego plotek wielkiego miasta, a przede wszystkim życia błyskotliwego na falach drgającego światła, w arabeskach dymu, wśród nawoływań kelnerów.
Pisał dalej: Kawiarnia stała się dziś instytucją prawie, że społeczną, miejscem neutralnym dla schadzek ludzkich.
Fritz, sławny płatniczy w legendarnej wiedeńskiej kawiarni Cafe Museum tak opisał jej atmosferę. Wiedział, co mówi, całe życie spędził w tym przybytku.
Kawiarnia to spotkanie, którego się sobie nie wyznacza, ale na które się przychodzi. Scilicet*: Spotkanie nie tylko z innymi, ale i jedyna możliwość swobodnego spotkania z samym sobą, jedyna możliwość przyjścia do siebie.
I jeszcze jeden cytat ze wspomnień Józefa Mayena, autora przepięknych wspomnień o kawiarniach Lwowa międzywojennego:
Tutaj (w kawiarni Roma – przyp. A. S.) w ciągu jednego popołudnia siedzą wszyscy przy wszystkich niemal stolikach, wszyscy ze wszystkimi i o wszystkim mówią i żyją życiem jednej wielkiej, obgadującej się nawzajem, a jednak bez siebie wyżyć nie mogącej rodziny. Tu wszyscy przychodzą do siebie. Ale aby przyjść nie jak do siebie, lecz aby istotnie móc przyjść do siebie samego; aby być tak sam na sam z sobą, jak się samotnym i bliskim sobie bywa tylko w towarzystwie kochanki – trzeba nie dla innych i nie do innych przychodzić, lecz dla Romy i do Romy wyłącznie. I nawet widząc jej wady, trzeba ją kochać zrównoważoną, bezpretensjonalną, wyrozumiałą miłością, taką, jaką się – faute de mieux** – kochać zwykło własną, legalną żonę, ongiś może gorącą kochankę lat młodzieńczych, a dziś dobrą zapobiegliwą, przyzywyczajeniową towarzyszkę życia; trzeba być jej wiernym, by tym ochotniej się jej sprzeniewierzyć i nieuchronnie znów do niej powracać.

Przygotował - Ryszard Zaprzałka
Fragmenty książki oraz fotografie udostępnił autor.
Zdjęcia - Paweł Chwał



18:16, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2012

Podejrzany do końca życia

To było w Mościcach. Przyszło mnóstwo osób, wszystkie najważniejsze w Tarnowie. Przyniesiono prezenty i bukiety. Było miło... Ale tylko przez chwilę, dokąd Grad nie powiedział szybko, że za kwiaty dziękuje, ale teraz trzeba wziąć się do roboty - tak pożegnalne spotkanie z Aleksandrem Gradem - po jego niedawnym odejściu z polityki opisuje jeden z jego uczestników. Były minister skarbu opuścił pierwszy szereg polityki, ale w Tarnowie nadal jest postacią centralną.Od1998 roku zbudował tam sobie pozycję, która sprawia, że znienawidzona przez niego ksywka „Car Małopolski” wcale nie straciła na aktualności, choć zmienia jakość. W pewnym momencie wydawało mu się, że jego odejście do biznesu, wprawdzie robionego za państwowe pieniądze, ale jednak, odbędzie się w miarę bezkolizyjnie. Na kilka miesięcy przed ubiegłorocznymi wyborami zapowiedział, że po ewentualnym zwycięstwie PO nie będzie ministrem skarbu. Potem złożył mandat poselski i został prezesem państwowej spółki. W świat poszła wiadomość, że będzie zarabiał ponad 100 tysięcy złotych. Miesięcznie. Ale i to ucichło, choć nie dlatego, że w grę wchodzi kwota o połowę niższa. W lipcu Polacy zobaczyli w telewizorach na graną ukrytą kamerą rozmowę Władysława Serafina, szefa kółek rolniczych z byłym szefem Agencji Rynku Rolnego. Tematem kolejnych dni stał się nepotyzm, czyli zatrudnianie krewnych i politycznych pociotków na państwowych posadach. To musiało przypomnieć Aleksandra Grada. – Przez ucho igielne ciągłych oskarżeń będę przechodził jeszcze długo, może do końca życia –wzdycha były minister skarbu, który jako jedyny w historii IIIRP przetrwał na tym stanowisku pełną kadencję. Upłynęła ona pod znakiem dużych prywatyzacji, ale także na ciągłym przypominaniu przez opozycyjnych polityków i media nazwisk ludzi Grada, czyli jego krewnych, znajomych i politycznych pociotków ulokowanych w państwowych firmach i urzędach.



Dzisiaj byłego ministra można spotkać w eleganckim biurowcu w samym centrum Warszawy. Z niewielkiego gabinetu z przeszklona ściana kieruje państwową spółką PGE EJ1, która ma wybudować w Polsce pierwszą elektrownię jądrową. – Zauważyłem, że w polityce zachowywałem racjonalny sposób działania, ale przestałem odbierać bodźce. Nic mnie już bardzo nie drażniło, ale też w niczym nie umiałem znaleźć prawdziwej radości. Trochę przerażała mnie ta moja skorupa czy twarda skóra. Uznałem, że trzeba robić coś wymiernego i wrócić do właściwej hierarchii – tłumaczy. Aleksander Grad jest najmłodszym z sześciorga rodzeństwa, któremu niedługo po pięćdziesiątce zmarł ojciec. W większości mieszkają na Lubelszczyźnie, gdzie Grad się urodził. Tam też, a dokładnie w Tomaszowie Lubelskim szefem struktur powiatowych PO jest Mariusz Grad, członek PO od 2004 r. i poseł od dwóch kadencji i bratanek byłego ministra.

Grad został prawie tarnowianinem, kiedy ożenił się z pochodzącą z Pleśnej koleżanką ze studiów. I tu, pod Tarnowem, powstało kolejne ognisko rodu Gradów. Małgorzata urodziła czwórkę dzieci, z tego dwoje już się usamodzielniło. Ale żona byłego ministra ma jeszcze siostrę bliźniaczkę, do tego jeszcze dwie inne siostry i brata. Wszyscy mają małżonków, dzieci itd. Mężem bliźniaczej siostry żony Aleksandra Grada jest Stanisław Sorys, dzisiaj członek Zarządu Województwa Małopolskiego, a poprzednio wicewojewoda małopolski i m.in. wójt Pleśnej. Jest dla Grada także „szwagrem koalicyjnym”, bo ma funkcję wiceprzewodniczącego PSL w Małopolsce. Sorys przyznaje, że szwagier był dla niego kiedyś  inspiracją .Wzorując się na nim, założył firmę turystyczną, a potem przewozową. Do PSL wstąpił w1994 roku, ale zastrzega, że jego późniejsza kariera, która nabrała przyspieszenia po dojściu PO i stronnictwa do władzy (w grudniu2007r.został wicewojewodą małopolskim) jest zupełnie osobna. Sam Grad twierdzi, że dochodziło miedzy nimi kiedyś do ostrych sporów politycznych. – Spotykamy się często, bo nasze domy stoją obok siebie w Pleśnej na działce naszych teściów, ale polityki unikamy. Żony tego nie znoszą – przyznaje ze śmiechem. – Nie kiwnąłem nawet palcem, by któryś z moich krewniaków znalazł prace w państwowych spółkach – deklaruje oficjalnie Aleksander Grad.

Wszyscy ludzie Grada

Drugim filarem pozycji ,ale i elementem„ucha igielnego” Aleksandra Grada są jego ludzie. Nad stworzeniem ich grona pracował przez całą karierę. – Poznałem go, gdy w czasach AWS znienacka został wojewoda tarnowskim. Przypominał wtedy bardziej urzędnika niż działacza państwowego. Starał się nie uczestniczyć w walce politycznej i konsekwentnie budował swoje zaplecze – opowiada Krzysztof Janik, minister spraw wewnętrznych w rządzie Leszka Millera i kiedyś konkurent polityczny Grada w Tarnowie.

Sam Grad twierdził, ze najwięcej obrywał za lansowanie byłego szefa swojego gabinetu Jerzego Marciniaka, prezesa tarnowskich Azotów, które po wejściu na giełdę i dokonaniu szeregu przejęć innych państwowych firm, stają się dzisiaj drugim co do wielkości producentem nawozów sztucznych w Europie. Umocnienie pozycji Azotów, poprzedzone okresem wielkich kłopotów firmy z postępowaniem układowym włącznie, dokonało się za ministerialnej kadencji Grada i jest powszechnie uważane za jego sukces, przynajmniej z perspektywy Tarnowa. Świetnym przykładem„człowieka Grada” jest też Adam Leszkiewicz, ekonomista, dziennikarz w tarnowskim radiu RDN. Potem został rzecznikiem wojewody tarnowskiego, właśnie Aleksandra Grada. Po tym, jak ten został ministrem, Leszkiewicz też przeniósł się do Warszawy, gdzie został sekretarzem w magistracie rządzonym przez PO, a wkrótce zastępcą Grada w ministerstwie. Dzisiaj jest prezesem należących do grupy Azoty zakładów w Kędzierzynie.

Marzena Piszczek w ubiegłym roku została wiceprezesem w„jądrowej” spółce kierowanej od kilku miesięcy przez Grada. Poznali się ,według b. ministra ,w Krakowie, gdzie Piszczek pracowała w należącej do samorządu wojewódzkiego Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Grad jako minister mianował ją najpierw szefową krakowskiej delegatury Ministerstwa Skarbu, a potem szefową rad nadzorczych PZU, banku PKO BP i tarnowskich Azotów. Grad twierdzi, że sprawdziła się m. in. w czasie negocjacji nad ugodą miedzy PZU a Eureco. – Ja po prostu dobieram do współpracy i na ważne stanowiska dobrych ludzi. Gdybym się otaczał słabymi, to już dawno padłbym razem z nimi – mówi dzisiaj były minister.

Ścieżki kariery

Kariera jego samego zaczęła się w Pleśnej, gdzie w pierwszych wyborach samorządowych wszedł do Rady Gminy. Jest z natury nie śmiały, miał trudności z wystąpieniami publicznymi. Przyznaje, że dużo pracował nad tym, by to poprawić. Do po ważnej polityki wszedł jako członek Ruchu Stu w 1997 roku, kiedy został wojewodą w Tarnowie. Podkreśla, że znalazł się tam jako człowiek niezależny finansowo. I ta nie zależność to dzisiaj także element ucha igielnego ciągłych podejrzeń.

Chodzi o Małopolską Grupę Geodezyjno-Projektową z siedzibą w Tarnowie. To jedna z najpotężniejszych firm w branży, która jako grupa kapitałowa zatrudnia w Polsce i za granicą 450 osób. Jej wieloletni prezes Franciszek Gryboś jest poirytowany ciągłymi pytaniami o Aleksandra Gradai jego wpływ na interesy firmy. Przypomina, że w obecnej postaci powstała ona w1998r.,a wiec już po zaangażowaniu się Grada w politykę. Wcześniej miał on ze wspólnikiem własną spółkę w Tarnowie, a Gryboś w Gorlicach. Zostały one połączone w1996 r. Później Grad przekazał swoje udziały żonie. Dzisiaj Małgorzata Grad jest pracownikiem spółki, ma 25 proc. udziałów, ale jej status jako wspólnika jest taki, że formalnie nie ma wpływu na decyzje. Z mężem mają rozdzielność majątkową. – Oczywistym jest fakt, iż taka sytuacja (czyli podejrzeń wokół związków z A. Gradem– przyp. MB) negatywnie wpływała i wpływa na dobre imię MGGP, na które to pracowaliśmy od początku istnienia Spółki oraz podważa zaufanie partnerów handlowych, środowiska społecznego i branżowego. Ponadto spółka poddawana była i jest cyklicznym kontrolom, które niejednokrotnie są wynikiem nieuzasadnionych donosów i pomówień. Wszystkie kontrole zakończone zostały ze skutkiem pozytywnym dla MGGP, wskazując na rzetelność i uczciwość w prowadzeniu spraw Spółki – oświadczył nam F. Gryboś. Ciągłe podejrzenia biorą się z tego, że w ciągu ostatnich pięciu lat firma większość zamówień dostaje z sektora publicznego. W 2007 r., w którego końcu Grad został ministrem, na sprzedaż w wysokości 53 mln zł aż 93 proc. pochodziło z tego sektora. Dopiero w 2011 r. ten udział spadł istotnie – do 58 proc., a w tym ma wynieść 50 proc. Wśród zamawiających była m. in. gmina Tarnów, województwo małopolskie, agencje rolne, Generalna Dyrekcja Dróg i Autostrad, PKP, samorządy różnego szczebla, Lasy Państwowe, parki narodowe itd.

Można oczywiście tłumaczyć to specyfiką branży. W polskich warunkach głównie instytucje państwowe zamawiają tego typu usługi, a firma z udziałem żony A. Grada dysponuje unikalnym sprzętem do wykonywania pomiarów geodezyjnych, w tym własnymi samolotami. – Co mogę zrobić więcej w sprawie firmy, którą kiedyś budowałem? Od kilkunastu lat nie mam w niej udziałów. Za rządów PiS prokuratura dokładnie się jej przyglądała i umarzała doniesienia. Kiedy byłem ministrem, wystąpiłem nawet do CBA o zbadanie jej kontraktów z podmiotami państwowymi i samorządowymi. Postępowanie nic złego nie wykazało – mówi b. minister. Ale ostatnio, po wyjściu z polityki mógł wybrać pracę w czysto prywatnym biznesie. Przyznaje, że miał kilka takich propozycji. Utrzymuje jednak, że chce sprawdzać się w wielkich projektach, które popychają Polskę do przodu i lubi nimi zarządzać.

Pozycja b. ministra jest pochodną sytuacji politycznej. Gdyby władzę objął np. PiS, zostałby natychmiast zdmuchnięty, podobnie jak jego krewni i ludzie. Ale przez najbliższe lata to groźba teoretyczna. Aleksander Grad zapewnia wiec o swoim przywiązaniu do Tarnowa, gdzie przecież wygrał ostatnie wybory. Twierdzi, że miasto i region muszą przygotować się do wykorzystania pieniędzy, jakie napłyną z UE, w taki sposób, by przyniosły nowe miejsca pracy, a nie jak dotąd tylko polepszały jakość życia. Uważa też, że ukończenie autostrady A4 do Rzeszowa otworzy dla Tarnowa nowe możliwości. Zapewnia, że w Tarnowie nie pociąga za sznurki, a tylko doradza tym, którzy chcą słuchać.

W dzieciństwie specjalnej biedy nie zaznałem – opowiada. – Po śmierci ojca radziliśmy sobie, bo rodzina była duża. Starsze rodzeństwo jednak układało sobie życie, wyjeżdżało w świat. Ja zostawałem. Czasem zastanawiam się, od kiedy jestem dorosły. I wychodzi mi, że od 6 klasy. I nie dlatego, że trzeba było o świcie zaprzęgać dwa konie i jechać w pole. Musiałem decydować jak dorosły. Bardzo szybko wpadłem w wir życia dorosłych. To mnie utwardziło, przyniosło determinację w bitwach z życiem – twierdzi były minister.
Wygląda jednak i na to, że w znoszeniu ciągłego tkwienia w uchu igielnym podejrzeń  wspomniana determinacja też mu się przydaje.

Marek Bartosik  (Gazeta Krakowska) 


22:59, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 listopada 2012

Pitaval tarnowskie 97 Jerzego Reutera

Kolejny raz policyjny tajniak Jakub Leibel zdemaskował złoczyńcę i doprowadził do więzienia - ogłaszała triumfalnie tarnowska "Pogoń". Tym razem rzecz miała w sobie posmak skandalu cielesnego i ogólnego zgorszenia. Winowajcą był wieloletni służący fizyka miejskiego, doktora Metzgera, który niesłusznie i podstępnie przywłaszczył sobie prawo do praktyki lekarskiej. Jak zeznał, był już tyle lat przy panu doktorze, że mógł podpatrzyć to i owo z tajemnic lekarskiego fachu i zacząć leczyć samodzielnie.


Po odejściu ze służby od pana Metzgera postanowił, że będzie poprawiał urodę tarnowskim niewiastom.
W tym celu zaopatrzył się w zestaw tajemniczych ziół, które w toku badań okazały się zwykłym sianem zebranym nad Białą i zaczął przyjmować pacjentki.
W ogłoszeniach zapewniał kobietom powrót do dziewczęcej urody oraz skuteczne niwelowanie deformacji ciała po porodzie.
Przyjmował w wynajętym pokoiku na Zabłociu, tuż obok domu publicznego, ale żadnej pacjentce to nie przeszkadzało.
Wizyta zawsze zaczynała się od dokładnego zlustrowania ciała pacjentki, dotykania tu i ówdzie, poklepywania i głaskania części tak zwanych wstydliwych. Następnie fałszywy doktor sprzedawał zdumionej kobiecie paczkę rewelacyjnych ziół i zalecał sposób dawkowania.
Po jakimś czasie okazało się, że owe zioła nic nie działają, a pacjentki roszczą sobie wielkie pretensje i żądają zwrotu pieniędzy. Wtedy pomysłowy oszust postanowił zastosować bardziej lekarskie metody. W tym celu zaopatrzył się w dziwnie wyglądające igły i zaczął wykonywać na paniach zabiegi chirurgiczne. Nakłuwał igłami wskazane miejsca i nie pozwalał stosować opatrunków, bo - jak twierdził - tą dziurką wypłynie z ciała zbędny tłuszcz i wszelkie paskudztwo.
Po kilku tygodniach w miejskim szpitalu zjawiła się praczka z ulicy Lwowskiej i pokazała wielką ranę na brzuchu. Lekarze bez trudu stwierdzili zakażenie krwi, a przy okazji dowiedzieli się o działającym w mieście konkurencie.
Rzecz cała dostała się w ręce policji i wspomnianego Jakuba Leibla. Tajny ajent policyjny miał żyłkę prawdziwego detektywa, więc postanowił wykonać na oszuście prowokację, by ująć go na gorącym uczynku. W tym celu namówił znajomą na odwiedziny u oszusta lekarza, a sam udał się za nią.
Kobieta po wejściu do gabinetu na wstępie została dokładnie odpytana o nazwisko, pochodzenie i stan majątkowy.
Potem oszust poprosił, by się rozebrała do zupełnego negliżu. Gdy kobieta stanowczo odmówiła, przestępca zaproponował, że wobec tego wsunie tylko pod jej spódnice rekę i w ten sposób zbada wszystko dokładnie i szczegółowo. Wtedy Leibel jednym kopnięciem wyłamał drzwi i z całym majestatem prawa wtargnął do pomieszczenia. Po krótkiej walce wręcz, obezwładnił oszusta i założył na jego ręce kajdanki.
W trakcie śledztwa "lekarz" przyznał się do wszystkiego, ale nie umiał wskazać poszkodowanych, a na ogłoszenie o ujęciu oszusta i prośbę o stawienie się ofiar na posterunku żadna nie przyszła. Do oskarżenia posłużyły zeznania kobiety ze szpitala i znajomej Leibla.
Sąd w Tarnowie skazał fałszywego lekarza na miesiąc aresztu.

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


12:19, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 listopada 2012

ml

W marcu 1971 roku piosenka Me And Bobby McGee - wykonywana przez nieżyjącą już wówczas Janis Joplin - wspięła się na szczyt amerykańskiej listy singlowej. Dziś krótka historia tego legendarnego utworu.



    Piosenka została napisana przez Krisa Kristoffersona i Freda Fostera. Ponoć inspiracją dla Kristoffersona stał się klasyczny film Fedrico Felliniego - La Strada z 1954 roku. Pierwsze wykonanie piosenki znalazło się na krążku Rogera Millera, wydanym w lipcu 1969 roku. Singel z tym nagraniem dotarł wówczas do 12 pozycji amerykańskiej listy country. Wersja Gordona Lightfoota była notowana na miejscu 13 amerykańskiego rankingu pop i dotarła na szczyt w analogicznym zestawieniu w Kanadzie.
    Z kolei wersja autora utworu - Krisa Kristoffersona znalazła się na wydanym w 1970 roku jego debiutanckim albumie, który uplasował się na 10 pozycji zestawienia amerykańskich bestsellerów muzyki country. Kristofferson z powodzeniem zaprezentował swój utwór podczas pamiętnego festiwalu na wyspie Wight w 1970 roku.
    Piosenkę, z czasem, włączyli do swojego repertuaru m.in. tacy wykonawcy jak: Bill Haley, Jerry Lee Lewis, Johnny Cash, Grateful Dead, Wylong Jannings, Chet Atkins, Olivia Newton-John, Joan Baez, Pink, Allison Crowe, Dolly Parton i Tori Amos. Co by jednak nie pisać o tych wersjach, to nie ulega żadnej kwestii, że najsłynniejsze wykonanie podarowała światu Janis Joplin. Najpierw jednak Janis sama został nią obdarowana przez Krisa Kristoffersona, jednego z najważniejszych facetów w jej krótkim, burzliwym życiu. Kris zresztą do końca pozostał jej kochankiem.
    Me And Bobby Mc Gee, w której Joplinka uczyniła tytułową postać facetem, trafiła na najlepszą płytę w jej dyskografii – Pearl. Album ten artystka nagrała we wrześniu 1970 roku z towarzyszeniem zespołu Full Tilt Boogie Band. Płyta została wydana 11 stycznia 1971 roku, zawędrowała na szczyt amerykańskiego zestawienia bestsellerów i wkrótce pokryła się czterokrotną platyną.
    W każdym z utworów zamieszonych na tym albumie rozpoznawalny jest niepowtarzalny styl artystki. W jednym z wywiadów Janis określiła go tasiemcowym, wymyślonym na poczekaniu terminem: blues-rock-soul-blues-rock. Styl ten do dziś pozostaje jedną z najbardziej elektryzujących prób stworzenia białego odpowiednika najwartościowszych czarnych wzorców interpretacyjnych. Janis - uwielbiając soul - śmiało i twórczo czerpała z tradycji nie tylko bluesa, ale także muzyki gospel. Tradycję tę rozumiała jakby intuicyjnie, za to przetwarzała ją w zgodzie z duchem czasu i rocka.  
    Poniżej przedstawiam polski tekst piosenki Janis Joplin, niemal w całości oparty na tłumaczeniu Wojciecha Manna.
    Kompletnie spłukani w Baton Rouge czekaliśmy na pociąg / Czułam się prawie tak zużyta jak moje dżinsy / Bobby zatrzymał ciężarówkę w ostatniej chwili zanim lunął deszcz / Zawiozła nas aż do Nowego Orleanu / Wyciągnęłam harmonijkę z mojej brudnej czerwonej bandany / Grałam cicho, a Bobby śpiewał bluesa / Wycieraczki wystukiwały rytm, a ja trzymałam dłoń Bobby’ego w mojej / Śpiewaliśmy wszystkie piosenki, które znał kierowca / Wolność, innymi słowy, to nie mieć nic do stracenia / „Nic” nie znaczy nic, jeśli nie jest za darmo / I łatwo było czuć się dobrze, gdy on śpiewał bluesa / Rozumiecie, „czuć się dobrze” wystarczało mi / Wystarczało dla mnie i Bobby’ego McGee / Od kopalni Kentucky aż po słońce Kalifornii / Bobby poznał sekrety mej duszy / Przy każdej pogodzie, i w szczęściu, i w biedzie / Bobby chronił mnie przed zimnem / Pewnego dnia blisko Salinas pozwoliłam mu się wymknąć / Szukał domu, mam nadzieję, że go znajdzie / Ale zamieniłabym wszystkie mojej jutra na jedno wczoraj / By znów poczuć ciało Bobby’ego obok siebie / Wolność, innymi słowy, to nie mieć nic do stracenia / I nic to wszystko, co Bobby mi pozostawił / Lecz jeśli łatwo było czuć się dobrze, gdy on śpiewał bluesa / To „czuć się dobrze” wystarczało mi / Wystarczało dla mnie i Bobby’ego McGee / Nazwałam go kochankiem, nazwałam moim facetem / Tak, nazwałam go kochankiem, zrobiłam, co mogłam.
    Po Sittin’ On The Dock Of The Bay Otisa Reddinga piosenka Janis była drugim przypadkiem w historii amerykańskiej listy singlowej, gdy na szczycie znalazł się hit w wykonaniu niedawno zmarłego artysty.
    Me And Bobby McGee Joplinki została wykorzystana w epilogu słynnego filmu Rainera Wernera Fassbindera Berlin Alexanderplatz, z kolei w zestawieniu pięciuset największych utworów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone – uplasowała się na pozycji 148.

Krzysztof Borowiec


19:21, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -