Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
piątek, 09 grudnia 2011

Część pierwsza

Violetta Villas nie żyje. Jedna z największych gwiazd polskiej estrady zmarła 5 grudnia w Lewinie Kłodzkim. Miała 73 lata. Urodziła się 10 czerwca 1938 roku w Liege w Belgii jako Czesława Maria Cieślak. Miała słuch absolutny, potrafiła grał na fortepianie, puzonie oraz skrzypcach. Ale największą sławę przyniósł jej głos - sopran koloraturowy o rozszerzonej skali obejmującej 4 oktawy. Dzięki niemu zyskała przydomek "białego kruka wokalistyki światowej" czy "głosu ery atomowej". Największe sukcesy święciła w latach 60. i 70. Od kilku lat dystansowała się od życia publicznego. Kiedy przed tygodniem, w piątkowym magazynie Dziennika Polskiego ukazał się przejmujący tekst Wacława Krupińskiego (publikujemy go poniżej) opisujący karierę Violetty Villas w oparciu o książkę Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza, zatytułowaną "Villas. Nic nie ma do ukrycia", wydaną przez Świat Książki, nikt nie spodziewał się, że będzie to swoiste epitafium tej wielkiej, pomimo wszystko, artystki. Odziera on z wielu tajemnic życie Violetty Villas; dowiemy się nawet, że pukle piętrzących się blond włosów to efekt dopinania treski. Nie zmienia tylko jednego - dojmującego poczucia, że Waldorff miał rację. Że to w sumie talent zmarnowany, a na pewno nie w pełni wykorzystany. Że ów czterooktawowy głos, sopran koloraturowy o jakże oryginalnej barwie - mocny, potężnie wibrujący (acz nie zadrżał od niego kryształowy żyrandol paryskiej Olimpii, bo go tam zwyczajnie nie było - ot, jeszcze jeden element z autolegendy), który to rozogniał zachwytem, jakie te "Oczy czornyje", to wzruszał zwracając się "Do ciebie, mamo", to prosił namiętnie "Całuj gorąco, jak nie całował nikt" lub radośnie obwieszczał "To były piękne dni", że ten głos, który to wwiercał się potężnie w uszy, to zmysłowo pobudzał szeptem i ekstatycznymi westchnięciami, mógł zaistnieć na znacznie szerszą skalę. I ostatecznie ta mocno demistyfikująca artystkę książka nie zmienia faktu, że oto Kopciuszek z polskiego Lewina, urodzony w 1938 roku w belgijskiej miejscowości Heusy, dokąd ojciec górnik wyjechał za chlebem, zawojował najpierw paryską Olimpię, a później Casino de Paris w Las Vegas, gdzie miał wielometrowy neon ze swym nazwiskiem, gdzie śpiewał w siedmiu językach. Na szczęście zostały nagrane płyty; niewiele ich, co tylko poświadcza opinię Waldorffa. Ale słuchając czy to polskich piosenek czy interpretacji "My Heart Belongs To Daddy" (Marylin Monroe wysiada!) lub "Strangers In The Night" zamykam oczy na wszystko to, co teraz dowiedziałem się o tej kobiecie i wyjątkowej artystce. I chcę wierzyć, że gdyby urodziła się w innym świecie, w innym miejscu to jej kariera, o którą się tak modliła i w imię której uczyniła swoje życie "pucharem pełnym goryczy", potoczyłaby się na miarę tego wyjątkowego talentu.

   

Swej karierze podporządkowała wszystko, to dla niej poświęcała syna, przyjaźnie, a w sumie siebie. Bez wątpienia miał rację Jerzy Waldorff, twierdząc, że Villas to największy i najbardziej zmarnowany talent, jaki mieliśmy po II wojnie.Książkę otwiera przejmujący opis. Oto stara kobieta siedzi samotnie na scenie, "ubrana w długie włosy, kapelusz, na biało jak komunijne dziecko, słyszy już tylko na prawe ucho". Powita publiczność słowami: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i niepokalane serce Marii, witam...". Gdy zacznie śpiewać, okaże się, że zapomina słów, nie czuje rytmu, a "jej wokalizy łapią fałsz. Kobieta sepleni. Nie ma połowy dolnych zębów". Jednak publiczność, która czekała na to spotkanie dwie godziny, wstaje, bije brawo. Płacze. "Całuję was w samo serce..." - usłyszy w podzięce.Słyszałem te same słowa - w Krakowie, we wrześniu 2005 roku w auli "Florianka" Akademii Muzycznej. To była ta sama artystka, ale o sześć lat młodsza, jeszcze w znacznie lepszej formie, w pięknej złotej sukni, z pnącymi się po plecach lokami... I też płynęły kaskady dewocyjno-obsesyjnych wyznań: "Mogłabym się skarżyć w sądach, wołać o odszkodowanie, ale to by się Panu Bogu nie podobało... Kiedy Pana Jezusa koronowali cierniem, pluli na niego, przedrzeźniali, poniżali, to on się nie bronił... A przecież co to jest, jak nie prześladowanie mnie... Z jakiej to przyczyny robią ukradkiem zdjęcia... Czy nie lepiej zadzwonić do pani Violetty, pani Violetto chcemy z panią porozmawiać, to wtedy nawet by mogli sfotografować moje pieski i kotki, a nie wpaść, jak ubecy, jak MSW... Panu Bogu dziękuję za ten wielki zaszczyt i wywyższenie, że jestem prześladowana za dobroć, za miłosierdzie... Panu Bogu chcę się podobać, nie światu...".Jednak to światu chciała się Violetta Villas podobać przez całe życie. To swej karierze podporządkowała wszystko, to dla niej poświęcała syna, przyjaźnie, a w sumie siebie, bo jasno widać po latach, jak tragiczny to los, jak niepełna to kariera.

Bez wątpienia miał rację Jerzy Waldorff, twierdząc, że Villas to największy i najbardziej zmarnowany talent, jaki mieliśmy po II wojnie. To dla kariery poszła na współpracę z MSW stając się agentem służby wywiadowczej o pseudonimie "Gabriella", do czego zobowiązała się podpisując stosowne oświadczenie 27 XII 1968 roku. Hasło: "Czy lubi pani utwory Brahmsa?". Odzew: "Lubię, ale wolę Chopena" (tak zapisane!). Podpisała: Violetta Villas; potem jakiś przełożony prowadzącego ją agenta zrobi dopisek, że "powinno być podpisane prawdziwym nazwiskiem", czyli Czesława Gospodarek.Jakże łatwo udał się ten werbunek, aż się fachowcy ze służb dziwili, że tak prosto wpadła im w łapy. Tak naiwnie. Dopowiedzmy od razu - niewiele pożytku mieli z "Gabrielli" i szybko zauważyli, że "nie należy za dużo sobie po kontakcie z nią obiecywać". Nie nadawała się do tej pracy, jak zwykle głównie wiele obiecywała... Właściwie to chciała mieć łatwy dostęp do paszportu, to wszak był czas jej występów w Las Vegas, a potem sama zawracała głowę służbom, by jej pomagały w rozmaitych sprawach, by ostatecznie mieć do nich żal, że nie pomogły... w karierze. Jak była rozbrajająco naiwna i niefrasobliwa, pokazuje fakt pójścia do komendanta powiatowego Milicji Obywatelskiej w Piasecznie - był już kwiecień 1970 roku - z prośbą o poradę, bo byli u niej przedstawiciele Służby Bezpieczeństwa, którzy zaproponowali jej współpracę na rzecz polskiego wywiadu i ona nie wie, co ma zrobić!Ostatecznie uznana za osobę niepoważną, zarozumiałą, za kapryśną histeryczkę, która na dodatek - "istnieje duże prawdopodobieństwo" - używa narkotyków, została przez MSW zignorowana. Jednak ten fakt będzie artystce ciążył całe życie i - jak powie syn - odmieni ją. Oczywiście, gdy zacznie o tym mówić w latach 90., będzie to wersja zupełnie inna. Jak wiele mistyfikacji, zmyśleń, jakimi Violetta Villas karmiła media przez lata. Można nawet podejrzewać, że zatarła w sobie kontury między prawdą a po tylekroć powielanym zmyśleniem.

Gdy rozmawiałem z nią na początku 2000 roku też usłyszałem: "Miałam być polską Matą Hari. Byłam wtedy bardzo naiwna, nie wiedziałam niczego na temat tych służb, odpowiedziałam, że jestem wierząca, uczuciowa, że się do takiej roli nie nadaję. Myślałam, że to wystarczy. Nie dali mi czas do namysłu. Odmówiłam po raz drugi i wówczas usłyszałam: »To my cię zniszczymy, a i tak nam niczego nie udowodnisz«. Do Stanów już mnie naturalnie nie wypuścili, a potem konsekwentnie przez lata realizowali swą zapowiedź. Przeszłam istną drogę krzyżową; wtedy moją stałą lekturą była Księga Hioba ze Starego Testamentu, to ona dodawała mi siły...Jak pan widzi, nadal mówię o tym ze łzami w oczach - okrutną cenę zapłaciłam za to, że nie chciałam być ich. Jakież plotki na mój temat kolportowano, ile najść na mój dom przeszłam, który dewastowano, zrywając podłogi i parapety w poszukiwaniu nie wiem czego - argument był taki, że skoro nie chcę z nimi współpracować, to pewnie już współpracuję z Amerykanami...".Słyszałem też o szykanach z powodu odmowy współpracy ze służbami specjalnymi, co miało się przekładać na brak dostępu do radia, radiofonii, do paszportu. O ograniczaniu występów z powodu zawieszonego na szyi krzyża.

   

Wtedy mogłem tylko powątpiewać, teraz, dzięki tej książce, widać czarno na białym, ile w tych opowieściach mistyfikacji i nieprawdy. A zarazem psychologicznej prawdy w tej tragicznej na wskroś kobiecie. Przerzuconej z polskiej biedy, z domu górnika, który został komendantem MO, w wielki świat, który ją oszołomił, oślepionej neonami Las Vegas, będącego dla nieznającej języka Polki złotą klatką, a potem już tylko snem, który nie chciał powrócić. Zaszczutej przez swe ambicje, fobie, przez małość charakteru i wielkość talentu. Wreszcie przez manię prześladowczą. Uzależnioną od układów w naszym show-biznesie i od środków odurzających, które pewnie pojawiły się w USA i bez których później nie umiała żyć. Także od koniaku. Rozpiętą pomiędzy finansowym rozpasaniem, którego przejawem był biały mercedes, do którego wsiadała w białych norkach, a nędzą, która kazała artystce wynosić z przyjęć po występach pochowane w siatkach jedzenie. Niegdyś wielki dom w Magdalence, potem coraz większa bieda ze sforą zwierząt w rodzinnym Lewinie, gdy miała np. 140 kotów, 60 psów i 10 kóz, a zabrakło koncertów i przyszło żyć z emerytury w wysokości siedmiuset paru złotych, zawdzięczanej synowi, który opłacił zaległe składki w ZUS-ie.


09:27, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »

Część druga

Te zwierzęta, które opanowały także dom w Magdalence, zdają się być dla niej jakimś remedium na uczuciową pustkę, w której spędziła całe życie. Jakże pięknie śpiewała "Do ciebie, mamo", jakby na przekór bardzo złym relacjom z matką, a potem sama okazała się być dla swego syna bezlitosna w swym egoizmie - czy było to ściągnięcie chłopca do Las Vegas, gdzie błąkał się samotnie, bo ona była zajęta karierą, czy zostawienie go samego w warszawskim mieszkaniu jedynie z łóżkiem polowym, bo resztę mebli zabrała do willi w Magdalence. Chodził głodny w dziurawych butach. Miał 14 lat. A gdy już zamieszkał z matką, niejeden raz był z domu wyrzucany.Krótkotrwały związek z ojcem Krzysztofa też okazał się małżeństwem niedojrzałym, pospiesznie wziętym, szybko zakończonym. Po latach, w 1988 roku, głośny ślub z Tedem Kowalczykiem także był z obu stron grą; on chciał mieć gwiazdę, która przyciągnie klientów do restauracji, ona po latach chciała znów zapaść w niegdyś przerwany american dream. To musiało doprowadzić do rozwodu. Właściwie tylko jedna wielka i prawdziwa miłość przydarzyła się tej kobiecie. Janusz Ekiert, krytyk i zarazem wielki autorytet w świecie muzycznym. Zdarzył się ten "wiolettowy zawrót głowy" jeszcze w latach 60. i trwał parę lat. Ale ona była w USA, on - w Polsce, wreszcie się ożenił z pianistką Lidią Grychtołówną... Potem jeszcze wrócili do siebie, co spowodowało przerwę w jego małżeństwie, aż on całkowicie z Villas zerwał. Pewnie nie chciał ryzykować związku z kobietą o tak rozwichrzonej psychice, z bigotką, jaką stała się po powrocie z USA, z mitomanką.

  

Było to w połowie lat 70. w poznańskim hotelu Polonez. Obsługa szukając Villas, mającej jechać na koncert, weszła do jej pokoju, by zobaczyć, że jest kompletnie zdemolowany. Wezwano milicję, a potem do hotelu wpadła Villas - w porwanym ubraniu, z potarganymi włosami, utytłana w piachu. Porwano mnie z hotelu, wywieziono do lasu, ale wyrwałam się oprawcom! Tyle że kierowca taksówki zeznał, że "pani Villas zamówiła kurs spod hotelu za miasto. Tam zapłaciła i kazała mi odjechać".Teraz Ekiert powie autorom książki, że Villas "była ofiarą własnej wyobraźni i potem rozbijała sobie głowę o rzeczywistość". I że zawsze była "dziewczynką, która żyła w swojej wyobraźni jak w bajce i widziała siebie jako królewnę".

Zamknięta w Magdalence, otoczona przez 50 psów, przez ludzką zawiść, doświadczaną przez całe życie równie mocno, jak uwielbienie, coraz bardziej uciekała do Boga, do Matki Boskiej, traktując ich instrumentalnie. Po swojemu. "Zawsze w kościele przed tabernakulum modliłam się: "Panie Jezu, pozwól mi zostać śpiewaczką..." - mówiła mi w 2000 roku. Alinie Janowskiej opowiedziała, że to Matka Boska przepowiedziała jej wielką karierę...Bóg i Matka Boska będą takim wytłumaczeniem rozmaitych osobliwych zachowań. Bogusław Kaczyński doświadczył czekania na gwiazdę w telewizji; ma być nagranie, wszystko gotowe - Villas nie ma. Telefon w Magdalence milczy. Jadą zatem, wychodzi rozczochrana, w podomce. "Ja dzisiaj nie wystąpię. Matka Boska do mnie przyszła i powiedziała: »Dzisiaj, Violetko, nie występuj, dzisiaj nie będziesz miała sukcesu. Innym razem, innym razem«....". Bóg i Matka Boska będą też adresatami szokujących wyznań. Jak to: "Zdrowaś Mario, łaskiś pełna... Ten sk... popsuł mi cały koncert!... Módl się za nami grzesznymi". Z czasem wpadnie w ogromną dewocję, wygłaszając w czasie recitali swoiste kazania... Tak było podczas wspomnianego już występu w krakowskiej "Floriance", co nie przeszkadzało Violetcie Villas rzucać też uwag jednoznacznie seksualnie frywolnych. Widać to kolejny przejaw jej dwoistości, jej miotania między sacrum a profanum, między biegunami tak odległymi, jak skala ludzkiego głosu. Ale cóż, można się domyślać, że także w kwestii dotyczącej ciała odczuwała artystka niespełnienie. Niestety, wiele niegdysiejszych spekulacji wydana właśnie książka rozstrzyga jednoznacznie, i to na niekorzyść opisywanej. Dodajmy, mimo trwających miesiącami prób rozmów z nią, autorom nie udało się namówić jej do zwierzeń.

Cóż, mnie mogła we wspomnianym wywiadzie opowiadać o tym, że miała grać m.in. u boku Glenna Forda, Lee Marvina, Boba Hope'a, o tym, że "mógł być wstęp do światowej kariery", ale "wszystko to zniszczyli panowie w ciemnych okularach, którzy po moim powrocie do Polski zjawili się, proponując mi współpracę". Z książki wiemy, że to nieprawda, a artystka do 1977 roku dostawała paszport. Utraciła go po samowolnym pozostaniu w USA, dokąd wyjechała z "Podwieczorkiem przy mikrofonie" i powrocie przez RFN, gdzie - jak zapisali agenci - zakupiła narkotyki.Mnie mogła opowiadać, że dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi Sławomir Pietras chciał, by zaśpiewała główną rolę w "Wesołej wdówce" Lehara, "ale wszędzie się zjawiali ludzie, co to psuli". Teraz czytam, że po prostu nie potrafiła opanować materiału i dyr. Pietras musiał zatrudnić zawodową śpiewaczkę Wandę Polańską.Przypomnijmy, że w krakowskiej Operze, w 1992 roku, miała Villas śpiewać w "Hallo Dolly" i też do tego nie doszło.Takich artystycznych okazji zmarnowała Villas w życiu wiele, by tylko przywołać złożoną jej przez Andrzeja Wajdę propozycję zagrania w "Ziemi obiecanej" Lucy Zuckerowej, w którą potem wcieliła się tak genialnie Kalina Jędrusik.Z czasem coraz bardziej obawiano się kapryśnej, chimerycznej i nieznośnej gwiazdy. Słynne były jej odwoływania w ostatniej chwili koncertów albo zaczynanie ich z dwugodzinnym opóźnieniem, bo jak kochają, to będą czekać. Pisał o nich i "Dziennik Polski" przed laty, teraz cytowany w książce.

   

Dobrze wiedziała, że jest uwielbiana, że ma publiczność u stóp, że bilety na jej koncerty sprzedają się w okamgnieniu. Wiedzieli to również dyrektorzy teatrów. Villas zapewniała wypełnione po brzegi sale. To Witold Filler, dyrektor Teatru Syrena, parokrotnie zapraszał Villas do swych spektakli. Bilety u koników, oblegany teatr. A ona po paru latach przebywania w swej samotni i życia w nędzy miała znów pieniądze. Jednak cenę za to płacili wszyscy pracownicy teatru - od obrażanych i pomiatanych garderobianych i muzyków aż po dyrektora, który za każdym razem drżał, czy spektakl się odbędzie. Rozstaną się, gdy ukaże się jego książka "Tygrysica z Magdalenki"; ona zerwie ich trasę koncertową i wszelkie kontakty."Niepoczytalność i szaleństwo, przemieszanie wdzięczności z arogancją, wściekłości z uprzejmością... Absolutnie nieczytelna psychologicznie osoba. Jest w niej jakieś prawdziwe nieszczęście, jakieś wielkie pogubienie. Człowiek szczęśliwy nie żyje tak jak ona" - mówi w książce żona nieżyjącego już Fillera, Monika.A ja przypominam sobie zakończenie mojej rozmowy z Villas, kiedy na pytanie "A czuje się Pani szczęśliwa?", usłyszałem: "Bardzo. Najważniejsze to podobać się Panu Bogu, nie światu. Otrzymałam od Chrystusa puchar pełen goryczy - wypiłam wszystko do dna, nie roniąc ani kropli. Reszta jest tajemnicą".

Wacław Krupiński (Dziennik Polski)

Zdjęcia: Google





09:26, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2011

Chociaż pisano o niej, że niepospolitą urodę odziedziczyła po matce Izabelli Sanguszko, to jednak za jej niemal siostrzane podobieństwo do Heleny Modrzejewskiej, przypisywano ojcu, księciu Stanisławowi, który ponoć wdał się w romans z ubogą matką przyszłej aktorki i pozostawił jej córkę, siostrę Heleny. Ta niespójność wskazuje na legendarne teorie i rozkapryszenie magnaterii polskiej, osiadłej w austriackiej Galicji. Helena Sanguszkówna była na pewno jedną z najpiękniejszych kobiet ówczesnych salonów zaborowej Polski i przyjaźniła się z Modrzejewską, ale czy była jej siostrą? To już domniemania historyków i badaczy dziejów rodu Sanguszków. Urodziła się w 1836 roku i, jak przystało na księżniczkę, odebrała bardzo staranne wychowanie i gruntowne wykształcenie. Matka Heleny, słynna z urody w całej Europie i ojciec Władysław Sanguszko zadbali, by ich ukochana córka wyrastała w podtarnowskich Gumniskach na damę biegle władającą obcymi językami, o manierach europejskich i zadziwiającą swoją urodą ówczesne dwory. Zauroczony jej krasą Stanisław tarnowski pisał: „Piękność odziedziczyła po rodzicach, po dawniejszych pokoleniach także, ale też wyrosła na piękność sławną w całym europejskim świecie”. Posiadała, po matce wszelką grację w dostojności ruchów, konwersację i piękno godne młodej księżniczki. „miły a nie złośliwy dowcip, żywy umysł, wykształcony upodobaniem w czytaniu (…) talenta, muzyka, łagodny głos w śpiewie, śliczna, pełna odcieni gra w amatorskich przedstawieniach teatralnych. Słowem mnóstwo darów, wysypanych jak z rogu obfitości na jedną istotę”. Czy te wszystkie pochwały i zachwyty miały jakikolwiek pozytywny wpływ na życie Heleny? Bynajmniej. Bardziej przysparzały jej kłopotów i problemów osobistych, co zapewne sprawiło, że nigdy nie wyszła za mąż, chociaż starali się o jej rękę wielcy ówczesnego świata. 

    

Po małżeństwie starszej siostry Jadwigi, bez opamiętania weszła w gorący romans ze swoim szwagrem „Czerwonym księciem” Adamem Sapiehą i urodziła mu dwoje dzieci. Jadwiga w przypływie miłości siostrzanej, przyjęła córkę Heleny jako swoje dziecko, a młodszy syn, który wychowywał się w rodzinie Sapiehów wraz z innymi dziećmi, gdy dowiedział się o swoim pochodzeniu, już po śmierci Heleny, wyjechał do Ameryki. Świadoma swojej urody i wdzięku odrzucała starających się o jej rękę kawalerów możnych rodów, pozostając na zawsze w stanie panieńskim. Najpoważniejszym kandydatem do ręki pięknej Heleny był książę Władysław Czartoryski, ale, jak to bywało z mariażami arystokratów, interesy majątkowe przerwały negocjacje pomiędzy rodami. Plany małżeństwa popierali usilnie Leon Sapieha, Jadwiga Adamowa i Leonowa Sapieżyna. Adam Sapieha często przebywał w Gumniskach, spotykał się z Heleną, ale o rękę nigdy nie poprosił. Leonowa Sapieżyna wyrzucała mu to w listach: „Miałeś do tego sposobności kilka, jeżdżąc z nią na koniu i powtarzałeś, iż polityka Ciebie jedynie zajmuje, nic więc dziwnego, że Helena nie wierzy byś myślał o ożenieniu”. Prawda jednak leżała w zupełnie innym miejscu. Na przeszkodzie stanęła właśnie owa polityka i obawa przed utratą majątku w Rosji. Czartoryski był wówczas przywódcą polskich, emigracyjnych konserwatystów i to zniechęciło ojca Heleny i osławionego Romana Sybiraka do tego związku. Jadwiga, siostra Heleny pisała: „Mój ojciec i bracia są przekonani, że gdyby rozgłoszono związek mojej siostry z Tobą, przystąpiono by zaraz w dławieniu do najsroższych środków (…) nie jest to brak, ani szacunku, ani obawa abyś nie potrafił ją uszczęśliwić”. Planowane małżeństwo od początku nie miało żadnych szans realizacji. Sanguszkowie zbyt dotkliwie odczuli konfiskatę przez Rosjan majątku w Sławucie za udział księcia Romana w powstaniu listopadowym. Najbardziej obawiali się utraty dóbr na Wołyniu, chociaż niektórzy twierdzili, że to tylko sprytna wymówka, bo Helena była bardziej zainteresowana, a nawet już zajęta obietnicami małżeńskimi z Tomaszem Zamojskim. Ponowne starania, już bardziej uległej rodziny Heleny w kierunku Czartoryskiego, spaliły niestety na panewce, bowiem kandydat na pana młodego odwrócił się całkowicie od Heleny, co dobitnie wyraził w liście do Izabelli Działyńskiej: „żal mi się zrobiło, chcę wiedzieć, a może wstrzymać nadzieję, że się uda z Heleną. To ich taktyka zwykła, by potem na lodzie osadzić, ale z drugiej strony gwałtownie go nie pragnę, bo Helena jest bierność wcielona, a rodzina nie pociągająca”. 

 

Dużo mówiło się wtedy o domniemanym romansie Heleny z Leopoldem Sacherem Masochem, od którego nazwiska pochodzi termin psychologiczny „masochizm”. Był synem dyrektora policji we Lwowie, który to razem z tarnowskim starostą sprowokował i wspierał krwawą rabację Jakuba Szeli. Ile w tym prawdy? Po nieudanych próbach małżeńskich Helena zamieszkała na stałe w Krakowie, przy ulicy Sławkowskiej, gdzie prowadziła salon artystyczny i bardzo bujne życie towarzyskie. Często odwiedzała rodzinne Gumniska. Wiele podróżowała po Europie, odwiedzając głównie Włochy i Francję, pisała dzienniki i pamiętnik. Opiekowała się troskliwie matką Izabellą Sanguszkową, a nawet angażowała się w załatwianie rynków zbytu dla przemysłu krajowego. Po śmierci matki objęła protektorat nad ochronką dla biednych dzieci w Tarnowie. Zmarła 22 kwietnia 1891 roku, mając zaledwie 54 lata. Na wieść o śmierci pięknej Heleny zebrał się we Lwowie na sesji nadzwyczajnej Wydział Krajowy i uchwalił, aby przesłać księciu marszałkowi Eustachemu Sanguszce telegraficzne kondolencje, wysłać na pogrzeb specjalną delegację, złożyć w imieniu Wydziału Krajowego wieniec i wywiesić na budynku sejmu żałobne flagi. Zwłoki Heleny po wystawieniu w krakowskim kościele Reformatów, zostały przewiezione do Tarnowa 26 kwietnia i złożone w kaplicy na starym cmentarzu. Tarnowska gazeta Pogoń tak relacjonowała to smutne wydarzenie: „niezmierne tłumy ludu wiejskiego, mieszczaństwa, oraz całe obywatelstwo z sąsiedztwa, dało przy tej sposobności wyraz żalu i udziału w żałobie tego rodu, który od wielu generacyj skarbi sobie miłość we wszystkich warstwach społeczeństwa. Ks. Kanonik Leśniak, proboszcz tarnowski prowadził kondukt z dworca kolejowego na cmentarz. W poniedziałek urządził ks. Biskup Łobos za duszę ś.p. księżniczki Heleny w kościele katedralnym uroczyste nabożeństwo żałobne, a tegoż samego dnia odprawione zostały egzekwie w kaplicy zamkowej w Krasiczynie, własności księżnej Adamowej – siostry Heleny – z Sanguszków Sapieżyny.”. 

(za J. Marszalka - S. Potępa, A. Sypek, M. Trusz, Cmentarz Stary w Tarnowie)


Jerzy Reuter (Gazeta Krakowska)


10:29, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 grudnia 2011

A dokładnie w Galerii Miejskiej BWA, która siedzibę ma właśnie w tym miejscu. Tamże, w ostatni piątek 2 grudnia, ten znany prozaik spotkał się on z licznym gronem swoich czytelników. Zostało ono zorganizowane w ramach 8. Festiwalu Sztuki ArtFest. Autor promował swoją ostatnią, nominowaną do Nagrody Literackiej Nike 2011, powieść „Dziennik pisany później". Powieść, jak sam powiedział, momentami zabawną, ale nie wesołą. Było coś symbolicznego w samym miejscu spotkania - sali znajdującej się na Dworcu PKP - relacjonowała dziennikarka Dziennika Polskiego Joanna Rzepa. O opisywanej w "Dzienniku..." podróży po południowo-wschodniej Europie pisarz-podróżnik opowiadał przy akompaniamencie nieustannie przystających oraz odjeżdżających pociągów, znajdujących się w ciągłym - tak istotnym w jego twórczości - ruchu. Sam autor powiedział w trakcie tego wieczoru: - Nie potrafię siedzieć w miejscu.Trwające ponad półtorej godziny spotkanie przeplatały pytania kierowane do pisarza przez prowadzącego je Miłosza Onaka, a także przez czytelników. Te ostatnie bywały niekiedy zaskakujące dla samego autora Udzielając odpowiedzi wykazał się on jednak dużym dystansem zarówno do siebie, jak i do swojej twórczości, a także poczuciem humoru. Podczas swojej opowieści nie stronił także od licznych anegdot oraz ciekawostek związanych z odbywanymi przez siebie podróżami. Na koniec spotkania podpisywał swoją powieść.  Kinga Soból, jedna z wiernych czytelniczek pisarza, powiedziała po zakończeniu wieczoru: - Spotkanie z Andrzejem Stasiukiem traktuję jako swoiste post scriptum do twórczości autora. Pojawiło się wiele wątków, które porusza on w swoich książkach. Szczególnie interesujący wydaje mi się być temat zakorzenienia i transgresywności. Z jednej strony autor-narrator przemieszcza się po Bałkanach, czyli wydawałoby się czymś, co jest pozornie obce, odległe, jednak ten dystans pomaga mu lepiej zrozumieć siebie. Przez ten pryzmat ogląda zresztą Polskę - co również zaakcentował podczas spotkania. Kiedy mówimy o twórczości Stasiuka warto pamiętać również o kwestii tożsamości. Wydaje się, iż każda jego wędrówka pomaga mu do-określić siebie - choć z drugiej strony ta tożsamość nigdy nie osiągnie ostatecznego uzupełnienia, gdyż samo jej kształtowanie jawi się tutaj jako proces nieskończony. A oto co sam pisarz mówi o kontaktach z innymi. -  Nie jestem fanem spotykania ludzi, nie czuję takiego zobowiązania. Filozofia spotkania nigdy do mnie nie przemawiała. Czasami przez tygodnie nie spotykam nikogo poza Moniką i Tośką. Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci. Ja to lubię, tak jak niektórzy spełniają się w nieustannym kontakcie, w życiu w centrum, w rozmowie. Rozumiem ich, ale wolę spotykać myśl drugiego człowieka w jego dziele niż osobiście, że się tak wyrażę. Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze. Andrzej Stasiuk (ur. 25 września 1960 w Warszawie) ma życiorys równie bogaty, jak jego twórczość. Wydalony kolejno: z ogólniaka, technikum, zasadniczej szkoły zawodowej. We wczesnych latach 80. zaangażowany w działalność Ruchu Wolność i Pokój. Zdezerterował z wojska, za co półtora roku spędził w więzieniu. W 1986 wyjechał z Warszawy i zamieszkał w Wołowcu, w Beskidzie Niskim. Jest laureatem nagrody Fundacji Kultury (1994), Fundacji im. Kościelskich (1995), im. S. B. Lindego (2002), nagrody im. Arkadego Fiedlera "Bursztynowy Motyl" za Fado (2007). Kilkakrotnie nominowany był do literackiej nagrody Nike, którą otrzymał raz – w 2005 r. za Jadąc do Babadag. Odznaczony Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Autor licznych felietonów prasowych ("Tygodnik Powszechny", "Gazeta Wyborcza", "Tytuł", "OZON", "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i inne). Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków m.in. na angielski, fiński, francuski, holenderski, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski, włoski, czeski i rumuński.Wraz z żoną Moniką Sznajderman prowadzi Wydawnictwo Czarne, specjalizujące się w literaturze środkowoeuropejskiej. Wystąpił w filmie Gnoje. Poniżej interesująca rozmowa  z gościem tegorocznego ArtFestu.


Zdjęcie - Marcin Janik


“Co tu gadać” – z  Andrzejem Stasiukiem rozmawia Maciej Topolski.

W wielu wywiadach mówił Pan, że brak Panu talentu do “gadania”, do “opowiadania” i że potrafi tylko słuchać, ale po przeczytaniu najnowszej powieści, wrażenia są całkiem inne, że jednak nie tylko słuchać Pan potrafi. 

Nie potrafię takiej gadki knajpianej, wiesz, mnie to zawsze w facetach interesowało, że wchodzi taki do knajpy i mówi przez pół godziny, i wszyscy dookoła go słuchają, wiesz, i on ma dar narracji, takiej narracji ludowej, takiej prostej, jak kiedyś opowiadał lirnik czy dziad, balladę dziadowską sprzedający. Takiego talentu ja nie posiadam. Zazdrościło się takim ludziom, i miało się do nich szacunek. Ale co innego napisać tekst, a co innego mówić tak z czapki.

Jak to z czapki?

No tak z głowy mówić [śmiech]. Z takiej prostej ludowej narracji, która sama ci przychodzi, która jest i dowcipna, i dynamiczna, i dramatyczna…
… i ma w sobie wszystko.Tak, czasami literatura jej dorównuje, ale rzadziej… rzadziej nie.

A dlaczego Polacy czekają na takie książki jak “Taksim”? Fabularne książki.

Kto czekał? Polacy?

Czytelnicy… Na fabularne książki, a nie takie jak “Jadąc do Babadag”.

Nie wiem, co czytają czytelnicy. Fabuła jest po prostu fajna, fabuła jest prostsza, opowiada o ludzkim losie. Łatwiej jest przecież identyfikować się z bohaterem niż z myślami autora. Łatwiejsza jest taka proza, ale w pisaniu wcale nie jest łatwiejsza.

Ale Pańskie książki nie są takie do końca fabularne, takie, że tak powiem, filmowe. Nie mają “wyraźnych kształtów”.

Wiesz, one bardziej życie przypominają, które jest nieco przypadkowe i chaotyczne. Niekoniecznie jest tak, że bohater zmienia się podczas powieści. “Taksim” to i tak dość fabularna powieść, coś tam się dzieje, jest akcja, jest pościg, współczesność. Są bohaterowie, którzy przede wszystkim walczą.

Ale w “Taksimie” sama fabuła nie jest aż tak ważna. Chodzi mi o to, że w tej powieści to właśnie narracja, w ogóle język polski wysuwa się na pierwszy plan.

No jest trochę ważna. Jest przecież ten potężny konflikt z Siwym, i gdzieś… Nie, no, masz rację, nigdy nie nauczyłem się tego, jak się opowieść składa, jak się nastrój buduje, jak pejzaż. W ogóle narracja wydaje mi się rzeczą nieco prostacką, bo to nie problem wymyśleć jakąś historię i ją tak po prostu opisać. To nie jest i nie było dla mnie wyzwanie. Narracja ma czemuś służyć, ma nieść za sobą całą resztę literatury.

Może dlatego też pojawiające się opinie na temat Pana nowej książki nie oddają tego, co siedzi w jej środku, krytycy nie potrafią tej powieści nazwać, określić.

Niektórzy potrafią, niektórzy… jak na przykład Piotr Kofta. Piotrek piękną recenzję napisał, rozwijającą. Tak więc on próbował ją zrozumieć, chociaż nawet ja nie rozumiem o co w niej tak do końca chodzi. Albo Gołoburda.

Z Gołoburdą to bym się jeszcze spierał.

No, ale rzeczywiście – Kofcie się udało… Oj, sam nie wiem, z wiekiem coraz mniej ci krytycy mnie obchodzą, zaczynają po prostu denerwować. Jak znasz jeszcze kulisy tych krytycznych wypowiedzi. To znaczy jaka jest kuchnia, skąd to się bierze…

To o co chodzi w literaturze?

O skróty chyba, żeby dojść do precyzji języka, do nazywania rzeczy, którym nie można zarzucić fałszu. Moi bohaterowie są już starzy. Co mają sobie język strzępić. Co tu gadać, mają pięćdziesiąt lat i już wszystko wiedzą [śmiech].Kulisy?No tak. A dlaczego dostajesz od jakiegoś kolesia złą recenzję? Bo kiedyś nakopałeś mu do dupy.

A, o to chodzi.

O to. Na przykład zadawał głupie pytania podczas wywiadu, to wyrzuciłeś go z domu, i potem pisze ci rok po roku złe recenzje.

Często nie czytając nawet książki.

Czasami tak właśnie jest.

W “Czekając na Turka” zauważyłem pewną zmianę, zaczął Pan bowiem stosować język młodzieżowy, który często trącił mi Masłowską.

Wiesz, takim językiem pewnie młodzi mówią. Nie mam kontaktu z takim językiem. Czasami na ulicy słyszę, ale… jeśli trąci Masłowską, to… ona jest zajebistą pisarką [śmiech] i rzeczywiście zmieniła język polski, do czego większość pisarzy nie chce się przyznawać, bo jej po prostu zazdrości.
I stąd tyle niezbyt miłych opinii.Wiesz, jak ona twierdzi, że ma duży negatywny elektorat [śmiech]… Ale to się czuje, że ona jest świetną pisarką. I tyle. Ale dlaczego miałbym nie używać takiego języka? Nieświadomie pewnie tak się stało, przez osmozę. Przecież w tym samym języku piszemy i czytamy swoje rzeczy. Przynajmniej ja jej czytam, chociaż nie wiem, czy do końca powinno się czytać jej książki… Ale to jest po prostu specyfika “Turka”. Tam są tacy bohaterowie, którzy nie mogą mówić językiem Władka czy językiem “Jadąc do Babadag”. Poza tym w “Taksimie” jest jedno odniesienie do Doroty. Mogło ci umknąć.

Jeszcze nie skończyłem czytać. 

Aaa, to dobrze, to ci zostawiam [śmiech].

Jeśli wspomnieliśmy o Masłowskiej, to może zapytam, co z resztą literatury polskiej?

Nie wiem, przecież ja się w ogóle na tym nie znam.

Nic?

Tyle, o ile. Ale to nie można zaliczyć do jakiejś wiedzy. Lubię książki po prostu. Z młodych Marczewski jest świetny, który napisał o Aborygenach [Mateusz Marczewski "Niewidzialni" - przyp. MT]. To jest naprawdę fajna, ale niedoceniona książka. Mirka Nahacza “Bombel” był bardzo dojrzały literacko. Już było czuć, że ten facet zaczyna się spełniać.

A co z tą ostatnią jego?

No nic, po prostu nie chcieliśmy jej wydać, czuliśmy, że się zapętlił. Mirek, no, sorry, ale nam się to nie podoba, chcesz to wydaj gdziekolwiek indziej. Nie byliśmy przekonani. Mirek się nie obraził, poszedł do Prószyńskiego…

… i go wydali.I go wydali [śmiech]. Pośmiertnie.

Oglądałem film na podstawie “Opowieści galicyjskich”, słaby bo słaby, i zastanawiałem się…Moim zdaniem też nie najlepszy.
W Pańskich książkach, co widać także w tym filmie, zawsze się na coś czeka i bohaterowie też na coś czekają. Był już Rusek, był Turek i…Rzeczywiście, może to pewna cecha pasywna tych stron, że ludzie czekają na coś i tego, że ktoś przychodzi. Jakie wojska przyjdą? Czy będą baby gwałcić, czy nie będą? Czy będzie reforma, czy też nie? Ale w “Taksimie” ten Władek jest zaprzeczeniem tej pasywności, on walczy, kurczę. Jest pełen energii, nie czeka, on zapieprza, zapieprza – jedzie nawet do Turcji, żeby ocalić swoją kobietę, a żeby trochę zarobić, sprzedaje Cyganom najgorsze badziewie. On akurat nie czeka, Władek walczy.

Może dlatego też Władek jest postacią nierealną. Nawet główny bohater, Paweł twierdzi, że niemożliwe, żeby ten Władek tyle przeżył i tyle zobaczył.

Albo tyle zmyślił [śmiech]. Możliwe, wiesz, on jest tak naprawdę takim ludowym, plebejskim herosem, który jeśli mu świat nie odpowiada, to on go przegada, przekrzyczy. Jest bardzo polski.

Mówią, że “Taksim” to najważniejsza Pańska powieść.

To znaczy bohaterowie są najbardziej dojrzali. To na pewno. W tej książce odwołuję się do “Białego kruka”, do “Zimy”, do “Opowieści galicyjskich”. Paweł jest na przykład bohaterem “Dziewiątki”. Wiesz, bo jeśli zrobisz sobie bohatera, wymyślisz go i poślesz w świat, to nie możesz go tak zostawić. Trzeba mu towarzyszyć. Starzeć się z nim i dawać mu szansę cały czas, nie stawiać go pod ścianą. To jest tak jak w “Opowieściach galicyjskich”, kiedy mój ulubiony bohater, Kościejny, zamarzł, to ja go musiałem wskrzesić, żeby jeszcze dopowiedział swoją historię. Jest to w jakiś sposób naiwne. Ale trzeba towarzyszyć swoim bohaterom, jeśli się już ich stworzyło.

Wydaje mi się jednak, że dopiero przy pisaniu tej nowej powieści, dostrzegł Pan, że warto stworzyć własną krainę, swój własny powieściowy świat.

A co ja innego robię… Na przykład “Jadąc do Babadag” jest o tej samej krainie, tyle że jest to opowiedziane innymi słowami. Nie jest to narracja, nie jest to fabuła, ale to także budowa tej właśnie krainy, którą sobie wymyśliłem i którą rządzę. Jest jaka jest, ale należy do mnie. W ogóle cały czas mam wrażenie, że piszę jedną książkę, mimo że są one tam jakoś bardziej fabularne czy mniej fabularne. W “Taksimie” znalazły się nawet nawiązania do “Dukli”. Pojawia się tam scena, kiedy główny bohater wspomina wydarzenie z “Białego kruka”, kiedy banda Cyganów siedzi na stacji kolejowej. To jest już taki zagmatwany świat, że nawet ja się w tym powoli gubię [śmiech]. Ale to jest fajne uczucie, gdy piszesz, a rzeczywistość miesza się z tym, co wymyśliłeś – czy to co widziałeś to naprawdę widziałeś, czy jednak zmyśliłeś? Z książki na książkę to coraz bardziej się zagęszcza. To jest chyba ta radość pisania.

Ale w “Taksimie” nie uświadczy czytelnik takich opisów, jak na przykład w “Opowieściach galicyjskich”. Gdzieś już Pan mówił, że nie jest już Pan w stanie czegoś podobnie poetyckiego napisać.

Słuchaj, to idzie do przodu, język staje się oszczędniejszy, bardziej lapidarny.

Ale z czego to wynika?

Bo ja byłem już taki rozkręcony, ale to już minęło… A z czego to wynika? Po prostu trzeba mówić to, co najważniejsze, nie ma tyle czasu na gadanie, na spełnianie się w metaforach.

To o co chodzi w literaturze?

O skróty chyba, żeby dojść do precyzji języka, do nazywania rzeczy, którym nie można zarzucić fałszu. Moi bohaterowie są już starzy. Co mają sobie język strzępić. Co tu gadać, mają pięćdziesiąt lat i już wszystko wiedzą [śmiech].

Opiewa Pan przeszłość, w “Taksimie” i nie tylko jest Pan na przykład bardzo krytyczny wobec przyszłości. Na razie zalewani jesteśmy rzeczami używanymi, rzeczami z drugiej ręki. A co będzie potem? Utoniemy w tym wszystkim?

No co – przyjdą chińskie rzeczy, które będą za darmo. Bo w ogóle posiadanie rzeczy przestanie kosztować. Nie wiem, czy chodzisz na targi… takie…

Wiem. Mam takie w swoim miasteczku.

To idź i zobacz, po ile można tam kupić pięć par majtek? Kosztują cztery czy trzy złote. To jest nicość finansowa w porównaniu z tym, jak to kiedyś było. Ja nie wiem, co będzie w przyszłości… Wiem, że na przykład ludzkie ciało będzie miało swoją cenę. Z jednej strony będzie banda biedaków żyjących w gaciach za pięćdziesiąt groszy, a z drugiej strony banda bogaczy, która będzie chciała być biologicznie nieśmiertelna. Już teraz importuje się z Chin organy z rozstrzelanych skazańców. Potem w ogóle będzie się importowało takich biotechnologicznych niewolników. Ale to są tylko takie sugestie.

I tak samo jest z Pana książkami, nawet film to bardzo dobrze pokazuje, że Pan posługuje się sugestiami, że jest coś i to coś nie zostaje nazwane.

Po pierwsze mówienie wprost jest pewną arogancją. Bo przy tym stanie wiedzy niczego tak naprawdę nie możemy być pewni. Po drugie mówienie wprost jest pewnym brakiem szacunku dla czytelnika, któremu trzeba zostawić miejsce dla jego wyobraźni, nie można go zmuszać do przyjęcia, że jest tak, tak i tak. Daję ci szansę, daję ci opowieść, są drzwi, a ty sobie zaglądaj. Nie wierzę komuś, kto mówi wszystko wprost. Uwielbiam się gubić w książkach, w książkach niejasnych, nieoczywistych. Takie książki dają ci szansę. Ale nie dają ci odpowiedzi. No co ty? Bo kto ja jestem? Nie jestem przecież taki mądry, żeby dawać odpowiedzi.

Dziękuję Mariuszowi Kargulowi za możliwość przeprowadzenia wywiadu oraz Piotrowi Hendigeremu za lokum i kolację.

Maciej Topolski - (1989) - prozaik, krytyk literacki. Publikował w "Odrze", "Lampie", "Korespondencji z Ojcem", "Ricie Baum" i in. Współpracuje z Fundacją im. Tymoteusza Karpowicza i Biurem Literackim. Jeden z założycieli inicjatywy "Dworzec Wschodni".

oprac. Ryszard Zaprzałka



10:10, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 grudnia 2011

Jak powszechnie wiadomo życie nie znosi próżni, a ludzie aktywni i przedsiębiorczy zawsze znajdą dla siebie pole do działania. A jeśli do jego „uprawy” podejdą z pasją połączoną z gruntowną wiedzą, to sukces każdego takiego przedsięwzięcia jest murowany. Takim bez wątpienia Judymem, entuzjastą pozytywistycznej pracy u podstaw, jest Wojciech Maniak, przedsiębiorca i historyk, syn znanego tarnowskiego lekarza i rozkochanego w historii rodzinnego miasta historyka, jednego z jego najświatlejszych jego obywateli. Nic też dziwnego, że syn poszedł w ślady ojca kontynuując jego historyczne pasje. Jeszcze do niedawna z powodzeniem i uporem Don Kichota, przewodniczył stowarzyszeniu Zamek Tarnowski, walczący o powrót do tarnowskiej macierzy malowniczych ruin na Górze Św. Marcina. Widać ta wielomiesięczna batalia mocno go wyczerpała i pewnie zniechęciła do działalności pro publico bono, oto bowiem postanowił wraz z małżonką Andrzeliką Mędala – Maniak pójść na swoje i zbudować dla siebie prawdziwy średniowieczny gród, tyle że nie w Tarnowie ale pod Dąbrową Tarnowską. Dokładnie we wsi Oleśnica, w pobliżu której przed wiekami mieściła się siedziba rodu Ligęzów.- Po wymarłym, potężnym rodzie Ligęzów nie zachowało się w okolicy prawie nic, a należy mu się hołd, który tą inwestycją zamierzamy złożyć, ożywiając historię dla współczesnych- mówią państwo na zamku w 0lesnicy, podkreślając że budować będą za własne pieniądze, oraz z pomocą planowanej Fundacji Ligęzów. Rekonstrukcja grodu Ligęzów  ma powstać w ciągu kilku najbliższych lat na 38 arowej działce. Jedna z kondygnacji rycerskiej wieży będzie przeznaczona na mieszkanie komesa, pozostałe będą wykorzystane na historyczne ekspozycje, warsztaty garncarskie i snycerskie, sale tańców i rycerskich wprawek. Rycerz Wojciech chce także organizować w swoim zamku lekcje historii dla dziatwy szkolnej oraz gościć bractwa rycerskie z całej Polski. I jak na prawdziwego człowieka czynu przystało z rozmachem przystąpił do realizacji swoich marzeń. Pierwsza impreza na przedpolu budowanego grodu odbyła się w dniu 6 czerwca 2009 roku ściągając prawdziwy tłum miejscowych autochtonów i prominentnych gości, także z Tarnowa. Miała ona formę XIII -  to wiecznego pikniku archeologicznego i służyła pokazaniu miejscowej młodzieży zagadnień związanych z rekonstrukcją życia codziennego w średniowieczu. Zaś przed rokiem grododzierżca Wojciech zorganizował „u siebie” plenerowe, acz kameralne, widowisko opatrzone mocno intrygującą nazwą „Ofiara zakładzinowa”, o której tak mówił: W dniu 25 maja na terenie średniowiecznego grodu budowanego we wsi Oleśnica odbyła się kolejna impreza z zakresu rekonstrukcji historycznej. W związku z rozpoczęciem prac budowlanych przy mieszkalnej wieży rycerskiej złożono ofiarę zakładzinową. Impreza miała charakter zamknięty - tylko dla osób związanych bezpośrednio z projektem. Rytuał ofiary zakładzinowej odprawiany gdzieniegdzie do dziś przypisuje nowemu obiektowi sens istnienia łącząc go z określonymi wartościami ważnymi dla danej grupy. Wiąże wewnętrzną przestrzeń ograniczoną belkami podwalinowymi ze światem zewnętrznym - roślinnym, zwierzęcym i ludzkim. Stąd niezbędne dla pomyślności i ochrony przedsięwzięcia przed złymi mocami jest obejście obrysu domu zgodnie z ruchem słońca, rozpoczęte umieszczeniem przez seniora rodu krzyża brzozowego w miejscu gdzie w przyszłości znajdzie swe miejsce mały ołtarzyk i rozmieszczenie czegoś z kręgu roślinnego / mąki, zboża / zwierzęcego /np. kłaczka wełny, gniazda os, piór domowego ptactwa / i ludzkiego / kilku monet / w odpowiednich miejscach obiektu. Oczywiście w głębokiej przeszłości ofiary były krwawe - z ludzi, zwierząt itd. i dopiero chrześcijaństwo złagodziło ten obrzęd jak i wiele innych. Nadal jednak w średniowieczu w ramach synkretyzmu religijnego funkcjonowały mniej lub bardziej zaasymilowane praktyki pogańskie można je w przypadku budowy odnaleźć i dziś choćby w tzw. "wiechowym" zwanym też "polewaniem dachu". I oto przed tygodniem, we czwartek 17 listopada 2011 roku miała tam miejsce kolejna para historyczna impreza, w cieniu imponującej, jak najbardziej prawdziwej, czterokondygnacyjnej wieży.

  

 Ten wieczór we wsi Oleśnica – relacjonuje Wojciech Maniak -  był szczególnie mglisty. Biały wilgotny tuman ukrył wszelkie ślady cywilizacji – rozmyły się światła i kształty domostw i nie widać było prawie końca wyciągniętej ręki… Lecz na śmiałków gotowych przebić się przez tą nieziemską zasłonę czekała nagroda – oto czas nagle cofnął się o kilka wieków i na bagnie wśród pól wyrosła potężna wieża rycerska. U jej stóp przy zachęcającym swym ciepłem ognisku zasiedli ówcześni mieszkańcy tych ziem.  Tutejszy grododzierżca wraz z małżonką toczyli dysputę z siostrą klaryską do chwili gdy nadciągnął księże Sławomir  z Tarnowa wraz ze zbrojnymi.  To oni uświetnić mieli pokazem walk rycerskich przybycie gości z odległych krain. Refleksy ognia pełzały po ich hełmach i mieczach poruszających się w takt zadawania i parowania ciosów. Wreszcie przyszedł czas na oprowadzanie gości po  komnatach czterokondygnacyjnej wieży wypełnionych drgającymi światłami świec. Na koniec  grododzierżca z eskortą odprowadził przybyłych do głównego gościńca, którym podążyli w dalszą podróż…  

   

Tak przebiegała kolejna impreza  z cyklu rekonstrukcji historycznych  organizowanych wspólnymi siłami Bractw Rycerskich -  Tarnowskiego  i  Dąbrowskiego  dowodzonych przez Sławomira Batora oraz właścicieli grodu budowanego we wsi Oleśnica k. Dąbrowy Tarnowskiej Andrzeliki i Wojciecha Maniak.  Tym razem jej adresatami  byli goście z Niemiec, Włoch, Węgier i Rumunii przybyli na zaproszenie Starostwa Dąbrowskiego w ramach czwartego spotkania partnerów projektu „In tune with Europe”  współfinansowanego z programu Komisji Europejskiej „Europa dla Obywateli”.  Sprzymierzeńcem była również pogoda dająca tak niesamowite efekty optyczne…

Oprac. Ryszard Zaprzałka na podstawie relacji Wojciecha Maniaka.





10:28, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

W wieku 87 lat zmarł Adam Hanuszkiewicz, znakomity aktor, reżyser, dyrektor teatrów, pedagog, twórca Teatru Telewizji. Był "ostatnim kolorowym facetem w branży" - jak powiedział o sobie przed laty. Przed laty mistrz Adam kilkakrotnie bywał również w Tarnowie, goszcząc u swojego przyjaciela Ryszarda Smożewskiego, nieżyjącego już także dyrektora Tarnowskiego Teatru.  Poniżej publikujemy pośmiertne epitafia o tym wielkim artyście pióra Michała Szczerby z Gazety Wyborczej i Jolanty Ciosek z Dziennika Polskiego oraz wspomnienia Jana Englerta i Olgierda Łukaszewicza. Będzie nudno w teatrze…

   

Najważniejszą zawodową decyzją Hanuszkiewicza, przez część środowiska teatralnego uważaną za kontrowersyjną, było przejęcie warszawskiego Teatru Narodowego po Kazimierzu Dejmku zdymisjonowanym w 1968 r. za antyradzieckie "Dziady" z Gustawem Holoubkiem. Mówił, że teksty klasyczne "są najbardziej współczesną literaturą, ale teatr musi ten fakt swoimi przedstawieniami udowodnić". Przywiązanie do nich łączył ze śmiałymi pomysłami inscenizacyjnymi - w Narodowym wystawił "Balladynę" (1974) Słowackiego, w której Goplana (Bożena Dykiel), Chochlik (Wiktor Zborowski) i Skierka (Mieczysław Hryniewicz) jeździli na hondach, a w Teatrze Małym "Miesiąc na wsi" Turgieniewa, w którym aktorzy grali z psami i kurami. Wzbudzał skrajne opinie. Recenzenci pisali o nim "odmóżdżacz polskiego teatru", "barbarzyńca w ogrodzie tradycji", ale Witold Lutosławski powiedział mu: "Pan buduje przedstawienie jak symfonię", a Jan Kott: "Na miejscu innych reżyserów klasyki popełniłbym samobójstwo, bo to się już nie da inaczej, niż ty to robisz".  Kreował młode gwiazdy. Andrzej Nardelli błysnął u niego w "Kordianie" (1970), monolog na Mont Blanc wygłaszając na drabinie. Gdy Daniel Olbrychski zagrał w jego "Hamlecie" (1970), Jarosław Iwaszkiewicz stwierdził, że nigdy nie widział lepszego. Potem grał też w "Beniowskim" (1971). W "Weselu" (1974) obsadził Tadeusza Łomnickiego (Gospodarz), Andrzeja Łapickiego (Pan Młody), Krzysztofa Kolbergera (Jasiek) i Zofię Kucównę (Gospodyni), a sam zagrał Poetę. Cenił sobie swojego "Norwida" (1970) i "Antygonę" (1973) z Anną Chodakowską. Teatr Narodowy utracił wraz z wprowadzeniem 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego. Wtedy też przyłączył się do bojkotu TVP. Wcześniej, w latach 1957-63, był redaktorem naczelnym Teatru Telewizji. Zrealizował tu ok. stu przedstawień, w tym część granych na żywo. Zaczynał od "Złotego lisa" wg Jerzego Andrzejewskiego (emisja 25 lutego 1955 r.). Potem był m.in. słynny "Apollo z Bellac" (1958) Jeana Giraudoux z Kaliną Jędrusik i samym Hanuszkiewiczem i "Pan Tadeusz" (1970-71), oczywiście w XII księgach, w którym dekoracje były malowane na tekturze, Hanuszkiewicz grał Narratora, a Andrzej Zaorski Tadeusza. Wreszcie "Opowieści mojej żony" (1972) wg Mirosława Żuławskiego, w których grał z Kucówną, swą ówczesną małżonką.  Żenił się czterokrotnie, w tym trzy razy z aktorkami: Zofią Rysiówną, Kucówną i Magdaleną Cwenówną. Ta ostatnia odebrała w listopadzie 2008 r. specjalnego Feliksa Warszawskiego przyznanego Hanuszkiewiczowi (on sam był już poważnie chory). Mówiła o mężu: - Jest bardzo wzruszony, bo to nagroda od środowiska. Był samoukiem: - Na uniwersytetach bywałem wykładowcą, ale nigdy studentem. A uniwersytet człowiekowi jest potrzebny. Student najpierw dowiaduje się na wykładzie, o czym jest "Balladyna", a później tak ją czyta, żeby mu się wszystko zgadzało z tym, co mówił profesor. Ja byłem sam.Egzaminy aktorski i reżyserski zdał eksternistycznie. Ten pierwszy w Łodzi, przed Leonem Schillerem, Jackiem Woszczerowiczem i Aleksandrem Zelwerowiczem. Pochodził ze Lwowa, gdzie jego rodzice prowadzili sklep. Tam spędził okupację. Po wkroczeniu Rosjan w lipcu 1944 r. wstąpił do zespołu teatralnego Wojska Polskiego. Debiutował jako aktor w 1945 r. rolą Wacława w "Zemście" Fredry w teatrze w Rzeszowie. Jako reżyser - w 1951 r. w Teatrze Polskim w Poznaniu sztuką Leonida Rachmanowa "Niespokojna starość".  W latach 1956-68 pracował jako reżyser i dyrektor Teatru Powszechnego. Grał tu we własnej reżyserii Poetę w "Weselu" (1963), Raskolnikowa w "Zbrodni i karze" (1964), Don Juana w sztuce Moliera (1965) i Konrada w "Wyzwoleniu" (1967). W tytułowej roli w "Panu Wokulskim" obsadził - jeszcze przed "Lalką" Hasa - Mariusza Dmochowskiego. Na deskach scenicznych oglądano go również w Jeleniej Górze, Krakowie i Poznaniu, m.in. jako Hamleta. W latach 80. reżyserował w Finlandii i w RFN. Kino nie umiało należycie go wykorzystać. Miał przecież urodę amanta. W "Ręce do góry" (1967, premiera 1985) Jerzego Skolimowskiego zagrał Alfę Romeo (bohaterowie nazywają się tu jak marki samochodów), w czwartej części "Dekalogu" (1988) Krzysztofa Kieślowskiego - profesora szkoły teatralnej, a w "Przedwiośniu" (2001) Filipa Bajona - hrabiego, właściciela Odolan, który urządza bal, zbierając datki na protezy dla żołnierzy. Gdy w latach 60. Wajda planował ekranizację "Przedwiośnia", chciał obsadzić Hanuszkiewicza jako Cezarego Barykę. Sam wyreżyserował nowelkę "Paryż 1945" w "Spóźnionych przechodniach" (1962) wg tekstów Stanisława Dygata. Zagrał w nim Polaka, który w paryskim hotelu spędza noc z dziewczyną (Lidia Korsakówna). 

Piotr Szczerba (Gazeta Wyborcza)

        

 Rewolucjonizował teatr, miał wielbicieli i ostrych przeciwników. Trudno się dziwić, bo był przecież twórcą kontrowersyjnym. Bohaterom "Balladyny" kazał w swoim spektaklu w Teatrze Narodowym jeździć na srebrnych hondach, Kordiana postawił na drabinie, by z niej mówił swój monolog na Mont Blanc, a w "Miesiącu na wsi" wpuścił na scenę piękne charty.Jego "Norwida" obejrzało 100 tysięcy widzów, zaś dziewięć razy realizowane "Wesele" - pół miliona osób. Nie ukończył żadnej z artystycznych szkół, a jednak to on uważany był za jednego z najbardziej awangardowych reżyserów teatralnych, łamiących kanony klasyki; był uwielbiany przez młodych widzów, odsądzany od czci i wiary przez wielu krytyków. Wedle jednych jego teatr był hucpą efekciarskich pomysłów, dla innych odkrywaniem klasyki na nowo.Wieczny intelektualny prowokator, zawsze twierdził, że klasyczne teksty literatury dramatycznej są "najbardziej współczesną literaturą, ale teatr musi ten fakt swoimi przedstawieniami udowodnić". I on to udowadniał. Zrealizował ponad dwieście premier, był dyrektorem teatrów: Powszechnego, Narodowego i Nowego, współtwórcą i naczelnym reżyserem Teatru Telewizji, gdzie realizował programowo klasyków wielkiej literatury europejskiej, m.in. Moliera, Szekspira, Dostojewskiego, Czechowa, Twaina, a także klasykę narodową - od Mickiewicza po Mrożka. Reżyserował na scenach fińskich i niemieckich.Adam Hanuszkiewicz, "ostatni prawdziwy uwodziciel" - jak o nim mówią, był cztery razy żonaty, a trzykrotnie z aktorkami: Zofią Rysiówną, Zofią Kucówną i Magdaleną Cwenówną.- Picasso, kiedy był w moim wieku, powiedział, że jest dzieckiem. (...) Do dziecka długo się dojrzewa. Dziecko ma niezwykłą zdolność postrzegania. Czuję się dzieckiem - twierdził Hanuszkiewicz.Pytany o swą popularność, odpowiadał anegdotą: - Kiedy Artur Rubinstein grał ostatni koncert w Łodzi, dyrygent Henryk Czyż umieścił w repertuarze "Króla Dawida" Honeggera z partią mówioną, którą powierzył mnie. Rubinstein zaprosił nas na śledzia z wódką, Czyż go spytał: "Mistrzu, jak to się stało, że pan jest największym pianistą świata?". "To proste" - odparł. - "Lepsi ode mnie dawno umarli... Jak zacząłem grać, mylono mnie z wybitnym kompozytorem i pianistą Antonem Rubinsteinem. Kiedy się okazało, że nie jestem Anton Rubinstein, zaczęto mnie mylić z Heleną Rubinstein. A jak się okazało, że nie jestem nawet Heleną Rubinstein, to już było za późno, bo byłem sławny".Urodził się we Lwowie, gdzie rodzice prowadzili sklep. Kiedy wybuchła wojna, wujek, muzyk, powiedział mu: "Pójdziesz pod Berlin, zabiją cię, a wojna i tak jest wygrana. Zgłoś się do teatru wojskowego, będziesz grał za frontem, a nie na pierwszej linii. Przecież nie zostaniesz aktorem". - Oczywiście, że nie zostanę aktorem - pomyślałem i w 1944 wylądowałem w zespole teatralnym Wojska Polskiego, a rok później w rzeszowskim teatrze. Zadebiutowałem tam rolą Wacława w "Zemście - opowiadał mi przed kilkoma laty.Bo miałam to szczęście osobiście znać Adama Hanuszkiewicza, spotykać się z nim w festiwalowych kuluarach, rozmawiać, a nawet gościć w jego warszawskim domu. Był już schorowany, gdy go odwiedziłam, ale to ukrywał. Otworzył drzwi wyprostowany, wytworny, czekał z pachnącą kawą i tortem autorstwa żony. To była nasza długa i przejmująca rozmowa. O teatrze, o życiu, o jego aktorstwie.Na teatralnych deskach wcielał się m.in. w Hamleta, Don Juana, Prospera w "Burzy", Tytusa w "Berenice". Występował w teatrach krakowskich, warszawskich i poznańskich. Na dorobek artysty składają się też role filmowe. Zadebiutował w roku 1949 rolą Władka w dramacie wojennym "Za wami pójdą inni". Wystąpił w filmach "Trio" Jerzego Gruzy, "Ręce do góry" Jerzego Skolimowskiego, "Przedwiośniu" Filipa Bajona.Jako studentka teatrologii jeździłam "na Hanuszkiewicza" do Warszawy, oglądałam jego "Mickiewicza", "Norwida", "Balladynę". Później gościłam na festiwalu jego kontrowersyjne "Wesele". Wzbudziło gorące dyskusje, a reżyser kroczył dumnie przez foyer teatru otoczony wianuszkiem dziewczyn: jedna po wywiad, druga po autograf, trzecia składająca hołdy.- Zawsze mi krytycy przykładali. To taka nasza lokalna specyfika. Mickiewicza nazywano agentem rosyjskim, Krasiński dostał w twarz na ulicy, Norwid - wróg naszej inteligencji, Żeromski - bolszewik. Oto polska specyfika, dopóki cię nie wyszydzą, jesteś nikim - mówił mi podczas spotkania. - Byłem atakowany i nagradzany. Teatr postmodernistyczny, za który zostałem odznaczony, a który od lat jest tak głośny, robiłem już w latach sześćdziesiątych.Po raz ostatni rozmawialiśmy przed rokiem. Zadzwoniłam z urodzinowymi życzeniami. Usłyszałam głos schorowanego człowieka. Zamieniliśmy kilka zdań. - Jak będę mocniejszy, to dłużej porozmawiamy - obiecał.Już nie porozmawiamy.

Jolanta Ciosek (Dziennik Polski)

  

JAN ENGLERT, aktor, reżyser, dyrektor Teatru Narodowego:- Adam Hanuszkiewicz żył troszkę za wcześnie - bo teatr, który próbował budować, tak naprawdę wystartował 10 czy 20 lat po przerwanej aktywności Adama Hanuszkiewicza. Właściwie pełna aktywność Hanuszkiewicza zamyka się cezurą stanu wojennego. Potem pracował jeszcze, ale to już było na bocznym torze, został zepchnięty na boczny tor. To, co było dobre, to lata 70. i wcześniej, Teatr Powszechny, a potem przede wszystkim Teatr Narodowy, gdzie prowadził repertuar jak na owe czasy niezwykle rewolucyjny, odważny. Choć w teatrze ani w sztuce nie ma rewolucji w ogóle. Rewolucja to jest coś, co kończy jedno, a zaczyna coś zupełnie nowego. Adam Hanuszkiewicz nic nie kończył, szukał nowego języka i nowej konwencji do porozumienia się z publicznością tamtych czasów. W młodą publiczność trafił bardzo, miał swoich zwolenników, fanów i niewątpliwie to, co zrobił dla teatru polskiego, jest ważne i zostanie w historii teatru.

OLGIERD ŁUKASZEWICZ, aktor, prezes Związku Artystów Scen Polskich:- Adam Hanuszkiewicz to jedna z najwybitniejszych postaci teatru XX wieku w Polsce. Tkwiąc w sercu tradycji narodowej, umiał ją pokazać w sposób atrakcyjny, często się z nią kłócąc, będąc z nią w sporze. Wiele tekstów, które uchodziły za mało teatralne, umiał uczynić teatralnymi. Teatr Narodowy za jego dyrekcji tętnił życiem, był pełen ironii, młodzież była chętnie widziana, mogła siadać na stopniach - teatr był więc przepełniony, tam wtedy zawsze było obecne uczucie święta. Hanuszkiewicz był poetą teatru. Znajdował środki artystyczne zaskakujące nas wszystkich. Była w tym pewna nonszalancja - w obchodzeniu się z tradycją narodową, a jednak trafiał w problem, w sedno zmiany, wrażliwości.

oprac. Ryszard Zaprzałka

zdjęcia: Google



12:48, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 grudnia 2011

To ważne pytanie od dawna przewija się w rozmowach prywatnych i nieśmiało przebija się w mniej lub bardziej oficjalnych wystąpieniach ludzi prawdziwie zatroskanych o losy tarnowskiego teatru. Na naszych łamach wielokrotnie pisaliśmy o tym, że Teatr im. L. Solskiego  od dawna już przypomina Powiatowy Dom Kultury, w którym działa, a raczej mieści się także teatr. Rzecz stała się szczególnie aktualna w kontekście ostatnich magistrackich rozstrzygnięć w kwestii obsady dyrektora artystycznego teatru. Została nim, o czym szczegółowo donosiliśmy, reżyser Ewelina Pietrowiak, wypełniając po ponad półrocznej przerwie wakat na tym strategicznym dla artystycznej kondycji teatru miejscu. Aliści, jak każdy medal, tak i ta sprawa ma dwie strony. Pierwsza to oficjalna promocja i formalne wprowadzenie nowej dyrektor w nowe obowiązki, co miało miejsce w poniedziałek 21 listopada na krótkiej konferencji prasowej – druga to kulisy tej poza konkursowej nominacji. Niektóre z nich ujawnia środowe TEMI z 23 listopada, które opublikowało obszerny wywiad z wielkim, jak się okazuje, przegranym w tej sprawie Jackiem Głombem, wywodzącym się z Tarnowa znanym reżyserem i wieloletnim dyrektorem teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy. Ujawnia w nim m.in. urzędnicze gierki i  podchody towarzyszące wyłonieniu nowego kierownika artystycznego tarnowskiego teatru. –Jeżdżę sporo po Polsce i dużo słyszę o Tarnowskim Teatrze, i to wiele złego. Nie ma chyba drugiego takiego teatru w Polsce, o którym by się tak źle wyrażano. Wiem, że o zmarłych nie należy mówić źle, ale w swojej ocenie jestem bezlitosny wobec dramatu i skandalu artystycznego, w jaki wplątał teatr w Tarnowie nieżyjący już Edward Żentara. Tłumaczenie całej sytuacji brakiem sceny jest pomyłką. Teatr można robić wszędzie…Życzę wszystkiego dobrego debiutującej w nowej dla siebie roli Ewelinie Pietrowiak ale przestrzegam, że bycie dyrektorem, to nie to samo, co bycie reżyserem…  I zastanawiam się po co zawracano mi głowę, ktoś mną grał marnując mój czas, a potem zwyczajnie olał… Poniżej publikujemy w ślad za portalem internetowym Tarnowskieinfo.pl znaczące fragmenty tego wywiadu.


 
Miałem pomysł na tarnowski teatr...

21 listopada poznaliśmy dyrektora artystycznego tarnowskiego teatru. Została nim Ewelina Pietrowiak. Według oficjalnych informacji rozważano inne kandydatury, ale kontrkandydaci nie życzą sobie upubliczniania ich nazwisk. Tymczasem okazuje się, że również Pan chciał tworzyć, a może raczej współtworzyć w Tarnowie teatr porządny. Co to znaczy dzisiaj kreować w takim mieście jak Tarnów teatr porządny?

Teatr porządny, to przede wszystkim teatr porządnie zrobiony. Taki, w którym równą wagę przywiązuje się do wartości estetycznej spektaklu, jak i do tego, czy odpowiednio ustawiono światło, czy widownia słyszy każde słowo, czy promocja działa skutecznie i szlachetnie. Mówię tu o oczywistościach, jednak w dzisiejszym świecie szybkich i masowych produkcji szczególnie ważne staje się, by teatr działał jak spójny, dobrze nakręcony mechanizm. Chciałem ten cel osiągnąć poprzez zaproszenie porządnych artystów – takich, którzy robią uczciwy teatr dla widzów i miasta, a nie dla siebie, i którzy robią go w poszanowaniu warsztatu i etosu pracy.W przypadku Tarnowa proponowałem nadanie teatrowi profilu teatru muzycznego. Oczywiście, nie chodzi o kolejną operę czy operetkę, ale o nowoczesne spektakle muzyczne. Takiej instytucji nie ma w Małopolsce i teatr w Tarnowie znalazłby własne miejsce. Nie oznacza to, że w repertuarze byłyby wyłącznie spektakle muzyczne. W Tarnowie poszukiwanie recepty na dobry teatr trwa od lat prawie 30. Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.

Panu ta sztuka się udała. Ale w projekcie tarnowskim nie chodziło o proste przeniesienie doświadczeń legnickich o kilkaset kilometrów na wschód?

Oczywiście, że Tarnów to nie Legnica, każde miasto jest inne i w każdym miejskie środowisko społeczne wymusza inne działania, inne opowiadane na scenie historie, inne w końcu sposoby i drogi dotarcia do widza. Są jednak w tworzeniu teatru zasady podstawowe, których i w Legnicy, i w Tarnowie i w Genewie, Londynie czy Panamie naruszyć nie wolno. Jeśli dyrektor trzyma się tych zasad – robi teatr porządny, jeśli nie – po prostu mu nie wychodzi, i nie do końca nawet wie dlaczego.Moim zdaniem tarnowskiemu teatrowi potrzebna jest zmiana radykalna. Chodzi nie tylko o to, by robić tzw. teatr dobry bo taki wszyscy chcemy robić, ale też, by miał on swój profil. A wszystko powinno być podporządkowane nadrzędnemu celowi – odzyskaniu publiczności. I to nie na poranne spektakle dla szkół, ale widzów, którzy wieczorami przychodziliby do teatru. 

To nie pierwsza próba Pana współpracy z tarnowskim teatrem. I nie mówię tutaj o zrealizowanym wiele lat temu przedstawieniu. Chodzi raczej o pomysł na teatr.

Taki pojawił się po raz pierwszy w momencie odejścia z Tarnowa Wojciecha Markiewicza.Praktycznie od czasów dyrekcji Ryszarda Smożewskiego teatr w Tarnowie nie miał prawdziwego, dobrego gospodarza, człowieka, który zamieszkałby w Tarnowie. Wszyscy kolejny dyrektorzy byli tu przejazdem, a to z Łodzi, a to z Krakowa. Tymczasem jeśli mówimy cały czas o teatrze porządnym, to kolejnym warunkiem jego stworzenia jest właśnie gospodarz takiego miejsca. To jeden z istotnych warunków nadania teatrowi istotnego i zauważalnego miejsca w życiu tarnowskiej społeczności. Oczywiście, jeśli w z czasem takie działania zauważalne są też poza Tarnowem, to bardzo dobrze. Ale pierwszy etap to stworzenie teatru dla tarnowian. Po dymisji Markiewicza na prośbę władz zaproponowałem, że dyrektorem teatru zostanie młody, bezkompromisowy reżyser Szymon Turkiewicz. Władza wybrała jednak bezpieczniejszy wariant, z Edwardem Żentarą, którego dyrekcja okazała się artystycznym skandalem. 

Jak technicznie i organizacyjnie chciał Pan to ustawić?

Zaproponowałem prezydentowi Ryszardowi Ścigale – i propozycja została przyjęta - że zostanę pełnomocnikiem dyrektora teatru ds. artystycznych, i przez dwa lata, czyli półtorej sezonu, odbuduję zespół aktorski, repertuar, nadam teatrowi linię ideową. Nadal pracowałbym również w Legnicy, bo tam jest moje miejsce. Ja nie muszę przeprowadzać się do Tarnowa bo ja jestem z Tarnowa. Otrzymałem zgodę marszałka województwa dolnośląskiego na czasowe łączenie zatrudnienia w Legnicy i Tarnowie, odbyłem rozmowy z reżyserami, aktorami, których chciałem zatrudnić w Tarnowie. Pierwszą premierą miał być w lutym przyszłego roku „Rewizor” w reżyserii Lecha Raczaka. Zacząłem pracę nad projektem spektaklu o Mościcach. Według mojego projektu, zaakceptowanego przypomnę przez magistrat, obowiązki kolejnego dyrektora artystycznego objąłby od listopada 2013 roku Łukasz Czuj, reżyser z Krakowa, specjalizujący się w spektaklach muzycznych.

 Pańskie propozycje nie znalazły uznania w oczach kogo – dyrektora naczelnego czy władz samorządowych? A może jednych i drugich?

Myślę, że przede wszystkim zastępcy prezydenta miasta, Doroty Skrzyniarz. Sądzę, że od początku myślała ona o innym rozwiązaniu personalnym, ale nikt mi o tym otwarcie nie powiedział. Rozmowy trwały cztery miesiące, zapadły konkretne ustalenia, zaakceptowano mój projekt. I nagle zmiana decyzji. Myślę więc, że przede wszystkim tarnowskim władzom nie zależy na silnym dyrektorze w teatrze. Na człowieku, który będzie chciał coś tu zmieniać. Władzy zależy tak naprawdę na legitymizacji tego stanu, który jest. Żeby zgadzały się słupki. A to, jaki jest poziom artystyczny spektakli, nie ma żadnego znaczenia. Dobry teatr to przecież kontrowersyjny teatr, a kontrowersji tarnowska władza boi się jak ognia. Jak zapytałem czemu teatr nie gra wieczorem, to od Doroty Skrzyniarz uzyskałem jedną z najzabawniejszych odpowiedzi - miasto wyremontowało salę nie tylko po to, żeby tam był teatr, ale żeby mieć salę, która ma służyć miastu, czyli będą tu akademie, imprezy okolicznościowe, zewnętrzne. I tak jest. I z teatru zrobiono dom kultury, przy okazji bywa tam teatr.

Wiem, że tej sytuacji trudno o wybieganie w zbyt odległą przyszłość, ale gdyby miał Pan pokusić się o nakreślenie przyszłości teatru w Tarnowie, jakby Pan ją ocenił?

Nie chcę być wróżką, ale kiedy czytam, że nowa dyrekcja chce doprowadzić do sytuacji, gdy w tarnowskim teatrze grane będą równocześnie trzy przedstawienia na trzech scenach, to sądzę, że bardzo niewiele wie ona o kondycji teatrów w stutysięcznych miastach. Myślę wiec, że będzie to kolejna epizodyczna dyrekcja. W Tarnowie problem polega bowiem na tym, żeby teatr w ogóle zaczął grać wieczorami na dużej scenie. Bo nie gra. A jeżeli teatr nie gra regularnie wieczorami, to nie ma teatru. Żeby było jasne: nie obrażam się na Tarnów, ale magistrat odtąd będę omijał szerokim łukiem. Szkoda tylko zmarnowanej energii ludzi, którzy mogli pomóc w odbudowie teatru w Tarnowie.

Za portalem Tarnowskieinfo.pl





10:10, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 grudnia 2011

Z cyklu – znani i nieznani…

  
Rocznik 1975. Absolwentka Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, aktorka Teatru Nie Teraz, polonistka, nauczycielka.


Sylwia Plath, to nie tylko poezja, to także bardzo emocjonalne i destruktywne opisywanie swojego życia. Ile czasu zajęło Pani przygotowanie się do tak odpowiedzialnej roli?

Od czasu, kiedy dostałam propozycję zagrania tego monodramu, do premiery, minęło 1,5 roku. Pierwsze miesiące upłynęły na studiowaniu postaci Sylwii Plath, ponownym przeczytaniu jej poezji, „Szklanego klosza”, zgłębienie jej dzienników, wymiana myśli z reżyserem spektaklu - Tomaszem Żakiem. Potem budowanie pejzażu wewnętrznego postaci, projektowanie jej stylu bycia, ubioru, szukanie kluczowych motywów,  próby muzyczne. Nieskromnie przypomnę, że reżyser spektaklu czekał na odpowiednią aktorkę kilkanaście lat...


Mówiąc szczerze, był to monodram kierowany do znawców poezji Sylwii, a zwłaszcza jej życia. Nie obawiała się Pani skrótu i powierzchowności?

Już w zamierzeniu to nie miał być monodram o Sylwii Plath. W naszym spektaklu jest ona pieśniarką - celebrytką, nie - poetką. Była dla nas symbolem artystki przeklętej, która spalając się na ołtarzu sztuki, odrzuca to, co najważniejsze - miłość, dom, macierzyństwo. Temat monodramu to przede wszystkim kondycja współczesnej kobiety. Kobiety, która wierząc w hasła źle pojętego feminizmu, postrzega je w kontekście wyzwolenia seksualnego, prawa do aborcji - tym samym stając się ich ofiarą, gdyż treści te, to nic innego niż przypochlebianie się najbardziej cynicznym zakątkom świata męskiego właśnie, które też promuje współczesny świat, pędzący szaleńczo w stronę przyjemności i beztroski, a charakteryzujący się kompletnym brakiem odpowiedzialności, odrzucający tradycyjne wartości i Boga - bo tak wygodniej. Niektórzy traktują go jako studium depresji. I to też jest prawdą.


„Ballada o Wołyniu” zdobywa coraz więcej pochlebnych opinii w całej Polsce i nie tylko. Czy tak wielki sukces może z czasem stać się ciężarem?

Bardzo się cieszę, że tak jest. Ja, grając w tym spektaklu, myślę przede wszystkim o tym, czym jest on dla ludzi, których życie naznaczone zostało historią czystek etnicznych na Kresach, czym jest dla narodu,  który był ofiarą nacjonalistów UPA. Gram, aby ludzie pamiętali  o bestialsko pomordowanych, skrzywdzonych, poniżonych. Ten sukces im się należy. Pamięć i cześć im się należy.


Pod koniec września TNT, a właściwie Tomasz Żak otrzymał od Stowarzyszenia Huta Pieniacka medal uznania za ten spektakl. Czy czuje się Pani udziałowcą tego zaszczytnego wyróżnienia?

Niewątpliwie Tomasz jest duszą, przyczyną i początkiem tego tematu w naszym teatrze. Bez niego spektaklu by nie było. Ja jestem dumna z tego, iż byłam świadkiem, jak rodził się ten pomysł, wsparciem, kiedy trzeba było mu nadać konkretny kształt i w końcu wykonawcą tego projektu. Spektakl cieszy się obecnie wielkim powodzeniem jako pierwszy w Polsce poświęcony w całości problemowi ludobójstwa na Kresach.


Jak Pani dzieli pracę zawodową i pasję artystyczną. Czy nie myśli Pani o skoncentrowaniu się li tylko na teatrze?

Nigdy nie wiadomo, w którą stronę pchnie człowieka los. Jednak prawdą jest, że bardzo poważnie traktuję swoją misję nauczyciela. Jeśli my, rodzice i pedagodzy, nie wskażemy młodym świata wartości, kto to zrobi? Doda i Nergal? A przy okazji - od zawodu nauczyciela do aktora bardzo blisko...


TNT to tarnowski teatr na emigracji, nielubiany w swojej malutkiej ojczyźnie i wypędzany na manowce, które okazują się bardziej przychylne. Nie męczy to Pani?

Nie mogę się z tym zgodzić. Od lat mamy wiernych przyjaciół i sympatyków, którzy przychodzą na spektakle i nam kibicują, do tego grona dołączają nowi. Jedyny problem, na jaki może narzekać nasza publiczność, to brak własnej sceny TNT, o którą zabiegamy już kilka lat. 


Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


11:12, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 grudnia 2011

Już za na mi. Dziwnie jakoś w tym roku przeszły ona niezauważenie. Szczególnie w tzw. publikatorach lub jak kto woli w środkach masowego przekazu. Tym bardziej warto przypomnieć  genezę tego święta. Według Wikipedii Andrzejki, znane też jako Jędrzejki lub Jędrzejówki, to wieczór wróżb odprawianych w nocy z 29 na 30 listopada, w wigilię świętego Andrzeja, patrona Szkocji, Grecji i Rosji. Pierwsza polska wzmianka literacka o nich pojawiła się w 1557 za sprawą Marcina Bielskiego. Dzień ten przypada na końcu lub na początku roku liturgicznego. Andrzejki są specjalną okazją do zorganizowania ostatnich hucznych zabaw przed rozpoczynającym się adwentem. Niegdyś wróżby andrzejkowe miały charakter wyłącznie matrymonialny i przeznaczone były dla niezamężnych dziewcząt (męskim odpowiednikiem andrzejek były katarzynki). Początkowo andrzejki traktowano bardzo poważnie, a wróżby odprawiano tylko indywidualnie, w odosobnieniu; w czasach późniejszych przybrały formę zbiorową, organizowaną w grupach rówieśniczych panien na wydaniu, zaś współcześnie przekształciły się w niezobowiązującą zabawę gromadzącą młodzież obojga płci. Pochodzenie andrzejkowych wróżb matrymonialnych nie jest do końca znane – niektórzy autorzy wskazują na starożytną Grecję, podkreślając podobieństwo źródłosłowu imienia Andrzej (Andress) i greckich słów aner, Andros oznaczających męża, mężczyznę; inni odwołują się do kultu starogermańskiego boga Freyera, dawcy bogactw, bóstwa miłości i płodności. Jak pisze Tadeusz Medzelowski – tarnowski dziennikarz i badacz obyczajów - na świętego Andrzeja kończy się zazwyczaj rok kościelny. Wspomnieć, więc należy tego świętego przy okazji andrzejkowych wróżb. Był jednym z dwunastu apostołów. Rodzonym bratem świętego Piotra, męczennikiem. Jest uważany za świętego Kościoła katolickiego, anglikańskiego, ewangelickiego, ormiańskiego, koptyjskiego i prawosławnego. Urodzony w I wieku w galilejskiej Bestiadzie, był przede wszystkim patronem książąt burgundzkich. Za swe nauki apostoł Andrzej został skazany na śmierć męczeńską, którą poniósł w greckim Pátrai (obecnie Patras). Miało to miejsce według rożnych źródeł, w 62, 65 lub 70 roku. Rozpięto go na krzyżu mającym kształt litery "X". Jest to pierwsza litera "Chrystusa" w języku greckim od ‘Krystos' (Duch). Krzyż został później nazwany "Krzyżem św. Andrzeja". Burgundia na jego cześć przyjęła krzyż jako swój symbol. Czczono go już w IV wieku a później przez wiele wieków grudzień uważano za jego miesiąc. Bardzo długo uważano również, że w noc świętego Andrzeja powinno się podejmować ważne dla życia decyzje. Jest święty Andrzej uważany za patrona małżeństw, rybaków, rzeźników, górników, żeglarzy i woziwodów. Przywoływany bywał w małżeńskich modlitwach o dobre małżeństwo. "Na świętego Andrzeja dziewkom z wróżby nadzieja" mówi jedno z przysłów. Andrzejki zwane w dawnych czasach, jędrzejówkami były czasem, kiedy panny dzięki wróżbom mogły dowiedzieć się imienia przyszłego męża oraz stronę świata, z której ukochany przybędzie.

Św. Andrzej - Jusepede Ribera 

Badacze spierają się gdzie i kiedy powstał zwyczaj andrzejkowy, ale tak naprawdę nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Istnieją natomiast dwie hipotezy: niemiecka i grecka. Grecy uważają, że wróżby andrzejkowe powstały na Poradach- malowniczych wyspach w południowo-wschodniej części Morza Egejskiego, gdzie były bardzo popularne wróżby z lanych woskowych figur. Innego zdania są niemieccy etnografowie trzymający się wersji, że święty Andrzej swoją wielką moc odziedziczył po bogu Freyu - "patronie stadła małżeńskiego, dawcy dzieci i wszelkiego urodzaju". Jest jeszcze trzecia wersja wywodząca się z mitologii słowiańskiej wyjaśniająca pochodzenie tego zwyczaju od słowiańskiego bożka weselnych godów " Godna".Faktem natomiast jest, że najdawniejszym polskim świadectwem istnienia wróżb w wigilię świętego Andrzeja jest pochodząca z 1557 roku "Komedia Justyna i Konstancjej" autorstwa Marcina Bielskiego. Radzi autor w tej komedii:

Nalejcie wosku na wodę

Ujrzyjcie swoją przygodę

Słychałam od swej macierze

Gdy która mówi pacierze

W wigilię Andrzeja świętego

Ujrzy oblubieńca swego.


Dawniej wróżenia andrzejkowe odbywały się bez udziału chłopców Lanie wosku na wodę już wtedy było popularne i tak pozostało do dzisiaj. Były również inne sposoby przewidywania przyszłości i małżeństwa. Dziewczyny siały len wokół domu i sypały go na poduszki wypowiadając przy tym następującą formułkę:

Święty Andrzeju, tobie len sieję,

Daj mi znać, z kim będę śię brać.

Siały również len w doniczce i gdy podrósł, obserwowały go, w którą stronę się pochylił, stamtąd miał nadjechać przyszły mąż. Robiły lekkie kuleczki z lnu wielkości orzecha włoskiego łącząc je w pary (chłopiec-dziewczyna). Następnie podpalały je na blasze kuchennej obserwując ich lot w kierunku komina. Jeśli płonąc uleciały ku górze zbliżyły się lub zetknęły w locie, oznaczało to małżeństwo, jeżeli nie to wróżyło pozostanie w panieństwie jeszcze przez jeden rok.Robiono również gałki z chleba lub mięsa lub pieczono placki posmarowane tłuszczem. Kładły je dziewczęta w izbie na ławie a następnie wpuszczały psa lub gąsiora. Czyj placek lub gałkę pies lub gąsior najpierw porwał ta panna najpierw miała wyjść za mąż. W Małopolsce dziewczęta ustawiwszy się w koło, wpuszczały do środka gąsiora, zawiązując mu uprzednio oczy. Do której gąsior najpierw podszedł, lub, którą skubnął ta pierwsza miała wyjść za mąż. Wierzono również szczególnie na Podlasiu, że jeżeli dziewczyna kładąc się spać podłoży sobie pod poduszkę wałek do ciasta lub spodnie męskie, to przyśni się jej przyszły narzeczony. Może warto spróbować?.

"Od ściany naprzeciwko drzwi lub innego, jakiego miejsca, panny mierzą trzewikiem przestrzeń aż do progu. Pierwszy raz trzewik nosem ku drzwiom obrócony, znaczy, że pójdzie za mąż, drugi raz wykręca się pięta, co znaczy przeciwnie, że zostanie. Co będzie u proga, nosek czy pięta, to przyszłe jej stanowi losy". Pisał Oskar Kolberg w V części "Mazowsza".Popularne było również rzucanie butem ponad głową, w kierunku drzwi. Jeżeli but upadł na podłogę podeszwą a jeszcze noskiem w kierunku wyjścia pewne było szybkie zamążpójście i opuszczenie rodzinnego domu.Na południu Polski wierzono, że w noc świętego Andrzeja szczególną aktywność przejawiały wiedźmy i upiory. W obronie przed nimi na drzwiach obór i domów kreślono główką czosnku znak krzyża. Po tym zabiegu czosnek nabierał szczególnych właściwości. Wystarczyło przed snem zjeść trzy ząbki, aby we śnie ukazał się przyszły mąż. Podobno w noc świętego Andrzeja wychodzą grobów dusze samobójców. Dlatego rozpalano z palm wielkanocnych tzw. "ognie świętego Andrzeja". Z resztek niedopalonych palm, wyciągniętych z ognia z zamkniętymi oczami wróżyły sobie dziewczęta. Długa jaskrawo żarząca wróżyła gorącą miłość i długie szczęśliwe małżeństwo. Krótka, szybko gasnąca odwrotnie.Sposobów na wróżenie było oczywiście znacznie więcej. Ja przywołałem tylko niektóre. Jeżeli dzisiaj nasze młode Panie, nie mają ochoty wróżyć to polecam im chociaż modlitwę andrzejkową: "Łóżko moje depczę ciebie, Panie Boże proszę Ciebie, niech mi się przyśni, kto mi będzie najmilszy". Podobno jest skuteczna.

Tadeusz Mędzelowski




10:01, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 listopada 2011

Po tygodniu raz jeszcze wracamy do wstrząsającego spotkania autorskiego z Wojciechem Sumlińskim, jednym z najbardziej znanych polskich dziennikarzy śledczych. "Z mocy bezprawia. Thriller, który napisało życie" - to tytuł bardzo głośnej powieści, którą napisał dziennikarz śledczy - Wojciech Sumliński. W środę 16 listopada odbyło się tarnowskie spotkanie promujące najnowszą książkę tego autora. Do księgarni Matras, głównie za sprawą Izabeli Bieniek (współorganizatorem imprezy był jeszcze portal inTARnet.pl) , przybyło  kilkadziesiąt osób, zainteresowanych dramatycznymi wydarzeniami z życia Sumlińskiego. Dziennikarz mówił o swoim wykształceniu (psychologicznym) i pracy w przedszkolu integracyjnym. O początkach kariery dziennikarskiej (prasa lokalna, Życie, Gazeta Polska, Wprost, TVP, materiały dot. mafii pruszkowskiej, WSI). Sumliński jako pierwszy dziennikarz w Polsce ujawnił tajne akta świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego ps. "Masa" oraz materiały dotyczące kontaktów lobbysty Marka Dochnala z Aleksandrem i Jolantą Kwaśniewskimi. Od roku 2008 dziennikarz jest ciągle inwigilowany przez tajne służby III RP.


Wspominał, że często ma poczucie, iż jest obserwowany. Opowiadał o tym, jak próbowano przedstawiać go jako osobę niezrównoważoną psychicznie oraz przestępcę. Dużo uwagi w trakcie spotkania autor poświęcił tajemnicy śmierci ks. Jerzego Popiełuszki (w trakcie przeszukania ABW zarekwirowało zgromadzone na ten temat materiały, i nie ma szans na ich odzyskanie), mówił o prokuratorze Andrzeju Witkowskim odsuniętym od prowadzenia tego chyba najdłużej trwającego śledztwa - już 21 lat.Interesujący jest także sam proces powstawania książki: w redakcji ginęły laptopy, były włamania do samochodów, naciski na wydawcę. "Thriller, który napisało życie" odsłania najbardziej tajne interesy sieci mafijnych z udziałem najważniejszych osób w państwie i pracowników Wojskowych Służb Śledczych. W książce padają konkretne nazwiska głównych polityków w Polsce.Wojciech Sumliński miał 14 procesów dziennikarskich - 11 wygrał, dwa zakończyły się ugodą, a jeden przegrał - właśnie z Waldemarem Chrostowskim, kierowcą ks. Jerzego Popiełuszki.

Obecnie autor "Z mocy bezprawia" kończy książkę poświęconą ks. Stanisławowi Małkowskiemu. Mieszka na Podlasiu i pełni rolę redaktora naczelnego jednej z lokalnych gazet. Jak przyznaje, oparcie w tych dramatycznych latach życia, znajduje z rodziną w wierze i wspólnocie bliskich osób.Spotkanie z dziennikarzem trwało ponad dwie godziny. Większość uczestników promocji książki opuściło księgarnię z minimum jednym egzemplarzem szokującej książki.- Słyszałam wcześniej historię Sumlińskiego, ale dopiero po dzisiejszym spotkaniu widzę, w jakim państwie dane mi jest żyć. To przerażająca prawda, jak polskie prawo potrafi trzymać stronę przestępców, a niszczyć psychicznie dobrego obywatela. Pan Wojciech jest dla mnie bohaterem - powiedziała pani Maria, która kupiła trzy książki Sumlińskiego dla rodziny.

Wydanie ostatniej książki Wojciecha Sumlińskiego powinno wywołać w Polsce debatę o wadze znacznie donioślejszej niż oglądane przez nas obecnie wielotygodniowe dyskusje o wyniku ostatnich wyborów, podziałach na prawicy, o krzyż w Sejmie...Sumliński szczegółowo opisuje w książce okoliczności w jakich doszło do oskarżenia go przez funkcjonariuszy osławionych Wojskowych Służb Informacyjnych o płatną protekcję przy weryfikacji b. pracowników WSI; opisuje też gehennę, jaką z polskim wymiarem sprawiedliwości od trzech lat przechodzi on i jego rodzina.Autor nie unika też odpowiedzi na pytanie, co doprowadziło go do momentu, w którym za jedyne wyjście z opresyjnej sytuacji, w jakiej się znalazł, uznał ... samobójstwo.Z relacji Wojciecha Sumlińskiego wyłania się obraz ponury i pesymistyczny, w którym jedyną nadzieją na sprawiedliwość jest już tylko wiara w moc sprawczą różańca i zawierzenie Bogu.Jak przyznał podczas środowego spotkania autor - ta drobiazgowa relacja stanowi jeden wielki akt oskarżenia pod adresem państwa zbudowanego na najgorszych fundamentach, wprost wywiedzionych z PRL.Sumliński napisał bowiem książkę o fasadowej polskiej demokracji, o destrukcyjnym wpływie ludzi służb specjalnych PRL i ich kontynuatorek po 1990 roku na ogół życia publicznego w Polsce. To książka o obecnej wszechwładzy służb w kraju, w którym zakłada się obywatelom sto razy więcej podsłuchów niż w jakimkolwiek innym kraju Unii Europejskiej i o braku hamulców gotowych na wszystko mafiosów, którzy znajdują posłuch i oparcie u najwyżej postawionych osób w państwie.Sumliński nie unika przy tym podawania nazwisk i dokładnie dokumentuje każdy z przytoczonych faktów, przy okazji których te nazwiska się pojawiają.- Ujawnienie tych faktów w każdym zdrowym, demokratycznym państwie powinno nie tylko doprowadzić do "politycznej śmierci" każdego z tych polityków, ale wręcz skończyć się wieloletnimi wyrokami - twierdzi Sumliński. - W naszym kraju represje i próby eliminacji spotykają jednak tych, którzy takie fakty ujawniają - gorzko konstatuje autor "Z mocy bezprawia", który właśnie takiej reakcji państwa na swoje dziennikarskie dociekania doświadcza na własnej skórze.

Zdaniem Sumlińskiego, mocodawcy mafijnego systemu władzy i interesów w Polsce rzadko sięgają jednak po metodę, przed którą skądinąd nieustannie ostrzega go główny anty-bohater książki Aleksander Lichodzki ("...bo jeżdżą ciężarówki ze żwirem").- Nie muszą z niej korzystać, mając do dyspozycji gęstą agenturalną sieć w kluczowych urzędach, mediach i wymiarze sprawiedliwości, czyli mając w ręku bezpośrednie narzędzia wpływu na konkretne decyzje podporządkowanych sobie osób lub wywoływania szantażem określonych zachowań ludzi nawet nie związanych z nimi bezpośrednio - mówi Sumliński. - Innymi słowy mogą wszystkich krnąbrnych, np. niewygodnych dziennikarzy i prokuratorów "uciszać" bez odwoływania się do "mokrej roboty". Znam zbyt wielu złamanych w ten sposób ludzi, również moich kolegów, żeby mieć jeszcze jakiekolwiek niejasności. ONI mogą zamieść dziś pod dywan każdą aferę i zniszczyć każdego, kto próbuje ją ukazać.Liczba, szczegółowość i waga przytoczonych przez autora faktów oraz spójność jego wstrząsającej relacji - ubranej skądinąd w kostium wciągającej literatury sensacyjnej - powinny spowodować, że od czasu ukazania się tej książki, jej treść powinna stanowić temat głośnej i niesłabnącej debaty publicznej. Choćby po to, aby poddać tę relację szczegółowej analizie krytycznej.Tymczasem, książka popularnego dziennikarza spotyka się z milczeniem ze strony najważniejszych polskich publikatorów...Oczywiście każda relacja może, a nawet powinna budzić kontrowersje i wątpliwości. Tym bardziej warto było wziąć udział w środowym spotkaniu w "Matrasie" i bezpośrednio zadać autorowi te ważne pytania.Jeśli ktoś nie mógł wziąć udziału w tarnowskim spotkaniu, to - jak poinformował Wojciech Sumliński - będzie taka okazja już 12 grudnia w Brzesku.

(JB), (PD) Dziennik Polski





11:58, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -