Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
sobota, 08 grudnia 2012

 

Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego o odkrywaniu bolesnej tajemnicy dotyczącej relacji polsko-żydowskich z czasów II wojny światowej. Wreszcie najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego – korupcja i brudny światy policji. To przypadek czy świadomy wybór, że w najbliższym czasie zobaczymy Cię w filmach dotykających tak mocnych tematów?
Maciej Stuhr: Mocne tematy to jest dokładnie to, co przykuło moją uwagę podczas lektury wymienionych przez Ciebie scenariuszy – to, co mnie dzisiaj w kinie interesuje. Jeżeli mocny temat jest dobrze opracowany, dobrze napisany, ma dobre postaci, a ekipa realizacyjna daje cień nadziei na dobre sfotografowanie scenariusza, to wchodzę w taki projekt.

Szukałeś takiego bohatera jak Kondolewicz z "Obławy"? Chciałeś w ten sposób zerwać ze swoim wizerunkiem?
Zawsze szukam innego bohatera. Żaden aktor nie lubi grać bohatera, którego już zagrał, nawet jeśli zrobił to dobrze. Chce zaskoczyć widownię, udowodnić, że ma jeszcze coś do innego do pokazania. Więc oczywiście, gdy na horyzoncie pojawił się konfident – można powiedzieć szwarccharakter – dostał ode mnie od razu kilkanaście punktów do przodu.

Nie miałeś wcześniej okazji grania takich postaci.
Wiem, z jakich ról ludzie mnie kojarzą i za co mnie, mam nadzieję, lubią. Nie chcę im tego odbierać – dlatego też gram w "Listach do M.". Natomiast Kondolewicz w "Obławie" stanowił dla mnie wyzwanie i szansę pomyślenia, jak ja zachowałbym się, gdybym żył wtedy, w tamtych czasach. Aktorstwo jest sztuką wyobraźni. Więc próbuję sobie wyobrazić niejednoznaczną sytuację tej postaci. Czy poświęciłbym wszystko, co osiągnąłem – zwłaszcza jeżeli nie mam miłości ukochanej osoby – w imię walki o ojczyznę i ideałów? Scenariusz daje odpowiedź, że nie. Ale jeżeli nie, to co za tym stoi i jak to rozwinąć dalej – to są fascynujące tematy. Chciałem żebyśmy spróbowali jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej zastanowić się, że nawet człowiek, którego musimy potępić za czynione innym zło, ma jakieś swoje racje. Nie urodził się zły. Został wpuszczony w tragiczną machinę historii, z którą nie umiał sobie poradzić. Tak, jak podejrzewam, ponad dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa w tamtym straszliwie trudnym czasie.

Co czujesz widząc siebie na ekranie w roli, chyba można tak powiedzieć, obleśnego człowieka?
Obleśnego, tak. Miałem z tym pewien problem. Naprawdę trudno mi było patrzyć na scenę łóżkową z Sonią Bohosiewicz – chyba pierwszy raz w życiu poczułem wstyd w stosunku do tego, co widziałem na ekranie. Z drugiej strony pojawia się też ogromna satysfakcja, że nie podaję ludziom landrynki, tylko coś, co przynajmniej na chwilę poruszy ich w fotelach.

Gdy oglądałem "Obławę", nasuwały mi się skojarzenia z kinem Smarzowskiego. Nie tylko z "Różą", ze względu na Marcina Dorocińskiego czy podobny czas akcji, ale przez sposób opowiadania o polskich sprawach w ogóle.
Być może dlatego te filmy wydają się podobne, że w Polsce dojrzało pewne pokolenie, które zaczyna znowu wracać do traumatycznego okresu II wojny światowej. Nagle widzimy, że to, na czym wychowaliśmy się w dzieciństwie – na "Czterech pancernych" i serialu o Hansie Klosie – przedstawiało rzeczywistość daleką od prawdy. To nie mogło tak wyglądać, wojna musiała zbrukać prawie każdego. Z tą myślą się zmierzyć, to jest lekcja na przyszłość.

 

Podobna myśl przebija się z "Pokłosia".
Obawiam się, że to wina mojego reżysera i dyrektora teatralnego Krzysztofa Warlikowskiego, który też często grzebie w trudnych kwestiach. Rozmowy z nim i przygotowywane wspólnie spektakle uwrażliwiły mnie bardzo na ten temat. "Obława" i "Pokłosie" poruszają tematy, o których naprawdę sporo ostatnio myślałem. Oczywiście z jednej strony to historia, trzeba żyć dalej, mamy inną Polskę i nie powinniśmy się tym wszystkim przejmować. Jednak natrętnie powraca myśl, kim ja bym wtedy był. Co bym zrobił z tym karabinem, z tymi Niemcami, z Żydami. Z tym domem, który stoi pusty, a ja nie mam gdzie mieszkać. Czy bym tam wszedł, czy nie? Obawiam się, że pewnie bym wszedł. I co bym zrobił, gdyby Żyd nagle wrócił. To są straszne pytania. Myślę, że po tych sześćdziesięciu latach coś sprawia, że możemy zacząć o tym tak na serio myśleć.

Te rozważania to właśnie wynik lektury scenariuszy?
Zacząłem o tym myśleć, gdy studiowałem psychologię. Przeczytałem o dwóch słynnych eksperymentach – eksperymencie więziennym Philipa Zimbardo z podziałem na katów i więźniów oraz eksperymencie Stanleya Millgrama z rażeniem prądem niewinnych ludzi, dotyczącym kwestii posłuszeństwa wobec autorytetów. Statystyka jest przeciwko nam. Człowiek musi uświadomić sobie, jak bardzo jest słaby. W obliczu tak totalnych szaleństw jak wojna, musi się poddać. Konfrontując się z tą przerażającą wiedzą i nie chcąc się oszukiwać, nie można z tym żyć spokojnie.

Od początku myślałeś o połączeniu psychologii z aktorstwem?
To był mój wybór od początku. I to był dobry wybór. Wydaje mi się, że mam w swoim życiu fajne połączenie: miałem studia psychologiczne i wiedzę, którą dostałem, teraz będąc aktorem i pracując z artystami, możemy wspólnie poprzez sztukę przetwarzać to i dawać ludziom do myślenia.

"Obława" została bardzo dobrze odebrana na festiwalu w Gdyni. Całą ekipę nagrodzono oklaskami, jednak Ciebie publiczność w Teatrze Muzycznym przyjęła zdecydowanie najcieplej. Publiczność w Gdyni Cię lubi, zresztą nie tylko tutaj, a Ty lubisz przyjeżdżać na ten festiwal?
Lubię. Przyjeżdżam prawie co roku, głównie po to, żeby oglądać filmy, co jest oczywiście trudne w obliczu rosnącej grupy reporterów. Kawałek życia już tu spędziłem. Poprowadziłem parę razy galę, i było miło. Pokazałem w Gdyni w zasadzie wszystkie filmy, które nakręciłem. Raz przyjmowano je lepiej, raz gorzej. Te wspomnienia rosną. Jednak lubię ten festiwal nie dlatego, że można się napić wódki, tylko dlatego, że lubię oglądać polskie filmy. Ludzie nie są głupi. Jak ktoś przyjeżdża się lansować, to jest traktowany inaczej. Jak ktoś przyjeżdża oglądać filmy i zrobi dobrze swoją robotę, to dostaje cieplejsze oklaski. Fajnie, że tak jest. To ważne.

Źródło: ONET.PL


 

10:58, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 grudnia 2012

Tarnów ma najstarsze w Polsce muzeum diecezjalne. Placówkę założył w 1888 r. ks. Józef Bąba. W ten sposób uratował wiele bezcennych dzieł. Muzeum mieści się przy pl. Katedralnym 6 (dojście od Rynku lub ul. Katedralnej albo od ul. Rybnej przez Kapitulną). Zbiory, które liczą się w setki obiektów, oglądać możemy w kolejnych salach zabytkowych kamieniczek. Trzon kolekcji to sztuka gotycka, rzeźba i malarstwo z terenu Małopolski (przede wszystkim gotyckie tryptyki, ołtarzowe i bogactwo rzeźby, zwłaszcza „Madonny z Dzieciątkiem”. Są liczne przykłady oryginalnej kamieniarki: rzeźbione portale i obramienia okien, zadziwiające misternym wykonaniem, a z drugiej strony delikatne ornaty, dzieło mistrzowskiej techniki hafciarskiej. Najstarszym obiektem jest XIII-wieczna, pochodząca z Łącka „Głowa Jana Chrzciciela na misie”. Warto wiedzieć, że częścią kolekcji najstarszego w Polsce Muzeum Diecezjalnego jest przebogaty zbiór malarstwa na szkle, które przez wiele lat swego życia gromadził Norbert Lippóczy.




Jest najstarsze z wszystkich istniejących w Polsce, a przez cały okres swej działalności zdołało uniknąć większych kataklizmów – Muzeum Diecezjalne w Tarnowie w przyszłym roku będzie obchodziło 125. urodziny.

Chyba każdy tarnowianin zna cichy zaułek miedzy gmachem kościoła katedralnego i niskimi, wiekowymi kamieniczkami, które „przycupnęły” ściśnięte, okalając katedrę i zostawiając zaledwie skrawek miejsca dla biegnącej pomiędzy murami uliczki. I niezależnie od pory roku czy pogody, jest tu zawsze w jakiś tajemniczy sposób pięknie. W tym zaułku w małych kamieniczkach od kilku już dziesiątków lat ma siedzibę najstarsze w Polsce muzeum diecezjalne.

Pierwsza nazwa tej instytucji brzmiała: Muzeum Seminarialne Sztuki Kościelnej. Wyjaśnia nam się zatem geneza jej powstania – kiedy 25 października 1888 roku muzeum zostało oficjalnie otwarte, funkcjonowało ono w ramach tarnowskiego seminarium duchownego.
„Ileż to cennych tkanin, obrazów, rzeźb większych i mniejszych służba kościelna zaprzepaściła wyrzucając z kościoła jako stare graty, albo sprzedając za bezcen” –wspominał z ubolewaniem ks. Józef Bąba, pomysłodawca i założyciel muzeum. Pisząc te słowa, znał doskonale temat – od lat pasjonował się sztuka kościelną i był zapalonym kolekcjonerem.

Podczas prywatnych poszukiwań, ksiądz Bąba zapoznawał się z zawartością strychów, dzwonnic, plebanii oraz innych zakamarków kościelnych obiektów. Niejednokrotnie okazywały sie one prawdziwymi „sezamami”, pełnymi cennych i bezcennych elementów kościelnej sztuki – od rzeźby, po tkaninę:„Gromadziłem dzieła traktujące o sztuce, ilustrowane sztychy i fotografie, stare obrazy wyszukiwane po strychach, przedsionkach, na wieżach kościelnych, stare zniszczone ornaty i inne tkaniny, czyściłem je z brudu i kurzu”.

Oczywiście wszystko działo się za wiedzą i pozwoleniem ówczesnego biskupa tarnowskiego Ignacego Łobosa. Wiadomo również, ze przy znaczniejszych czy bogatszych kościołach parafialnych istniały, i nadal istnieją, tak zwane skarbce, czyli zbiory wszelkiego cennego wyposażenia kościelnego. Przedmioty te otoczone były opieką i przy różnych okazjach nadal służyły.

Tymczasem bywało i tak, jak to wspominał ks. Józef Bąba – gdy coś z kościelnego  wyposażenia w naturalny sposób wycofano z użytku, coś wyszło z „mody”, było uszkodzone, albo zeszło na drugi plan, wówczas zapomniane rzeźby, obrazy, ornaty, a nawet elementy zdobień, dosłownie i w przenośni, pokrywał kurz niepamięci.

Kiedy ksiądz Bąba zajął się tematem„odzysku” zapomnianego kościelnego wyposażenia, nie było jeszcze za późno na ocalenie wielu bezcennych obiektów. Jednak, jak sam wspominał, część zaprzepaszczono uznając za „stare graty”.

Dlatego też swoją pasję próbował zaszczepiać kolejnym:„Zadaniem muzeów jest zbierać zabytki stare, do nabożeństwa nieużyteczne, ani w tym stanie w jakim się znajdują do ozdoby kościołów wcale się nie przyczyniające, a mające historyczną, archeologiczną czy to artystyczną wartość”.

 

Pierwsza siedziba muzeum znalazła swe miejsce w gmachu seminarium. Specjalnie na ten cel dostosowano największą z sal pierwszego piętra. Pomieściły się tu wszelkie eksponaty zebrane przez księdza Bąbę. Tym samym spełniała się w całości intencja założyciela, który przede wszystkim chciał, aby klerycy mieli „na miejscu” możliwość zapoznania się z dawną sztuką sakralną swej diecezji.

Muzeum założone przez ks. Bąbę rzeczywiście od początku swej działalności służy tarnowskim klerykom. Zgromadzone w nim zbiory są ilustracją wykładów z estetyki i z historii sztuki. Jednakże w okresie międzywojennym, zabytki sakralnej sztuki zostały przeniesione do sal ratusza miejskiego, gdzie może je oglądać szersze grono zwiedzających. Czasy obu wojen światowych i muzeum, i zbiory przetrwały prawie nienaruszone. Bolesną stratę odnotowano w 1940 roku, kiedy Niemcy wywieźli uznawaną za dzieło mistrza Wita Stwosza „Świętą Annę Samotrzecią”, datowaną na lata 1480-1490.
Do dziś rzeźby nie odnaleziono.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


17:24, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 grudnia 2012

Teatr im. L. Solskiego w Tarnowie zaprosił w sobotę 30 listopada 2012 o godz. 18.00 na kolejną premierę (studencką) w 59 sezonie artystycznym. Tym razem na Małej Scenie został wystawiony spektakl „Brzydal” w reżyserii Łukasza Fijała. W tekście Mayenburga, jednego z najważniejszych niemieckich współczesnych dramatopisarzy tytułowy bohater Lette, wybitny naukowiec, pewnego dnia dowiaduje się od szefa, że nie będzie promował swego wynalazku. Powodem, jak twierdzą współpracownicy i jego żona, jest "brzydka twarz" wynalazcy... Czy Lette jest brzydki? A może ktoś mu to wmawia? Jego żona, szef, asystent, chirurg, bogata starsza dama, którą spotyka po drodze? Jak zmieni się bohater, któremu w szczytowym punkcie kariery kilkoro życzliwych powiedziało, że nie pasuje do ogólnie przyjętego wzorca człowieka fizycznie idealnego? Czego pragnie Lette, czego brakuje mu w życiu, że postanawia zmienić swoją twarz?

 

„Brzydal” jest historią pełną ironii, obnażającą cynizm relacji między ludźmi i manipulacji medialnej. W interpretacji Łukasza Fijała Lette staje się ofiarą opinii społecznej, ale też własnej psychologicznej autosugestii. Brzydal to człowiek utkany z opinii świata zewnętrznego, stworzony na wzór reklam, zdjęć i idealnych wizerunków, którymi jest otoczony. Mayenburg prowadzi opowieść w charakterystyczny dla siebie sposób- jego język jest groteskowy, momentami brutalny i nieprzyzwoicie śmieszny. Brzydal jest sarkastyczną groteską porażającą siłą uniwersalizmu i chłodem zdystansowanego obserwatora otaczającego nas świata. Mayenburg stawia tu pytania o granice manipulacji, której jesteśmy poddawani niemal na każdym kroku. Ideały, wymogi stawiane przez modę, reklamę i mass media - głównych kreatorów naszej świadomości - ograniczają swobodę współczesnej jednostki, a wolny wybór w rzeczywistości nastawionej na ciągły postęp i nowości rynkowe, zdaje się być tylko ułudą. Jak skończy się przygoda Lettego i jego nowego wizerunku? Organizatorzy tak instruują potencjalnych widzów:  Przygotuj się. Spójrz w lustro. Użyj fluidu, zamaskuj niedoskonałości cery, ubierz wyszczuplającą sukienkę i wysmuklający garnitur. I przyjdź do teatru, aby się przekonać.  Jednym słowem liczy się opinia. I o tym z reżyserem Brzydala” Łukaszem Fijałem rozmawia Anna Wakulik – kierownik literacka teatru (wywiad poniżej). Sobotnią premierę poprzedził wernisaż prac trzech tarnowskich artystów „Trifonium – malarstwo, rzeźba i okno”. W foyer teatru swoje prace pokazali: Waldemar Żuchnicki, Wojciech Ruszel i Michał Poręba.


Jakie pytania zadałby Pan osobom, które wybierają się na spektakl "Brzydal"?
Łukasz Fijał: Czy potrafiłbyś wskazać jedną, konkretną rzecz, która ma decydujący wpływ na to, kim teraz jesteś? Jedną wartość, która cię definiuje, decyduje o twoim postrzeganiu samego siebie oraz o tym, co myślą o tobie inni? Czy byłaby to wyznawana przez ciebie religia, preferowane poglądy polityczne, zdobyta wiedza, wrażliwość estetyczna, wykonywany zawód, związki uczuciowe, a może miejsce, w którym dorastałeś lub twoje plany na przyszłość?

"Brzydal" jest o tym, że nasz wizerunek nie jest generowany przez to, kim w istocie jesteśmy, prawda? Ten wizerunek jest w jakiś sposób wytworzony- przez kogoś, coś, jakąś siłę zewnętrzną.
ŁF: Tak. Możesz przecież zapisać się do partii politycznej albo zmienić wyznanie, zacząć chodzić do kina, przestać do niego chodzić, czytać mądre książki albo te niemądre. Możesz wziąć ślub lub się rozwieść. Zbierać warzywa za granicą albo robić doktorat na uniwersytecie, żebrać lub grać na giełdzie. To wszystko ma jednak bardzo nikły wpływ na to, kim jesteś i co inni o tobie myślą.

To co ma na to wpływ?
ŁF: Kluczowe znaczenie ma fakt, iż ktoś dowiedział się, że twoja zdrowo wyglądająca skóra jest wynikiem zabiegu chirurgicznego. Istotne jest, że widział plakat wyborczy z twoim nazwiskiem, zobaczył na twoim koncie portalu społecznościowego, że lubisz konkretny gatunek filmów. Ważne jest to, że powiedziałeś komukolwiek, że grasz na giełdzie, albo że ktoś dowiedział się, że wziąłeś ślub. Albo że ten ktoś jest przekonany, że jesteś ateistą lub alkoholikiem czy że czytasz kryminały.

Czy wobec tego nas- oraz głównego bohatera sztuki Mayenburga, Lettego- po prostu nie ma? Jest jeszcze ktoś taki jak człowiek? Czy tylko jakiś fantom, wizerunek odklejony od podmiotu? Da się oddzielić fakty z naszego życia od tego, co o tych faktach "mówi się"?
ŁF: Sam fakt obiektywny, o ile coś takiego w ogóle istnieje, jest mało istotny. Ważne jest to, że ktoś się czegoś o tobie dowiedział, zapamiętał i w swoim postrzeganiu i traktowaniu ciebie uwzględnił zdobytą o tobie wiedzę. Co istotne, sama sytuacja, iż ktoś wie o pewnej sprawie dotyczącej ciebie jest o wiele bardziej istotna, niż wydarzenie, które sprawy dotyczy. Ważne, że ktoś uważa, że robisz doktorat, nieistotne, czy naprawdę go robisz. Liczy się opinia. Ona działa i ona ma realny wpływ na twoje życie i na to, jak inni cię traktują.

  

 O czym więc jest dla Pana "Brzydal"?
ŁF: „Brzydal” jest uniwersalną opowieścią o tym, jak funkcjonuje opinia. Powszechnie znane, konkretne przeświadczenie dotyczącej pewnej osoby. „Brzydal” to sztuka o tym, jak taka opinia wpływa na życie człowieka i na to, jak inni pod wpływem opinii człowieka postrzegają. Przynajmniej ja mam taką opinię, jeśli o „Brzydala” chodzi.

rozmawiała Anna Wakulik

Triforium – malarstwo, rzeźba i okno


Waldemar Żuchnicki studiował Historię Sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ukończył Wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, uzyskując dyplom w Pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego oraz aneks z malarstwa architektonicznego w Pracowni prof. Janiny Kraupe – Świderskiej. Uprawia malarstwo, rysunek i grafikę. Brał udział w kilkunastu wystawach w kraju i za granicą. W 1991 roku otrzymał prestiżową nagrodę Pollock – Krasner Fundation w Nowym Jorku.

Wojciech Ruszel jest wieloletnim członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. Zajmuje się rzeźbą i malarstwem. Przy pomocy tradycyjnych środków i metod wykonuje precyzyjne repliki historycznych mebli oraz renowacje. Wykonał rzeźbę portretową Z. Strzałkowskiego dla Szkoły Podstawowej w Zawadzie pod Tarnowem. Udział w warsztatach „Tarnowskie Klimaty”2005 i 2008,” Salon Jesienny”, oraz wystawa indywidualna w „Strefie Fantazji” Tygla Kultury, w plenerach krajowych i zagranicznych.

Michał Poręba ukończył WSP w Krakowie. Dyplom z malarstwa w pracowni prof. Ireny Popiołek i prof. Aleksandra Pieńka w 1992 r. Uprawia rysunek, malarstwo, rzeźbę, działania parateatralne oraz performance. Wykładał w Akademii Pedagogicznej w Krakowie, prowadził pracownię plastyczną w TCK. Jest twórcą i autorem realizacji teatru plastycznego APRAPLA, prezentowanego m.in. na Festiwalu Działań Plastycznych i Teatralnych w Tczewie, Festiwalu Komedii TALIA w Tarnowie oraz podczas Tygla Kultury w Zielonej Górze, Ciężkowicach i Tarnowie. Jest autorem pomników Jana Szczepanika i Andrzeja Małkowskiego usytuowanych w centrum Tarnowa. Prace prezentował na wielu wystawach w kraju i za granicą. Nagradzany min. za performance: Magiczny Środek Ziemi w Ogólnopolskim Przeglądzie Projektów Edukacyjnych Vademecum – pójdź ze mną organizowanym przez InSEA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Wychowania przez Sztukę) na Europejskim Kongresie w Poznaniu, za performance Vitae... w międzynarodowym konkursie sztuki współczesnej Tarnowskie Klimaty oraz nagrodą Prezydenta Miasta Tarnowa. Wiceprezes ZPAP OT.


 Opracował na podstawie materiałów teatru – Ryszard Zaprzałka   Zdjęcia– Paweł Topolski



21:05, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Komentarze (1) »
środa, 05 grudnia 2012

Geneza powstania pierwszej, polskiej jednostki komandosów, to sierpień 1942 roku, kiedy na rozkaz generała Władysława Sikorskiego zostaje sformowana kompania przeznaczona do wykonywania specjalnych zadań bojowych. Chociaż owa jednostka nie wzięła, w pierwszym roku, udziału w żadnej spektakularnej akcji bojowej przeprowadzonych przez wojska alianckie, przeszła do historii II wojny. Dopiero rok po powołaniu, dowódca Combined Operations, lord Louis Mountbatten, zadecydował o przyłączeniu do 2 Special Service Brigade, walczącej na froncie włoskim, polskiej i belgijskiej kompanii komandosów. Zgodnie z tym rozkazem we wrześniu 1943 roku polska kompania, w liczebności 91 żołnierzy,  przetransportowana została do Algierii, skąd 1 grudnia udała się do Tarentu. Po przekroczeniu przez polska jednostkę specjalną rzeki Sangro, rozpoczęła się, obfitująca do dzisiaj, w  niewyjaśnione pomówienia i oskarżenia kampania na froncie włoskim. Do 10 stycznia 1944 roku polscy komandosi zajmowali się głównie rozpoznaniem terenu i wywiadem terenowym, raz po raz staczając potyczki z przeważającymi siłami wroga. W wyniku ponoszenia poważnych strat, wynoszących około 80 procent stanu osobowego kompanii, generał Sosnkowski postanowił przeorganizować polską jednostkę komandosów i w 1944 roku powołał polskie Commando, składające się z pięciu kompanii, do których zgłaszali się ochotnicy nawet z greckich czy francuskich oddziałów partyzanckich, oraz Polacy wcieleni siłą do Wehrmachtu. Zapewne straty o których mówimy zostały poniesione podczas szturmu na wzgórze Monte Cassino, gdzie jednym z trzech dowodzących generałów, był pochodzący ze Szczucina, Bronisław Rakowski.



Po zdobyciu wzgórza, charakter walk na froncie włoskim wskazywał, że nie będą tam prowadzone operacje typowe dla komandosów i z tego względu w listopadzie 1944 roku przekształcono Commando w oddział zmotoryzowany pod nazwą: "2. Batalion komandosów". Zmotoryzowani komandosi wyruszyli na front i wkrótce w ramach Grupy "Rak" generała Rakowskiego przełamywali obronę na rzece Gaiana, przekraczali rzeki Quadermo i Idice. Doszli do Bolonii, gdzie ich piękna i bohaterska walka, choć bez spektakularnych wyczynów dobiegła końca. Co takiego wydarzyło się w polskich oddziałach, a szczególnie kompanii komandosów, że ich udział u boku aliantów stał się tematem wielu kontrowersyjnych osądów? Sprawa była niebagatelna bowiem dotyczyła do dzisiaj niewyjaśnionych aktów zbrodni wojennych, polegających na mordowaniu przez Polaków niemieckich jeńców.

Generał Bronisław Stanisław Rakowski urodził się 20 czerwca 1895 roku w Szczucinie. Po ukończeniu Akademii Górniczej w Loeben wstąpił do Związku Strzeleckiego, a następnie służył podczas I wojny w słynnej I Brygadzie Legionów Polskich i 1 Pułku Ułanów. Po odmowie złożenia przysięgi na wierność Austrii został na siłę wcielony do cesarskiej i królewskiej armii i uwięziony w obozie dla internowanych na Węgrzech – wizytatorem owych obozów był w tym czasie tarnowski generał Aureli Serda Teodorski – gdzie przebywał do zakończenia wojny. Po zakończeniu I wojny i odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Bronisław Rakowski uczestniczył w tworzeniu 3 Pułku Ułanów Śląskich, a następnie walczył na wchodzie, w wojnach polsko – ukraińskiej i polsko – rosyjskiej. Był dwukrotnie ciężko ranny.

Kariera generała Rakowskiego w okresie dwudziestolecia międzywojennego była imponująca i postępowała iście pionowo. Po wielu awansach – mając zaledwie 39 lat był już pułkownikiem - został wykładowcą taktyki kawalerii w Wyższej Szkole Wojennej i Centrum Wyższych Studiów Wojskowych w Warszawie. Od sierpnia 1931 do lutego 1936 dowodził 12 Pułkiem Ułanów Podolskich. W lutym 1936 został wyznaczony na stanowisko szefa Wojskowego Biura Historycznego, a w wojnie obronnej 1939 był szefem Sztabu Frontu Południowego i Obrony Lwowa.

Schwytany przez NKWD podczas próby przedostania się na Węgry, był więziony na Łubiance w Moskwie. Tuż po uwolnieniu na podstawie układu Sikorski – Majski, Rakowski został awansowany do stopnia generała brygady i otrzymał stanowisko szefa sztabu w Armii Polskiej na Wschodzie, a następnie dowódcy 2 Brygady Pancernej, z która odbył całą kampanię włoską 2 Korpusu Polskiego. Wspomniane wyżej, poważne zarzuty o popełnianie przez polskich żołnierzy zbrodni wojennych pojawiły się już po 1945 roku i można, z braku konkretnych dowodów, przypuszczać, że były potajemnie rozpuszczane przez sowiecki wywiad. Oskarżenia były jednak bardzo poważne. Polakom zarzucano rozstrzeliwanie jeńców już podczas bitwy nad Bzurą we wrześniu 1939 roku czy rozstrzeliwanie strąconych i wziętych do niewoli niemieckich lotników. Dowodów jednak poza relacjami rzekomych świadków lub osób, które słyszały o tym z drugiej ręki nie ma.

Jak pisał jeden z historyków Przemysław Mandela, opierający się na opracowaniach Aleksandra McKee „Caen – droga do zwycięstwa”, artykule Grzegorza Czwartosza „Zwycięzców nie sądzi się”, opublikowanego w Polsce Zbrojnej i książce T. M. Czerkawskiego, „Byłem żołnierzem generała Andersa” – „Nieco inaczej prezentuje się kwestia polskich lotników, którzy sami przyznają, że podczas powietrznych zmagać w Bitwie o Anglię zdarzyło się im czy ich kolegom strzelanie do nieprzyjacielskich pilotów, którzy szybowali na spadochronach ku ziemi po ewakuacji z zestrzelonego samolotu. Zaznaczają przy tym, że takie praktyki rozpoczęli Niemcy i to już we wrześniu 1939 roku, a oni tylko się im rewanżowali.

Lecz najcięższy zarzut, popełnienia jednej z największych jednorazowych zbrodni aliantów na jeńcach wojennych ciąży na „pancerniakach” 1. Dywizji Pancernej generała Maczka po bitwie pod Chambois. Amerykański historyk Steven Ambrose w swojej książce „Obywatele w mundurach” zawarł relacje kapitana armii amerykańskiej Watersa, który po bitwie pod Chambois miał odebrać od Polaków 1500 niemieckich jeńców. Jednakże pancerniacy Maczka przyprowadzili ledwie 200. Gdy zdziwiony Waters zapytał gdzie reszta Niemców usłyszał w odpowiedzi od polskiego kapitana, że została rozstrzelana, a na tych, których przyprowadził zabrakło amunicji. Czy możliwe jest by Polacy rozstrzelali już po zakończeniu bitwy 1,300 niemieckich jeńców? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Sam generał Franciszek Skibiński przyznał w swych wspomnieniach, że „kwestia jeńców w pewnym momencie wymknęła się nam z pod kontroli”. Gdy dodamy do tego relacje poszczególnych żołnierzy Maczka, którzy otwarcie mówią, że SS-manów i żołnierzy mających w książeczce wojskowej zapisany udział w kampanii 1939 roku rozstrzeliwali na miejscu, uzyskujemy ciemny cień jaki rzucają te wydarzenia na obraz naszych sił zbrojnych podczas II wojny światowej.

A nie był to niestety „wybryk” jednorazowy…”. Zarzuty owe dotyczyły również żołnierzy II Korpusu generała Andersa, a zwłaszcza rzekomej masakry jaką mieli popełnić polscy żołnierze na rannych spadochroniarzach niemieckich i krwawej likwidacji szpitali tworzonych przez Niemców w czasie owych walk.”. Dużo więcej wiemy dziś o rozstrzeliwaniu niemieckich jeńców i żołnierzy usiłujących się poddać w drugiej sztandarowej bitwie II Korpusu, a mianowicie bitwie o Bolonię. Generał Rakowski wydał wówczas rozkaz następującej treści: „Znaleziono ciała majora Czarneckiego i sierżanta Rzechowskiego. Zostali po wzięciu do niewoli zamordowani: mają poderżnięte gardła, wydłubane oczy, ucięte uszy. Rozkazuje nacierającym moim oddziałom: – nie dawać pardonu jeńcom. Podpisał – dowódca „Grupy Rak”, Rakowski, generał brygady.” Jak bardzo wzięli sobie do serca polscy żołnierze ów rozkaz? Tego już raczej się nie dowiemy.

Po zakończeniu II wojny generał Rakowski powrócił do kraju, ale w 1947 roku wyemigrował do Argentyny, gdzie zmarł 28 grudnia 1950 roku.

(za obiektyw.net, konflikty.pl, portalwiedzy.onet.pl, oraz materiały własne autora)

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


23:54, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 grudnia 2012

To tytuł wystawy – wydarzenia, fotokolaży Andrzeja Dudzińskiego, otwartej w ramach Festiwalu ArtFest w piątek 30 listopada w Centrum Sztuki Mościce. Ten światowej sławy artysta świętował w Tarnowie czterdziestolecie pracy twórczej.  Nowy cykl obrazów cyfrowych artysty tworzą wielkoformatowe cyfrowe kolaże, przedstawione w klasycznej formie tryptyku. Prace po raz pierwszy prezentowane są na tarnowskim Festiwalu. A tak rekomenduje je sam mistrz „Dudi” - „W odróżnieniu od tradycyjnego kolażu, gdzie artysta wykorzystuje fragmenty nie swoich prac, materiałem wyjściowym każdej kompozycji są moje fotografie oraz elementy graficzne mojego autorstwa. Sposób ich wykorzystania ma na celu znalezienie przestrzeni pomiędzy fotografią a obrazem. Cykl jest zwieńczeniem moich wieloletnich poszukiwań polegających na użyciu materii fotograficznej jak materii malarskiej."

Andrzej Dudziński za początek swojej pracy twórczej uważa rok 1972 (stąd obecny jubileusz)- rok powrotu z Londynu i rozpoczęcie stałej współpracy ze „Szpilkami”, a potem „Literaturą”, „Kulisami” i „Polityką”. W latach 1970 - 72 artysta mieszkał w Londynie, współpracując z pismami undergroundu. Po powrocie do Polski szybko ustalił swoje nazwisko między innymi dzięki Dudiemu - rozczochranemu ptakowi, kontestującemu socjalistyczną rzeczywistość. Jego prace publikowały czołowe pisma polskie. Ponadto Dudziński projektował plakaty teatralne i filmowe, pisał (wspólnie z żoną, Magdą Dygat ) i ilustrował książki dla dzieci, projektował scenografie teatralne i czołówki filmowe, współpracował z radiem i telewizją i wystawiał swoje prace w czołowych galeriach. W 1977 roku Andrzej Dudziński został zaproszony na Międzynarodową Konferencję Grafików w Aspen, Kolorado. Po przyjeździe do Stanów postanowił zamieszkać w Nowym Jorku. Podjął współpracę z czołowymi pismami amerykańskim, w tym: The Atlantic Monthly, The Boston Globe, Newsweek, The New York Times, Playboy, Rolling Stone, Vanity Fair, The Washington Post i Time. Zarazem współpracuje z wieloma pismami europejskimi, Korzystali z jego współpracy: AT&T, Conde Nast, IBM, Deutche Telekom i Royal Bank of Scotland. W latach 1982-1990 Dudziński wykładał w Parsons School of Design w Nowym Jorku. Zajmuje się malarstwem, rysunkiem, grafiką prasową i fotografią. W 1999 roku zaczęła się stała współpraca Andrzeja Dudzińskiego z Galerią Miejską w Tarnowie, której dyrektor, Bogusław Wojtowicz, był kuratorem wielu znaczących wystaw artysty w kraju i zagranicą. To powszechnie lubiany Boguś wymyślił przed laty ArtFest, a teraz kiedy nie ma go już wśród nas nosi on jego imię. W 2001 roku Sopot nadał Andrzejowi Dudzińskiemu tytuł Honorowego Obywatela. W roku 2002 zaczyna serię obrazów cyfrowych. W 2007 roku TVP Kultura nadaje „Niedzielę z Andrzejem Dudzińskim". W lutym 2008 roku TVP 2 emituje film dokumentalny pt: „Dudi", w reżyserii Małgorzaty Łupiny, ukazujący sylwetkę i działalność artystyczną Andrzeja Dudzińskiego. W kwietniu 2009 nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się "Mały alfabet Magdy i Andrzeja Dudzińskich". Obecnie reżyseruje film animowany „Zwariowany kawałek czegoś", współfinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. I chociaż najnowsza ekspozycja prac Andrzeja Dudzińskiego nosi nieco przewrotny tytuł  "pod lekkim napięciem", to napięcie towarzyszące jej mościckiemu otwarciu sięgało zenitu…


Tym bardziej, że piątkowy wernisaż muzycznie oprawili prawdziwi maestro - muzycy z Fanfara Kalashnikov pochodzący z północno-wschodniej części Rumunii – Mołdawii, będącej prawdziwym eldorado muzyki na instrumenty dęte. Ich muzyka jest nowoczesną interpretacją starej tradycji bałkańskiego grania na instrumentach dętych blaszanych – speed brass. Wykonują tradycyjną muzykę cygańską w bałkańsko-orientalnym stylu z wyraźnym wpływem jazzu i funku. W dźwiękach, które usłyszeliśmy w czasie koncertu można było rozpoznać m.in. polkę, flamenco, walca, bossa-novę, muzykę klezmerską, zagrane z zacięciem jazzowym i bałkańskim temperamentem. Krytycy muzyczni określają zespół mianem „najdzikszych trąbek”, a ich koncerty porównywane są do muzycznego trzęsienia ziemi. Muzycy Fanfara Kalashnikov już jako dzieci brali udział w tradycyjnych uroczystościach rodzinnych podglądając popisy instrumentalne lokalnych muzyków. Jednak jako zespół uformowali się dopiero pod koniec lat 90. Ich wcześniejsze koncerty, ze względów politycznych, miały nieoficjalny charakter. - „Nasza muzyka jest naszą bronią”- muzycy ciągle to powtarzają. Kiedy Fanfara Kalashnikov trąbią na tubach, rogach i trąbkach w 240 uderzeniach na minutę, jest to nie tylko świętowanie kultury praojców, ale i uwolnienie 40 lat państwowego ucisku. Kto by wtedy nie tańczył na stołach?” Repertuar grupy przypomina twórczość Gorana Bregovicia, z tym zastrzeżeniem, że to on sporo czerpał z ich tradycji. Od lat Fanfara Kalashnikov jest gwiazdą wielu imprez i festiwali w Europie. Zespół wystąpił jako horda wampirów w wideoklipie Und Frauen Männer berlińskiej kapeli punkowej Panda. Nagrywali wspólnie z zespołami – Rupa and the April Fishes z San Francisco, legendą muzyki ska z Nowego Jorku – Vic’kiem Ruggiero i bałkańską gwiazdą R’n'B Miss Platinum.

 

O nowej wystawie Andrzeja Dudzińskiego tak pisze Jakub Woynarowski:

Według słynnej dewizy Leonarda da Vinci, w każdej plamie na murze dostrzec można „głowy ludzkie, rozmaite zwierzęta, bitwy, skały, morza, chmury, lasy i inne podobne rzeczy". Aby w dobrze znanym kształcie otaczającego nas świata dopatrzyć się fragmentów innej rzeczywistości, konkret musi przez chwilę stać się dla nas abstrakcją, wolną od wszelkich skojarzeń. Tą ścieżką podąża niewątpliwie Andrzej Dudziński, tworząc cykl fotokolaży „Pod lekkim napięciem", stanowiący rodzaj efemerycznego szkicownika, łączącego taszystowski gest malarza z czujną obserwacją codzienności w jej drobnych, ale niezwykłych przejawach. Intermedialne działania Dudzińskiego ujawniają zarówno temperament zbieracza osobliwości, niepokornego surrealisty, jak i konceptualisty, traktującego obrazy niczym litery alfabetu, które odpowiednio zestawione mogą tworzyć całe wyrazy i zdania. Wyrwane z kontekstu fragmenty miejsc, słów i zdarzeń zdają się układać w nowe komunikaty, dowodząc zarazem, iż granica między tym co uważamy za „artystyczną" i „nieartystyczną" sferę życia, jest bardzo cienka. Medium niewątpliwie sprzyjającym tego rodzaju subtelnym „przesunięciom" jest fotografia. Podejście Andrzeja Dudzińskiego do procesu rejestracji rzeczywistości przywodzi na myśl niektóre z wczesnych realizacji Zdzisława Beksińskiego, który pod koniec lat 50-tych szanse rozwoju fotografii jako dyscypliny artystycznej upatrywał w abstrakcji, a przede wszystkim w zestawach fotograficznych. Według koncepcji Beksińskiego każda kompilacja tego rodzaju stanowić miała montaż obrazów, przypominający zamrożoną w czasie sekwencję filmową. Od filmu jednak odróżniałoby ją to, że wszystkie składniki wpółistnieją na równych prawach i odczytywane są przez widza w sposób symultaniczny. „Elementy te sąsiadując ze sobą, mogą potęgować nawzajem swoją wymowę, mogą też na skutek wzajemnego oddziaływania na siebie mówić zupełnie coś innego niż zawierają same, coś szerszego i głębszego. Wszystko tu zależy od wyboru autora." - pisze Beksiński. W tym ujęciu praca współczesnego fotografa bliska jest postawie artysty lub kuratora, poruszającego się w kosmosie „obiektów gotowych". Teoretyk fotografii André Rouillé wskazuje nawet na bezpośrednią paralelę między „chemią" fotografii a symboliczną „alchemią" readymade. „Z chwilą gdy przedmiot został wybrany i zarejestrowany, w fotografii przekłada się on na obraz, a w przypadku readymade zamienia się w dzieło sztuki" - zauważa francuski badacz. Andrzej Dudziński jako miejski flaneur i nieortodoksyjny kolekcjoner widoków, rozsadza sztywne ramy kategorialnej przynależności napotkanych obiektów. Jego fotograficzne kompozycje – podobnie jak wcześniejsze asamblaże i książki utrzymane w duchu silva rerum - stanowią współczesną emanację idei dawnych gabinetów osobliwości. Nowożytne wunderkamery, jako obrazy „świata w miniaturze", z założenia sprzyjały przenikaniu się różnorodnych dziedzin poznania. Tym, co scala efemeryczne kompozycje Dudzińskiego, są „znalezione" sentencje, zapożyczone wprost z tablic ostrzegawczych, wyznaczających granice publicznej przestrzeni. Paradoksalnie słowa, które pierwotnie miały dzielić rzeczywistość na sferę „dozwoloną" i „niedozwoloną", w interpretacji artysty okazują się poetyckim spoiwem, łączącym ogień z wodą. Symboliczną kropkę nad „i" stawia tu własnoręcznie sam autor, który za pomocą zamaszystego gestu rysunkowego przekreśla - i tak umowną - linię demarkacyjną między poszczególnymi segmentami kompozycji. W konsekwencji tego gestu części składowe każdego poliptyku zlewają się w jednolite obrazy, a te z kolei - dialogując ze sobą w przestrzeni wystawy - ulegają scaleniu w jeden widok, mieniący się różnorodnością form i znaczeń.


 A tak o Dudzińskim pisali m:
Estetyka Dudzińskiego pozwala nam jako koneserom na zasmakowanie w goryczy sytuacji. Może jest piękno w żółtawym niebie, poezja w wirującym wokół ziemi śmietniku. Dudi zaraża mnie obsesją innego świata, pieśnią jutra pozwalającą na pozbycie się bezpłodnego żalu za przeszłością. I to właśnie jest pociechą gdy tęsknię za tak zwanym Rajem Utraconym. Dudi nie wpada w euforię i nie każe patrzeć przez różowe okulary. Dodaje odwagi niezbędnej do wyobrażenia sobie niedoskonałości jako wartości estetycznej. Wskazuje, gdzie można dziś odnaleźć l'art vivant. I tak już za kilka lat, Dudi stanie się miarą doskonałości naszych czasów.
Roland Topor

Dudziński jest prawdziwym oryginałem, nie dającym się zaklasyfikować. Odznacza się niewiarygodną precyzją graficzną, dzięki której wszystko mu uchodzi.
Graham Vickers

Andrzej Dudziński zawsze lekceważył sobie wszelkie konwencje. Cała jego twórczość składa się głównie z prób uchwycenia jakiejś idei poetyckiej, ulatniającej się natychmiast wraz z biegiem myśli. Prościej o Dudzińskim można powiedzieć, że jest on zdumiewającym artystą, wykształconym na Rodczence i Majakowskim, Schwittersie i Maxie Ernscie, Pollocku i Twomblym, Haussmanie i Heartfieldzie, Carpaccio i Valdés Lealu... Jest mistrzem pedagogiki spojrzenia o absolutnej pewności wyniku. Jest manipulatorem, katalizatorem, akuszerem znaku. By go określić, trzeba by wyczerpać słownik. Jest człowiekiem nieuchwytnym. Nie przez nieobecność, lecz przez nadmiar. Gniewny i żartujący, śmiertelnie poważny i beztrosko wyluzowany. Dudziński nigdy nie zastanawiał się czy jest grafikiem, ilustratorem, czy artystą. Na tym bowiem polega jego geniusz, geniusz przełamywania barier, mieszania gatunków, obalania wszelkich hierarchii.
Gilles de Bure

Sztuka Dudzińskiego nie należy do żadnego kierunku, choć oczywiście można znaleźć jej antenatów: surrealistów, taszystów, ekspresjonistów. Ale artysta nie czerpie świadomie z każdego nurtu po trochu, jest instynktownym spadkobiercą tradycji stuletniej nowoczesności - ma ją przecież w „rozumie", czyli w pamięci i świadomości.
Tyle w zakresie techniki i metody postępowania. Jednak decydujące dla formy jego prac jest podejście artysty do sztuki. Nie uważa za właściwe narzucanie jej jakichkolwiek rygorów kompozycyjnych - wie, że dopuszczona do głosu jego osobowość zastąpi każdy wykalkulowany system, i to z lepszym skutkiem. Jeszcze 20 lat temu podobna dezynwoltura byłaby nie do przyjęcia przez krytykę, a tym bardziej widownię. Ale współczesna, postmodernistyczna kultura dopuszcza wszystkie chwyty i gardzi stylem. Lubi wizje postawione na głowie. Z tego ducha powstało malarstwo Dudzińskiego.
Monika Małkowska

Powiedziano kiedyś, że twórczość Andrzeja Dudzińskiego, znanego również jako Dudi, istnieje gdzieś na granicy między abstrakcją a sztuką przedstawiającą. Można także powiedzieć, że artysta chodzi po cienkiej linii między sztuką czystą a stosowaną. Ale te etykietki nie mają dla niego znaczenia. Niczym linoskoczek balansuje ponad swym niezwykle szerokim polem działalności rysowniczej. Kieruje się własnym wyczuciem i idzie do przodu - unikając z jednej strony pułapek elitarnego estetyzmu, z drugiej - komercyjnego przypochlebiania się. To chodzenie po linie może wydawać się łatwe, ale w rzeczywistości wymaga odwagi. Niektórzy sądzą, że jest zbyt niebezpieczne i nalegają, żeby zeskoczył na jedną lub drugą stronę. Ale taki artysta jak Dudziński, który szukał inspiracji zarówno u Saula Steinberga, jak i u Giovanniego Belliniego, nie będzie przecież zainteresowany tak oczywistym rozwiązaniem. Więc niestrudzenie idzie naprzód. Jak każdego linoskoczka, Dudzińskiego najbardziej interesuje lina - linia, po której idzie. Jego linia jest bezbłędna, czy to w pełnym detalu portrecie Prousta, wykonanym w tuszu dla Book Review „New York Timesa", czy w strojącym miny Pokraku, rysowanym tępym ołówkiem, czy w dziko ekspresyjnych uderzeniach pasteli na szarej kopercie, czy wreszcie w zdjęciu przedstawiającym wyszczerbione brzegi stłuczonej szyby.
 David Ebony


Opracował -  Ryszard Zaprzałka
Zdjęcia - Paweł Topolski



11:50, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2012

Ryszard Ścigała połowę swojej kadencji ocenia na czwórkę. Zasłużył?



Gdyby Tarnów rozwijał się według wizji, która Ryszardowi Ścigale zapewniła dwa lata temu reelekcje, miasto wyglądałoby dziś nieco inaczej. Zgodnie z tamtymi obietnicami trwałaby już zapewne budowa nowej hali widowiskowo-sportowej, być może miasto miałoby nowy amfiteatr, a na dawnej „Kapłanówce” budowałby się potężny biurowiec. Te akurat plany pozostały na papierze, ale pojawiły się nowe, a Tarnów chlubi się mianem miasta najskuteczniej w Małopolsce pozyskującego pieniądze z rozmaitych funduszy unijnych. Oceniając prezydenckie dokonania ostatnich dwóch lat nie sposób jednak przejść obojętnie obok spraw wywołujących kontrowersje – od planów likwidacji szkół po forsowane Przekształcenie Zespołu Przychodni Specjalistycznych oraz Mościckiego Centrum Medycznego w przychodnie spółki.

Ludzie dostrzegają zmiany

Z Ryszardem Ścigałą, prezydentem Tarnowa, o sukcesach i porażkach na półmetku kadencji oraz planach samorządu na najbliższe dwa lata, rozmawia Andrzej Skórka.

Kiedy dwa lata temu pytałem pana o priorytety inwestycyjne, usłyszałem: amfiteatr przy Piłsudskiego, nowa hala widowiskowo-sportowa, centrum administracyjne. Któraś z tych rzeczy jeszcze wypali?
Do końca kadencji nie wypali. Nowa hala i budowa amfiteatru są „w zamrażarce” projektów. Na razie nie znaleźliśmy programu pozwalającego zdobyć pieniądze na zrealizowanie tych przedsięwzięć. Ale za to udał nam się znakomity program termomodernizacji obiektów użyteczności publicznej za 50 milionów.

A co dalej z pomysłem wielkiego centrum administracyjnego?
Ta idea była mi bardzo bliska. Była taka kwintesencja budowania silnego Tarnowa. Ale cóż, ten pomysł nie uzyskał przyzwolenia radnych.

W takim razie co jest dla pana największym powodem do dumy na półmetku drugiej
kadencji rządów?
To, że mieszkańcy dostrzegają, iż miasto pozytywnie się zmienia. Że widzą powstające skwery, fontanny, boiska, elewacje, czy np. bimę. Sześć lat temu postrzegali Tarnów jako miasto brudne, zaniedbane i niebezpieczne. W niedawno przeprowadzonych badaniach opinii społecznej żadna z tych negatywnych cech już nie dominuje.

 

Po tym, jak zreformował pan urząd i zlikwidował Tarnowski Zarząd Dróg Miejskich, po zimie dziury długo czekały na załatanie, publiczne trawniki strzyżono po raz pierwszy dopiero w maju.
TZDM był strukturą archaiczną i niewydolną. I to wcale nie przez jakieś wady w jej kierowaniu. Zamiast niego mamy teraz służby szybkiego reagowania Zakładu Składowania Odpadów Komunalnych. I nikt już nie łata dziur, uklepując w nich masę łopatą albo gumiakiem. Teraz robi się to porządnie. Za rok z tego rozwiązania będziemy zadowoleni. A koszenie trawy? To skutek późno ogłoszonych przetargów i odwołań od rozstrzygnięć. To także się zmieni.

Punktem zapalnym jest edukacja. Kontrowersje dotyczą likwidacji szkół, przedszkoli, zwolnień nauczycieli, konkursów na dyrektorów.
Nigdy nie obiecywałem, że wszyscy będą szczęśliwi. Nie unikniemy ekonomizacji szkół, bo budżet miasta długo nie udźwignie rozdźwięku miedzy wysokością subwencji oświatowej, a rzeczywistymi kosztami utrzymania szkół. To różnica już 70 mln zł, które miasto pokrywa z własnych dochodów.

Czyli kolejne szkoły trzeba będzie zamykać?
Raczej, troszczyć się o koszty i dobrze wykorzystywać zasoby.

Rok upłynął pod znakiem upadku Poldimu, ABM Solid, zwolnień w hucie szkła. Rośnie bezrobocie. Co robi miasto, by przyciągnąć inwestorów i dać im szanse stworzyć nowe miejsca pracy?
Przygotowaliśmy ponad sto hektarów uzbrojonych terenów pod inwestycje. Teraz czas na promocje, to zadanie dla klastera przemysłowego i Tarnowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Mamy już autostradę ,więc pora, by nasza oferta znalazła się wszędzie –w„Forbesie”, „Newsweeku”, „Pulsie Biznesu”.


Autostrada owszem jest, ale bez wschodniej obwodnicy...
Żal niespełnionych obietnic budowy tej obwodnicy. Nadal zamierzamy współfinansować ten projekt. Mamy jednak obawy o próby przerzucania kosztów na miasto. Musimy wiec wywierać presje ze wszystkich możliwych stron, aby budowa wschodniej obwodnicy Tarnowa została inwestycją centralną.

Skoro wybiegamy w przyszłość, to za dwa lata stanie pan do walki o reelekcje?
Jest sfera spraw do tej pory w Tarnowie nie załatwionych, zadań wynikających ze strategii rozwoju miasta, których realizacja zajęłaby więcej niż nie jedna, czy dwie, ale nawet trzy kadencje. Ale dziś nie wyciągnie pan ode mnie odpowiedzi na pytanie o ponowny start w wyborach.

„Gazeta Tarnowska” oceni pana drugi już półmetek wystawiając oceny. Gdyby przyszło panu samemu sobie ją przyznać, byłaby to....
... silna czwórka. Na pewno nie można mi odmówić pracowitości i zaangażowania w miasto. Myślę, że czasem jestem jednak zbyt łagodnym szefem i brak mi bezwzględności. Mam zbyt dużą  skłonność do koncyliacji.

Rozmawiał:  Andrzej Skórka

 

 

EDUKACJA
Na plus – Tarnów ma szkołę z międzynarodową maturą, nakłonienie PWSZ do uruchomienia
studiów artystycznych. Rozbudowa „Plastyka”.
Na minus – kontrowersje wokół konkursów na dyrektorów szkół (m.in. SP 3), likwidacja trzech przedszkoli, likwidacja SP 19.

DROGI i TRANSPORT
Na plus –Nowe rondo i przedłużenie al. Jana Pawła II, rondo Czysta-Kwiatkowskiego, nowe przebicie w kierunku ul. Krakowskiej, nowy tabor MPK.
Na minus – kontrowersje wokół remontu ul. Krakowskiej, odwlekany remont ul. Koszyckiej,
stan północnej obwodnicy miasta, nie dokończony remont ul. Narutowicza.

ZDROWIE
Na plus – Remonty w szpitalu im. Szczeklika.
Na minus – forsowanie komercjalizacji dwóch największych przychodni, pozostawiające wiele do życzenia konsultacje społeczne.

ADMINISTRACJA
Na plus – wysoka jakość obsługi petentów potwierdzana opiniami mieszkańców.
Na minus – urząd rozrzucony w wielu lokalizacjach w mieście.

KULTURA
Na plus – coraz wyższy poziom imprez cyklicznych – Tarnowskiej Nagrody Filmowej,
ArtFestu, Talii. Remont siedziby teatru, nowe lokum dla Galerii Miejskiej.
Na minus – koncert Scorpionsów nie stał się początkiem cyklu wielkich wydarzeń
muzycznych, deficyt imprez o zasięgu ogólnopolskim.

GOSPODARKA
Na plus – organizacja Forum Inwestycyjnego, powołanie Międzynarodowego Centrum
Bezpieczeństwa Chemicznego, przygotowanie terenów inwestycyjnych.
Na minus – brak znaczących inwestycji zewnętrznych w mieście, rosnące bezrobocie,
brak wpływu na stan terenów dawnego Owintaru.

 

Kazimierz Koprowski, szef PiS w Tarnowie.

W mieście udało się przeprowadzić kilka nie wątpliwie potrzebnych inwestycji. Na plus wypada pozyskiwanie środków zewnętrznych. Podejrzewam jednak, że wielu na miejscu prezydenta Ścigały uzyskałoby podobny wynik, jeśli nie lepszy. Największa jak dotąd wpadka to likwidacja TZDM. Błędem jest parcie do komercjalizacji służby zdrowia. No i szukanie oszczędności w oświacie, zamykanie szkół, przedszkoli. Co gorsza, decyzje zapadają bez szerszej dyskusji i wysłuchania społeczeństwa.

Grzegorz Światłowski, Przew. Rady Miejskiej.

Połowa kadencji wypada moim zdaniem zdecydowanie na korzyść dla miasta, a także prezydenta. Tarnów zmienia się i są to zmiany na lepsze. Sukcesem prezydenta i całego samorządu jest bardzo wysoka skuteczność w pozyskiwaniu funduszy unijnych. Wykorzystanie tych środków znajduje zresztą odzwierciedlenie w wysokich pozycjach zajmowanych przez miasto w rankingach. Smuci natomiast wciąż nie rozwiązana sprawa własności terenów na Górze św. Marcina. Warto byłoby powrócić do rozmów na ten temat.

Jakub Kwaśny, lider SLD w Tarnowie.

To półmetek dobrej kadencji, choć różnimy się w kwestiach priorytetów z Ryszardem Ścigałą. Najbardziej widać je w podejściu do komunikacji miejskiej i komercjalizacji służby zdrowia. Na poczet sukcesów zaliczyłbym termomodernizacje szkół i przedszkoli, które wreszcie zaczynają wyglądać przyjaźnie. Porażką prezydenta było zbyt późne zorientowanie się, że nie do końca wszystko jest w porządku z nadzorem nad inwestycjami. Stało się to dopiero w szóstym roku jego rządów.

 

Źródło: Gazeta Krakowska 



10:30, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 grudnia 2012

Recepta ministra Arłukowicza...


17:51, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 grudnia 2012

28 listopada o godzinie 18.00 w Galerii Tarnowskiego Centrum Kultury miało miejsce już trzecie spotkanie Tarnowa z Prawosławiem. Obecna wystawa to około 200 najlepszych fotografii prezentujących kolory polskiego prawosławia, wykonanych przez 57 fotografików z Polski. Wystawie towarzyszy projekcja filmu Jerzego Kaliny „Prawosławie w Polsce". - Pragniemy zabrać Państwa w przepiękną, tematyczną, fotograficzną podróż, będącą kolejną odsłoną serwisu OrthPhoto muzycznie oprawionego przez Jana Smyka. Chcemy pokazać polskie prawosławie widziane obiektywem i sercem jednocześnie: koloryt wiejskich i miejskich cerkwi, odcienie świątecznych i codziennych obrzędów religijnych, barwne i szanowane postaci, duchowieństwo i parafian – zapraszają organizatorzy. Wzorem lat ubiegłych, także i tę wystawę zaprezentowano w wielu miejscach w Polsce i w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

Osiem lat temu grupa fotografów, a jednocześnie wyznawców religii prawosławnej założyła własną stronę internetową, by umieszczać na niej swoje zdjęcia dotyczące duchowości wschodniej. Do nadsyłania prac zaproszono także fotografów zawodowych i amatorskich z całego świata,  od Brazylii po Chiny.  Z tej ogromnej masy zdjęć wyselekcjonowano najlepsze i w formie wystawy pokazywane są w wielu miejscach na świecie. W Europie środkowo-wschodniej projekt OrthPhoto (orth od otrhodoxia czyli po polsku prawosławie) cieszył się ogromnym powodzeniem, uzyskując status prawosławnego Word Press Photo.


Tarnowski wernisaż „Kolorów Prawosławia”  odbył się podobnie jak  przed rokiem, w środę – gromadząc spory tłum  osób świeckich i prawosławnych duchownych m.in. ojca Mojżesza oraz innych. Otwarcie wystawy uświetniły prawosławne pieśni – psalmy starotestamentowe wykonywane wraz z duchownymi przez rodzinę łemkowską po starocerkiewno słowiańsku. Uroczyste otwarcie wystawy w TCK było znakomitą okazją do poznania i odkrycia, chociaż w tak w skrótowej, fotograficznej formie,  na co dzień coraz bardziej nam obcej kultury i religii prawosławnej. I to nie tylko za sprawą znakomitych zdjęć, ale również dzięki spotkaniu z gośćmi, którzy starali się przybliżyć uczestnikom wernisażu, nierzadko w luźnych, bezpośrednich rozmowach,  mistyczny świat swojej religii i kultury.


"Zachęceni przychylnym odbiorem tego przedsięwzięcia -  mówią organizatorzy tarnowskiego postoju tej wędrownej ekspozycji -  postanowiliśmy zorganizować po raz kolejny podobne wydarzenie. Jego celem jest pokazanie piękna prawosławia, a tematem prawosławny monastycyzm. Dlaczego? Ponieważ monastycyzm jest jednym z kluczowych elementów duchowości wschodniego chrześcijaństwa. Mówi się często, że monastery są „duszą prawosławia”. Od zawsze były bowiem centrami myśli teologicznej, stały na straży czystości wiary i tradycji. W nich powstawały najważniejsze dzieła, w nich trwa nieustanna modlitwa za wszystkich, w nich biło i bije serce prawosławia. Do dziś monastery oraz żyjący w nich mnisi i mniszki, są największymi autorytetami moralnymi dla wyznawców wschodniego chrześcijaństwa, którzy niezmiennie od dwóch tysiącleci pielgrzymują do nich po radę, modlitwę i ukojenie duszy.  Świat ten jest jednak katolikom trochę nieznany. Chcemy więc pokazać Państwu zarówno duże i ważne monastery jak i te mniejsze. Chcemy przybliżyć realia życia, pokazać wpływ monasterów na kulturę, sztukę oraz życie wiernych."

Prawosławie istniało w Polsce od zawsze. Jest ono częścią naszej narodowej tożsamości i naszego kulturowego dziedzictwa. Gdy apostołowie Słowian, święci Cyryl i Metody chrzcili naszych przodków w państwie Wiślan w IX wieku, o Mieszku jeszcze, oczywiście, nikt nie słyszał. Wraz z upadkiem państwa Wielkomorawskiego upadła misja cyrylo-metodiańska. Pozostała jednak znaczna część wiernych. Potem, po powstaniu państwa polskiego w X wieku, chrześcijaństwo dotarło do nas ponownie. Tym razem z zachodu. Od tego momentu do dziś, wiara rzymsko-katolicka będzie dominująca. Ale na wschodnich terenach Polski (później Rzeczpospolitej) prawosławie będzie istnieć cały czas (mimo wielu prób jego wyeliminowania, jak choćby w czasie unii brzeskiej 1596 roku), aż do dnia dzisiejszego.

Prawosławni wnieśli ogromny wkład w rozwój naszego kraju, jego kultury, oświat i historycznej potęgi. Tak jak nie sposób wyobrazić sobie historii Polski bez Żydów, Litwinów, Ormian czy innych mniejszości, tak nie sposób wyobrazić jej sobie bez cerkwi, ikon oraz wschodniej duchowości i obrzędowości. Przez wszystkie te lata i katolicy i prawosławni bardzo często inspirowali się wzajemnie, nawiązując do pierwszego tysiąclecia istnienia chrześcijaństwa, czyli kościoła niepodzielonego, kiedy wszyscy zgodnie czerpali z nieprzebranej skarbnicy Ojców pustyni, Ojców kościoła i soborów powszechnych.


Papież Jan Paweł II cały swój pontyfikat poświecił zbliżeniu i pojednaniu podzielonego chrześcijaństwa. Wyznawcy prawosławia czyli kościoła siostrzanego, jak o Nich mawiał, mieli w Jego sercu zawsze miejsce szczególne.

W Małopolsce prawosławie też było obecne od zawsze, choć nigdy w tak dominującym stopniu jak na ziemiach wschodnich Rzeczpospolitej. Wystarczy wspomnieć Wislicę, Tropie czy łemkowskie cerkwie w Beskidzie Niskim. Mało kto wie, że i w Tarnowie przez kilka miesięcy roku 1915 istniała prawosławna cerkiew. Stało się to za sprawą żołnierzy armii rosyjskiej okresu pierwszej wojny światowej, stacjonujących w naszym mieście. Cerkiew mieściła się w budynku dzisiejszego teatru, ówczesnej zaś sali towarzystwa gimnastycznego Sokół.

Na koniec bardzo interesujący, osobisty, przyczynek do powyższych dywagacji, pióra  Małgorzaty Budzik.
„Mówi się często, że monastery są „duszą prawosławia”. Od zawsze były bowiem centrami myśli teologicznej, stały na straży czystości wiary i tradycji. W nich powstawały najważniejsze dzieła, w nich trwa nieustanna modlitwa za wszystkich, w nich biło i bije serce prawosławia – mówi Paweł Krysa, tarnowski historyk i etnograf. – „Do dziś monastery oraz żyjący w nich mnisi i mniszki, są największymi autorytetami moralnymi dla wyznawców wschodniego chrześcijaństwa, którzy niezmiennie od dwóch tysiącleci pielgrzymują do nich po radę, modlitwę i ukojenie duszy. Świat ten jest jednak katolikom trochę nieznany. Chcemy więc pokazać Państwu zarówno duże i ważne monastery jak i te mniejsze. Chcemy przybliżyć realia życia, pokazać wpływ monasterów na kulturę, sztukę oraz życie wiernych”.

Monastycyzm to temat wciąż jeszcze mało rozpoznany. Monastery zaś jawią się jako miejsca niezwykle tajemnicze oraz poznawczo i emocjonalnie odległe. Zebrane fotografie próbują uchwycić – na ile jest to możliwe okiem obiektywu – rozmowę mnichów z drugim człowiekiem, światem oraz z Bogiem. Modlitwie nie starcza jednak miejsca w ramach obrazu, zdaje się wylewać poza jego ograniczenia. Przestrzeń sakralna rozszerza się i obejmuje swym zasięgiem uważnego widza, który bezwolnie wchodzi z nią w kontakt. Zdjęcia przedstawiają to w sposób nietypowy, poprzez architekturę klasztorów, portrety mnichów i mniszek, ich modlitwę i pracę oraz życie wewnątrz monasterskich murów. Ujmują kompozycją i paletą  barw. Przede wszystkim jednak przemawiają do widza prostotą i kontemplacyjnością, dlatego trudno przecenić chwilę zadumy w cieniu uchwyconego na fotografii monasteru.


Przygotował : Ryszard Zaprzałka
Zdjęcia: Tadeusz Koniarz



10:53, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 listopada 2012

Andrzejki (znane też jako Jędrzejki lub Jędrzejówki) to  wieczór wróżb odprawianych w nocy z 29 na 30 listopada, w wigilię świętego Andrzeja, patrona Szkocji ( w tym dniu świętują tam bankowcy), Grecji i Rosji. Pierwsza polska wzmianka literacka o nim pojawiła się w 1557 za sprawą Marcina Bielskiego. Dzień ten przypada na końcu lub na początku roku liturgicznego. Andrzejki są specjalną okazją do zorganizowania ostatnich hucznych zabaw przed rozpoczynającym się adwentem. Niegdyś wróżby andrzejkowe miały charakter wyłącznie matrymonialny i przeznaczone były dla niezamężnych dziewcząt (męskim odpowiednikiem andrzejek były katarzynki). Początkowo andrzejki traktowano bardzo poważnie, a wróżby odprawiano tylko indywidualnie, w odosobnieniu; w czasach późniejszych przybrały formę zbiorową, organizowaną w grupach rówieśniczych panien na wydaniu, zaś współcześnie przekształciły się w niezobowiązującą zabawę gromadzącą młodzież obojga płci. Pochodzenie andrzejkowych wróżb matrymonialnych nie jest do końca znane – niektórzy autorzy wskazują na starożytną Grecję, podkreślając podobieństwo źródłosłowu imienia Andrzej (Andress) i greckich słów aner, andros oznaczających męża, mężczyznę; inni odwołują się do kultu starogermańskiego boga Frejra, dawcy bogactw, bóstwa miłości i płodności.

Na świętego Andrzeja kończy się zazwyczaj rok kościelny. Wspomnieć, więc należy tego świętego przy okazji andrzejkowych wróżb. Był jednym z dwunastu apostołów. Rodzonym bratem świętego Piotra, męczennikiem. Jest uważany za świętego Kościoła katolickiego, anglikańskiego, ewangelickiego, ormiańskiego, koptyjskiego i prawosławnego. Urodzony w I wieku w galilejskiej Bestiadzie, był przede wszystkim patronem książąt burgundzkich. Za swe nauki apostoł Andrzej został skazany na śmierć męczeńską, którą poniósł w greckim Pátrai (obecnie Patras). Miało to miejsce według rożnych źródeł, w 62, 65 lub 70 roku. Rozpięto go na krzyżu mającym kształt litery "X". Jest to pierwsza litera "Chrystusa" w języku greckim od ‘Krystos' (Duch). Krzyż został później nazwany "Krzyżem św. Andrzeja". Burgundia na jego cześć przyjęła krzyż jako swój symbol. Czczono go już w IV wieku a później przez wiele wieków grudzień uważano za jego miesiąc. Bardzo długo uważano również, że w noc świętego Andrzeja powinno się podejmować ważne dla życia decyzje. Jest święty Andrzej uważany za patrona małżeństw, rybaków, rzeźników, górników, żeglarzy i woziwodów. Przywoływany bywał w małżeńskich modlitwach o dobre małżeństwo. "Na świętego Andrzeja dziewkom z wróżby nadzieja" mówi jedno z przysłów. Andrzejki zwane w dawnych czasach, jędrzejówkami były czasem, kiedy panny dzięki wróżbom mogły dowiedzieć się imienia przyszłego męża oraz stronę świata, z której ukochany przybędzie.



Badacze spierają się gdzie i kiedy powstał zwyczaj andrzejkowy, ale tak naprawdę nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Istnieją natomiast dwie hipotezy: niemiecka i grecka. Grecy uważają, że wróżby andrzejkowe powstały na Poradach- malowniczych wyspach w południowo-wschodniej części Morza Egejskiego, gdzie były bardzo popularne wróżby z lanych woskowych figur. Innego zdania są niemieccy etnografowie trzymający się wersji, że święty Andrzej swoją wielką moc odziedziczył po bogu Freyu - "patronie stadła małżeńskiego, dawcy dzieci i wszelkiego urodzaju". Jest jeszcze trzecia wersja wywodząca się z mitologii słowiańskiej wyjaśniająca pochodzenie tego zwyczaju od słowiańskiego bożka weselnych godów " Godna".

Faktem natomiast jest, że najdawniejszym polskim świadectwem istnienia wróżb w wigilię świętego Andrzeja jest pochodząca z 1557 roku "Komedia Justyna i Konstancjej" autorstwa Marcina Bielskiego. Radzi autor w tej komedii:

Nalejcie wosku na wodę
Ujrzyjcie swoją przygodę
Słychałam od swej macierze
Gdy która mówi pacierze
W wigilię Andrzeja świętego
Ujrzy oblubieńca swego.

Dawniej wróżenia andrzejkowe odbywały się bez udziału chłopców. Lanie wosku na wodę już wtedy było popularne i tak pozostało do dzisiaj.

Były również inne sposoby przewidywania przyszłości i małżeństwa. Dziewczyny siały len wokół domu i sypały go na poduszki wypowiadając przy tym następującą formułkę:

Święty Andrzeju, tobie len sieję,
Daj mi znać, z kim będę śię brać.

Siały również len w doniczce i gdy podrósł, obserwowały go, w którą stronę się pochylił, stamtąd miał nadjechać przyszły mąż. Robiły lekkie kuleczki z lnu wielkości orzecha włoskiego łącząc je w pary (chłopiec-dziewczyna). Następnie podpalały je na blasze kuchennej obserwując ich lot w kierunku komina. Jeśli płonąc uleciały ku górze zbliżyły się lub zetknęły w locie, oznaczało to małżeństwo, jeżeli nie to wróżyło pozostanie w panieństwie jeszcze przez jeden rok.

Robiono również gałki z chleba lub mięsa lub pieczono placki posmarowane tłuszczem. Kładły je dziewczęta w izbie na ławie a następnie wpuszczały psa lub gąsiora. Czyj placek lub gałkę pies lub gąsior najpierw porwał ta panna najpierw miała wyjść za mąż. W Małopolsce dziewczęta ustawiwszy się w koło, wpuszczały do środka gąsiora, zawiązując mu uprzednio oczy. Do której gąsior najpierw podszedł, lub, którą skubnął ta pierwsza miała wyjść za mąż. Wierzono również szczególnie na Podlasiu, że jeżeli dziewczyna kładąc się spać podłoży sobie pod poduszkę wałek do ciasta lub spodnie męskie, to przyśni się jej przyszły narzeczony. Może warto spróbować?.

"Od ściany naprzeciwko drzwi lub innego, jakiego miejsca, panny mierzą trzewikiem przestrzeń aż do progu. Pierwszy raz trzewik nosem ku drzwiom obrócony, znaczy, że pójdzie za mąż, drugi raz wykręca się pięta, co znaczy przeciwnie, że zostanie. Co będzie u proga, nosek czy pięta, to przyszłe jej stanowi losy". Pisał Oskar Kolberg w V części "Mazowsza".

Popularne było również rzucanie butem ponad głową, w kierunku drzwi. Jeżeli but upadł na podłogę podeszwą a jeszcze noskiem w kierunku wyjścia pewne było szybkie zamążpójście i opuszczenie rodzinnego domu.

Na południu Polski wierzono, że w noc świętego Andrzeja szczególną aktywność przejawiały wiedźmy i upiory. W obronie przed nimi na drzwiach obór i domów kreślono główką czosnku znak krzyża. Po tym zabiegu czosnek nabierał szczególnych właściwości. Wystarczyło przed snem zjeść trzy ząbki, aby we śnie ukazał się przyszły mąż. Podobno w noc świętego Andrzeja wychodzą grobów dusze samobójców. Dlatego rozpalano z palm wielkanocnych tzw. "ognie świętego Andrzeja". Z resztek niedopalonych palm, wyciągniętych z ognia z zamkniętymi oczami wróżyły sobie dziewczęta. Długa jaskrawo żarząca wróżyła gorącą miłość i długie szczęśliwe małżeństwo. Krótka, szybko gasnąca odwrotnie.


Sposobów na wróżenie było oczywiście znacznie więcej. Ja przywołałem tylko niektóre. Jeżeli dzisiaj nasze młode Panie, nie mają ochoty wróżyć to polecam im chociaż modlitwę andrzejkową: "Łóżko moje depczę ciebie, Panie Boże proszę Ciebie, niech mi się przyśni, kto mi będzie najmilszy". Podobno jest skuteczna.

Tadeusz Mędzelowski



18:38, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 listopada 2012

Rodziny wielu Żołnierzy Wyklętych czekają na informacje, gdzie są pochowani ich krewni…

Stary Cmentarz w Tarnowie w listopadowej porze przybiera szczególnie piękny wygląd. Tarnowianie, przemierzając po zmroku alejki oświetlone tysiącami migotliwych ogników, prawie zawsze kierują swe kroki ku mogile powstańców styczniowych oraz pomnika Rufina Piotrowskiego. Ciasno ustawione rzędy lampek rzucają światło na napis „Poległym za Ojczyznę”. Płoną znicze na grobach ludzi, którzy nie mają już swoich krewnych, płoną przed kaplicą książąt Sanguszków, płoną wreszcie pod pomnikiem Ofiar II Wojny Światowej, przed bramą cmentarza. Podobnie jest i na innych cmentarzach.

Są jednak i tacy, którzy nie wiedza, gdzie mają postawić znicz dla swego męża, brata, dziadka, wuja. Nigdy bowiem nie dowiedzieli sie, gdzie spoczywają ciała bliskich. Mowa tu o żołnierzach podziemia za czasów stalinizmu. Nazywani teraz Żołnierzami Wyklętymi, a za czasów władzy komunistycznej leśnymi bandytami, reakcjonistami, faszystami. Ludzie, którzy po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy jasne stało się, że Polska nie będzie „polska”, a „sowiecka”, nie wyszli z podziemia.

Zaledwie rok temu, jesienią, udało się zlokalizować miejsce pochówku dwóch członków tarnowskiego podziemia. Przy ogrodzeniu „nowego” cmentarza w Krzyżu, w nieoznaczonej do niedawna ziemnej mogile, spoczywa Mieczysław Cielocha ps. „Sprytny” i „Stanisław Kiełbasa”. –Wyglądało tak, jak je sobie wyobrażałem, puste miejsce bez krzyża, w najdalszym zakątku, pod ogrodzeniem –wspominał moment odnalezienia mogiły Adam Ryba, kierownik Gminnej Biblioteki Publicznej, który zaangażował się w poszukiwania miejsca spoczynku żołnierzy. Siostra Mieczysława Cielochy dowiedziała się, gdzie pogrzebano jej brata, a na tym najbardziej jej zależało. Od momentu wykonania wyroku śmierci 7 lutego 1947 roku, po którym władze odmówiły wydania ciała, minęły sześćdziesiąt cztery lata…

Mieczysław Cielocha pochodził z Woli Rzędzińskiej. W czasie okupacji był żołnierzem AK. Po1945 roku działał w strukturach Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, a rozkazy wykonywał wraz ze stworzoną przez siebie grupą bojową, w której skład weszli w większości byli żołnierze 2.kompanii „Ewa” batalionu AK„Barbara” 16. Pułku Piechoty. Działalność grupy była skierowana przeciwko strukturom władzy podporządkowanej Sowietom, a mówiąc prościej były to na przykład akcje rozbijające lokalne posterunki, sabotaże, konfiskaty, rozbrojenia.

To właśnie Mieczysław Cielocha okazał się jedną z najważniejszych postaci zaplanowanej przez Zrzeszenie„WiN” likwidacji sowieckiego „doradcy” przy tarnowskim UB. Ów oficer, Lew Sobolew, formalnie posiadający w tarnowskim „bezpieczeństwie” tzw. głos doradczy, realnie kierował placówką. Sobolew potrafił być okrutny. Niedługo przed zaplanowanym na niego zamachem, skatował Wiesława Budzika, żołnierza Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Był to kolejny przyczynek przemawiający za wyeliminowaniem sowieckiego oficera, dający bodziec do przyspieszenia całej akcji. Całość organizacji powierzona została Janowi Jandzisiowi ps. „Sosna”, o którego historii czytelnicy „Gazety Krakowskiej” mogli już czytać wcześniej. Interesująco pisał o tym śp. Jerzy Reuter. Przypomnijmy jedynie, że Jandzis ostatecznie nie zgodził się na przeprowadzenie akcji przez własnych ludzi, jako że byli oni zbyt dobrze rozpoznawalni w mieście. Wybór padł na grupę dowodzoną przez „Sprytnego” – Mieczysława Cielochę.

Do zamachu doszło10 września 1946r. Sowiecki oficer pojawił się wraz z żoną na zakupach, na„Burku”. Jednym ze strzelających zamachowców był właśnie Cielocha. Wyroku dokonali w momencie, kiedy Sobolew siedział w samochodzie. Oddane z bliska strzały dawały pewność. „Sprytny” wraz ze wspomagającym go drugim strzelcem, wycofali się poprzez tłumny w tym dniu plac targowy, w kierunku góry św. Marcina i dalej na Łękawice, do której okolic, według relacji, trwał nieskuteczny ostatecznie pościg.

Mieczysław Cielocha „wpadł” przypadkiem:„W nocy 31 grudnia 1946 r. żołnierze (...) będąc  we wsi Wola Rzedzińska – przypadkowo zatrzymali osobnika, który nie posiadał dokumentów, a rewidujący go znaleźli przy nim pistolet. (...) Ustalono, że zatrzymany osobnik to Cielocha Mieczysław ps.„Sprytny” i jest dowódcą bojówki WiN” – czytamy w notatce sporządzonej w1980 roku przez funkcjonariusza Biura „C”, Józefa Bankiewicza.
W trakcie czynności procesowych rozpracowano i aresztowano pozostałych członków grupy „Sprytnego”. Sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie, Julian Polana-Haraschin, po pokazowym procesie wydał wyrok skazujący Mieczysława Cielochę i dziewięciu innych, na karę śmierci. Wyrok wykonano7 lutego 1947 r.



Kiedy odnaleziono mogiłę Mieczysława Cielochy, nie miała ona żadnych atrybutów miejsca chrześcijańskiego pochówku – dziś stoi krzyż z tabliczką z nazwiskami pochowanych. Wkrótce, dzięki staraniu Wójta gminy Tarnów, Grzegorza Kozioła, żołnierze otrzymają kamienny nagrobek.

Na warszawskiej powązkowskiej „Łączce” archeolodzy oszacowali, że na terenie, gdzie prowadzone są prace, spoczywać może blisko trzysta osób, w tym skrycie chowanych tutaj, po wykonywanych na nich wyrokach śmierci, m.in. prawdopodobnie generał August Emil Fieldorf „Nil” oraz rotmistrz Witold Pilecki.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)




21:06, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -