Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
poniedziałek, 17 grudnia 2012

Do repertuaru Teatru im. L. Solskiego w Tarnowie końcem października dołączyło nowe przedstawienie – „Piosenki o wierze i poświęceniu” Przemysława Wojcieszka, w reżyserii Piotra Waligórskiego. Nie jest to bynajmniej spektakl muzyczny, jak mylnie mógłby to sugerować tytuł, ale dramatyczna opowieść o ludziach, w których życie wkracza tragiczne zdarzenie, zmuszając ich do refleksji nad sobą i szukania odpowiedzi na trudne pytania, m.in. o sens wiary w Boga czy rolę śmierci w naszym życiu. Pytań zresztą w sztuce pada o wiele więcej, a wszystkie mają znaczącą wartość egzystencjalną. Co się zaś tyczy odpowiedzi, to gotowych oczywiście nie ma, ale zainspirowany widz zawsze może spróbować ich poszukać na własną rękę. Polski dramatopisarz i scenarzysta, a także reżyser teatralny i filmowy. W obydwu tych rolach – autora i inscenizatora – tarnowianie mieli okazję go już poznać podczas ubiegłorocznej Talii, gdy Teatr Polonia zaprezentował na festiwalu jego autorskie przedstawienie „Jeszcze będzie przepięknie”. Twórczość Wojcieszka, od pierwszych jego sztuk – „Made in Poland”, „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię”, „Osobisty Jezus”, „Ja jestem zmartwychwstaniem”, „Zaśnij teraz w ogniu” – po ostatnią wystawioną w Tarnowie, dotyka różnych aspektów współczesnego życia i dotyczy różnych środowisk społecznych, jednak ma pewne charakterystyczne wyróżniki, a są to: odwaga i bezkompromisowość w dotykaniu tematów trudnych, konstrukcja dramatyczna inspirowana filmowym montażem, szybkie tempo akcji.


Anna i Piotr to ludzie ze sporym już małżeńskim stażem. Mają siedmioletniego synka, ładne mieszkanie, Piotr robi karierę w firmie brokerskiej, zapewniając rodzinie niezły status materialny. Pozornie wszystko wygląda w porządku, widz jednak szybko orientuje się, że między małżonkami nie ma prawdziwej więzi, porozumienia, bliskości, także tej seksualnej. Kiedyś było inaczej – wspominają czasy, gdy byli biedni i podróżowali z plecakami w każdy weekend, potrafili cieszyć się życiem.

Ale coś między nimi umarło, wieje chłodem. Ona stara się zapełnić pustkę, szukając jakiegoś głębszego sensu istnienia w spotkaniach kółka religijnego i rozmowach z księdzem Mariuszem, kolegą ze studiów. On – zdeklarowany ateista – wykpiwa jej religijność, sam zaś pociesza się w ramionach Agnieszki, prostytutki na telefon, która funduje mu masochistyczne uciechy. W życiową rutynę bohaterów wkracza nieszczęście. Pewnego dnia siedmioletni Artur mdleje w szkole, po czym zapada w śpiączkę. Po nerwowych godzinach spędzonych na szpitalnym korytarzu małżonkowie słyszą diagnozę, która brzmi jak wyrok: rak krwi. Mimo wysiłków lekarzy siedmiolatek umiera. Anna i Piotr cierpią, ale nie potrafią pomóc sobie nawzajem. Nie znajdują też pociechy poza domem. Piotr odrzuca miłość Agnieszki – zresztą cały czas traktował ją tylko instrumentalnie. Zawodzi również ksiądz Mariusz, który sam przeżywa chwile zwątpienia i nie umie w rozmowie z Anną wyjść poza religijne slogany. W końcu kapituluje – po spędzonej z nią nocy staje się pełnym zrozumienia i współczucia świadkiem jej samobójczej śmierci.

Tak można by w skrócie opowiedzieć „Piosenki o wierze i poświęceniu”. Tylko, że to, co najważniejsze w tej sztuce, w takim ujęciu umyka, bo cały jej emocjonalny potencjał tkwi nie tyle w fabule, co w treści monologów i dialogów bohaterów. Autor kontrastowo zestawia postaci – małżonków pod względem osobowości, Prostytutkę i Księdza pod względem odniesień społecznych i kulturowych. Jego bohaterowie funkcjonują na dwóch różnych biegunach życia – cielesnym i duchowym, które w konsekwencji okazują się nie tak odległe od siebie.


Ponadto Wojcieszek posługuje się pewnymi schematami dobrze znanymi w naszej kulturze, można rzec wyświechtanymi w literaturze, teatrze czy kinie, co niebezpiecznie zbliża jego dzieło do typowych, a przez to kiczowatych rozwiązań fabularnych. Szczęśliwie wszakże udaje mu się ich uniknąć, bo tekst broni się znakomicie, zawiera kilka prawdziwych perełek i wywiera głębokie wrażenie.

Niestety inscenizacja „Piosenek o wierze i poświęceniu” Piotra Waligórskiego na tarnowskiej Scenie Underground nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim brak jej tempa, choć w samej konstrukcji dramatu istnieją zadatki na naprawdę szybką akcję. Niektóre sceny zupełnie niepotrzebnie wloką się, wydłużane zastyganiem i milczeniem aktorów, które niczemu nie służą, a już na pewno nie względom artystycznym.

Fatalnie zostali poprowadzeni aktorzy, którzy przerysowują grane postacie, a ich zbyt wyraziste zachowania (mimika, gesty, reakcje) dają efekt sztuczności. Efekt tym bardziej niepożądany, że widz obserwuje wszystko z bliskiej perspektywy. I tak Piotr Hudziak wpadający w jakieś ataki mazgajstwa czyni postać Księdza nieprzekonującą, przypominającą bardziej rozhisteryzowane dziecko niż zagubionego dorosłego człowieka, który przecież decyduje się na tak radykalne posunięcia, jak złamanie celibatu czy asystowanie przy samobójczej śmierci. Więcej finezji w grze przydałoby się także Kindze Piąty (Żona) i Aleksandrowi Fiałkowi (Mąż). Ich przesadna mimika uzasadniona jest tylko w milczącej scenie w szpitalu (notabene bardzo dobrej), gdy dociera do nich świadomość śmierci dziecka, i do tej sceny powinna się ograniczyć. Najlepiej z aktorskiego zespołu spisała się Zofia Zoń, grana przez nią Prostytutka jest postacią żywą, z krwi i kości.


Tarnowski spektakl ma też pewne zalety. Mocną jego stroną jest na pewno scenografia Wojciecha Stefaniaka, który świetnie wyczuł i wykorzystał przestrzeń niewielkiej podziemnej sali. Zważywszy na dużą liczbę epizodów, z których składa się sztuka, i potrzebę częstej zmiany miejsca akcji, zadanie miał niełatwe. Mimo to udało mu się stworzyć bardzo udany układ przestrzenny, który pozwala przenosić się aktorom z planu na plan bez zmiany dekoracji, a także umożliwia grę na dwóch planach jednocześnie. Perfekcyjnie dopracowany został przez Piotra Waligórskiego dźwięk, odgrywający w przedstawieniu istotną rolę – od cichego i niepokojącego pomruku towarzyszącego scenom rodzinnym, poprzez liryczne lub złowrogie tony, które sygnalizują przejścia z jednego epizodu do drugiego, aż po muzykę współtworzącą nastrój ważnych zdarzeń, z przejmującym finałem włącznie.

Reasumując, „Piosenki o wierze i poświęceniu” to niezła sztuka w nieco gorszej teatralnej realizacji. W konsekwencji otrzymaliśmy dzieło, które trochę nudzi, trochę wstrząsa. Jeśli jednak ktoś chce zmierzyć się z trudnymi sprawami, przemyśleć tak istotne problemy, jak sens istnienia, tajemnicę przeznaczenia, rolę relacji z innymi ludźmi w naszym życiu czy potrzebę nadziei, spektakl na Scenie Underground Tarnowskiego Teatru z pewnością mu w tym pomoże.

Beata Stelmach-Kutrzuba  (TEMI)




10:11, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 grudnia 2012

Zimowe safari...tylko uczestnicy nieco przypadkowi.


10:58, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 grudnia 2012

Każdy Polak, który choć trochę interesuje się historią swojej ojczyzny, zna Gabriela Narutowicza jako pierwszego polskiego prezydenta, który zginął w zamachu stanu 16 grudnia 1922 roku.

Mało kto jednak wie, że nie był on zwykłym politykiem. Był nieprzeciętnie zdolnym inżynierem, który w politykę wplątany został niejako przez przypadek. Gabriel Narutowicz urodził się 17 marca 1865 roku w Telszach na Litwie. Ukończył gimnazjum na Łotwie – w miejscowości Lipawa, po czym udał się na studia na Wydział Matematyczno-Fizyczny Uniwersytetu w Petersburgu. Niestety z powodów zdrowotnych nigdy ich nie ukończył. Rozpoczął jednak naukę na Politechnice w Zurychu, gdzie w 1891 roku otrzymał dyplom ukończenia uczelni. Do roku 1918 żył głównie inżynierią. Prace Narutowicza na temat elektryfikacji były nagradzane na międzynarodowych wystawach poświęconych nauce i technicznym innowacjom. Cieszył się on zatem szacunkiem środowisk uniwersyteckich oraz wszystkich właściwie instytucji zajmujących się publicznym budownictwem. Przyszły prezydent Polski znany był jako inżynier projektujący konstrukcje lądowe oraz – przede wszystkim – wodne. W tej ostatniej dziedzinie, a dokładniej w regulacji rzek i w budowaniu wodnych elektrowni, stał się takim specjalistą, że konsultowali się z nim inżynierowie z Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii czy Portugalii.  Jeżeli chodzi o kwestie polityczne, to określić można go raczej jako umiarkowanie zaangażowanego, lecz konsekwentnego społecznika, gotowego w momentach naprawdę istotnych do wzmożonej pracy na rzecz pewnej idei. W czasie I wojny światowej należał na przykład do Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, który zajmował się głównie kwestowaniem na rzecz ofiar. Narutowicz, przebywając w Szwajcarii, aż do rewolucji w Rosji w 1917 roku nie mógł jednak osobiście odwiedzić swoich rodzinnych stron. Po pierwsze związany był z emigracyjną partią „Proletariat”, co dyskredytowało go w oczach ówczesnych rosyjskich władz, po drugie – pomagał Polakom ściganym przez carat. Gdyby przyjechał do Polski, natychmiast zostałby aresztowany. Rok 1918 zmienił wszystko... Wtedy to Ignacy Mościcki – sam będący bardziej naukowcem niż politykiem – otrzymał zadanie od ówczesnego ministra robót publicznych, aby pojechać do szwajcarskiego Zurychu i namówić przebywającego tam Narutowicza na powrót do niepodległego już kraju.


 Uznany i podziwiany inżynier zostawił swój warsztat i naukową codzienność po to, by działać na rzecz odbudowy państwa polskiego. Nowa praca była przypuszczalnie trudniejsza niż projektowanie elektrowni. Narutowicz na wszystko otrzymywał mocno ograniczony budżet, musiał kalkulować i lawirować między olbrzymimi kosztami, by inwestycje okazywały się trafne. Polska powstawała praktycznie od zera. W 1921 roku odbudowano 270 tysięcy budynków, naprawiono większość dróg i zbudowano nowe. Aby prace szły sprawniej, Narutowicz zmniejszył pion administracyjny z 3500 osób do 746. Tym samym okazał się zręcznym nie tylko budowniczym, ale i politykiem.

Zestawiając jego niekontrowersyjną osobowość oraz talenty organizacyjne i skromność z atmosferą, która towarzyszyła najpierw wyborowi Narutowicza na prezydenta, a potem okolicznościom jego śmierci, powiedzieć można bez żadnej przesady, że II Rzeczpospolita do demokracji nie dorosła. 16 grudnia 1922 prezydent został zastrzelony – zaledwie po kilku dniach sprawowania urzędu.

Zanim Eligiusz Niewiadomski, wspierający endecję fanatyk, zastrzelił Narutowicza, wysyłano do prezydenta liczne, anonimowe pogróżki. Komentarze, jakie ukazały się po jego nominacji w prasie prawicowej były niewyobrażalnie agresywne – nawet w porównaniu z czasami dzisiejszymi. Stanisław Stroński z „Rzeczpospolitej” sugerował by „usunąć tę zawadę” (czego później, jak stwierdzał kilkanaście lat po zamachu, bardzo żałował), a gazety endeckie wprost informowały, że odmawiają wszelkiego poparcia rządom powołanym przez prezydenta „narzuconego przez obce narodowości: Żydów, Niemców, i Ukraińców”. Narutowiczowi zarzucano przede wszystkim to, iż „nie jest Polakiem” (skoro rodzina jego pochodziła z Kresów, a życie spędził w Szwajcarii), że wybrany został głosami mniejszości, a przede wszystkim – że jest niewierzący. „Gazeta Poranna”, organ Narodowej Demokracji pozwoliła sobie nawet na słowa podburzające swoich czytelników do działania: „Jakieś ptasie mózgi urzędnicze biedzą się nad ceremoniałem objęcia władzy przez prezydenta Narutowicza... Ludność polska prowokacji tej nie zniesie... zamiast strumienia krwi, które widzieliśmy onegdaj, popłyną krwi tej rzeki”. Rzeki krwi nie popłynęły, natomiast ofiarą stała się pierwsza osoba w państwie.

Kula, która zabiła Narutowicza, przeznaczona była dla Piłsudskiego: według zabójcy była protestem przeciw polityce tego ostatniego. Piłsudskiego ochroniła osobista straż i fakt, że nie startował w wyborach prezydenckich. Zamachowiec znalazł inny cel.

16 grudnia przywitał późnojesiennym chłodem, potem się rozpogodziło. Znużony ostatnimi wydarzeniami, Narutowicz dzień zaczął konną przejażdżką. Potem w dobry nastrój wprawiła go wizyta Leopolda Skulskiego, byłego premiera i ministra spraw wewnętrznych. Ze Skulskim łączyły go ciepłe relacje z czasów prac w rządzie Witosa, które przeobraziły się w przyjaźń. Łączyła ich też pasja do polowania. Żegnając się z nim, Narutowicz – jakby tknięty niepokojem – powiedział mu, aby w razie niespodziewanych wydarzeń zaopiekował się jego dziećmi.

W 90. rocznicę tamtych wydarzeń dr Miłosz Hrycek na łamach najnowszego numeru "Tygodnika Powszechnego" przypomina historię zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza: Do Zachęty Narutowicz pojechał ze Stanisławem Carem, szefem swej kancelarii. Podczas jazdy dyskutował, zadowolony z bliskiego końca prac nad utworzeniem rządu. Żartobliwie martwił się, że przeciągnięcie się wystawy spowoduje wystygnięcie obiadu.

Do Zachęty dotarł tuż po dwunastej. W tłumie oczekujących stał Eligiusz Niewiadomski. Nie był osobą znikąd ani „narodowym siepaczem”, jak przedstawiała go potem prasa lewicowa. Był wykładowcą w Szkole Sztuk Pięknych Politechniki Warszawskiej, krytykiem i malarzem, związanym z endecją. Jego uczeń Antoni Słonimski opisywał go jako „sztywno chodzącą normalność”. Wyróżniał go brak poczucia humoru. Adam Pragier, poseł lewicy, mówił potem, że nigdy nie sądziłby, iż Niewiadomski byłby zdolny do takiego czynu.

Prezydenta powitały okrzyki: „Niech żyje Narutowicz!”. Na schodach czekał prezes Zachęty Karol Kozłowski. Udali się na pierwsze piętro, gdzie Narutowicz przeciął wstęgę i zaczął zwiedzanie. Towarzyszyli mu Kozłowski i premier Nowak. Narutowicz mówił, że lubi malarstwo, ale brak czasu ogranicza jego wizyty w Zachęcie. Stojąc tyłem do sali, oglądał obraz „Szron” Teodora Ziomka.

Nagle, jak wspominali świadkowie, dało się usłyszeć tłumiony trzask strzałów.

To Niewiadomski, przytknąwszy rewolwer do pleców Narutowicza, trzykrotnie pociągnął za spust.

Gdy pięć dni po zamachu Sejm i Senat wspólnie uczciły pamięć zabitego, marszałek Sejmu Maciej Rataj mówił: „I tym tragiczniejszą jest śmierć śp. Gabriela Narutowicza, iż wybrany na Prezydenta Rzeczypospolitej za pierwsze i za najważniejsze zadanie uznał łagodzenie tych walk i wprzęgnięcie wszystkich obywateli dobrej woli do pracy dla Państwa”. Marszałek Senatu Trąmpczyński cytował, co Narutowicz powiedział po objęciu urzędu: „Wymazałem z pamięci wspomnienia o tym, kto był ze mną, kto przeciw mnie; kto miał dla mnie słowa życzliwości, kto słowa zniewagi. Godzić trzeba i łagodzić walki, bo Państwo w potrzebie”. Rataj podkreślał, że po Narutowiczu spodziewano się, iż stanie się łącznikiem między stronami politycznego sporu, walczącymi bez pardonu już u progu Niepodległej.

Okazało się to niemożliwe.


Opracował Ryszard Zaprzałka

Źródło: internet


13:30, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 grudnia 2012

14 grudnia odbędzie się kolejny koncert z cyklu Skład Kultury, którego organizatorem jest Tarnowskie Centrum Kultury. Gospodarzem imprezy będzie tarnowski zespół Personel (pomysłodawca niegdysiejszej "Restauracji Sialalala..."). W przedświątecznej edycji Składu Kultury zat. "Zima" na żywo usłyszymy m.in. nowe i stare piosenki grupy Personel. Na scenie oprócz gospodarza, wystąpią także zaproszeni goście, min. aktorzy Zofia Zoń i Tomasz Wiśniewski ze specjalnie przygotowanym repertuarem muzycznym. W programie także wystawa multimedialna – Art. Grupa (Gabriela Basta, Grzegorz Komorowski, Szymon Miłkoś, Joanna Para, Karolina Płanik, Patrycja Wojtas, Filip Zabawa, Jakub Zając) oraz goście specjalni -  Zofia Zoń i Tomasz Wiśniewski. Poniżej wywiad z twórcą Personelu Krzysztofem Huberem.

Z cyklu znani i nieznani…

W górach próbuje scalić kilku Huberów w tego właściwego… Z Krzysztofem Huberem, tekściarzem, wokalista, kompozytorem, założycielem kapeli Personel, rozmawia Mateusz Tolbat.

Przypomnij skąd się wziąłeś i do tego z Personelem?
Wziąłem się z Apropos i No Smoking, z którymi to kapelami rozwiodłem się przez natężenie życia i jego sytość. Rozwód podparty był też brakiem doświadczenia i rozwagi. Jak to w młodości. Pojawiły się nowe teksty, nowi muzycy, nowe doświadczenia, których klamrę spinającą to wszystko jakoś trzeba było nazwać. Obejrzałem film Kieślowskiego o człowieku żyjącym w kulisach wielkiej sztuki, bardzo wówczas mi bliskim. „Personel” to tytuł tego filmu. Taką też nazwę przyjęła kapela. Personelem zostaliśmy dla naszych fanów w pierwszym naszym projekcie „Restauracja sia la la la la...”.

Wieść gminna niesie, że w końcu płyta zespołu Personel została nagrana. Żart to czy prawda?
Potwierdzam doniesienia wieści gminnej, że płyta faktycznie, faktycznie, faktycznie już istnieje – od dziesięciu lat! Odłożona ad acta. Po tym czasie, korektach w składzie Personelu, nagraliśmy materiał, na który składają się moje młodzieńcze teksty i kompozycje – sztubackie, bezczelne, przesycone smrodem wojskowej onucy, będące lustrem tamtego czasu, przełomu milenium.

Co dalej z nagranym materiałem?
Poczekamy kolejne dziesięć lat i nagramy to ponownie. Chyba że nasze próby promocji tego materiału kogoś zainteresują, płyta się ukaże i trafi do naszych fanów.

Gracie klubowa muze. Niestety, bardzo rzadko publicznie. Dlaczego? Kiedy i gdzie będzie można Personel zobaczyć i muzycznie kontemplować?
To prawda, ostatni raz graliśmy w marcu tego roku w TCK-u, kontynuując projekt „Restauracja sia la la la la”. Po siedmiu latach postanowiliśmy wrócić do ogólnego szeroko pojętego „Składu Kultury” i zaznaczyć się w nim w grudniu także w gościnnych piwnicach Tarnowskiego Centrum Kultury.

Wiem, ze uciekasz z miasta w góry, jesteś typem samotnika, indywidualisty, ale przecież Personel to nie tylko ty?
Góry to nie ucieczka, to wewnętrzna emigracja, to przemyślenia, spokój i takie tam różne cuda natury. W górach próbuje scalić kilku Huberów w tego jednego, właściwego, który skrobie teksty i ma świadomość bycia komediantem. Pozostałe ważne persony Personelu, bez których nie ma całości tego projektu, tej płyty to Mariusz Dziekan, Damian Gwizd, Grzegorz Nosek i Marek Krupa. Nie byłoby takiego Personelu, „Restauracji.....” bez, życzliwego nam od zawsze, „szefa kuchni” Tomka Kapturkiewicza.



Dzięki ci za rozmowę i grajcie do końca świata... Byle częściej!

Rozmawiał Mateusz Tolbat  (Gazeta Krakowska)


11:04, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 grudnia 2012

Władze powiatu tarnowskiego zachęcają młodzież do uczczenia Dnia Pamięci Ofiar Stanu Wojennego. Do dyrektorów szkół Tarnowa i regionu wysłali specjalne zaproszenia na te uroczystości. Aby w Dniu Pamięci Ofiar Stanu Wojennego mogło uczestniczyć jak najwięcej młodych ludzi zmieniliśmy dzień i porę rozpoczęcia uroczystości - mówi Ryszard Żądło dyrektor Wydziału Kultury i Promocji w tarnowskim starostwie. Dzień Pamięci Ofiar Stanu Wojennego przypada 13 grudnia. Tarnowskie obchody odbędą się dzień po uroczystościach wojewódzkich – czyli 14 grudnia. O godz. 12.00 w piątek odprawiona zostanie Msza św. w intencji Ojczyzny i ofiar stanu wojennego w Kościele parafialnym pw. św. Krzyża i Św. Filipa Neri w Tarnowie. Uczestnicy po mszy św. przejdą pod Grób Nieznanego Żołnierza, gdzie odbędą się uroczystości patriotyczne.


 W nocy z soboty na niedzielę, z 12 na 13 grudnia 1981 r. na całym obszarze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej został wprowadzony stan wojenny. Do miast wjechały czołgi i transportery opancerzone. Ulicami przemierzały połączone patrole wojska i milicji. Najważniejsze gałęzie przemysłu i zakłady pracy (energetyka, górnictwo, komunikacja, łączność, porty, telekomunikacja, a także Polskie Radio i Telewizja) zostały zmilitaryzowane. Zawieszono podstawowe prawa obywatelskie, wstrzymano działalność wszelkich stowarzyszeń, organizacji i związków zawodowych. Wyłączono telefony, zablokowano środki łączności, zaczęto stosować jawną cenzurę korespondencji. Wprowadzono godzinę milicyjną, obowiązującą między 22.00 a 6.00., wstrzymano możliwość swobodnego poruszania się po terytorium kraju. Odwołano zajęcia w szkołach i uczelniach. Formalnie władzę przejęła nowopowstała Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, w której składzie znalazło się 16-tu generałów oraz 5-ciu pułkowników i podpułkowników. Na czele WRON stanął generał armii Wojciech Jaruzelski, pełniący jednocześnie funkcję I sekretarza KC PZPR, premiera i ministra obrony narodowej. W praktyce rzeczywiste grono decyzyjne było zawężone do kilku zaufanych i najbliższych współpracowników gen. Jaruzelskiego. W pierwszych godzinach obowiązywania dekretu o stanie wojennym internowano ponad 3 tys. członków „Solidarności”, w tym niemal wszystkich przywódców, z Lechem Wałęsą na czele. Milicja i wojsko wraz z funkcjonariuszami SB zajęli regionalne siedziby Związku, rozpoczęli przejmowanie jego dokumentacji i majątku. Akcja, przeprowadzona z punktu widzenia władz PRL w sposób niemal perfekcyjny, zaskoczyła działaczy „Solidarności” zarówno skalą, błyskawicznym tempem, jak i precyzją uderzenia. Związkowcy nie przygotowali zawczasu ogólnopolskiego, jednolitego planu działania, wedle którego można by postępować w zaistniałej sytuacji. Po latach otwarcie przyznawali się do tego błędu: [...] wielu działaczy wierzyło – wyznał Bogdan Lis – że z władzą można się dogadać, że komuniści nie są tacy źli, że konflikty to wynik nieporozumień, że nie dojdzie do użycia przemocy. Panowało u nas również poczucie własnej siły [...]. Podobnie na sytuacje zapatrywał się Władysław Frasyniuk: [...] Nikt nie liczył, że ta rzekomo słaba władza okaże się jednak na tyle mocna, by rzucić na nas milicjantów – zakładających przecież Niezależny Związek Funkcjonariuszy MO – i żołnierzy – naszych kolegów z pracy, sąsiadów z osiedla. Bardziej obawialiśmy się interwencji zewnętrznej [...]. Stąd nie traktowano poważnie co i rusz docierających sygnałów o akcji przygotowywanej przez ekipę gen. Jaruzelskiego, mającej na celu odzyskanie całkowitej kontroli i pełni rządów w państwie. W swego rodzaju „błogiej nieświadomości” najtęższe umysły tego wielkiego, ponad dziewięciomilionowego ruchu pozostały do ostatnich minut: Owszem, przyszło mi do głowy - wspomina Karol Modzelewski – że władza nie będzie się przejmować prawem, ale do końca w to nie wierzyłem. Nasi prawnicy zapewniali, że ogłoszenie dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego byłoby bezprawne – trwała przecież sesja Sejmu.


13 grudnia rano skończył się blisko 16-to miesięczny okres legalnego funkcjonowania „Solidarności”. Jeszcze poprzedniego dnia przed północą, można było wychwycić pierwsze symptomy wprowadzania stanu wojennego; o tym, że dzieje się coś nadzwyczajnego świadczyło choćby nagłe przerwanie programu telewizyjnego i radiowego, czy wyłączenie telefonów (zauważalne w całym kraju ruchy wojsk często nie robiły już na nikim większego wrażenia, gdyż nie był to w tym gorącym okresie jakiś ewenement). Wiadomość o „wojnie”, już rano, lotem błyskawicy rozniosła się po domach. Od godziny 6.00 telewizja nadawała odpowiedni komunikat. Stąd – co stało się już niemal anegdotą – o godzinie 9.00 na ekranach telewizorów zamiast oczekiwanego przez dzieci programu „Teleranek” można było co najwyżej oglądać twarz gen. Jaruzelskiego. Można było zresztą oglądać tę twarz w ciągu dnia wielokrotnie, albowiem pierwszy program telewizji (drugi, dotychczas istniejący – zawieszono) cyklicznie odtwarzał wystąpienie Generała z taśmy. Także w jedynym nie zawieszonym pierwszym programie radia, przemówienie informujące o „ukonstytuowaniu się” WRON i wprowadzeniu stanu wojennego powtarzano przez cały dzień.

Ten niecodzienny i – z dzisiejszego punktu widzenia, fascynujący – klimat  pierwszych godzin i dni Grudnia’81 odnajdujemy w prezentowanych poniżej wspomnieniach Krzysztofa Bińkowskiego – internowanego, wieloletniego działacza opozycji i „Solidarności” z Radomia z tzw. drugiej linii. Urodzony w 1958 r. w Radomiu, do 13 grudnia pracował na stanowisku ćwiekarza w tamtejszych Zakładach Przemysłu Skórzanego „Radoskór”. Był współpracownikiem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), członkiem Konfederacji Polski Niepodległej (KPN) i wreszcie jednym z założycieli Komitetu Zakładowego NSZZ „Solidarność”.  Jego wspomnienia, to prosty i czytelny opis codziennej, własnej historii stanu wojennego. Bińkowski, jak wielu aktywnych i „niepokornych” członków „Solidarności”, bardzo szybko został aresztowany – 14 grudnia wywieziono go, wraz z kilkoma innymi związkowcami do kieleckiego więzienia na Piaskach. Przebywał w trzech tzw. ośrodkach odosobnienia – Łodzi, Łęczycy, Hrubieszowie. Pokrótce opisał tu swoje losy – stan wojenny z perspektywy działacza radomskiej opozycji.

12 grudnia 1981
Jak zwykle, poszedłem z samego rana na dyżur w Krajowej siedzibie KOWzP, który mieścił się w MKR NSZZ  „Solidarność” Ziemia Radomska przy ul. Moniuszki. Od dawna trwa strajk na WSI. Dzwonię, więc aby dowiedzieć się czy, nastąpiły jakieś istotne zmiany po zerwaniu rozmów przez specjalną rządową komisję? Ciągle zajęte. Po którejś z kolei próbie nagle słyszę w słuchawce głos: „tu wojewódzki komitet obrony, słucham?”. W pierwszej chwili pomyślałem, że przez pomyłkę nasza „telekomuna” połączyła mnie – jak to nie raz się zdarzało – z wojskowością. Odłożyłem słuchawkę i zakręciłem jeszcze parę razy, ale bez skutku. Zbliża się południe, a ja mam drugą zmianę w  Radoskórze. Piszę, więc na kartce, do której byłem na dyżurze i zamykam pokój krajowej siedziby KOWzP – a może już KOP. Właśnie w tych godzinach odbywa się posiedzenie KK, na które pojechali Jacek Jerz i Zdzisław Podkowiński, gdzie mają przedstawić propozycję I Krajowego Zjazdu KOWzP, który odbył się w Radomiu w dniach 21 i 22 listopada 1981 r. O zmianie nazwy właśnie na KOP.

W pracy nastrój podniecenia. Rozważamy obecną sytuację, która powstała na skutek ostatnich uchwał KC PZPR. Tadek – mąż zaufania na oddziale mówi, że w poniedziałek nie przyjdzie. Bierze urlop. Zmęczony i pełen najgorszych przeczuć wracam do domu około jedenastej  wieczorem. Jutro mam być o 8 rano na dworcu PKP. Jedziemy na akcję do Pionek.

Czekając na DTV oglądam  włoski film: „Święty Michał miał koguta”. Nagle, ni z tego ni z owego film się urywa w momencie, gdy więzień – włoski anarchista – wieziony łodzią do więzienia na jakiejś wyspie (If?) przymierza się do zepchnięcia wartownika do wody. Na ekranie ukazują się twarze wystraszonych spikerów i obwieszczają o zakończeniu programu.
W domu dezorientacja. Co jest grane? Włączam radio – właśnie leci hymn. Koniec programu!
Zdezorientowany, nic nie podejrzewając kładę się spać.

 13 grudnia 1981
Jest dziesiąta rano. Zaspałem. A więc Pionki odpadają. Włączam radio na UKF. Zaraz będzie „60 minut na godzinę” z Fedorowiczem i Kaczmarkiem. W głośnikach cisza. Nagle otwierają się drzwi. Wpada do domu mamusia. Była pod dworcem  na targu kupić kawałek mięsa na obiad.
– Wojna! – Mówi roztrzęsionym głosem – łapanki na mieście, rozbijają „Solidarność”!!!

Zimny pot mnie oblał. Ledwo dotarła do mnie ta wiadomość, gdy wtem rozległo się walenie do drzwi. Przerwaliśmy rozmowę i przez dłuższy czas się nie odzywaliśmy. Po jakimś czasie walenie do drzwi ustało. Pochowałem w pośpiechu, co ważniejsze rzeczy i ubrałem się ciepło – tak na wszelki wypadek. Za jakiś czas walenie do drzwi się powtórzyło. Ale i tym razem po pewnym czasie ustało. Zdziwiło mnie, że nie rozwalili drzwi.
Gdy uspokoiło się za drzwiami włączyłem radio. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałem skrót: „WRONA”. Nastawiłem RWE, które dysponowało wiadomościami o zniszczeniu siedziby „Mazowsza ”. Potem wyglądając spoza firanek przez okno ujrzałem „Żuka” Straży Pożarnej i SB-ków, którzy wybierali z sąsiedniego bloku związkowca.

Wyszedłem ze szwagrem na miasto. Ściany były już oblepione wronowskimi obwieszczeniami. Na niektórych z nich widniały domalowane hitlerowskie swastyki. Około trzeciej po południu wróciliśmy do domu. Zabrałem ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i poszedłem do mieszkającej w pobliżu dworca ciotki Heli. Obawiając się aresztowania spędziłem u niej noc. Muszę być jutro w zakładzie – myślałem. Ktoś musi ruszyć ludzi, poderwać ich do protestu. Wieczorem napisałem pożegnalną (na wszelki wypadek) kartkę do rodziców.

 14 grudnia 1981
Jest piąta rano. Wyglądam przez okno. Zaczynają jeździć pierwsze autobusy i suki, coraz więcej suk. A więc MPK  nie strajkuje. Już wczoraj dowiedziałem się z BBC o aresztowaniu członków KK i Lecha Wałęsy. Ciosem dla mnie było radiowe przemówienie Prymasa Glempa. Junta skwapliwie wykorzystuje dwuznaczną postawę Kościoła. Puszczają, więc bez przerwy powtórkę tego wystąpienia. Prymas nawołuje do nie przerywania pracy. Zdaję sobie sprawę, że to mi jeszcze bardziej utrudni, lub wręcz uniemożliwi poderwanie ludzi.

Umówiłem się wczoraj z ojcem, żeby czekał na mnie przed drugą bramą i dał mi znak, czy na bramie stoi SB. Na umówione miejsce jednak nie docieram. Z daleka widzę patrole milicyjne zmierzające w moją stronę. Wchodzę, więc na zakład przez bliższą mi pierwszą bramę.
Wystarczyło kilka rozmów z kolegami abym zdał sobie sprawę, że nie ma nikogo na moim oddziale, na kim mógłbym oprzeć się przy organizowaniu ewentualnego komitetu strajkowego. Idę do mężów zaufania sąsiednich oddziałów. Umawiamy się, że zwołujemy zebranie na holu – palarni. Sam biegnę wokół taśmy montażowej i zwołuje zebranie swojego oddziału. W tym samym czasie, jak się później dowiedziałem, na hol weszli szef zmiany Pacyna i starszy mistrz, Wojciechowski oraz kilku innych mistrzów i brygadzistek z aktywu partyjnego. Jeszcze wszyscy ludzie  (w tym i ja) nie zdążyli się zebrać na holu a już kobiety zastraszone pokrzykiwaniami tych partyjnych pachołów zaczęły się rozchodzić do maszyn. Stanąłem w drzwiach hali i głośno zawołałem do kobiet, dlaczego tak łatwo dały się zastraszyć. Nie pomogły moje nawoływania i liczący około 200 kobiet tłumek powoli się rozszedł do maszyn. Próba zorganizowania strajku na naszej hali nie wyszła. Zabrakło po prostu jeszcze choćby kilku zdecydowanych ludzi, którzy by mi pomogli.

Poprosiłem Władka, aby za mnie popracował a sam poszedłem rozejrzeć się w sytuacji na innych oddziałach. Pod Komisją Zakładową stała grupka ludzi, sama zaś siedziba KZ była zaplombowana. Po rozważeniu sytuacji postanowiliśmy w kilka osób podjąć jeszcze raz próbę zorganizowania strajku na wydziałach „opracowania” i „gumowni”, gdzie pracowało więcej mężczyzn. Umówiliśmy się na jedenastą pod KZ-tem i rozeszliśmy na oddziały. Niestety, nie doczekałem się już tego spotkania.

Komisarz wojskowy, pułkownik Olszewski zadzwonił do majstra z poleceniem, aby mnie przyprowadził do niego na rozmowę. Było to już około dziewiątej, kiedy wszedłem do pokoju dyrektora Foremniaka. Wtedy tzw. „komisarz ludowy” zaproponował mi podpisanie „deklaracji lojalności” wobec WRON-u. Wyśmiałem go i wyzwałem od reżimowców itp. Niektóre z tych sformułowań, np. przyrównanie ich do dyktatora Salwadoru i Chile trafiły na salę rozpraw w oskarżeniach prokuratorskich. Olszewski zadzwonił na komendę MO, skąd podstawiono na zakład samochód. Po kilku minutach byłem już w KW MO na Kilińskiego.

Jesteście internowani – powiedział jakiś sb-ek i zaprowadził do celi, mieszczącej się w piwnicach komendy. Spotkałem tam Skroka z RWT, Wieśka Mizerskiego, Jędrzejewskiego, Waldka Jarockiego,Kazia Kowalczyka i dwóch innych. Po jakimś czasie wszystkich nas razem skuto w kajdanki i zapakowano do milicyjnej suki. Po około dwóch godzinach wjeżdżaliśmy w bramę kieleckiego więzienia na Piaskach. Spisano nasze dane, założono akta, zrewidowano i zaprowadzono do celi. Były to cele czteroosobowe. Okna tej, w której byłem, celi nr 130 na pierwszym piętrze wychodziły na śmietnik.

Sypał śnieg i trzymał ostry mróz. Po dwóch dniach przerzucono nas na  ostatnie piętro, na drugi koniec pawilonu pod celę bodajże 715. Zdołaliśmy przemycić ze sobą trochę różnych biuletynów. W pomieszczeniu, w którym trzymano nas w czasie spisywania danych znajdowało się sporo wszelakich biuletynów i książek. Razem z nami książki też aresztowano.
Na razie nie wiemy zupełnie nic o sytuacji w kraju. Z wyjątkiem tego, co podaje kołchoźnik: a więc o strajku w ZPT Teofilów koło Łodzi. Skądś wiemy, że w Gdańsku, w stoczni zawiązał się Krajowy Komitet Strajkowy z Krupińskim na czele. A przez kołchoźnik leci bez przerwy muzyka wojskowa oraz audycje o rocznicy PZPR. Słysząc przemówienie Bieruta ktoś żartuje, że jak usłyszymy jutro mowę Josifa Wiesiarionowicza no to będzie z nami koniec. Przemówienia Stalina jednak nie ma. Humory nam się poprawiają. U niektórych widoczne są pierwsze oznaki optymizmu. Kowalczyk – złotnik ze Skaryszewa, słynnego z końskich targów – myśli o wyjściu na święta Bożego Narodzenia.

Robert Spałek
Źródło: IPN


08:47, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 grudnia 2012

Historia ks. Ferdynanda Machaya, kapłana, który za polskość zapłacił najwyższą cenę…

„Jedziesz uwolnić się z doczesnej powłoki” – usłyszał młody ksiądz Ferdynand Machay od współwięźnia, gdy opuszczał mury krakowskiego więzienia przy Montelupich. W słowach tych nie było cienia groźby czy szyderstwa. Były raczej wyrazem szacunku, jaki przez okres dzielenia celi, Machay pozyskał; szacunku i przyjaźni, która zasługuje na prawdę. On sam nie przejmował się tym zbytnio. Wiedział, że przy jego nazwisku zapisano już wyrok śmierci – przyjął to z właściwą sobie pokorą i to, co mu miało pozostać z ziemskiego czasu, postanowił wykorzystać wedle swego powołania –tak, jak na to pozwolą wojenno – więzienne warunki.

Przyszedł na świat 9 grudnia 1914 roku na pięknej orawskiej ziemi. Jego rodzina nie była bogata, natomiast dobrze znana z pobożności, która zaowocowała dwoma powołaniami kapłańskimi – małżeństwo Ferdynanda, ojca, i Weroniki Machay doczekało się dwóch synów – księży, Ferdynanda i Alojzego. W rodzinnej wsi, Jabłonce, ukończył szkołę podstawową, zaś w Gostyniu wybrał gimnazjum prowadzone przez Filipinów. Tam zetknął się z tym zakonem po raz pierwszy i być może w przyszłości, po zdaniu matury w nowotarskim liceum im. Seweryna Goszczyńskiego, wpłynęło na decyzje o wstąpieniu do Kongregacji Oratorium im. Św. Filipa Neri w Tarnowie.

Do popularnych „Filipininów” trafimy bez trudu udając się na ulicę Piłsudskiego. Nic nie zmieniło się od czasów Ferdynanda Machaya, którego „tarnowskie” życie koncentrowało się wokół kościoła oraz klasztoru i Diecezjalnego Seminarium Duchownego. Tam w 1933 roku rozpoczął studia, a trzeba powiedzieć, że nauka nie sprawiała mu problemu i oprócz arkusza najwyższych ocen otrzymywał pochwały jako „dobry kleryk, wzór dla kleryków diecezji”. Po pięciu latach nauki był już przygotowany do pełnienia roli kapłana i z długo wyczekiwaną radością w czerwcu 1938 roku z rąk biskupa Franciszka Lisowskiego przyjmował święcenia. Miał teraz przed sobą krótkie wakacje. Nie mógł wówczas jeszcze wiedzieć, że są to ostatnie beztroskie chwile, spędzone ze szczęśliwą matką i ojcem, po dopiero co przebytych prymicjach.

Z wrodzonym spokojem i żądzą pracy duszpasterskiej wracał jednak do Tarnowa, do klasztoru Filipinów. Nie minęło kilka dni, kiedy wybuch drugiej wojny światowej dał świeżo upieczonemu księdzu okazję do wypełniania swego powołania. Z drugiej strony los wystawił go na pierwszą próbę – praca w tarnowskim szpitalu podczas kampanii wrześniowej była ciężka i wymagała wielkiej wiary. Do szpitala trafiali tak Polacy, jak i Niemcy.
Już „pod koniec września nie było go wśród rannych, dowiedziałam się, że został aresztowany”, wspominała jedna z harcerek pomagających wówczas ochotniczo w opiece nad rannymi.

Z innych wspomnień wiemy zaś, ze ksiądz Machay jako ochotnik, w szpitalu pracował praktycznie nieustannie, bez przerwy. Starał sie ulżyć w cierpieniach fizycznych rannych, ale z drugiej strony nie zapominał o swoim podstawowym zadaniu – pocieszeniu duchowym. Nietrudno było tę gorliwość kapłana zauważyć, a dla niektórych owa dobroć wydała się zbyt duża.

 

Do aresztowania Machaya przyczynił się niemiecki konfident, który pod pozorem potrzeby spowiedzi, podając się za polskiego żołnierza, przeprowadził z księdzem rozmowę na temat bieżącej sytuacji w kraju, która dokładnie przekazał do gestapo… Dodatkowym pretekstem do aresztowania Machnaya okazała się ucieczka ze szpitala polskiego oficera. O pomoc w akcji został oczywiście posądzony młody ksiądz, który – czego wszyscy byli świadkami, starał sie każdemu, niezależnie od narodowości pomóc i w tym wypadku, pomógł „za bardzo”. Te dwa „dowody” wystarczyły do aresztowania. Gestapowcy dotkliwie pobili Machnaya przy przesłuchaniu i tymczasowo, na kilkanaście dni, osadzili w tarnowskim wiezieniu.

Z końcem października 1939 roku był już w krakowskim więzieniu przy Montelupich. „Od razu zdobył sobie zaufanie i miłość wszystkich. Pełen wiary, gorący patriota, od razu zabrał się do nawracania tych, którzy utracili wiarę w Boga lub istnienie Polski. Nigdy nie skarżył się na swój los, ani nie upadał na duchu, przeciwnie, zawsze był wesoły, pogodny, jakby w najlepszych warunkach” – w ten sposób wspominali księdza Machaya towarzysze niedoli.

Po kilkumiesięcznym pobycie w krakowskim wiezieniu, na wiosnę 1940 roku, okazało się że nie będzie to ostateczne miejsce pobytu księdza Machaya. Wywieziono go do wiezienia w Nowym Wiśniczu. Opuszczając srogie mury przy Montelupich, towarzysze żegnali go ze smutkiem, jedni cieszyli się, że może zostanie uwolniony, inni wiedzieli, ze przewiezienie oznaczać może śmierć. Na pożegnanie usłyszał: „Ferdo! Ty perło kryminału! Ty będziesz w Niebie”.


Nowy Wiśnicz okazał się więzieniem cięższym. Znęcanie się nad więźniami było na porządku dziennym, a strażnicy upodobali sobie bicie niektórych osadzonych, w tym księdza Machaya, ciężkim pękiem żelaznych kluczy. Wielkim marzeniem księdza Machaya było odprawienie mszy świętej dla więźniów w kościele znajdującym się  w obrębie wiśnickiego więzienia (utworzono je w dawnym klasztorze). I taka obietnica ze strony więziennego kierownictwa się pojawiła. Była to ogromna radość dla wszystkich, i dla Machaya, i dla pozostałych: „Cicha radość ogarnęła więźniów. Wszyscy znajdujący się w celi, po kryjomu w nocy wyspowiadali się przed dwoma współwięźniami – księżmi: Ferdynandem Machayem i Michalskim z Katowic, oczekując ranka. Obietnica okazała się jednak jedynie podłą drwiną – msza nie tylko się nie odbyła, ale w zamian Niemcy urządzili sobie para pogańską zabawę, usypując potężny stos złożony z ławek, ołtarzy i innego drewnianego urządzenia kościoła, na szczycie zatykając kukłę wyobrażającą katolickiego kapłana. Wszystko to podpalono, a kościół wkrótce całkowicie rozebrano. Aktu bestialstwa dopełniały tortury i morderstwa więźniów.”



I te wydarzenia ksiądz Ferdynand Machay jeszcze przetrwał, choć właśnie wówczas doznał najokrutniejszego z dotychczasowych pobić, by później „nocy tej, wezwany przez dyżurującego oddziałowego, wraz z 9-cioma innymi współwięźniami opuścić obóz, opuścić na zawsze”.

Przebieg tych zdarzeń znamy dokładnie z wspomnień świadków oraz wieści, które rozeszły się wśród miejscowej ludności, rozpuszczone przez pijanych esesmanów. Tym razem pretekstem do egzekucji miała być ucieczka z wiezienia Żyda o nazwisku Krzykacz. Kara była prosta – w zamian za uciekiniera, dziesięciu więźniów miało ponieść śmierć.

Pośród nich pięciu Polaków i pięciu Żydów: sędzia Władysław Bobilewicz, prokurator Andrzej Łada-Bieńkowski, porucznik Jerzy Liban, przewodniczący Związku Powstańców Śląskich Józef Kania, uczestnicy bitwy o Górę Świętej Anny w czasie powstań śląskich, dwaj bracia Jan i Ryszard Pistulowie, dziennikarz z dawnej Czechosłowacji (najprawdopodobniej z Czech) Jiri Kränzler, duchowny ks. Ferdynand Machay oraz Bernard Wachs i kupiec Izaak Unger.

5 czerwca 1940 roku, strażnicy zabrali więźniów do pobliskiego jaru, tam klęczący nad wykopanymi dołami, zginęli od strzału z broni palnej.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


11:50, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 grudnia 2012

Z cyklu - Książka z mojej półki   

W jaki sposób można rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa w czasach, w których nikt nie słyszał o odciskach palców czy badaniach DNA? Wystarczy mieć do dyspozycji talent i przenikliwość średniowiecznego mnicha, bohatera popularnego cyklu powieściowego pt. „Kroniki brata Cadfaela” Ellis Peters. Zamarznięta w bryle lodu, piękna dziewczyna, martwy arystokrata ze strzałą w plecach, trup kobiety wykopany podczas zaorywania pola - to tylko kilka przypadków kryminalnych, z którymi musi się zmierzyć brat Cadfael. Dojrzały w latach zakonnik pozornie wiedzie za murami klasztoru spokojne życie zielarza: sporządza lecznicze mikstury i troskliwie zajmuje się chorymi przybywającymi do opactwa. Niewielu ludzi zna jego burzliwą, pełną przygód i grzechów przeszłość krzyżowca. Doświadczenie życiowe i gruntowna znajomość ludzkich słabości pozwalają mu jednak patrzeć na otaczający go świat trochę inaczej niż pozostałym zakonnikom. Dość szybko okazuje się, że do wielkich zalet brata Cadfaela należą także intuicja oraz zadziwiająca umiejętność rozwiązywania zagadek kryminalnych.

 Akcja cyklu powieści toczy się w dwunastowiecznej Anglii, tłem historycznym są krwawe wydarzenia tamtych czasów. Na szczytach władzy trwają bratobójcze walki o koronę królewską, lecz w prowincjonalnym mieście Shrewsbury życie prostych ludzi oraz mnichów z opactwa toczy się swoim własnym rytmem. Czasem jednak lokalną społecznością wstrząsają nie tylko echa bitew i rozejmów, lecz także dramatyczne zbrodnie. Zapewne uszłyby złoczyńcom na sucho, gdyby nie przenikliwość skromnego zakonnika. Sprawiedliwość w wydaniu Cadfaela nie jest jednak tak ślepa, jak Temida. Nieczęsto zdarza się, by czytelnik powieści detektywistycznej współczuł przestępcy.

W „Kronikach brata Cadfaela” zbrodnia często motywowana jest dość osobliwymi pobudkami i dlatego salomonowe rozwiązania, jakie znajduje zakonnik, są plusem tych książek. Czytając cykl o mnichu, trzeba pamiętać, że mentalność ludzi średniowiecza znacznie odbiegała od naszej i to jest właśnie pociągające w tych powieściach. Nie jest to literatura kryminalna wysokich lotów.

Zbrodnicze intrygi stworzone przez brytyjską pisarkę Edith Mary Pargeter, publikującą pod pseudonimem Ellis Peters, są dość proste. Fabuła, choć budowana umiejętnie, nie serwuje tego rodzaju napięcia, które odbiera sen czytelnikowi. Jednak atrakcyjność tego cyklu wynika z czegoś innego - z umiejętnego połączenia średniowiecznych realiów z oryginalnym głównym bohaterem. Punkt widzenia zakonnika, który po latach rycerskiego życia stara się połączyć duchowe wartości ze świecką wyrozumiałością dla ludzkich przywar, jest często bardziej interesujący niż główna akcja tych książek.

Oczywiście, jak to bywa przy seriach, niektóre części czyta się lepiej, inne gorzej. Trudno ocenić, czy wynika to z faktu, iż nie wszystkie tomy tłumaczone były przez tę samą osobę. Jednak kto raz zaprzyjaźni się z Cadfaelem, pozostanie mu wierny niezależnie od poziomu kolejnej opowieści. Miłośnicy przygód Cadfaela mają jednak w czym wybierać - jesienią zeszłego roku nakładem Wydawnictwa Zysk i Ska ukazał się już XIX tom tej historii pt. „Świątobliwy złodziej”.

Ciekawostką jest fakt, iż w 1994 roku „Kroniki brata Cadfaela” doczekały się swojej adaptacji filmowej. Powstał trzynastoodcinkowy, brytyjski serial kostiumowy, w którym główną rolę powierzono znakomitemu Derekowi Jacobi. Serial ogląda się z taką samą przyjemnością, z jaką czyta się książki - BBC jak zwykle nie zawiodło, realizując adaptację bardzo starannie. Siwy i lekko otyły Cadfael nie został zamieniony przez scenarzystów na przystojnego trzydziestolatka z niskim głosem i seksowną blizną na twarzy, jak zapewne mogłoby się to zdarzyć przy polskiej produkcji.

W czasach, gdy termin kryminał kojarzy się głównie z pościgami, strzelaniną i wulgarnością, staromodna opowieść o człowieku, który dochodzi do prawdy poprzez dedukcję, jest miłą odmianą.

   
Anna Szepielak



10:59, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 grudnia 2012

Przez lata nie wiedzieliśmy, gdzie zakopano doczesne szczątki bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego. Badania prowadzone przez ekipę IPN, kierowaną przez dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka, doprowadziły do ustalenia, że wśród 117 szczątków ekshumowanych z Łączki na Powązkach Wojskowych znajdują się także te kpt. Stanisława Łukasika "Rysia". Daje to nadzieję, że ekipa IPN odnajdzie również szczątki Hieronima Dekutowskiego "Zapory" i innych zamordowanych wraz z nimi. Bohater tego wspomnienia Stanisław Łukasik "Rejs" należy do pokolenia wychowanego w Polsce niepodległej. Wydaje się zaprzeczeniem tezy latami lansowanej przez komunistycznych historyków, jakoby opór stawiany po wojnie dyktaturze PPR - PZPR był wyrazem toczącej się w Polsce "walki klasowej".


Urodził się 2 sierpnia 1918 r. w Lublinie, w rodzinie robotniczej - jego ojciec był robotnikiem kolejowym. Młody Łukasik wybrał drogę życiową będącą marzeniem wielu młodych ludzi w dobie dwudziestolecia międzywojennego, tj. zawodową służbę wojskową. Ukończył Szkołę Podoficerską dla Małoletnich w Koninie, uzyskując stopień kaprala. Służył w 23. pułku piechoty stacjonującym we Włodzimierzu Wołyńskim. Wraz ze swoją jednostką uczestniczył w wojnie obronnej 1939 roku. Do niewoli nie poszedł, powrócił do rodziny mieszkającej w Motyczu (pow. Lublin) i jeszcze jesienią 1939 r. podjął konspiracyjną działalność niepodległościową. Początkowo działał w Związku Czynu Zbrojnego (jako komendant w gminach Bełżyce, Jastków, Konopnica, Wojciechów). Po wejściu ZCZ do Polskiej Organizacji Zbrojnej w końcu 1941 r. był członkiem tej struktury, z ramienia której organizował konspirację na znanych sobie terenach położonych na zachód od Lublina. Po scaleniu w 1942 r. POZ z Armią Krajową został podoficerem wyszkolenia I rejonu w Obwodzie AK Lublin-powiat i jednocześnie pełnił funkcję dowódcy rejonowego patrolu dywersyjnego. Dowodzony przezeń patrol prowadził m.in. akcje skierowane przeciwko niemieckiej administracji (niszczenie akt w urzędach gminnych).
W walce z dwoma okupantami

Gdy zimą 1943/1944 konspiracja akowska w rejonie Konopnicy i Motycza została zagrożona aresztowaniami i elewi kursu konspiracyjnej podchorążówki z tego terenu w obawie przed "wsypą" zdecydowali się na przejście "do lasu", Łukasik stanął na czele grupy ochotników. Pierwszą akcję, na majątek pod zarządem niemieckim w Radawcu, wykonał z 19 na 20 stycznia 1944 roku. Dowodzony przez niego oddział bardzo szybko rozrastał się, osiągając w lipcu 1944 r. stan 126 żołnierzy. Grupa była silnie związana z terenem, na którym operowała. Jak oceniał historyk Lubelskiego Okręgu AK Ireneusz Caban, Stanisław Łukasik "Ryś": "Był rzadkim przykładem dowódcy uwielbianego nie tylko przez swoich podkomendnych, ale i przez wiejską ludność cywilną, którą wspierał materialnie, chronił przed zagrożeniem i unikał niepotrzebnego narażania jej na represje niemieckie. Bardzo starannie przygotowywał wszystkie akcje bojowe".

Gdy dowództwo Inspektoratu Lubelskiego AK próbowało dokonać "wymiany" komendanta oddziału na oficera ("Ryś" był wówczas tylko podoficerem - sierżantem), zamiar ten nie powiódł się. Nowy, nominalny dowódca, ppor. zaw. Adolf Kijowski "Antek", widząc więź łączącą "Rysia" z żołnierzami, zachował się taktownie i rozsądnie. Nie wtrącając się do dowodzenia, ograniczył swą aktywność do reprezentowania oddziału przed przełożonymi.
Po utworzeniu w kwietniu 1944 r. zgrupowania Oddziałów Partyzanckich 8. pułku piechoty AK (OP 8) oddział "Rysia" stanowił V pluton tej jednostki (choć faktycznie dysponował siłą kompanii). Większość uzbrojenia oddziału pochodziła ze zdobyczy na Niemcach. V pluton OP 8. pp AK przeprowadził bowiem szereg udanych akcji przeciwko niemieckim siłom okupacyjnym, wśród których można wymienić m.in. ataki na zarządzany przez SS majątek Rury Jezuickie, posterunki wojskowe w majątkach Wrzelów i Zagłoba czy zasadzkę pod Kukawą k. Bełżyc. 28 lutego 1944 r. w zasadzce na drodze Bełżyce - Lublin pod Wojcieszynem oddział "Rysia" odbił z konwoju SS blisko 20 aresztowanych. W kwietniu 1944 r. wraz z innymi oddziałami osłaniał operację "Most I" (lądowanie alianckiego samolotu pod Bełżycami). Jedna z drużyn oddziału ochraniała pracę radiostacji Komendy Lubelskiego Okręgu AK.

 

"Ryś", który w końcowym okresie okupacji został awansowany do stopnia podporucznika czasu wojny i odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, miał ze swymi żołnierzami w ramach planu Odtwarzania Sił Zbrojnych wejść wraz z oddziałami "Jemioły" i "Nerwy" w skład I batalionu 8. pułku piechoty Legionów. Uczestniczył w koncentracji zgrupowania OP 8. pp w Polanówce i na ultimatum sowieckie musiał złożyć broń. "Ryś" uniknął wówczas zatrzymania, ale już w sierpniu 1944 r. został aresztowany przez NKWD. Zdołał jednak uciec z aresztu przy ul. Chopina w Lublinie. Znów musiał się ukrywać. Kontynuował konspiracyjną działalność niepodległościową.
Samoobrona przed terrorem

Wiosną 1945 r. z ludzi zagrożonych aresztowaniem, ściganych przez NKWD i UB, ponownie zorganizował oddział partyzancki liczący około 40 żołnierzy. Jednostka ta weszła w skład zgrupowania dowodzonego przez cichociemnego - Hieronima Dekutowskiego "Zaporę". Operowała jednak zazwyczaj samodzielnie. Latem 1945 r., w okresie zarządzonej przez Delegaturę Sił Zbrojnych akcji "rozładowywania lasów", zgrupowanie "Zapory" zostało rozformowane. Dowódcy podjęli próbę wyjazdu "na Zachód", która się nie powiodła. Dość szybko powrócili na Lubelszczyznę i wznowili zbrojną działalność niepodległościową - teraz w ramach Lubelskiego Okręgu Zrzeszenia WiN. "Ryś" został wówczas jednym z najbliższych współpracowników komendanta "Zapory". Podczas tego etapu swej służby podziemnej miał zostać awansowany do stopnia kapitana. Nadal dowodził oddziałem w sile około 40 ludzi operującym głównie w powiecie lubelskim i na terenach sąsiednich. Jesienią 1946 r. podporządkował sobie także działający pomiędzy Lubartowem i Puławami oddział Kazimierza Wodniaka "Szatana" (komendę przekazał Janowi Flisiakowi "Chłopickiemu", a następnie Edmundowi Tudrujowi "Mundkowi").

Ten ostatni etap walki "Zapory", "Rysia" i ich towarzyszy broni świetnie charakteryzuje mec. Grzegorz Wąsowski z Fundacji "Pamiętamy" w jednym ze swych tekstów: "W wymiarze ideowym była to dla nich nadal walka o wolność prowadzona pod sztandarami Armii Krajowej, o czym świadczą niektóre wewnętrzne dokumenty zgrupowania i liczne, współczesne świadectwa tych żołnierzy "Zapory", którzy doczekali odzyskania wolności przez Polskę w 1990 r. Natomiast w wymiarze praktycznym była to niezmienna od początku 1945 roku samoobrona przed terrorem komunistycznym, w tym przed przeciwpartyzanckimi operacjami organizowanymi przez NKWD, UB, MO i KBW".
Proces przy drzwiach zamkniętych

Oddział WiN dowodzony przez "Rysia" działał do kwietnia 1947 r., kiedy to na rozkaz dowództwa większość partyzantów zakończyła walkę i ujawniła się. Wśród tych, którzy stanęli przed komisjami amnestyjnymi, nie było jednak ani "Zapory", ani "Rysia". Stanisław Łukasik wraz ze swym legendarnym dowódcą i grupą towarzyszy broni zamierzali przedostać się na Zachód. W wyniku zdrady zostali jednak we wrześniu 1947 r. aresztowani na punkcie kontaktowym w Nysie. Przewiezieni do Warszawy, przeszli ciężkie śledztwo w MBP i zostali skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie podczas procesu toczącego się w listopadzie 1948 roku. Składowi sędziowskiemu przewodniczył Józef Badecki ("morderca w todze" - skazał m.in. rtm. Witolda Pileckiego). Wyroki śmierci 15 listopada 1948 r. otrzymali: mjr cichociemny Hieronim Dekutowski "Zapora", kpt. Stanisław Łukasik "Ryś", ppor. Jerzy Miatkowski "Zawada" - adiutant "Zapory", ppor. Roman Groński "Żbik", ppor. Edmund Tudruj "Mundek", Arkadiusz Wasilewski "Biały" i Tadeusz Pelak "Junak". Jedynie sądzony z nimi kpt. Władysław Siła-Nowicki dzięki interwencji siostry Feliksa Dzierżyńskiego uniknął kary śmierci i został skazany na wieloletnie więzienie.

Zarówno w toku ciężkiego śledztwa, jak również procesu "Zapora", "Ryś" i ich towarzysze niedoli nie załamali się. Zapewne z tego powodu proces grupy "Zapory" toczył się przy drzwiach zamkniętych. Kapitan Zdzisław Broński "Uskok", który w tym czasie kontynuował partyzancką walkę, nawiązując do losu aresztowanych "zaporczyków", w swym pamiętniku zanotował pod datą 1 grudnia 1948 roku: "Z jak najwyższym uznaniem należy ocenić postawę aresztowanych. Był to bodajże jedyny z poważniejszych procesów, w którym nie udało się komunistom opluwać sądzonych przez samooskarżenie. Z tego powodu nie robili nawet rozgłosu z rozprawy. Niewątpliwie naszym bohaterom przez rok czasu nie oszczędzano prób zmierzających do zrobienia szmaty z człowieka, a jednak pozostali ludźmi!".

Skazani na przełomie stycznia i lutego 1949 r. podjęli brawurową próbę ucieczki z więzienia MBP przy ul. Rakowieckiej. Wyskrobali otwór w suficie celi i tą drogą zamierzali przedostać się na dach więzienia, a stamtąd - na wolność. I tym razem nie dopisało im szczęście, zostali bowiem wydani przez jednego ze współtowarzyszy niedoli - więźnia skazanego za przestępstwo pospolite.

Major cichociemny Hieronim Dekutowski "Zapora", kpt. Stanisław Łukasik "Ryś" i pięciu wymienionych wyżej oficerów i żołnierzy AK-WiN ("Zawada", "Mundek", "Żbik", "Biały" i "Junak") zostali zamordowani strzałem w tył głowy "w majestacie" komunistycznego prawa 7 marca 1949 roku. Do końca zachowali godną postawę. Ostatnie słowa komendanta "Zapory" brzmiały, że jeszcze "przyjdzie zwycięstwo, jeszcze Polska nie zginęła". Egzekucję nadzorowali wiceprokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej mjr Stanisław Cypryszewski i naczelnik więzienia przy ul. Rakowieckiej kpt. Alojzy Grabicki. Obecny był ppłk Marek Charbicz (lekarz) i płk Michał Zawadzki (ksiądz). Bohaterów Polski podziemnej zabijał st. sierż. Piotr Śmietański.
Ostatni żołnierz z oddziału "Rysia" - Tadeusz Szych "Biały" - zginął 27 października 1955 r., powieszony w więzieniu w Chełmie Lubelskim "na mocy wyroku" sądu komunistycznego.

Dr Kazimierz Krajewski   (Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej IPN w Warszawie)

 

Źródło: Nasz Dziennik


16:08, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 grudnia 2012

Nie przegap...zatrzymaj się na chwilę...



19:57, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 grudnia 2012

Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało miejsce w środę 5 grudnia 2012 roku. Tym razem  znany krytyk i dziennikarz filmowy zaprosił wybitnego aktora filmowego i teatralnego, znanego również z twórczości kabaretowej oraz udanych występów w roli konferansjera. Syna aktora i reżysera, Jerzego Stuhra. Okazją do spotkania z tarnowską publicznością był udział Macieja Stuhra w równie głośnym, co kontrowersyjnym filmie „Pokłosie” reżysera Władysława Pasikowskiego. I właśnie projekcja tego filmu otworzyła ten niezwykły filmowy wieczór. Jak powiedziała mi dyrektor CSM Agnieszka Kawa żadne z dotychczasowych spotkań z tego cyklu nie zgromadziło takiej publiczności, dla ostatnich widzów trzeba było robić tzw. „dostawki”. „Pokłosie” to dramat, thriller, western… Niezależnie od definicji film wciska w fotel. To bardzo sprawnie reżysersko opowiedziana historia braci Kalinów, z których starszy Franciszek po latach emigracji przyjeżdża do Polski, zaalarmowany wiadomością, że jego młodszy brat popadł w konflikt z mieszkańcami swojej wsi. Po przyjeździe odkrywa, że przyczyną jest mroczna tajemnica sprzed lat. Skłóceni od lat bracia próbują dojść prawdy. Prowadzone przez nich śledztwo zaostrza konflikt, który przeradza się w otwartą agresję. Ujawniona tajemnica okupacyjnych relacji polsko - żydowskich odciśnie tragiczne piętno na życiu braci i ich sąsiadów…


A tak recenzuje film Pasikowskiego na łamach Gazety Wyborczej Tadeusz Sobolewski: - Obejrzałem teraz "Pokłosie" po raz drugi. Działa jeszcze mocniej, mimo, że zna się przebieg akcji. Konstrukcja dramatu tworzy rodzaj rusztowania, na którym mogę umieścić wszystko, z czym przychodzę do kina. Mam, jak każdy z mojego pokolenia, jakąś wiedzę o okupacji, o tym, co działo się na wsi, o Polakach, Żydach i Niemcach. "Pokłosie" nie mówi mi nic nowego. To zresztą film współczesny, bez retrospekcji. Przynoszę do kina własne poglądy, uczucia, kompleksy, rodzinne historie, dobre i złe, które nie składają się w całość. Film układa je w całość. W tym jego wartość. Odzwyczailiśmy się w Polsce od kina, które w jakiś sposób dotyka nas wszystkich jako zbiorowości, i które działa jak antyczna tragedia: mnożąc niesamowite zbiegi okoliczności, czasem na granicy prawdopodobieństwa, wstrząsa i doprowadza do oczyszczenia. Kino rzadko dziś spełnia u nas podobną rolę. Kiedy oglądałem "Pokłosie", myślałem o innym zbiorowym misterium, które niedawno rozgrywało się na żywo na naszych ulicach. Czy nie z potrzeby przeżycia zbiorowego egzorcyzmu, tragedii na żywo, wziął się żałobny spektakl odbywający się spontanicznie wokół krzyża smoleńskiego? Jednak różnica jest zasadnicza. Happeningi na Krakowskim były manifestacją poczucia krzywdy, kompleksu podszytego nienawiścią: że oto nas "mordują" jacyś obcy. "Pokłosie" działa na innej zasadzie: wywleka na wierzch naszą winę wobec obcych, sąsiadów - tych "żydków", na których polach dziś mieszkają nasi.

Jądrem filmu są trzy monologi, genialnie zagrane, jakby wyrzucone z głębi własnej pamięci przez troje starych aktorów. Prawda okazuje się straszliwa. To musi kosztować. Ktoś za nią zapłaci życiem i znów we wsi poleje się krew. Ale zarazem stanie się coś, co połączy swoich i obcych, potomków morderców i potomków ofiar."Pokłosie" jest opowieścią o winie i rozgrzeszeniu. Te film tworzy jakby symboliczny model procesu, który w rzeczywistości przebiega z wielkimi oporami. Ludzie pójdą na niego i doznają ulgi, jeśli tylko nie zakrzyczą "Pokłosia" różni fałszywi obrońcy polskiego honoru, którzy powstrzymują proces ekspiacji. Rozpętany na ekranie horror, stopniowe odsłanianie wypartej wojennej zbrodni, co z kolei rodzi nową zbrodnię - wszystko w tej historii służy odkupieniu, przebaczeniu. "Pokłosie" działa religijnie: podszyte jest wiarą w obcowanie ze zmarłymi i możliwość pojednania z nimi, wybaczenia sobie win. Tak działa finałowy obraz: stojące na polu, wśród zboża, osmalone ogniem żydowskie macewy. Niegdyś sponiewierane, użyte jako bruk, potem wydobyte rękami Polaka. Cała konstrukcja fabularna "Pokłosia" prowadzi do splecenia obu wątków, uczynienia z nich jednej historii. Tym, co łączy, będzie - paradoksalnie - zbrodnia. Wszystko zostaje w rodzinie. Wartość "Pokłosia" nie polega na zebraniu faktów, znanych z powojennej polskiej literatury Adolfa Rudnickiego, Ludwika Heringa, Henryka Grynberga, Bohdana Wojdowskiego, Jana T. Grossa, Anny Bikont, Michała Głowińskiego, z filmów dokumentalnych Marcela Łozińskiego, Pawła Łozińskiego, Agnieszki Arnold. Pasikowski opowiada historię, która ma wymiar kameralny, rodzinny. Dzieje się wśród Polaków. Jej sens ma charakter nie tyle historyczny, czy polityczny, ale duchowy. Emigrant z Chicago przyjeżdża do swojego brata na polską wieś. Obaj bracia - Maciej Stuhr i Ireneusz Czop - idą razem na grób rodziców. Rozmawiają o tym, co się należy zmarłym i jakie to ma znaczenie, "skoro już ich nie ma". Tak zawiązuje się dramat, wynikający z poczucia winy wobec zmarłych. Zasadnicze pytanie filmu w tym się właśnie wyraża: czy zmarli żyją? Perspektywa opowieści dramatycznie rozszerza się. Historia rodziny Kalinów krzyżuje się z historią miejscowych Żydów. Ale pytanie pozostaje to samo: co możemy zrobić, dla tamtych umarłych i dla siebie? O tym jest ten film.


Maciej Stuhr urodził się 23 czerwca 1975 roku w Krakowie. Nie wiążąc swojej przyszłości z aktorstwem, najpierw wybrał studia psychologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i dopiero jako magister psychologii zdecydował się rozpocząć naukę na Wydziale Aktorskim PWST w Krakowie (dyplom w 2003 roku). W 2004 roku otrzymał angaż w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Zanim stał się zawodowym aktorem, dał się zauważyć w różnych produkcjach filmowych. Zadebiutował jako 13-latek w filmie TV „Dekalog, Dziesięć” (1988) Krzysztofa Kieślowskiego. W 1991 roku pojawił się u Juliusza Machulskiego w filmie sensacyjnym „VIP” oraz w polsko- francuskim obrazie wojennym „Dzieci wojny” Krzysztofa Rogulskiego. W 1997 roku zagrał w niewielkiej roli u ojca, Jerzego Stuhra w „Historiach miłosnych”. Zawodowo spotkał się z nim jeszcze w 2003 roku, na planie komediowej „Pogody na jutro” oraz w 2007 roku, przy okazji realizacji „Korowodu”. W 1999 roku zagrał jedną z głównych ról w znanej komedii „Fuks” z Agnieszką Krukówną. Dobrze czując się w tym gatunku, w tym samym roku wystąpił w filmie „O dwóch takich, co nic nie ukradli” (1999) Łukasza Wylężałka, zaś w kolejnych latach – w znanych komediach Olafa Lubaszenki: „Chłopaki nie płaczą” (2000) i „Poranek kojota” (2001). Jednocześnie grywał też w odmiennych w tonacji filmach. W 1999 roku zagrał w miniserialu wojennym „Wszystkie pieniądze świata” w reżyserii Andrzeja Kotkowskiego, w 2001 wcielił się w postać Hipolita w ekranizacji „Przedwiośnia” Filipa Bajona (nominacja do Orła), a w 2002 zagrał u Agnieszki Holland w koprodukcji „Julia wraca do domu”. W latach 2003-2004 występował wraz z Jerzym Radziwiłowiczem i Robertem Gonerą w serialu kryminalnym Władysława Pasikowskiego „Glina”. W 2004 roku pojawił się w głośnym filmie Wojciecha Smarzowskiego „Wesele”, w 2006 – po raz kolejny spotkał się z Filipem Bajonem, tym razem na planie „Fundacji”, zagrał też obok Karoliny Gruszki w znanym przeboju polskich kin – „Francuski numer” (2006). Rok 2007 to udział w znanej komedii „Testosteron”, występ u Małgorzaty Szumowskiej w obrazie zatytułowanym „33 sceny z życia”, rola w polsko-słowackim projekcie pod zachęcająco brzmiącym tytułem „Wino truskawkowe” oraz praca przy najnowszym filmie ojca - „Korowód”. Niemałe sukcesy odniósł w dziedzinie kabaretu, zwłaszcza jeśli chodzi o występy parodystyczne. Był współtwórcą kabaretu „Po żarcie”. Wielokrotnie bywał zatrudniany przy realizacji dubbingu do filmów dla dzieci (m.in. „7 krasnoludków – historia prawdziwa” 2004, „Asterix i Wikingowie” 2006). W 2005 roku został wybrany Medialną Osobowością Roku w kategorii Najbardziej Popularny Aktor. W tym samym roku był też jednym z laureatów wyróżnionych tytułem „Mistrza Mowy Polskiej”. W 2006 roku, razem z Sophie Marceau, prowadził galę rozdania Europejskich Nagród Filmowych w Warszawie. W 2009 roku zagrał w filmie "Operacja Dunaj", a rok później w obrazach "Mistyfikacja" oraz "Śluby panieńskie". Rok 2011 to rola w filmie "Daas", 2012 -M „Obława” i „Pokłosie”.

Na podstawie materiałów CSM opracował - Ryszard Zaprzałka

10:58, tarnowski_kurier_kulturalny , FILM
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -