Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
wtorek, 14 sierpnia 2012

ml

Zasadniczy materiał siódmego album zespołu T.Rex był rejestrowany wiosną 1972 roku. The Slider wydano niespełna 40 lat temu, w lipcu. Album, obok wcześniejszego – Electric Warrior, jest uważany za najlepszy w dyskografii grupy, uznaje się go także za jeden z najważniejszych krążków w historii glam rocka.

    Ilekroć sięgam do płyt z tak odległych czasów, tylekroć odbywam podróż sentymentalną. Ponoć, z wiekiem, jest to zjawisko coraz bardziej naturalne, a tak się składa, że nagrania z albumu The Slider zawsze kojarzyć mi się będą z beztroskim czasem, kiedy byłem „zadurzonym w muzyce” smarkaczem. Zanim zawładnął mną hard rock, lider zespołu - Marc Bolan był dla mnie postacią numer jeden. W tamtych latach tak bardzo chciałem zobaczyć T.Rex na żywo, że taki koncert po prostu mi się przyśnił. Minęło kilka dekad, świat się bardzo zmienił, a ja nadal chętnie wracam do piosenek Bolana i jego grupy. Jednak do rzeczy.
    Nagrania do albumu rejestrowano w kilku studiach, w Rosenberg Studios w Kopenhadze, w paryskim Château d’Hérouville oraz w studiach firmy Elektra w Los Angeles.
    Zwiastunem The Slider był wydany w styczniu 1972 roku singel z otwierającym drugą stronę albumu hitem Telegram Sam. Impulsem do napisania piosenki stał się dla Bolana autentyczny, wysłany w 1971 roku przez współpracującego z nim Sama Adlera telegram, w którym znalazła się informacja o tym, że singel Get It On uplasował się na szczycie angielskiej listy bestsellerów. Nawiasem mówiąc, charakterystyczny riff z Telegram Sam do złudzenia przypominał ten z Get It On, a jakkolwiek Telegram nie powtórzył sukcesu poprzednika za oceanem, to w lutym 1972 roku przez dwa tygodnie plasował się na szczycie zestawienia w Wielkiej Brytanii.
    Jeszcze większy sukces odniósł singel z - otwierającym album - przebojem Metal Guru. Mały krążek w trzeciej dekadzie maja 1972 roku aż na cztery tygodnie wskoczył na czoło wyspiarskiego rankingu. Po latach, ten i ów młody metalowiec nabierał się na ten „metalowy tytuł”. W gruncie rzeczy był to zwarty, mocno brzmiący kawałek, w którym Bolan odnosił się do Boga, a twierdził wtedy, że jest człowiekiem wierzącym, choć nie jest religijny.
    Drugi na płycie kawałek to Mystic Lady – spokojny, pięknie kołyszący, typowo „tireksowski” numer, z grającym na akustycznej gitarze liderem. Zresztą podobnych balladowych numerów jest na The Slider jeszcze kilka. Taki jest akustyczny Spaceball Ricochet, urokliwy w klimacie Ballrooms Of Mars - będący hołdem dla Boba Dylana i Johna Lennona. Taka też jest wieńcząca płytę urocza rockowa przytulanka - Main Man.
    Gdzieś pomiędzy balladowymi a stricte rockowymi numerami plasuje się w tym zestawie tytułowa kompozycja. Ten stylowy numer, zagrany z charakterystycznym „hipnotycznym drivem”, mimo że trwa niewiele ponad trzy minuty, przenosi słuchacza w niezwykłe „bolanowskie światy”. W podobnym klimacie utrzymany został Rabbit Fighter z efektownym smyczkowym wstępem. Zresztą smyczkowych smaczków, pełniących rolę swoistych ornamentów, jest na płycie całkiem sporo. Za te właśnie klimaty odpowiedzialny był Tony Visconti -  bliski kumpel Bolana, a zarazem znakomity producent jego płyt.
    Jeśli chodzi o wyrazistą rockowo zawartość albumu, to też wszystko się zgadza. Nawet przciężkawy, z lekka, Rock On, gdzie Bolana wsparli wokalnie muzycy zespołu The Turtles, jest solidną kompozycją. Z kolei Baby Strange, w którym można dosłuchać się ukłonu w stronę rockabilly, jest najzwyczajniej dobrym kawałkiem.
    Silnym akcentem jest na pewno Chariot Choogle z kolejnym charakterystycznym riffem i typowymi dla Bolana pokrzykiwaniami. Jednak najmocniejszym w wyrazie, brzmiącym wręcz „zeppelinowsko” kawałkiem jest zamykający pierwszą stronę winylowej płyty - Buick Mackane.
    Płyta The Slider została nagrana przez najlepszy skład w historii grupy. Lidera wsparli tu Mickey Finn - grający na kongach i instrumentach perkusyjnych, Steve Currie na basie oraz bardzo solidny pałker Bill Legend.
    Album odniósł sukces po obu stronach Atlantyku, pomógł też przebić się glam rockowi w Stanach Zjednoczonych. Krążek raz jeszcze dowiódł, że dla Bolana wypowiadanie się przy pomocy muzyki było sprawą na tyle osobistą, że wszystkie teksty napisał sam i sam też wszystko skomponował. Jego niepowtarzalna maniera wokalna z charakterystycznym wibrato, oryginalna stylistyka gry na gitarze, przejrzysta i zwarta instrumentacja, zgrabne wykorzystywanie chórków - stały na The Slider w pełni dojrzałymi, na zawsze rozpoznawalnymi wyróżnikami jego stylu.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


05:42, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Pitaval tarnowski 90 Jerzego Reutera

Pani Rybacka, matka ujętego na gorącym uczynku mordercy nigdy nie przypuszczała, że jej syn jest zwyrodniałym zbrodniarzem. Był zawsze uprzejmy, uczynny i chodził regularnie do kościoła. Żył w zgodzie z sąsiadami. Jego pasją było majsterkowanie na strychu, gdzie urządził sobie mały warsztat. Przy tym był młody i bardzo ładny - jak twierdzili wszyscy znajomi. Uczył się dobrze i wcześnie chodził spać. A jednak...

Franciszek Rybacki zaatakował w samo południe. Wszedł do domu bogatego kupca Rubina przy ulicy Pocztowej i silnym ciosem w głowę obezwładnił służącą B. Decównę. Następnie torturował biedną kobietę, kalecząc jej ciało nożem, a gdy ta nie chciała wydać kryjówki z pieniędzmi obciął jej palec. Był przy tym bardzo uprzejmy i co chwilę wypowiadał grzeczne słowa typu; "proszę", "przepraszam" i "dziękuję".
Na krzyk maltretowanej kobiety nadbiegł 14 - sto letni syn Rubina i wszczął głośny alarm. Bandyta uciszył dziecko ciosem w głowę i widząc beznadziejność sytuacji zbiegł z domu kupca w stronę Mickiewicza. Decówna nie straciła przytomności i zakrwawiona wybiegła z krzykiem na ulicę.
Na alarm służącej nadbiegli dwaj policjanci i puścili się w pogoń za złoczyńcą, wrzeszcząc na cały głos "łapać!". Gdy dzielni stróże prawa zwątpili w skuteczność pościgu z pomocą przyszedł rządca z Łowczówka, stojący przy swojej furmance obok siedziby "Sokoła". Widząc nabiegającego zbira bohaterski rolnik zdzielił go w głowę blaszaną bańką na mleko i powalił na trotuar.
Zanim policjanci dobiegli i zakuli w kajdanki Rybackiego, ten podniósł się jeszcze i wbił w brzuch rządcy ostry sztylet, pozbawiając go tym samym życia. Po uderzeniu bańką ścigany Rybacki nie miał siły uciekać, więc oddał się w ręce gorliwych stróżów prawa.
Przy złapanym bandycie policjanci znaleźli jeszcze toporek wojskowy i siekierę. W pierwszych zeznaniach twierdził, że dopuścił się napadu z braku innego zajęcia. Zeznania spisano, a palec Decównej zabezpieczono w spirytusie.
Franciszek Rybacki był młodym 22 - letnim mężczyzną o dziecinnej, pełnej urody fizjonomii. Nigdy nie notowany na policji, ani karany sądownie, mieszkał z matką w małym domku przy ulicy Skargi i nikt z sąsiadów nie powiedziałby o nim złego słowa.
Nasuwało to podejrzenia o działalność w większej grupie. Dopiero przeprowadzona rewizja pokazała prawdziwe oblicze tego przystojnego i groźnego młodzieńca. W gołębniku i na strychu policjanci znaleźli ukryte granaty wojskowe i kilka sztuk broni palnej z amunicją. Rybacki przyznał się, że formował bandę podobnych do siebie przestępców. Mieli zamiar dokonać serii napadów w podtarnowskich wsiach na bogatych gospodarzy i kościelne plebanie, a jak się uda, to rozszerzyć działalność na sąsiednie województwa. Na szczęście przy opisywanym napadzie nie użył swojego palnego arsenału.Przez wiele dni, po ujęciu Rybackiego, zaciekawieni tarnowscy obywatele przychodzili pod budynek "Sokoła" - dzisiejszy teatr - oglądać plamy krwi na chodniku.

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


05:37, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2012

Śmiała teza ale w sierpniu - miesiącu trzeźwości, jak najbardziej warta rozważenia...


12:55, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 sierpnia 2012

Sierpień miesiącem trzeźwości

Namawianie czy przymuszanie do picia nie jest bliskie tradycji biblijnej. Abstynencja też nie. Biblijny model picia alkoholu ukazuje opis uczty u króla Aswerusa w Księdze Estery, na której kto chciał, ten pił, i pił tyle, ile chciał. Niektórzy zapewne do przesady.
Obżarstwo ponoć najlepiej leczyć postem, opilstwo – abstynencją. Ale w jednym i drugim przypadku łatwo o efekt jojo. Znam wielu czekających z utęsknieniem na Wielkanoc, by mogli się najeść słodyczami, których sobie odmówili. I takich, którzy wypatrują 1 września, by móc bez większego wyrzutu sumienia powrócić do kieliszka. Dla niektórych to zapewne duże wyrzeczenie, ale stałość w cnocie umiaru bywa trudniejsza niż miesiąc wyrzeczenia.


Zgubny wynalazek

Najpopularniejszym chyba cytatem biblijnym dotyczącym wina jest fragment z Psalmu, w którym autor uwielbia Boga za to, że każe „rosnąć trawie dla bydła i roślinom, by człowiekowi służyły, aby z roli dobywał chleb i wino, co rozwesela serce ludzkie” (Ps 104, 14-15a). Do motywu rozweselania serca Pismo św. powraca wiele razy. Jaki to rzeczywiście stan opisywany jest w polskim tłumaczeniu za pomocą czasownika „rozweselać” i przymiotnika „rozweselony”, trudno stwierdzić jednoznacznie. Czy to stan zamroczenia, czy już upojenia, a może jedynie synonim dobrego humoru?

Biblia rozwiewa wątpliwości. Przykładowo, serce króla Aswerusa rozweseliło się winem już w siódmym dniu uczty (Es 1, 10)! A była to zapewne uczta, na której nie brakowało wina. Rozweselenie serca, jeśli przekroczy miarę, szybko może zostać wykorzystane przez potencjalnego nieprzyjaciela – wprowadzenie kogoś w stan upojenia alkoholowego od dawna znane było jako skuteczny oręż w walce. Doświadczył tego Amnon, brat Absaloma, na którym ten chciał się zemścić. „Uważajcie! – mówił Absalom do swoich sług – Gdy Amnon rozweseli serce winem, a ja powiem »Uderzcie na Amnona!«, wtedy zabijecie go” (2 Sam 13, 28). Jak zaświadcza autor, słudzy skrzętnie wykorzystali okazję.

Tradycja biblijna wskazuje, że jako pierwszy wino produkował Noe: „był rolnikiem i (...) pierwszy zasadził winnicę” (Rdz 9, 20). Niestety, wynalazca wina stał się też jego ofiarą: „Gdy napił się wina, odurzył się nim i leżał nagi w swym namiocie” (9, 21). Co prawda, dwaj jego synowie – Sem i Jafet – szybko przykryli nagość ojca, ale ten, który zobaczył go pierwszy – Cham – zamiast zadbać o nadszarpniętą godność rodzica, pobiegł do innych z tą pornograficzną informacją.

Alkohol stał się też narzędziem do spełnienia kazirodczego planu córek Lota. „Chodź więc, upoimy ojca naszego winem i połóżmy się z nim, a tak będziemy miały potomstwo z ojca naszego” (Rdz 19, 32) – namawiała starsza siostra młodszą. Plan zrealizowały w dwie kolejne noce. Upiły ojca tak, że nie wiedział ani kiedy każda z nich się kładła, ani kiedy wstała. „I tak obie córki Lota stały się brzemienne za sprawą swego ojca” (19, 36). Starsza dała synowi imię Moab, młodsza – Ben-Ammi. Historia ta niosła w sobie zapewne pogardliwe i dyskredytujące w oczach Żydów wyjaśnienie pochodzenia dwóch ludów – Moabitów i Ammonitów, którzy – choć blisko spokrewnieni z Izraelitami – byli w stanie nieustannej z nimi wojny.

Tak czy inaczej, rację ma prorok Ozeasz, przypominając, że „wino i moszcz odbierają rozum” (Oz 4, 10).

Abstynenci i pijanice

Jezus nie należał – posługując się współczesnymi kategoriami – do abstynentów. Nie wszystkim było to w smak, niektórzy pewnie do dziś z trudnością wybaczają Mu cud w Kanie.

Jezus wiedział, jaką w związku z tym ma opinię u współziomków. Miał świadomość, że mówią o nim „żarłok i pijak” (w jakimś tłumaczeniu znalazłem jeszcze bardziej pejoratywne określenie: „pijanica”). Ta – zapewne przesadzona – opinia nie była jednak zupełnie bezpodstawna. Karty Ewangelii świadczą, że Jezus z chęcią partycypował w życiu towarzyskim. Niejednokrotnie korzystał z gościnności, by wspomnieć choćby wesele w Kanie, posiłek u faryzeusza Szymona czy ucztę w Betanii. Wino było nieodłącznym elementem tych posiłków, stając się zresztą wraz z chlebem, z woli samego Pana, materią dla Eucharystii. Wina nie brak też w obrazach mesjańskich: Pan Zastępów „przygotuje dla wszystkich ludów (...) ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win” (Iz 25, 6)

Abstynencja była znana w czasach biblijnych, stanowiąc część ślubu nazireatu (opartego na prawie Mojżesza ślubu pełnego poświęcenia się Bogu). Oprócz przyrzeczenia powstrzymania się od wina i sycery (wysokoprocentowego alkoholu z owoców), nie wolno było ścinać włosów i brody oraz zbliżać się do zwłok. Z bohaterów biblijnych nazirejczykami byli m.in. Samson, Samuel i Jan Chrzciciel. To o tym ostatnim krążyła opinia, że „zły duch go opętał”, ponieważ „nie jadł chleba i nie pił wina” (Łk 7, 33-34). Okazuje się więc, że i wówczas ci, którzy podejmowali przed Bogiem śluby czasowej czy trwałej abstynencji, mieli w społeczeństwie opinię dziwaków.

Bóg domaga się jednak szacunku wobec nazirejczyków jako swoich wybrańców. Podobnej postawy Bóg wymaga zapewne i od nas wobec tych, którzy dziś składają śluby czy też przyrzeczenia abstynencji, zwłaszcza z wyższych racji. Zapowiada karę dla tych, którzy nakłaniają do złamania ślubu: „Wzbudzałem spomiędzy waszych synów proroków, a spomiędzy waszych młodzieńców – nazirejczyków. (...) A wy dawaliście pić nazirejczykom wino i prorokom rozkazywaliście: »Nie prorokujcie!«. Oto zmiażdżę was tak, jak miażdży wozowy walec napełniony snopami” (Am 2, 11-13).

Namawianie, nakłanianie czy przymuszanie do picia nie jest bliskie tradycji biblijnej. Abstynencja też nie. Wydaje się, że najlepiej biblijny model picia alkoholu (oczywiście: wina) ukazuje opis uczty u króla Aswerusa, gdzie było „wina królewskiego wiele według zwyczaju króla”. „Picie odbywało się wedle takiego polecenia: nie było nikogo przymuszającego, bo tak zarządził król wszystkim urzędnikom swego domu: »Niech każdy czyni, co mu się podoba«” (Es 1, 8). Kto chciał, ten pił. I pił tyle, ile chciał. Niektórzy zapewne do przesady.

Żmija w butelce

Biblia przestrzega przed nadmiarem alkoholu i przed towarzystwem tych, którzy nie znają umiaru w piciu. „(...) nie bądź z tych, co winu hołdują lub mięsem się lubią obżerać; bo pijak i żarłok jest w nędzy, ospałość chodzi w łachmanach” (Prz 23, 20-21). I dalej: „Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo płynie przez gardło: bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza” (19, 31-32). Obraz żmii podkreśla przebiegłość działania alkoholu, który na początku wydaje się niewinny, a może stać się przyczyną niejednego nieszczęścia.

Na pytania: „U kogo »Ach!«, u kogo »Biada!«, u kogo swary, u kogo żale, u kogo rany bez powodu, u kogo oczy są mętne?” – autor Księgi Przysłów odpowiada wprost: „U przesiadujących przy winie, u chodzących próbować amfory” (23, 29-30). Tych, którzy nie znają umiaru w piciu alkoholu, dosięga nawet „biada” wypowiedziana przez Jahwe ustami proroka: „Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina i dzielni w mieszaniu sycery” (Iz 5, 22), „biada pysznej koronie pijaków Efraima”, „biada zamroczonym winem!” (28, 1).

Nowy Testament również zaleca roztropność w piciu wina. I to z wielu powodów. Jednym z nich jest unikanie zgorszenia. Św. Paweł wzywa, by nie sądzić nikogo według tego, co je i pije. W tle pozostaje problem pokarmów nieczystych, do czego Żydzi przywiązywali zasadniczą wagę. Paweł daje jasną zasadę: wszystko jest czyste i wszystko można spożywać, ale „dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata razi, gorszy albo osłabia” (Rz 14, 21). Drugą przestrogę znamy już ze Starego Testamentu: „I nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości” (Ef 5, 18). Współzależność alkoholu i seksualnej rozwiązłości znajdzie najpełniejszy wyraz w Apokalipsie, gdzie w wizji Wielkiej Nierządnicy czytamy wprost o „winie jej nierządu” (Ap 17, 2). Jednocześnie ten sam Paweł zaleca Tymoteuszowi, by samej wody nie pił, ale ze względu na zdrowie używał wina „po trosze”, a więc z umiarem (1 Tm 5, 23). To więc, co może prowadzić do grzechu, może też być lekarstwem.

Alkohol pozostaje pokusą dla wszystkich: młodych i starych, duchownych i prowadzących życie światowe. „Kapłan i prorok chodzą chwiejnie na skutek sycery, wino zawróciło im w głowie, zataczają się pod wpływem sycery, chodzą jak błędni, miewają zwidzenia” (Iz 28, 7). Dziś może dziwić przestroga, którą św. Paweł formułuje wobec kandydatów do biskupstwa, by był to ktoś „nie przebierający miary w piciu wina” (1 Tm 3, 2), co wydaje się nam więcej niż oczywiste. Że przypadłość ta może dotknąć każdego i zawsze, świadczy Apostoł Narodów, który zaleca nie tylko starcom, by byli ludźmi trzeźwymi, ale i starszym kobietom, by nie upijały się winem (Tt 2, 3).

Jeśli więc „pić biblijnie”, to tak, jak zakładał to sobie Kohelet (2, 3): „Postanowiłem w sercu swoim krzepić ciało moje winem – choć rozum miał zostać moim mądrym przewodnikiem”. Oby!

Ks. Andrzej Draguła
(Tygodnik Powszechny)


09:04, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 sierpnia 2012

Część pierwsza

Od 2006 roku Tarnowskie Centrum Kultury zaprasza mieszkańców (i nie tylko) na muzyczne sierpniowe piątki na tarnowskim Rynku, które już tradycyjnie odbywają się pod hasłem BYŁ SOBIE BLUES. Przed nami 7. edycja tych mających swoją wierną publiczność bleusowych koncertów. Popularnej, masowej imprezy, mającej już swoje stałe miejsce w kulturalnym kalendarzu miasta. Animatorem i dyrektorem artystycznym Festwalu jest znany i wysoko ceniony w środowisku tarnowski gitarzysta, kompozytor, wokalista Wojciech Klich, który także poprowadzi każdy z koncertów. Wśród wykonawców występujących w poprzednich edycjach mogliśmy zobaczyć i usłyszeć m.in. Maćka Maleńczuka, Anikę, Gienę Loskę, Romana Puchowskiego, Devil Blues, Leszka Cichońskiego, The Bluesmobile Band, Los Agentos, Kasę Chorych, Riders, Tomi Blues Kapelę, Karolinę Cygonek, Obstawę Prezydenta, Tadeusza Pocieszyńskiego, Piotra Resteckiego, Hoodoo Band, 40% Bluesa, Kłusy z Bluesem, Blues Doctors, David Molus, Komarańcze, Szósta Zero Dwie, Boogie Boys, Blue Sounds, Ściganych, Texasy, Jana „Kyks” Skrzeka, Leszka Windera, Przytuła&Kruk, Magdę Piskorczyk, Siódma w Nocy, Osły, Arka Boryczkę, Big Fat Mama, Around The Blues, Kajetana Drozda z Acoustic Trio, Breakmaszyna, Blue Machine, Cotton Wing, Wojtka Klicha, Limboski„Tribute To Georgie Buck” oraz specjalnego koncertu W Hołdzie Tadeuszowi Nalepie. W tym roku na ustawionej na tarnowskim Rynku scenie zaprezentują się zarówno znani  „wyjadacze" bluesa, jaki młode blues-rockowe formacje. Wśród wykonawców tegorocznej edycji zobaczymy i usłyszymy: HOKUS BLUES BAND, KAROLINĘ CYGONEK & JAN GALACH BAND, CHEAP TOBACCO, BIG FAT MAMA oraz specjalnych gości WOJTKA KLICHA: ANIKĘ, PIOTRA RESTECKIEGO, MARKA RADULEGO, PIOTRA CUGOWSKIEGO. Po plenerowych koncertach organizatorzy zapraszają do Klubu Przepraszam (Rynek 10) na występ zespołu 40% BLUESA i jam session. I tak 10 sierpnia 2012 wystapią HOKUS BLUES BAND, KAROLINA CYGONEK & JAN GALACH BAND. 17 sierpnia 2012 zaprezentuje się sam WOJTEK KLICH i jego GOŚCIE: ANIKA, PIOTR RESTECKI, MAREK RADULI, PIOTR CUGOWSKI. Festiwal zakończy się 24 sierpnia 2012 koncertem - CHEAP TOBACCO, BIG FAT MAMA.



Wojtek Klich, gospodarz Festiwalu, to obecnie jeden z najbardziej wpływowych współczesnych polskich gitarzystów. Jest założycielem i lider formacji „Bardzo Orkiestra”, która budzi do życia jego własne fantazje muzyczne. „Orkiestra” nie jest kolejnym zwykłym polskim zespołem bluesowym. Orkiestra stanowi środowisko dla nieoficjalnych spotkań amatorów i profesjonalnych muzyków z rodzinnego miasta Wojtka – Tarnowa.
Wojtek Klich jest producentem wielu kultowych imprez m.in.: Zaduszki Dżemowe, Wydmuszki Rockowe, Wianuszki i Rockowe O!płateczki, na które zawsze zapraszał wielu polskich muzyków, jak m.in.: Tadeusz Nalepa, Wojtek Waglewski (Voo Voo), Sławek Wierzcholski (Nocna ZMIANA Bluesa), Małgorzata Ostrowska (Lombard), Jerzy Styczyński (Dzem), Adam Otręba (Dzem), Jan Borysewicz (Lady Punk), Janusz Panasewicz (Lady Punk), Martyna Jakubowicz, Grzegorz Markowski (Perfect), Dariusz Kozakiewicz, Robert Gawliński (Wilki), Kasia Kowalska, Ryszard Sygitowicz, Pocieszynski Tadziu, Jan „Kyks” Skrzek, TITUS, Marek Piekarczyk (TSA) i Maciej Maleńczuk. Przez wiele lat był gitarzystą jednego z najlepszych polskich zespołów rockowych – Ziyo. Muzyczna historia Wojtka jest bardzo długa, a jedynym sposobem, żeby ją poznać i zrozumieć jest spotkanie z jego muzyką na żywo. Ostatnio odpowiedzialny jest za sukces solowej płyty Ani Wyszkoni, dla której napisał kilka kompozycji.

 


10 sierpnia na tarnowskim Rynku odbędzie się pierwszy z trzech zaplanowanych koncertów w ramach tegorocznej edycji BYŁ SOBIE BLUES. Podczas koncertu wystąpią Hokus Blues Band oraz Karolina Cygonek & Jan Galach Band. Początek imprezy o 19:30.


Hokus Blues Band - działa od listopada 1996 r. a tworzą go doświadczeni muzycy grający wcześniej w znanych grupach rock and rollowych, rhythm and bluesowych i rockowych. Wymienić należałoby przynajmniej takie zespoły i wykonawców jak: "Krzak", Czesław Niemen, Tadeusz Nalepa, Antymos Apostolis, Dariusz Kozakiewicz, Stanisław Sojka, Easy Rider, Monkey Business, Kwadrat, Black and White, Big Band Ireneusza Dudka.
Muzyka, którą gra zespół "Hokus" jest to klasyczne połączenie rocka i rock and rolla . Program zespołu to 3 godziny muzyki na żywo fantastycznie odbieranej przez słuchaczy. W programie koncertu prezentowane są oprócz kompozycji własnych także przebojowe utwory gwiazd światowej sławy jak: The Beatles , Dire Straits , Jimi Hendrix , Free , B.B. King, Gary Moore, Johnny Winter , Peter Green ,Bob Dylan , Cream, Eric Clapton , Blues Brothers , John Mayall , a także polskich artystów takich jak Lady Pank , DŻEM , Tadeusz Nalepa .
Koncerty zespołu odbierane są bardzo dobrze, ponieważ w zróżnicowanym programie każdy znajdzie coś dla siebie. Hokus występuje z powodzeniem na wszelkiego rodzaju imprezach plenerowych a także w klubach. Zespół występował na różnego rodzaju festiwalach ,z których wymienić należałoby chociaż festiwal "Bluestracje" w Chorzowie albo festiwal "Ku Przestrodze" poświęcony pamięci Ryszarda Riedla odbywający sie w Tychach ,czy też festival bluesowy w Kłobucku "Blues nad Okrzą" a także festiwal "Śląskie brzmienie" w Leśniczówce w Chorzowie ,kultowym miejscu dla śląskiego rocka i bluesa. Zespół koncertował również w Teatrze Rozrywki w Chorzowie przed czarnoskórą wokalistką bluesową z Chicago, Shemekią Copeland, zdobywczynią trzech nagród Grammy w dziedzinie bluesa.



Jan Gałach Band razem z Karoliną Cygonek. Jan Gałach to skrzypek, cajonista, gitarzysta, wokalista, kompozytor, autor piosenek. Swoim charakterystycznym stylem gry wprawia w zachwyt publiczność, a wyjątkowy głos Karoliny Cygonek uczyni, że wieczór ten słuchacze będą długo wspominać. W roku 2007 i 2008 Karolina Cygonek została uznana przez czytelników kwartalnika „Twój Blues” za najlepszą wokalistkę bluesową w Polsce. w tym samym plebiscycie Jan Gałach, w kategorii instrumenty różne, zajął pierwsze miejsca w 2007 i 2010 roku.
Muzyka, którą zaprezentuje zespół jest na pograniczu bluesa, jazzu i rocka. Będzie można usłyszeć kompozycje własne oraz znane standardy. W najbliższym czasie ukaże się debiutancka płyta zespołu, zawierająca głównie autorskie kompozycje.
Warto wspomnieć, że Karolina gościła już na Był Sobie Blues, a jej występy z ToMi Blues Kapelą (2007) czy podczas koncertu "Bielszy odcień bluesa" (2008) cieszyły się znakomitym przyjęciem. Jan Galach miał okazję występować przed tarnowską publicznością w zespole Martyny Jakubowicz (Piwnice TCK, 2006).

Skład zespołu:
Jan Gałach – skrzypce
Karolina Cygonek – wokal
Marek „Pegaz” Kobus – gitara
Borys Sawaszkiewicz – klawisze
Marek Idzik – bas
Jakub Fiszer – perkusja

oprac. Ryszard Zaprzałka

Źródło: TCK oraz Internet


05:30, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Komentarze (1) »

Część druga

17 sierpnia 2012 zaprezentuje się sam WOJTEK KLICH i jego GOŚCIE: ANIKA, PIOTR RESTECKI, MAREK RADULI, PIOTR CUGOWSKI.

Piotr Restecki – pochodzący z Kielc gitarzysta, wirtuoz fingerstyle, kompozytor. Uczeń mistrzów takich jak: Paweł Steidl, Thomas Pering, Marco Tamaro. Współpracuje z wieloma artystami sceny polskiej m.in.: z Andrzejem Piasecznym, Markiem Terczem czy Markiem Zygmuntem. Szerszej publiczności dał się poznać m.in. w finale programu muzycznego „Must be the music”. Charyzmatyczny, zdystansowany, o ironicznym poczuciu humoru. Obecnie pracuje nad drugą autorską płytą. Na casting do programu Polsatu „Must be the music”,który odbył się w Rzeszowie, zaskoczył jurorów grając na gotarze przebój Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”. W półfinałowym odcinku, Piotr wykonał utwór Bill’ego Haleya „Rock Around The Clock”, który połączył z motywem zorby i flamenco. Jurorzy byłi pod wrażeniem i nagrodzili Piotra czterokrotnym tak. Po występie usłyszał od Kory, że „tym razem było wystarczająco precyzyjnie”, Ela Zapendowska powiedziała „Szacun”, a Adam Sztaba, że „w tym jest coś z wirtuozerii”. Gitarzysta spodobał się nie tylko jurorom, ale również widzom, którzy swoimi smsami dali mu szansę uczestnictwa w finale show Polsatu. Sposób jego grania nazywany jest „fingerstyle”, czyli gra na gitarze stwarzająca złudzenie, jakby na scenie zamisat jednego muzyka występował cały zespół. Gry lekcji na gitarze pobierał u gwiazd grających na gitarze m.in. u Pawła Steilda (Czechy), Thomasa Peringa (Niemcy), Marco Tamayo (Kuba), Aleksandra Vinitsky (Rosja), Jamesa Wagnera (Niemcy), Marka Napiórkowskiego.
Ma na koncie debiutancką płytę pt. „Piotr Restecki”.

 

Marek Raduli (ur. 21 czerwca 1959 w Kędzierzynie-Koźlu) – polski gitarzysta, aranżer, kompozytor, muzyk sesyjny. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV[1]. W swojej karierze solowej związany z takimi gatunkami muzycznymi jak jazz, jazz-rock, rock czy blues.
Raduli w szkole muzycznej uczył się grać na perkusji. Karierę zaczynał w opolskim środowisku, przez pewien czas grał na gitarze i perkusji w jednym z pierwszych składów TSA. W 1982 roku, już jako gitarzysta, związał się na kilka lat z pop-rockowym zespołem Banda i Wanda, gdzie grał m.in. z Jackiem Krzaklewskim (później Perfect). W roku 1985 wziął udział w sesji nagraniowej szwedzkiej grupy Baden Baden podczas nagrywania albumu You Are the One w studio krakowskiego Teatru STU. Na okładce płyty został jednak pominięty[2].
W latach 90. był członkiem m.in. Bajmu i grupy Tadeusza Nalepy, jako muzyk sesyjny udzielał się też w wielu innych projektach m.in. z Marylą Rodowicz i Jackiem Skubikowskim. Jednak najbardziej znany jest jako gitarzysta Budki Suflera, w której składzie występował w latach 1993-2003 i z którą nagrał 9 płyt. W 1996 nagrał solowy album Meksykański symbol szczęścia. W 1997 roku czytelnicy czasopisma Gitara i Bas uznali go gitarzystą roku.
Po odejściu z Budki gra w założonym przez siebie zespołach – ΠR2 (alternatywna pisownia: Pi-eR-2) – (Wojciech Pilichowski – bas, Tomasz Łosowski – perkusja) i SQUAD (wersja rozszerzona z instrumentami klawiszowymi – Wojtek Olszak i skrzypcami – Adam Bałdych, bywają także inne konfiguracje personalne), w zespołach Krzysztofa Ścierańskiego i w kwartecie Zbigniewa Jakubka oraz z innymi zespołami (np. Funk dE Nite Ryszarda Krawczuka czy grającą muzykę irlandzką polską grupą Carrantuohill).
Jesienią 2006 został zaproszony do projektu Krzysztofa Ścierańskiego The Colors (perkusja – Paul Wertico, dwie dekady z Pat Metheny Group, wibrafon – Bernard Maseli); w takim składzie zrealizowali dobrze przyjęte, szybkie tournée po Środkowej Europie (Słowacja, Węgry, Polska). Na początku 2007 roku okazało się, że w dorocznym plebiscycie 'Jazz Top 2006' pisma Jazz Forum, w kategorii 'gitara', poprzedzony przez Jarosława Śmietanę i Marka Napiórkowskiego, znalazł się na trzecim miejscu. Wczesną wiosną 2008 roku został zaproszony do pracy w niedawno reaktywowanym krakowskim zespole 'Laboratorium' (Marek Stryszowski – voc, sax, Janusz Grzywacz – kbs, Krzysztof Ścierański – bg). Jednocześnie do koncertowania powrócił zespół 'Raduli SQUAD' (z Radkiem Owczarzem na perkusji). W listopadzie 2008 roku ukazała się druga płyta ΠR2, zatytułowana time52.
W ramach opolskiego Międzynarodowego Festiwalu Perkusyjnego w 2003 wystąpił z Willi Calhoun'em oraz Bobym Jarzombkiem, w 2005 z Tonym Roysterem Jr[3], a w 2009 z Thomasem Langiem.
Marek Raduli od lat prowadzi zajęcia w klasie gitary na cieszących się wielką popularnością warsztatach muzycznych, odbywających się coraz liczniej w całej Polsce (w Muzycznej Owczarni w Jaworkach i w takich miejscowościach jak Końskie, Grodków, Kargowa, Krzyżowa, Bolesławiec).
Jest członkiem stowarzyszenia działającego przy klubie Muzyczna Owczarnia w Jaworkach oraz częstym gościem klubu. Posiada wiatrak obok Owczarni. Przed rokiem wystąpił również w Tarnowie…

 


Piotr Cugowski (ur. 5 października 1979 w Lublinie) – wokalista grupy Bracia, założonej wraz z bratem Wojtkiem, syn Krzysztofa Cugowskiego, wokalisty Budki Suflera. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Od 25 października 2008 jest żonaty z dziennikarką polsatowskiej "Interwencji", Elizą Tokarczyk. Współpracował i wykonywał utwory z wieloma wykonawcami: Garou, Robertem Janowskim, Adamem Sztabą, Eweliną Flintą, Kasią Cerekwicką, Joanną Liszowską, Maciejem Silskim, Krzysztofem Zalewskim, Grzegorzem Markowskim, Arturem Gadowskim, Haliną Frąckowiak, Małgorzatą Ostrowską, Stanem Borysem, Alicją Bachledą-Curuś, Ewą Małas-Godlewską, zespołem Harlem, Januszem Józefowiczem oraz Nataszą Urbańską. Wraz z zespołem Bracia nagrał płytę Fobrock, która została nominowana do nagrody Fryderyków 2006 w kategorii "Płyta rock/metal" oraz do Superjedynek w kategorii "Rock". Otrzymał też nagrodę Złotych Dziobów jako debiut roku. Podczas festiwalu TOPtrendy 2007 wraz z zespołem otrzymał "Nagrodę Główną", "Nagrodę Internautów", "Nagrodę Dziennikarzy" oraz "nagrodę Miasta Sopotu". W 2004 zagrał epizodyczną rolę w filmie Atrakcyjny pozna panią w reżyserii Marka Rębacza[2]. Wykonał także utwór "Ten mały błąd" oraz "Tylko tyle wiem" do filmu Disneya Kurczak mały z tekstem autorstwa Małgorzaty Szpitun. Brał udział w programie telewizyjnym Bar V: V.I.P. Wystąpił w muzycznym show Janusza Józefowicza i Nataszy Urbańskiej "Przebojowa noc". Od początku października 2007 wraz z bratem i Agnieszką Chylińską jest jurorem w programie MTV Rockuje!
Cover utworu Michaela Jacksona - Dirty Diana w jego wykonaniu został wykorzystany w filmie "Kochaj i tańcz". W 2009 został nominowany do Fryderyka w kategorii "Wokalista roku". Zaśpiewał piosenkę "Road To Valhalla" (cover Skrewdriver) na płycie zespołu RAC Gammadion "Zemsta Ofiar" z 2003.



24 sierpnia 2012 koncert - CHEAP TOBACCO, BIG FAT MAMA.

Zespół Cheap Tobacco został założony w Krakowie w czerwcu 2010r, jednak dopiero pół roku później, wykrystalizował się jego obecny skład: Natalia Kwiatkowska objęła stanowisko wokalistki, Robert Kapkowski zajął się gitarą elektryczną , gitara basowa wybrała Mikołaja Spendla, a Adam Partyka zasiadł za perkusją. Pierwszy poważny występ zespołu odbył się podczas koncertu chartytatywnego „Stypendium Bluesroads” pod patronatem Festiwalu Bluesroads w Krakowie. Niespełna dwa miesiące później, Cheap Tobacco zdobyło 2-gie miejsce oraz nagrodę publiczności podczas 2-giej edycji festiwalu Bluesroads. We wrześniu 2011r. Cheap Tobacco zostało laureatem Galicja Blues Festival 2011 w Krośnie. W tegorocznej edycji festiwalu Las, Woda& Blues zespół zdobył nagrodę publiczności, drugie miejsce od jury oraz nagrodę burmistrza miasta Sławy. Najświeższym osiągnięciem zespołu jest zdobycie Grand Prix Festiwalu Kodex Blues 2012 oraz Wetwater Blues Festival 2012.
Zespół współpracował między innymi z Jackiem Korohodą, Jarkiem Śmietaną i Marcinem Hilarowiczem. Oprócz tego regularnie występują na krakowskich scenach muzycznych, grając między innymi obok takich zespołów jak: Blue Machine, L’Orange Electrique, Przytuła&Kruk.
Muzyka, jaką wykonuje zespół nie jest łatwa do zdefiniowania. Oscyluje wokół takich gatunków muzycznych jak blues, rock, funk, jednak w prezentowanym materiale można dostrzec, że zespół nie ogranicza się tylko do wyżej wymienionych. Ponadto starają się unikać rutyny w swoich występach, tak więc poza koncertami elektrycznymi, grają czasem akustycznie, a ostatnio we współpracy z sekcją dętą i chórkami.

 Big Fat Mama to grupa siedmiu młodych muzyków, którzy na scenie grają m. in. soul, rock’n’roll, funk, bootsy. Przywołując stare dobre brzmienia za pomocą nowoczesnych akcesoriów rozśmieszają tekstami i szokują ekstrawaganckimi strojami. Zespół od początku istnienia zagrał kilkaset koncertów w kraju i za granicą. Występował m. in. na festiwalu w Opolu w 2007 roku, czy podczas Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w Salzburgu.
„Nazywamy się Big Fat Mama i jesteśmy zespołem ze Szczecina. Nasze pierwsze kroki jako formacji muzycznej miały miejsce w tym właśnie mieście. Występy w szczecińskich klubach dla większości z nas wiążą się z pierwszymi doświadczeniami scenicznymi. Nasze wspomnienia wiążą się z miejscami takimi, jak „Free Blues Club”, nieistniejącym już „Blue Crow”, „Pinokio”, „Kontrasty" czy "DK Słowianin”. Dziś koncertujemy w całej Polsce i wielu krajach Europy, lecz wszędzie tam, gdzie pojedziemy zaznaczamy skąd pochodzimy i gdzie mieszkamy. W 2007 roku byliśmy częścią wielkiego dla Szczecina wydarzenia czyli „Tall Ship Races” – światowego zlotu żaglowców. Występowaliśmy wtedy na jednej scenie z innymi szczecińskimi zespołami, które odniosły sukces i stały się ogólnie znane. To było dla nas duże wyróżnienie. Tego samego roku reprezentowaliśmy Szczecin na festiwalu w Opolu, wtedy to miasto pomogło nam rozreklamować nasz występ i zdobyć szerszą publiczność. Rok później propagowaliśmy strategię „Floating Garden” w trakcie naszego pobytu i koncertu na Mistrzostwach Europy w Piłce Nożnej w Austrii.
Nazwa naszego miasta pojawiała się też często w kontekście występu Big Fat Mamy na Przystanku Woodstock w 2009. To największy festiwal w Europie, który przyciąga 450 tysięcy widzów. Zespół występował wtedy w tzw. „prime time” imprezy i zebrał znakomite recenzje - również od obecnego na festiwalu pomysłodawcy i organizatora pierwszego Woodstocku 1969 – Michaela Langa. Podobnie było w przypadku Montreux Jazz Festival 2010 w Szwajcarii - największego na świecie festiwalu muzyki jazzowej i popularnej.
Wielu naszych znajomych, zdolnych muzyków, opuściło Szczecin dla możliwości finansowych jakie stwarza Warszawa, czy inne duże miasta Polski; część wyjechała z kraju by podbijać zachodnie rynki muzyczne. My jesteśmy wierni Szczecinowi i mieszkanie w nim, potrafimy godzić z naszą życiową pasją. Tu żyje nam się spokojnie i dobrze.”

 

oprac. Ryszard Zaprzałka

Źródło: Internet


05:30, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 sierpnia 2012

Książę Hieronim Sanguszko musiał być zapewne dumny, kiedy około 1790 roku stanął na placu, który dziś ma za patrona króla Jana III Sobieskiego, i popatrzył na frontową ścianę nowo wybudowanego przez siebie, okazałego domu. Gdyby dziś Hieronim Sanguszko spojrzał na swój, wybudowany zapewne dużym kosztem i niemałym trudem, dom, byłby zapewne niemile zdziwiony, co po ponad dwustu latach potomni z jego budowlą zrobili. Dom Książęcy, jeden z najbardziej okazałych budynków w centrum Tarnowa, stoi nieużywany i mocno „nadgryziony” przez ząb czasu. Niemiło kontrastując z innymi odnowionymi i po prostu pięknie wyglądającymi kamienicami w centrum miasta, niecierpliwie czeka na remont i otwarcie nowego rozdziału swojej historii. Właściciel budynku chciałby wprawdzie zainwestować w remont, ale konserwator zabytków nie zgadza się na tak dalekie ingerencje w obiekt, jakie proponuje. Tymczasem w tarnowskim starostwie powiatowym żałują decyzji sprzed kilku lat o pozbyciu się kamienicy i mówią, że jeśli byłaby ona na sprzedaż, to rozważyliby jej zakup…

 


 

Ostatni właściciel Tarnowa

Zanim Hieronim Sanguszko, ostatni właściciel Tarnowa, wziął się za budowę Domu Książęcego, miał całkiem interesujące życie wplecione w dramatyczne losy upadającej ojczyzny. Odebrał wykształcenie, ucząc się między innymi w sławetnym Collegium Nobilium w Warszawie, był wojskowym, generałem wojsk koronnych, litewskich, a także mianowanym przez carycę Katarzynę- wojsk rosyjskich. Jak można się dowiedzieć z opracowań dotyczących jego osoby, w dramatycznych okolicznościach Sejmu Wielkiego, próbującego ratować Rzeczpospolitą, był przeciwnikiem uchwalenia Konstytucji 3 Maja, ale w późniejszych powstaniach, które ostatecznie nie ocaliły kraju przed decydującym rozbiorem, opowiedział się po stronie tych, którzy walczyli z caratem.
Jego rodowa własność- Tarnów - straciła przynależność do Rzeczypospolitej znacznie wcześniej, bo już w 1772 roku po I rozbiorze miasto stało się częścią zaboru austriackiego. Piętnaście lat później Sanguszkowie stracili administracyjną i sądowniczą władzę w Tarnowie na rzecz nowego rządu. Paradoksalnie okres upadku Rzeczypospolitej stał się dla samego miasta okresem rozkwitu. Zostało stolicą obwodu, siedzibą diecezji, a więc ważnym ośrodkiem na mapie Galicji. Miasto przeobrażało się, do czego przyczyniły się liczne w tamtym czasie inwestycje budowlane.
Znany tarnowski historyk, zmarły przed kilku laty Stanisław Potępa w swojej książce „Złota era Tarnowa” zaznaczył: Architektura Tarnowa przełomu XVIII i XIX wieku była wyjątkowo bogata zarówno ilościowo, jak i jakościowo. Sam Książę Hieronim przyczynił się do tego, wznosząc wspomniany dom, a w 1799 roku nową rezydencję rodu - Pałac w Gumniskach. Zmarł w 1812 roku w Sławucie na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jego budowle przetrwały dziejowe burze, chociaż ich los bywał różny.

Z historią za pan brat

Jak pierwotnie wyglądał budynek zwany Domem Książęcym, dokładnie nie wiemy, wspomniany Stanisław Potępa określił go jako późnobarokowy, dwuskrzydłowy pałac, który w XIX wieku dwukrotnie był przebudowywany, ostatni raz w formie klasycyzującej, neobarokowej w 1900 roku. Z obiektem zwanym Domem Książęcym związana jest bogata historia miasta ostatnich dwóch stuleci, tak się bowiem złożyło, że niemal przez cały czas użytkowany był jako budynek urzędowy.
Austriacy wykorzystali go jako siedzibę Starostwa Cyrkułu, a później powiatu. Jak przeczytać można w Encyklopedii Tarnowa, to właśnie tutaj w pamiętnym i tragicznym 1846 roku starosta Józef Breinl de Wallerstein miał wypłacać nagrody chłopom dostarczającym rannych lub zabitych powstańców krakowskich. 31 października 1918 roku członkowie Komitetu Samoobrony zmusili starostę do złożenia przysięgi narodowi polskiemu - czas panowania Austriaków w mieście i cesarsko-królewskich urzędników przy Sobieskiego dobiegł końca.
Charakter wykorzystania Domu Książęcego pozostał jednak podobny. W okresie II Rzeczypospolitej, czyli w latach 1918-1939 mieściło się tutaj Starostwo Powiatowe, cel „wycieczek” rozmaitych petentów oraz…tarnowskiego tramwaju, który mozolnie wspinał się ulicą Krakowską od dworca PKP do góry i tutaj właśnie u wrót urzędu dopinał swego. Teraz szło mu już niczym po maśle. – Na plac Sobieskiego pod starostwo wjeżdżały rozgrzane zwycięstwem nad przestrzenią blisko tysiąca metrów i wzniesieniem około pięciu - tak to o wozach tramwajowych pisał autor opowiadającej z wdziękiem o międzywojennym Tarnowie „Książeczki”, Jan Bielatowicz.
W okresie II wojny światowej Niemcy docenili położenie i przestronne wnętrza budynku starostwa, anektując go na siedzibę władz okupacyjnych. Po wojnie na trzydzieści lat znowu przejęło go starostwo, potem, w połowie lat 70-tych, kiedy Tarnów awansował do grona stolic województw, to właśnie tutaj mieściła się siedziba Urzędu Wojewódzkiego, a ostatnim jego użytkownikiem był w latach 1990-1998 twór administracyjny zwany Urzędem Rejonowym. W 2004 roku budynek został sprzedany.

Rafał Noga (TEMI)
Źródło: Facebook

PS. Pałac Sanguszków na Przedmieściu Krakowskim mieścił się przy dawnym Placu Pocztowym, zwanym tak od budynku poczty zlokalizowanego na północnej pierzei placu, dzisiaj zwanym Placem J. Sobieskiego. Nazwa zmieniona została podczas obchodów 200-lecia odsieczy wiedeńskiej w 1883 r. Okazała wielkomiejska budowla zawierała się w obszarze ukształtowanym na przełomie XVIII i XIX w. u wylotu Bramy Krakowskiej wzdłuż drogi na Kraków. Inna nazwa używana już w XVIII w. na oznaczenie tego miejsca to Przedmieście Krakowskie – Krakauer Vorstadt. Pałac Sanguszków zlokalizowany został na południowym przedpolu placu, wyznaczając ostatecznie jego kształt od tej strony. Datowany jest na koniec XVIII w., stąd – nieznany niestety dzisiaj – jego bogaty barokowy styl. Przypuszczać można, iż był on zamieszkały już od 1790 r., prawdopodobnie aż do lat 20. XIX w. W tym czasie utrzymywał on status jako Fürst Haus, przejęty po wcześniej zamieszkanym pałacu w Rynku (obecnie to kamienica nr 4). Natomiast w I poł. XIX w. oraz później ok. 1900 r. miała miejsce przebudowa gmachu. Pałac w efekcie zyskał charakter klasycystyczny, następnie neobarokowy. Jak podaje Marek K. Trusz „Po drugiej stronie placu, w miejscu starszej zabudowy (prawdopodobnie drugiego zajazdu) Sanguszkowie w latach 80. lub na początku lat 90. XVIII w. wznieśli swój dom książęcy – barokowy pałac podmiejski, trójskrzydłowy z zabudową gospodarczą na zapleczu, który ok. 1825 r. przejęty przez władze austriackie, przebudowany w duchu klasycystycznym, został zaadaptowany na siedzibę władz cyrkułu”. Później mieściło się tu Starostwo, Urząd Rejonowy i następnie Starostwo Powiatowe, obecnie w prywatnych rękach.
Małgorzata Budzik   (Moje Miasto Tarnów)


05:42, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 sierpnia 2012

Z cyklu Tarnowskie tajemnice...

„Tarnów – miasto na prawach powiatu w południowej Polsce, w województwie małopolskim, leżące nad rzeką Białą i Dunajcem, o wielowiekowej historii sięgającej początkami czasów piastowskich. Wraz z uzyskaniem praw miejskich w 1330 roku stał się ważnym ośrodkiem w regionie.” Tak właśnie brzmi encyklopedyczne wyjaśnienie słowa „Tarnów”. Jednak naprawdę jest ono całkiem inne. Jak twierdzą rodowici tarnowianie ,posiada ono większy sens, głębszą tajemnicę i zadziwiającą historię, błądzącą po regionie w poszukiwaniu swojego miejsca. Opowieść ta głównie wiąże się z wielką mocą miłości Św. Walentego mającego swoją kapliczkę przy ul. Tuchowskiej. Wielu ludzi nie wie nawet o istnieniu tej niezwykłej miejscowości z tak wyjątkowym zabytkiem, skrywającym mnóstwo niewyjaśnionych pytań i zdarzeń. Ja, przekonałam się o tym sama, więc człeku nieznany młody czy stary spróbuję wyjaśnić Ci tajemnicę z nim związane tutejszym tu tylko znane. Usiądź wygodnie na progu ganka i posłuchaj, co opowie Ci tarnowianka:


„Było to dawno przed mymi dziadkami, gdy w owej krainie świeciło pustkami. Żył w niej zegarmistrz, młodzieniec uczciwy, trochę samotny, lecz sprawiedliwy. Mieszkała tam także szlachcianka bogata na skraju Tarnowa o imieniu Hogata. Dama to była niezwykle urodziwa, lecz przy tym pyszna, chciwa i złośliwa. Rodzinkę nie małą posiadała, ale przyjaźnić się z nią ochoty nie miała. Bliscy wyswatać ją bardzo chcieli, ale  niestety nie umieli. Wielu się o jej rękę starało, lecz jednemu za drugim ”kosza” dostawało. Dnia pewnego smutna babka mówi  do swego dziadka . „Nie ma cóż kochany się łudzić, nasza wnuczka zawsze będzie marudzić.” Nie zaznała nigdy uczucia wielkiego, aż do razu pewnego, gdy przybył śmiałek z lubuskiego. Chłop ten potężny, silny i mężny. Naprężył mięśnie i mówi jak we śnie: „Tyś moja Hogatka piękniejsza od bratka”. I tak to się stało, że próżna Hogata poślubić zechciała wariata. Opowieść jednak jeszcze  nie skończona, bo po śmiałka przyjeżdża żona. Tłumaczy Hrabiance i mówi załamana, że przez tego głupka bolą ją tylko kolana, więc bierze męża swego i wyjeżdża z powrotem do lubuskiego. Hogata smutna i zła włóczy się ulicami Tarnowa. Tracąc nadziei smak, trafia, nie wiedząc jak pod kapliczkę wielkiego Św. Walentego. Siedzi tam zadumana, aż do samego rana, więc babka zdenerwowana wysyła na zwiady dziadka. Mężczyzna wnuczkę szybko odnajduje i domu iść jej rozkazuje. I tu już bez rymowania, bo historia powagi ma wymagania.


W owym czasie nadeszła sroga i ciężka zima. Biały puch przykrył ulice Tarnowa, sople lodu zawisły na zabytkowym kościele Matki Bożej Szkaplerznej, a woda w tarnowskim Wątoku powoli zamarzała. Jednak zła zimowa pogoda nie przeszkadzała młodemu zegarmistrzowi w realizowaniu swojej pracy, która od kilku miesięcy przynosiła mu wielkie korzyści majątkowe. Można wręcz było powiedzieć, że do szczęścia nic mu już nie potrzeba, a jednak młodzieniec czuł w sercu niewyjaśnioną pustkę. Pewnego wieczoru, wracając do domu, uświadomił sobie, że nie ma do kogo wracać i z kim żyć. Smutny i zawiedziony mężczyzna, przechodząc koło kapliczki Św. Walentego,  zatrzymał się na chwilę i z bólem w sercu, wykrzyczał całą złość na figurę świętego, spowodowaną brakiem drugiej „połówki”. Zegarmistrz obwiniał świętego za to, że ten nie pomaga mu znaleźć damy swojego życia. Miał żal do Walentego, że jest jeszcze samotny, a skoro on jest patronem zakochanych, mógłby mu dać chociaż kroplę miłości i prawdziwego szczęścia. Nagle ku zdziwieniu chłopaka figura przedstawiająca biskupa przemówiła ludzkim głosem, cytując list do Koryntian:” Miłość cierpliwa jest” i zamilkła. Przerażony zegarmistrz nie mógł uwierzyć własnym uszom i oczom. W strachu pobożnie się pomodlił i uciekł. Następnego dnia pod kapliczkę przyszła Hogata. Hrabianka przybyła błagać i modlić się do Świętego o miłość, lecz ku wielkim zaskoczeniu dziewczyny figura ponownie przemówiła, cytując ten sam tekst. Hogatka jednak zareagowała całkowicie inaczej niż młodzieniec . Była podekscytowana i nie mogła się doczekać, kiedy pozna mężczyznę swojego życia. Po godzinie wytrwałej modlitwy wróciła do domu. Wreszcie nadszedł upragniony dzień zakochanych,14 lutego - Dzień Świętego Walentego. Hogata i zegarmistrz nie cieszyli się tak bardzo z tego święta jak inni. Całe popołudnie rodzina Hogaty przygotowywała się do eleganckiego balu z okazji tego święta, które było także ich rodzinną tradycją. Jednak Hogata nie miała ochoty na świętowanie i wieczorem, gdy zebrali się już wszyscy goście, uciekła nad Wątok, gdzie stała kapliczka Walentego. Na miejscu spotkała zegarmistrza, który stał wpatrzony w figurę. Ten po chwili  zorientował się, że stoi tuż obok niego ktoś interesujący .Okazało się, że zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Spędzili ze sobą całą noc na wspaniałej rozmowie. Od tej pory spotykali się już tam codziennie. Jednakże pewnego dnia niedługo przed ich spotkaniem do chłopaka przyszedł telegram, w którym była informacja o ciężkiej chorobie jego kuzyna i prośba o to, żeby jak najszybciej przyjechał. Mężczyzna próbował na przeróżne sposoby powiadomić o tym, że się spóźni na spotkanie z ukochaną, ale bez skutków. Gdy południem wyjeżdżał z miasta, miał nadzieję, że zdąży wrócić na spotkanie z najdroższą . Gdy nadeszła godzina spotkania, Hogata czekała już na zegarmistrza pod kapliczką .Po dwóch godzinach czekania zmęczona dziewczyna usnęła na zimnym śniegu. Późnym wieczorem przybył na miejsce zatroskany zegarmistrz. Jednak było już za późno, ukochana leżała nieżywa na ziemi. Biedaczka zamarzła. Jej twarz była blada i zimna, a serce przestało już bić .Mężczyzna nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Zaczął nagle szeptać do niej, mając nadzieję, że jednak żyje, że ją kocha i potrzebuje i nie może go tak samego zostawić. Po chwili, wyciągnąwszy z sakwy koc, położył się obok niej i zasnął na wieki. Rano odnalazł nieżywą parę dozorca niedalekiej gospodarki. Chłop stojąc nad parą wypowiedział tylko cytat z wiersza:

„okryci jednym kocem
szeptali słowa bezwstydne
litanię zakochanych”

Na tym kończy się ta niezwykła historia o tarnowskiej figurze, która przyniosła wiele niewyjaśnionych pytań. Mieszkańcy do dziś wierzą w to, że św. Walenty z tarnowskiej kaplicy, wstawiając się u samego Boga, wskaże powołanie każdemu, kto go o to prosi. Do samotności, małżeństwa czy zakonu.

Dominika Kilian, lat 15
Gimnazjum nr 7 w Tarnowie

Źródło: odkryjtarnow.pl



06:02, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 sierpnia 2012

Pitaval tarnowski 89 Jerzego Reutera


„Już był w ogródku i witał się z gąską” – jak mówi bajka Krasickiego, traktując nieuchronność losu, jako coś, co dotyka każdego skradającego się po cudzą własność złodziejaszka. Patrolujący późną nocą ulice Tarnowa policjanci natknęli się na dziwny widok. Przy jatce rzeźnika Bernarda Stahra stróże prawa zauważyli pod oknem sklepu trzech młodzieńców dobijających się do okna. Jeden z nich próbował przecisnąć się przez kratę, wybiwszy wcześniej szybę, a pozostali pomagali mu wpychając go na siłę do wnętrza. Po bardzo szybkiej i stanowczej interwencji, policjanci przyaresztowali całą trójkę i odprowadzili do aresztu. Pochwyconymi, na tak zwanym gorącym uczynku, byli znani w Tarnowie obwiesie i włóczędzy; Adam Orliński, Michał Szczurowski i Kazimierz Litwiński. Podczas rewizji znaleziono przy aresztowanych kilka wytrychów, pilniki i inne narzędzia ślusarskie, co świadczyło o ich złodziejskiej profesji. Bandyci wymawiali się tym, że ostatnio zatrudniają się przy różnych pracach ślusarskich i te narzędzia są im niezbędne do zarabiania na chleb. Nocną wizytę w sklepie rzeźnika usprawiedliwiali zwykłym głodem, dodając przy tym, że właściciel jatki nie zapłacił im za jakąś usługę i sami chcieli wyrównać rachunki. Na próżno. Policjanci nie dali wiary ujętym złodziejom i prowadzili nadal swoje śledztwo. Okazało się, że kilka dni wcześniej ktoś rozbił drzwi prowadzące do sklepu niejakiej Weismanowej i skradł stamtąd kilkadziesiąt koron. Przywołana Weismanowa rozpoznała młodzieńców, którzy dzień przed włamaniem przyszli do jej sklepu i chcieli zakupić papierosy, chociaż sklep nie był trafiką. Na winę aresztowanych przemawiał jeszcze fakt, że od czasu włamania u Weismanowej wszyscy trzej włóczyli się po Tarnowie przepijając w szynkach pieniądze, pochodzące prawdopodobnie z owego napadu. Podejrzani jednak milczeli i nie przyznawali się do winy. Nie pomagało straszenie i namowy do współpracy w zamian za niską karę. Przełom w śledztwie nastąpił zupełnie niespodziewanie, bo właśnie powrócił z Radomia tajny ajent Leibel, gdzie dopadł poszukiwanego złodzieja koni Wacława Grabca. Jakież było zdziwienie policjantów, gdy Grabiec przywitał się z aresztowanymi jak ze starymi kolegami. Leibel poczuł dobry trop i natychmiast przeprowadził surowe przesłuchanie rzeczonego Grabca. Okazało się, że złodzieje znają się doskonale, a nawet kilka razy chodzili na wspólną „robotę”. Grabiec ujawnił, że miał od kolegów propozycję dokonania włamania do rzeźnika, ale zrezygnował, ponieważ musiał uciekać z Tarnowa. Wiedział też o napadzie na sklep Weismanowej, a nawet wypił małe co nieco za skradzione u niej pieniądze. Oświadczył również, że może to zeznać do protokołu, ale za darowanie wolności i odpowiedzialność za kradzież koni z wolnej stopy. Leibel przytaknął na tak postawione warunki i protokół spisał, ale czy dotrzymał umowy? Chyba nie, bo zawsze twierdził, że z bandytami nie rozmawia się uczciwie z zachowaniem etykiety. Po przeczytaniu młodzieńcom zeznań Grabca wszyscy zaczęli mówić i każdy z nich starał się obciążyć winą swoich kolegów. Po uporządkowaniu zeznań wszyscy panowie zostali odstawieni do miejscowego więzienia a sprawę skierowano do prokuratury. Grabiec długo żałował, że dał się wrobić Leibelowi, ale cóż, zapomniał że zasada ograniczonego zaufania działa zawsze w dwie strony.

(za Pogoń – zbiory MBP w Tarnowie)

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska) 


05:32, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012

mlKolejna sierpniowa odsłona tego muzycznego wydarzenia przeszła już do historii. Dziś słów kilka o klimatach towarzyszących temu przedsięwzięciu.

      Jak co roku, także i tym razem do amfiteatru w Dolnie Charlotte ściągnęły tysiące fanów starego solidnego łojenia z całej Polski, ale nie tylko. Podczas koncertu Colosseum, dla przykładu, stałem pod sceną razem z Anglikami i parą ze Szkocji. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak nie wiele jest takich miejsc w Europie, gdzie podczas trzech wieczorów można posłuchać tylu wielkich „w jednym pakiecie”.

      Tym razem trzy wieczory zostały ułożone wg pewnego muzycznego porządku. Wieczór pierwszy miał charkter metalowo-hard rockowy (TSA, Saxon, UFO), wieczór drugi był mieszanką bluesa, boogie, rocka i rockabilly (Boogie Chilli, Colosseum, Alvin Lee), trzeciego wieczoru natomiast wystąpiły legendarne słodkości: Dżem, Vanilla Fudge  (Waniliowy Karmelek) oraz Jack Bruce z zespołu Cream.

      Organizatorzy nie reklamowali osobno zagranicznych wykonawców, uczyniono tak jedynie w przypadku TSA i Dżemu. Można mniemać, że zrobiono to z myślą o najmłodszych odbiorcach i to tych całkiem przeciętnych, nie chętnie sięgających do historii muzyki. Oni nie koniecznie wiedzą - kim jest Chris Farlowe albo Jack Bruce z zespołu Cream, który na zbiorczych festiwalowych billboardach reklamowany był jako Jack Bruce of Cream (nie wiem po co, bo jeśli ktoś nie wie kim jest Jack to nie wie też o istnieniu zespołu Cream).

      Tych mało wiedzących jednak trudno było spotkać na festiwalowych koncertach. Wieczory w Dolinie Charlotty to przecież zjazd zapalonych fanów rocka. To takie spotkania wtajemniczonych, którzy nie muszą się wzajemnie znać, a jednak doskonale wiedzą po co przybyli. Stąd też otwartość, życzliwość, fachowe wymiany opinii i wspólnotowe przeżywanie koncertów. Oczywiście Festiwal ewoluuje, jak wszystko, stąd też (niestety) więcej tu niż choćby dwa lata temu gówniarzy z kibolskimi okrzykami. Tym razem jednak (na szczęście) poza metalem nie byli zainteresowani pozostałymi wieczorami koncertowymi.

      Zapewne rok lub dwa lata temu pisałem o tym, ale jeszcze raz to poruszę. Festiwalową publiczność tworzą w większości „młodzi fani” w wieku 50 plus, czasem są w towarzystwie dorosłego potomstwa. Sporo jest małżeństw, w których w większości to panowie są motorami udziału w koncertach i zafascynowani, niczym smarkacze, tkwią w amfiteatrze przez trzy wieczory po osiem godzin. Panie częściej czynią to dla nich niż dla samej muzyki, choć oczywiście zdeklarowanych amatorek blues-rockowego łojenia też nie brakuje. Osobiście wśród takiej publiczności czuję się świetnie, pewnie również dlatego, że nie zawyżam średniej wieku.

      Słów kilka jeszcze o samym miejscu. Dolina Charlotty to urokliwy zakątek Polski, sytuujący się w miejscowości Strzelinko (mniej więcej w połowie drogi między Słupskiem a Ustką). Jest to wielohektarowa posiadłość z lasami i jeziorkami, miejsce o charakterze wypoczynkowo-rozrywkowo-rekreacyjnym, z dużym eleganckim hotelem, końmi, domkami nad wodą, a nawet maleńkim kościółkiem na wodzie. A propos tegoż właśnie. W minionym roku próg tej urokliwej świątyńki przekroczył Eric Burdon i stwierdził, że nie pamięta kiedy był przez ostatnie kilkadziesiąt lat w jakimkolwiek kościele, dodał też, że ta wizyta była dla niego szczególnym doznaniem.

      Tego roku wieczorom festiwalowym towarzyszyło nieustanne zagrożenie ze strony deszczu. W piątek ostro siąpiło. Marek Piekarczyk jednak, bodaj po pierwszym utworze, stwierdził, że jako wykonawca głównej roli w polskiej wersji musicalu Jesus Christ Superstar może liczyć na układy „na górze” i ma nadzieję, że padać przestanie. Przestało, po dziesięciu minutach.

      Z kolei w sobotni wieczór, zanim jeszcze rozpoczęły się koncerty, nad charlottańskim amfiteatrem rozpętało się deszczowe piekło. Lało z taką siłą, że wydawało się, że cały amfiteatr spłynie. Publiczność chowała się pod namiotami z piwem i kiełbaskami, ale i one nie stanowiły solidnej ochrony, woda po kostki zalała niemal całość tej konsumpcyjnej przestrzeni. Na szczęście po godzinie oberwanie chmury skończyło się i koncertowy wieczór, z półgodzinnym opóźnieniem wystartował.

      Ta sobotnia ulewa była pewnego rodzaju sentymentalnym znakiem. Wszak podczas legendarnego deszczowego Woodstock w 1969 roku wystąpił, zresztą z olbrzymim powodzeniem, Alvin Lee i wykonał (m.in.) słynny numer I'm Going Home. Tego wieczoru można było tak jak niegdyś w Woodstock zafundować sobie błotne kąpiele i tak jak tam przeżyć koncert Alvina Lee.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


05:33, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -