Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
sobota, 22 września 2012

Po raz dwudziesty drugi w dniach od 17 do 23 września 2012 roku w wielu miejscowościach Małopolski, na Podkarpaciu i w województwie świętokrzyskim, z udziałem kilkudziesięciu poetów i muzyków z Polski i zagranicy, odbywała się XXII Międzynarodowa Galicyjska Jesień Literacka, której tradycyjnie patronuje Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. 


Jesienią wiersze opadają z słów, dlatego jesienią spotykają się poeci, a słowa niczym liście wirują w powietrzu. Na przestrzeni lat pojawili się w naszym poetyckim korowodzie wszyscy uznani i znani poeci Polski i wielu krajów świata. Nasza impreza odbija się szerokim echem i co jest swoistym fenomenem w dzisiejszych czasach ciągle się rozrasta o nowe miejsca i nowe spotkania. W tym roku po raz pierwszy pojawiliśmy się w województwie świętokrzyskim, a potem wędrowaliśmy z wierszami mówionymi i śpiewanymi przez Małopolskę i Podkarpacie. W tych wyjątkowych spotkaniach z poezją uczestniczyli, oprócz poetów z Polski także twórcy z wielu krajów świata – Australii, Czech, Japonii, Litwy, Niemiec, Rosji, Ukrainy, Węgier i Wietnamu. Na przyszły rok planujemy wyruszyć na Ukrainę i rozpocząć wędrówkę pod pomnikiem Adama Mickiewicza we Lwowie, a zakończyć pod pomnikiem wieszcza w Krakowie. Mamy także zamiar odwiedzić Słowację, bo przecież to wszystko są tereny dawnej Galicji – mówi znany ciężkowicki poeta i pisarz Andrzej Grabowski, który przed 35 laty Międzynarodową Galicyjską Jesień Literacką wymyślił. Póki co w tegorocznej XXII edycji tej unikalne imprezy wzięło udział blisko 50 miejscowości i 100 placówek oświatowych i kulturalnych. Odbywały się w nich liczne spotykania autorskie i lekcje literackiej, kiermasze, wystawy, mitingi poetyckie i koncerty. Zwyczajowo autorom towarzyszył znany m. in. z anteny Radiowej „Trójki” zespół specjalizujący się w  balladach i piosenkach literackich „Ostatnia Wieczerza w Karczmie Przeznaczonej do Rozbiórki”. Głównym współorganizatorem Jesieni jest już tradycyjnie Centrum Paderewskiego, którego magiczną bazę stanowi dworek w Kąśnej  Dolnej. Nic też dziwnego, że koncert inaugurujący imprezę odbył się właśnie tam. Nosił nazwę "Europejska Muzyka Romantyczna", a wypełniła go muzyka m.in.  I. J. Paderewskiego, Chopina i  R. Schumana w wykonaniu  wiolonczelisty Larsa Hoefsa i pianisty  Marka Żebrowskiego. W następnych dniach koncerty i lekcje literackie odbyły się m. in. w Tarnowie, Czchowie, Radłowie, Zbylitowskiej Górze i Gromniku.  Kulminacją XXII Międzynarodowej Galicyjskiej Jesieni Literackiej był Koncert Autorski w 45-lecie debiutu prasowego twórcy Jesieni Literackich Andrzeja Grabowskiego pod patronatem Prezydenta Tarnowa Ryszarda Ścigały, jaki odbył się we środę 19 września w  Sali Pospólstwa – Muzeum Okręgowego w Tarnowskim Ratuszu z udziałem autorów z Polski i zagranicy oraz zespołu B. Diducha – Ostatnia Wieczerza w Karczmie Przeznaczonej do Rozbiórki.


Andrzej Grabowski - Kawaler Orderu Uśmiechu

Poeta, prozaik i niezależny publicysta, autor licznych fraszek, satyr, humoresek i widowisk scenicznych. Urodzony 9 IX 1947 roku we Wrocławiu wychowywał się w Piotrkowie Trybunalskim.  Od 30 lat zamieszkały na Pogórzu w Ciężkowicach     na pograniczu Tarnowskiego i Nowosądecczyzny. Debiutował w 1967 roku w tygodniku harcerskim "Na Przełaj" opowiadaniem "Gniewny". Jest absolwentem Studium KO w Krakowie. Studiował Pedagogikę na WSP w Rzeszowie. Założyciel Grupy i Klubu Literackiego "Rydwan", kabaretu "V koło", w roku 1975 w Dębicy, gdzie zamieszkiwał w latach 1974 - 1978r. "Prowadził również kabarety: "Odgromnik" (oraz "Perskie oko" w roku 1977 podczas pracy na budowie gazociągu Orenburskiego" na Ukrainie). Wielokrotnie nagradzany za scenariusze i reżyserie na ogólnopolskich przeglądach i turniejach kabaretowych (tu m.in. nagroda za najlepszą balladę kabaretową roku Zakopane- kwiecień 1980 r.) Współzałożyciel tarnowskiego ośrodka Klubu Młodych Pisarzy 1975)76 w latach osiemdziesiątych -członek KKMP „Gwoźnica” w Rzeszowie. Późniejszy długoletni szef ośrodka w Tarnowie i vice-przewodniczący Rady Krajowej w Warszawie.

Laureat wielu ogólnopolskich konkursów literackich w dziedzinie poezji, prozy, satyry i tekstów estradowych. Inicjator działalności edytorskiej w regionie tarnowskim. Pod jego redakcją  w latach 1979-81 ukazała się seria arkuszy autorskich Grupy Literackiej "Rydwan". W latach osiemdziesiątych współpracował z pismami „drugiego obiegu” m. innymi z „Solidarnością Chłopską”. W 1987r. założył niezależny lokalny Informator Kulturalny „Migawki”. Opowiadania, humoreski, wiersze, felietony i fraszki publikował nieomal we wszystkich ważniejszych tytułach prasowych w kraju. Pojawiały się również tłumaczenia na język; francuski, niemiecki, japoński, litewski, ukraiński, angielski, czeski i rosyjski. W latach 80-tych współpracownik Ośrodka Telewizji Polskiej w Krakowie. Współautor widowisk telewizyjnych, które zrealizował z Kazimierzem Kudroniem i Krzysztofem Konarzewskim z TVP Kraków: "Wielka Noc Poetów"(dwukrotnie emitowana na antenie Ogólnopolskiej TVP II w 1983 roku) oraz "Pali się fajka nocy" w 1984 r. wraz z zespołem „Ostatnia Wieczerza w Karczmie Przeznaczonej do Rozbiórki”. Później stały współpracownik popularnego cyklu audycji telewizyjnych „Niedziela - w...” Tworzył zespoły estradowe, kabarety i dziecięce zespoły zainteresowań teatralnych. Organizował konkursy, przeglądy i turnieje parateatralne i literackie  Za indywidualny wkład w dzieło rozwoju kultury wyróżniony nagrodą USKRZYDLONEGO.

 W roku 1983 prowadził wraz z grupą przyjaciół ze Stowarzyszenia "Scena Ludowa" w Krakowie  I Ogólnopolskie Konfrontacje Kultury Wsi w Krynicy. W 1985 roku otrzymał za twórczość literacką dla dzieci stypendium Prezydenta Krakowa. Wielokrotny Stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki  w dziedzinie literatury. W roku 1989 A. Grabowski był współzałożycielem  niezależnej prasy w regionie ("Gazeta Tarnowska") Jest również autorem wielu scenariuszy  i twórcą licznych widowisk parateatralnych, oraz kilkudziesięciu  książek w tym wielu dla  dzieci młodzieży. Obok takich tytułów, jak ; "Zabajne wakacje",  "Fikuś , Zulek i Ciężkogłowy", „Bajkowisko”, "Hilary , Zulek   i  ruskie  pierogi", "List do Mikołaja", "Latająca rodzinka", "Oszaleć można z tymi kotami", "Jak mistrz Twardowski  uratował  Kraków", „Ulubione, śmieszne i pocieszne”, "Przygody  detektywa  Bulgota",  I tam i tu z babcią Fiu-Fiu", "Niezwyciężony Zajączek Edzio”, ”Opowiastki z niedalekich prerii”, "Bajki - Zabajki", "Trzy tygodnie z druhną Chuligan”, ”Gwiazdkowe opowieści”, „Awantura w pawich piórach”, „Wakacje z Literatem”, „Niesamowity przypadek Arta Verna”, ”Wielka afera w królestwie Środka” czy "Powrót smoka" - największym powodzeniem cieszy się wielokroć wznawiany serial o przygodach Skrzata Wiercipiętka, który wprowadził do  najnowszego kanonu ulubionych lektur szkolnych- prof. Stanisław Frycie „Leksykon Literatury dla dzieci i młodzieży”, a który przed 20 latu ukazał się po raz pierwszy w Rzeszowski KAW-e. Dotychczas ukazały się  spopularyzowane również przez telewizyjny program "Domowe  Przedszkole": Przygody Skrzata Wiercipiętka oraz Wielka wyprawa Skrzata Wiercipiętka   i Wiercipiętek w Krainie Różowych Paproci. Bajka była również prezentowana w dziecięcej rewii   Studia   Tańca  "HONORATA".  Publikowana   w   odcinkach   w   prasie m. innymi;   na   Litwie  w  Grecji , a obecnie w Japonii. 

            
Grabowski   jest   jednym   z   206  Polskich  Autorów,   których   bibliografię   zamieszczono w "Grand Edition   Who' s Who w światowej literaturze" - opublikowanej przez IBC Cambridge1988r.
           
 W  1992 roku  I  program TVP zaprezentował sylwetkę Andrzeja Grabowskiego w filmie pt. "Wujcio Andrzej i jego wszystkie lustra."  W tym samym roku autor zostaje wyróżniony nagrodą Niezależnej Fundacji Kultury Polskiej " POLCUL" z siedzibą w Sydney "za udział w rozwoju  niezależnej  kultury polskiej" ( której Kapitułę tworzyli m. innymi Jan Nowak Jeziorański,    Herling Grudziński, Stanisław Barańczak i Jerzy Giedroyć) Na temat twórczości A. Grabowskiego powstało kilka prac magisterskich obronionych na uczelniach w Warszawie, Kielcach, Piotrkowie Trybunalskim i w Krakowie. A. Grabowski jest  również laureatem CZERWONEJ RÓŻY - nagroda "PELERYNY" Gdańsk 1983r. Medalu im. RYSZARDA  MILCZEWSKIEGO - BRUNO, Warszawa 1984r. W latach 1988, 1991, 1997 wielokrotnie nagradzany medalem "de Vermeil" przez Międzynarodową Akademie "de Lutece" w Paryżu. W 1995 Jury XXVI Wielkiego Międzynarodowego Konkursu  tej samej Akademii  przyznało  Andrzejowi Grabowskiemu ZŁOTY MEDAL w dziedzinie Literatury za kolejne wydanie książki "Ballady i antyfony" - poezje, oraz bajkę ekologiczna dla dzieci    "Powrót smoka"(dostrzeżoną już w roku 1984  przez Jury podczas konkursu na bajkę o Krakowie).

 Andrzej Grabowski był inicjatorem powstawania pism twórczych młodzieży szkolnej, jakie zainicjował przy WBP w Tarnowie w latach osiemdziesiątych „Magazyn Autorów z Tarczą". Prowadząc Regionalny Klub Młodych Autorów skupił literacko uzdolnioną młodzież z którą redagował  pismo warsztatowe "TARNINKA", później Magazyn Literacko - Publicystyczny Młodych „ISKRA”, który redaguje obecnie pod patronatem Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu. Były felietonista tygodnika "TeMI", "Gazety Krakowskiej" i "Bełchatowskiego Tygodnia", redaktor miesięcznika „Okolice" w Warszawie, współpracownik pisma podyplomowego studium dziennikarstwa „Merkuriusz", tygodnika „Wieści”, „Notatnika Klubowego i „Krakowskiego Kpiarza" ,m-ka Bliżej Przedszkola „Kuriera Pedagogicznego” Hamburskiego „Kuriera”. Współpracuje z redakcjami pism; w Niemczech, Czechach,  na Litwie, Ukrainie i w Japonii, oraz Miesięcznikiem Literackim „Akant,” pismem literacko - artystycznym „Metafora, „Okolicą Poetów” i kwartalnikiem Wrocławskim „Bez Kurtyny”, oraz prasą przeznaczoną  dla dzieci na Zaolziu w Czechach. Honorowy członek Nowosądeckiego Stowarzyszenia Nauczycieli Nowatorów. Współzałożyciel Fundacji „Uśmiech Dziecka”. Zasłużony Działacz Kultury. Członek SAP, ZAiKS-u, Związku Literatów Polskich i Związku Zawodowego Dziennikarzy. Animator Ogólnopolskich Konkursów Literackich o „Laur Poezji Pogórza” i „Laur Skamieniałego Miasta”, twórca i organizator od 35 lat Jesieni  Literackiej Pogórza (obecnie ) XIX Międzynarodowej Galicyjskiej Jesieni Literackiej, którą rozwinął w największą imprezę literacką w Polsce obejmującą obecnie około 60 miejscowości na terenie w Małopolski i Podkarpacia. Za prace literacką i kulturotwórczą odznaczony m. innymi Złotym Krzyżem Zasługi.

  

 Ryszard Zaprzałka  zdjęcia: Paweł Topolski



13:05, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 września 2012

We środę 12 września Tarnowskie Centrum Kultury, Bank Zachodni WBK oraz Rzeczpospolita zaprosiło na wernisaż najlepszych polskich fotografii prasowych BZ WBK Press Foto 2012. Tarnowska ekspozycja to objazdowa wystawa pokonkursowa, laureatów 8 edycji jednego z największych i najbardziej prestiżowych konkursów fotografii prasowej w Polsce. Jego rozstrzygnięcie odbyło się we środę 16 maja w warszawskim Palladium przy ul. Złotej 9.

Konkurs Grand Press Photo od ośmiu lat organizuje miesięcznik „Press”. Jego celem jest promowanie polskiej fotografii prasowej, a przez to podnoszenie jej jakości. Grand Press Photo jest konkursem dla zawodowych fotoreporterów pracujących w redakcjach prasowych, internetowych, w agencjach fotograficznych oraz dla freelancerów. Wyjątkowość konkursu polega na tym, że uczestnicy poddają się ocenie fachowca światowej klasy – co roku przewodniczącym jury, do którego należy decydujący głos przy wyborze nagrodzonych prac, jest zwycięzca World Press Photo.

 

Członkowie jury Grand Press Photo 2012, stoją od lewej: Maciek Nabrdalik,
Filip Ćwik, Chris Niedenthal: siedzą od lewej: Tomasz Wierzejski, Andrej Reiser
(fot. Piotr Król/Press)

W tym roku jury konkursu przewodniczyła fotoreporterka z Republiki Południowej Afryki Jodi Bieber, której zdjęcie wygrało World Press Photo w 2011 roku. Oprócz niej w jury zasiadali: Filip Ćwik (Napo Images, „Newsweek Polska”), Maciek Nabrdalik (VII Photo), Chris Niedenthal, Andrej Reiser (Czech Press Photo), Tomasz Wierzejski (Fotonova). W Grand Press Photo 2012 oceniano fotografie wykonane między 1 kwietnia 2011 roku a 31 marca 2012 roku. Fotoreporterzy zgłosili ponad 3,5 tys. zdjęć, które konkurowały w pięciu kategoriach: Wydarzenia, Życie codzienne, Ludzie, Sport, Przyroda. Do finału zakwalifikowano prace 45 fotoreporterów z całej Polski – w sumie 147 zdjęć: 39 pojedynczych i 16 fotoreportaży. Nagrody przyznawane były oddzielnie za zdjęcia pojedyncze, oddzielnie za fotoreportaże.

 

Główną nagrodę i tytuł Zdjęcia Roku otrzymała fotografia o najwyższej wartości informacyjnej, merytorycznej i technicznej, niepozbawiona oryginalnej wizji autora, wykonana przy zachowaniu etycznych kanonów zawodu fotoreportera. Autor Zdjęcia Roku otrzymał w nagrodę 10 tys. zł.
W ramach oddzielnej kategorii w konkursie Grand Press Photo konkurowały fotokasty, czyli multimedialne formy fotoreportażu. Zgłoszono 20 prac, które oceniało jury specjalistów w składzie: Jarosław Barzan (montażysta wielu znanych filmów, laureat nagród polskich i międzynarodowych), Piotr Janowski (reżyser i operator), Michał Łuczak (fotograf, członek Sputnik Photos). Do finału przeszło 6 materiałów.


A oto próba artystycznego manifestu pióra guru światowej fotografii Susan Sontag zatytułowany „W platońskiej jaskini”: „Potrzeba potwierdzenia rzeczywistości i zachęty do jej przeżywania przez posiadanie fotografii - to estetyczny konsumpcjonizm, który stał się nałogiem nas wszystkich. Społeczeństwa przemysłowe zamieniają swoich obywateli w narkomanów obrazu: jest to odmiana zatrucia psychicznego, której najtrudniej się opierać. Przejmująca tęsknota za pięknem, pragnienie, by skończyło się to nieustanne wyszukiwanie czegoś ukrytego pod powierzchnią. Potrzeba odkupienia i świętowania cielesności świata - wszystkie te elementy uczuć erotycznych potwierdzają się w przyjemności, jaką czerpiemy z fotografii.”

Tegoroczna polska edycja konkursu zgromadziła rekordową liczbę uczestników. Swoje prace nadesłało aż 483 fotoreporterów z całej Polski. Ich prace oceniało profesjonalne jury, któremu przewodniczyła Anna Brzezińska-Skarżyńska, redaktor naczelna redakcji fotograficznej Polskiej Agencji Prasowej PAP. W tym roku uczestnicy mogli nadsyłać zdjęcia pojedyncze oraz fotoreportaże do ośmiu kategorii konkursowych oraz do kategorii specjalnej – Fotokast. Nową kategorią, wprowadzoną w tej edycji konkursu, jest Foto+, gdzie zgłaszane są prace poddane obróbce w programach graficznych.
W ramach konkursu nagrodzono 46 fotoreporterów, do których trafiło 55 nagród i wyróżnień o łącznej wartości blisko 130 tysięcy złotych. Laureatami najważniejszych nagród zostali:

 

• Zdjęcie Roku – Tomasz Lazar (freelancer), za fotografię dokumentującą zatrzymanie manifestantów w Harlemie (Nowy Jork, USA) podczas demonstracji przeciwko agresji policji oraz nierównościom w zarobkach.
• Nagroda Rzeczpospolitej – Paweł Supernak (Polska Agencja Prasowa PAP), za zdjęcie ze spotkania Prezydenta USA Baracka Obamy z kombatantami II wojny światowej podczas wizyty w Polsce.
• Nagroda Banku Zachodniego WBK – Mateusz Dopierała (freelancer), za fotoreportaż z pierwszego turnieju szachowego w Poznaniu, w którym mogły startować przedszkolaki.

oprac. Ryszard Zaprzałka  zdjęcia TCK


09:29, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 września 2012

ml

Był jedną z najbardziej charakterystycznych postaci w historii polskiej estrady. Przez kilka dekad uwodził swoimi poetyckimi piosenkami. Zmarł 11 marca 2012, w wieku 65 lat. Dziś przypominam tego artystę, w większości jego własnymi słowami, które pochodzą z rozmowy, jaką odbyłiśmy w 2004 roku.

Jego debiut estradowy miał miejsce w Łodzi, podczas Giełdy Piosenki w 1969 roku. Zaśpiewał tam swoją kompozycję do słów Mariana Piechala Obłąkany kataryniarz. On sam za wrota do swojej artystycznej kariery uważał jednak koncert debiutów w Opolu w 1971 roku.
    Pojechałem tam ze swoją propozycją. Będąc debiutantem, byłem mile widziany i nie stanowiłem wówczas konkurencji. Zaśpiewałem tam piosenkę do wiersza Aleksandra Puszkina, której tytuł w polskim tłumaczeniu brzmiał: „To nie był sen, to byłaś ty”. Piosenkę wybrzdąkałem na gitarce i spodobałem się. W nagrodę pojechałem wówczas do Hiszpanii. Otrzymałem na wyjazd szesnaście dolarów do ręki, co było wówczas majątkiem. Przepiękna podróż od Madrytu do Gibraltaru. Nie pamiętam, aby w tamtych czasach, ktoś otrzymał tak piękny prezent. Ufundowały go – jako studentowi - moje władze, czyli Rada Naczelna Związku Studentów Polskich.
W rok później na Festiwalu Opolskim wystąpił już jako profesjonalista. Wykonał tam słynny potem szlagier Jej portret.
    To był piękny prezent od Jonasza Kofty i Włodzimierza Nahornego. Ale nim do tego doszło szukano mnie. Stwierdzono, że tylko ja jestem w stanie „namalować” ten utwór. Początkowo miał tę piosenkę otrzymać Jerzy Połomski, ale dla niego była ona za nudna. Ta piosenka związała się ze mną. Myślę, że pozostanie już tak do końca. Ale – daj Boże – być niewolnikiem takiego utworu.
    Ponadczasowość jego piosenek była efektem należytego doboru  muzyki i tekstów.
    W tym moim lenistwie uchowała się tak logiczna metoda, że po co iść na ilość. To trochę jak z literaturą. Nie wystarczy tylko czytać, ale trzeba wiedzieć jakie książki przeczytać. W moich wyborach miałem taki stosunek trochę wyidealizowany i traktowałem to rzeczywiście jak sztukę. Podchodziłem do tego, jak do obrazu. A poza tym od „Jej portretu”, bo wcześniej sam komponowałem swoje ballady, każdy następny utwór był kolejnym prezentem. Od kompozytora lub autora tekstu. To były naprawdę wybrane rzeczy.
    Wyjątkowy repertuar artysty adresowany był raczej do kobiet.
W większości śpiewałem dla pań. Jako gniewny student nie wyobrażałem sobie żeby śpiewać dla mężczyzn. Pamiętam, że jeden z naszych wziętych kompozytorów, kiedy zdecydowałem się zaśpiewać „Jej portret”, a nie jego kompozycję, bardzo się wtedy obraził. Mimo że byliśmy po imieniu przeszedł z mną na pan. Myślę, że właśnie przez ten dobór moje piosenki tak się uchowały.
    Z wykształcenia był artystą plastykiem, tych kilka lat temu zapytałem go - czy w jakiś sposób wyobraźnia plastyczna uzupełnia muzyczną?
    Byłem wychowywany muzycznie od dziecka, dwanaście lat grałem na skrzypcach. Przy komponowaniu utworu obowiązują jednak pewne kanony i harmonie. Mnie natomiast nigdy nie przeszkadzało przeskoczyć jakiś akord, znaleźć inne brzmienie, wystarczyło, że mi się to podobało. Zawodowcy często pytali, jak ja na to wpadłem, twierdzili, że muzyk tego by tak nie zrobił. To myślenie plastyczne zawsze pomagało mi tworzyć muzykę, a przy tym pozwalało zaskakiwać zawodowców. Kiedy rozmawiałem z aranżerem, tłumaczyłem jak to ma brzmieć, on słuchał i notował. A przy tym ja z kolei słyszałem, że praca ze mną jest przyjemnością.
    Śpiewał przede wszystkim dla kobiet, ale też i kobiety chętnie z nim śpiewały.
Kobiety chciały śpiewać ze mną, to już nie chodziło o to czy gość przystojny, czy mniej przystojny. Skoro raz zaśpiewałem w  duecie, to następne panie chciały abym tworzył z nimi kolejne duety. A trzeba przyznać, że w takim składzie docierało się już do wszystkich. Duet, poprzez rodziców, docierał nawet do dzieci. Oczywiście tu jest przede wszystkim piosenka „Mały biały pies”. Był to taki cudowny flirt. Tekst podarował mi Jeremi Przybora w liście. Prosił, jakby z trwogą i sobie właściwą delikatnością, żebym przeczytał go dopiero w domu.
    Od 2001 roku artysta walczył z białaczką; po kilku latach wydawało się, że pokonał chorobę i wrócił na scenę. W 2008 roku ukazała się jego ostatnia płyta Duety, która obok jednego utworu premierowego zawierała 13 przebojów, wykonanych w nowych aranżacjach. Razem z artystą zaśpiewali m.in.: Marysia Sadowska, Justyna Steczkowska, Krzysztof Kiljański, Peter Getz, Marcin Rozynek, Tatiana Okupnik czy Anna Maria Jopek.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search

 


09:20, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 września 2012

Pitaval Tarnowski 93 Jerzego Reutera

Jakub Leibel, policyjny agent, nie był uszczęśliwiony, gdy otrzymał gońcem wiadomość o znalezieniu zwłok w ziemniaczysku pod Ćwikowem. Goniec zbudził agenta o czwartej nad ranem i przymusił pilnym poleceniem do udania się na miejsce. Wynajęta dorożka czekała już pod domem.


Rozkładające się zwłoki znalazła służąca proboszcza, idąca do pracy, Amelia Torba. Policjanci stwierdzili, że ciało zostało podrzucone w pole sporo czasu wstecz, zwłoki nie nadają się już do identyfikacji i pokazują nieznaną kobietę w wieku średnim.
Wszczęto drobiazgowe śledztwo.
Po wielu dniach dochodzenia Leibel natrafił na ślad, który powiódł go wprost do mordercy i jego wspólniczki. Otóż, trzy tygodnie przed znalezieniem ciała, rolnik z Ćwikowa, niejaki Mędrak, zgłosił do tarnowskiej policji zaginięcie swojej połowicy. Był bardzo podenerwowany i rozżalony. Jak twierdził, żona przepadła bez wieści, jak kamień w studni i ani słychu, ani widu, a była matką czworga dzieci i teraz rzeczony Mędrak ma wielki kłopot.
Wiedziony słusznymi podejrzeniami policjant rozkazał przywołać Mędraka i okazać mu znalezione zwłoki. Podejrzany początkowo nie zgadzał się na identyfikację, tłumacząc to chorobą serca i wielką miłością do żony, tak wielką, że na sam widok nieżywej, mógłby paść trupem na miejscu z pękniętym sercem. Leibel był zbyt wytrawnym detektywem, by dać się nabrać na takie bajki, więc nakazał, aby Mędraka doprowadzić siłą do prosektorium i okazać mu ciało.
Prowadzonemu pod bronią Mędrakowi coś się w pewnym momencie pokręciło w głowie, bo zanim ujrzał zwłoki, upadł na ziemię i zaczął głośno użalać się nad trupem swojej połowicy. Nikt już nie miał wątpliwości, że oto udający skruchę Mędrak przyznał się do winy, albo sam się wsypał przez swoją nadgorliwość i zbyt pośpieszne załamanie.
Policjanci natychmiast zaaresztowali Mędraka i udali się do Ćwikowa, by na miejscu zaciągnąć języka w sprawie. Żonobójca miał opinię złego męża i niedbającego o potomstwo ojca. Większość czasu przesiadywał w szynku, a jak już wracał do domu, to bił małżonkę kijem po plecach w obecności dzieci. Na konkretny ślad naprowadził policjantów miejscowy włóczęga, bezdomny Kornaś, który wiele wiedział i jeszcze więcej widział.
Ten wiejski głupek wskazał miejsce schadzek Mędraka i kobiety z sąsiedniej wsi - Ewy Więcek, wdowy po gromadzkim pastuchu. Podejrzany bardzo długo nie przyznawał się do winy, a jego kochanka udawała zanik pamięci. Jednak spryt i psychologiczny nacisk Jakuba Leibla sprawiły, że Mędrak nie wytrzymał długich przesłuchań i zmiękł. Przyznał się do zamordowania małżonki przy pomocy kochanki, Ewy Więcek.
Owego dnia morderca przyszedł do domu nad ranem, tuż po spotkaniu z kochanką. Był bardzo podenerwowany, bo Więckowa nakazała mu kategorycznie rozwiązać problem żony.
Po wejściu, podszedł bez słowa do śpiącej połowicy i udusił ją poduszką. Czekająca na podwórzu Więckowa pomogła przenieść zamordowaną w pole i ułożyć pomiędzy bruzdami ziemniaczyska.
Mord doczekał się finału na sali sądowej i Mędrak z kochanką poszli na długie lata do więzienia.

(Za "Pogoń" - zbiory Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tarnowie)

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


09:33, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 września 2012

Cykl wakacyjnych wędrówek kończymy w mieście, w którym historii dotykamy wszędzie…

Wakacje dobiegają końca. I my kończymy wędrowanie po zakątkach ziemi tarnowskiej. Dziś ostatni raz wyruszymy w drogę – tym razem na spacer po naszym mieście wspominając rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej. Wojny, która do miasta przyszła kilka dni wcześnie. Ale po kolei. Z końcem sierpnia, 73 lata temu, tarnowianie już wiedzieli o zbliżającej się wielkimi krokami wojnie. Od dawna jej groźba wisiała w powietrzu, a teraz obawy potwierdzały niezaprzeczalnie wydarzenia ostatnich dni: mobilizacja stacjonującego w Tarnowie 16. Pułku Piechoty i tragiczny wybuch bomby na dworcu kolejowym. Dla ówczesnych tarnowian, to właśnie stacja kolejowa, przed którą zaczynamy spacer, stała się scena zwiastunów nadchodzącej wojny. Do dziś symbolizują one otwarcie rozdziału wojennej historii miasta.



Po ogłoszeniu powszechnej mobilizacji 16. Pułk Piechoty Ziemi Tarnowskiej w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku został przetransportowany koleją na Śląsk, by bronić południowo-zachodnich granic Polski przed hitlerowskim najazdem. Po opuszczeniu Tarnowa przez oddział, 28sierpnia,miastem wstrząsnęła wiadomość o tragicznym wybuchu podłożonej w przechowalni bagażu bomby zegarowej. W zamachu zginęły 24 osoby. Frontowa część budynku dworca, restauracja i przechowalnia bagażu uległy zniszczeniu. Zamach był jednym z szeregu akcji sabotażowych przeprowadzonych w przededniu wojny przez agentów niemieckich, często tak jak i w tym przypadku, polskiego pochodzenia. Sabotażystę schwytano – Antoni Guzy tłumacząc swój postępek mówił: „czynu przystępnego jakiego dokonałem, dopuściłem się dlatego, że czuję się Niemcem”. Dziś miejsce tragedii upamiętnia tablica przypominająca, że wojna w Tarnowie rozpoczęła się kilka dni wcześniej przed oficjalnym ogłoszeniem ataku Niemiec na Rzeczpospolitą.

Dworzec kolejowy w Tarnowie był też świadkiem innego tragicznie zapisanego w dziejach drugiej wojny światowej wydarzenia. To stąd 14czerwca 1940 roku odjechał pierwszy transport do obozu koncentracyjnego Auschwitz. W grupie tej byli więźniowie polityczni. Z Tarnowa i kilku innych miast Galicji, w liczbie 728. To oni po przybyciu na miejsce przeznaczenia usłyszeli od komendanta obozu Karla Fritzscha słowa: „Przybyliście tutaj nie
do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin”. W miejscu, skąd w czerwcu 1940 roku odjechał transport, na pierwszym peronie dworca ustawiony jest obelisk upamiętniający około siedem tysięcy wywiezionych do Auschwitz wnastępnych latach wojny.


Pamiątką tego wydarzenia jest też pomnik w dawnej żydowskiej dzielnicy, naprzeciwko mykwy, przy której „myto i dezynfekowano” więźniów następnego ranka pod eskorta esesmanów prowadzonych na dworzec kolejowy. Jak wspominał uczestnik transportu, Jerzy Bielecki, „ponury ten pochód więźniów przesunął sie z placu Pod Dębem ulicą Wałową, Krakowską na rampę kolejową, gdzie w pośpiechu wtłoczono nas do uprzednio przygotowanych wagonów”. I choć ten sam komendant obozu zapewniał, że „nikt nie będzie żył tu dłużej niż trzy miesiące”, około dwustu więźniów z pierwszego transportu (w tym czterech tarnowian) doczekało końca wojny.

Zmierzając w stronę Starego Cmentarza, przystajemy przed największym i najbardziej wymownym wystawionym w latach PRL, kiedy milczało się o Katyniu i zbrodniach sowieckich, a liczbę ofiar stalinowskiego totalitaryzmu wliczano do statystyk zbrodni niemieckich faszystów, pomnikiem Ofiar wojny i faszyzmu. Symbolika monumentu i oszczędność informacji – na froncie umieszczona jest jedynie tabliczka z datami rozpoczęcia
i zakończenia wojny – sprawiają, że tarnowianie oddają  tu cześć krajanom, niezależnie od tego z czyich rak zginęli. Wielka to zasługa artystycznej wizji Bogdany i Anatola Drwalów (wieloletni nauczyciel tarnowskiego „Plastyka”), którzy koszmar wojny przedstawili w nędzy umęczonych postaci i podobiźnie małego dziecka wtulającego w rozpaczy twarz w ścianę drugiej części pomnika, którą wieńczą dwa grunwaldzkie miecze – krzyże – symbol polskiej wiktorii.

Nieopodal, w obrębie Starego Cmentarza, znajduje się symboliczny grób Sybiraków, wywiezionych na „nieludzka ziemie” i ofiar stalinowskiego ludobójstwa.

Zanim dotrzemy na Starówkę, odwiedźmy miejsce mniej znane. Na kamienicy nr 18 przy ulicy Urszulańskiej, wmurowana jest pamiątkowa tablica, na której czytamy: „Miejsce uświęcone męczeńską  krwią Polaków walczących wolność 1939-1945”.Enigmatyczny napis niewiele wyjaśnia, resztę podpowiadają fakty. W budynkach przy Urszulańskiej przez cały okres niemieckiej okupacji siedzibę miało gestapo. Zamordowano tu setki osób. Po klęsce hitlerowskich Niemiec od 1945 roku kamienicę tę zajmowało NKWD.

O tragicznym losie społeczności żydowskiej, która przed drugą wojną światową stanowiła blisko połowę populacji miasta, mówi nam Starówka. Tak jak i w innych polskich miastach, również w Tarnowie, Niemcy doprowadzili do przesiedlenia i zgrupowania Żydów w wydzielonej dzielnicy. Pod pozorem akcji wysiedleńczej w czerwcu 1942 roku Niemcy zamordowali kilkanaście tysięcy Żydów. Niewyobrażalna zbrodnia dokonywała się na ulicach i placach miasta, przede wszystkim na Rynku, na żydowskim cmentarzu oraz w lesie Buczyna, w Zbylitowskiej Górze. Pozostałych przy życiu Żydów oddzieliły od reszty tarnowskiego społeczeństwa restrykcyjne zakazy i ściśle oznaczony obszar getta. W kolejnych miesiącach dopełniała się tragedia, poprzez kolejne egzekucje i transporty do obozów w Bełżcu, Płaszowie i Szebniach. Przy Rynku i przy placu Rybnym są tablice upamiętniające eksterminacje tarnowskich Żydów.

Wkraczając w obręb dawnej dzielnicy żydowskiej mamy okazję obejrzeć nieliczne zachowane fragmenty tego nieistniejącego już świata, przede wszystkim bimę oraz łaźnie, czyli „mykwę”. Na niegdysiejszych obrzeżach miasta, do dziś zachował się kirkut, żydowski cmentarz, ten sam, na którym Niemcy zamordowali kilka tysięcy Żydów. O zbrodni przypomina złamana kolumna. Pomnik został wzniesiony z jedynego zachowanego elementu Nowej Synagogi, co wzmacnia jego symboliczny wyraz. Napis głosi: „Tu spoczywa 25 tysięcy  Żydów wymordowanych bestialsko przez zbirów niemieckich”.


Ostatnie kroki skierujmy raz jeszcze w okolice tarnowskiego starego miasta.W 2000 roku przy ulicy Lwowskiej, na placu Ofiar Stalinizmu odsłonięty został pomnik poświęcony ofiarom sowieckiego totalitaryzmu. Był to wówczas pierwszy pomnik w Polsce poświęcony ofiarom stalinizmu. Choć stosunkowo „młody”, stał się już tradycyjnym miejscem, gdzie tarnowianie oddają cześć ofiarom drugiej wojny światowej.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


09:34, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 września 2012

Oby każdy Polak w każdym Rosjaninie i każdy Rosjanin w każdym Polaku widział przyjaciela i brata. (...) Przebaczenie nie oznacza zapomnienia, ale wyrzeczenie się zemsty i nienawiści oraz włączenie się w budowanie zgody i braterstwa pomiędzy Polakami i Rosjanami – napisali we wspólnym przesłaniu Cyryl I i abp Józef Michalik.

Dokładnie przed miesiącem, 17 sierpnia na Zamku Królewskim w Warszawie Patriarcha Moskiewski oraz Przewodniczący Episkopatu Polski podpisali dokument wzywający do rozwijania dialogu i polsko-rosyjskiego pojednania. Forma i okoliczności, w jakich dokument został podpisany, budzi jednak wiele zastrzeżeń wśród komentatorów.
Dokładnie 73 lata temu, 17 września 1939 roku o godzinie 3 nad ranem, wojska sowieckie przekroczyły wschodnią granicę Polski pod pretekstem obrony ludności ukraińskiej i białoruskiej przed Niemcami wobec „rozpadu państwa polskiego”.


Oficjalny pretekst agresji ZSRR na Polskę zawarto w nocie dyplomatycznej przekazanej o godz. 3 w nocy 17 września 1939 r. przez zastępcę ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina ambasadorowi RP w ZSRR Wacławowi Grzybowskiemu. Zamieszczono tam oświadczenie o rozpadzie państwa i ucieczce rządu polskiego, konieczności ochrony mienia i życia zamieszkujących wschodnie tereny polskie Ukraińców i Białorusinów oraz uwalnianiu ludu polskiego od wojny. ZSRR uznawał również wszystkie układy z Polską za nieobowiązujące, jako zawarte z nieistniejącym państwem. Potiomkin przedstawił notę ambasadorowi już w chwili rozpoczęcia działań wojennych. Grzybowski odmówił jej przyjęcia i zażądał wiz wyjazdowych dla dyplomatów polskich. Władze ZSRR, wbrew prawu międzynarodowemu, próbowały uniemożliwić wyjazd i aresztować dyplomatów, stwierdzając utratę statusu dyplomatycznego. Polaków uratował dziekan korpusu dyplomatycznego w Moskwie, ambasador Rzeszy Friedrich Werner von der Schulenburg, osobiście wymuszając na rządzie ZSRR zgodę na ich wyjazd….


Z punktu widzenia prawa międzynarodowego wejście Armii Czerwonej stanowiło agresję łamiącą postanowienia polsko-sowieckiego układu o nieagresji oraz obowiązującą Polskę i ZSRR konwencję z 1933 r. o określeniu napaści. Marszałek Edward Rydz-Śmigły wydał 17 września w Kutach tzw. dyrektywę ogólną, w której nakazał wycofanie do Rumunii i Węgier. “Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii” – pisał Rydz-Śmigły. Brak ogłoszenia przez władze RP wojny pomiędzy ZSRR a Polską oraz brak jednoznacznego rozkazu stawiania oporu najeźdźcy doprowadził do dezorientacji wojska, a w konsekwencji do uwięzienia ok. 250 tys. żołnierzy i oficerów, w większości niestawiających oporu. Do niewoli trafiło ok. 15 tys. oficerów, którzy zostali wywiezieni przez Sowietów do obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Zgodnie z dekretem władz ZSRR, podpisanym przez Stalina 5 marca 1940 roku, zostali oni od kwietnia do maja 1940 r. rozstrzelani przez NKWD w Katyniu, Charkowie oraz Twerze, a pochowani w Miednoje.

Zawarte przed miesiącem porozumienie ma jednak także drugie dno, o czym interesująco dywaguje w jednym ze swoich ostatnich tekstów, pochowany w sobotę, prof. Jerzy Szaniawski.

W przesłaniu do narodów polskiego i rosyjskiego hierarchowie Kościołów katolickiego i prawosławnego podkreślają, że „ludzka ułomność, indywidualny i zbiorowy egoizm, a także naciski polityczne doprowadziły do wzajemnej obcości, jawnej wrogości i walki pomiędzy Polakami a Rosjanami”. W podpisanym przez patriarchę Cyryla I i abp. Józefa Michalika dokumencie przypomniano jednocześnie o wielowiekowym chrześcijańskim kulturowym dziedzictwie Wschodu i Zachodu, które łączy „bratnie narody”. Hierarchowie zwrócili uwagę, że „naród polski i rosyjski łączy doświadczenie II wojny światowej i okres represji wywołanych przez reżimy totalitarne, które kierując się ideologią ateistyczną, walczyły z wszelkimi formami religijności”.

Zastrzeżenia dotyczące podpisanego przed miesiącem dokumentu wzywającego do polsko-rosyjskiego pojednania ma ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który na łamach „Gazety Polskiej” stwierdził, że jego wątpliwości budzi fakt, że dla Kościoła Katolickiego w Polsce stroną do dyskusji jest patriarcha Cyryl I, a treść dokumentu nie była konsultowana z polskimi ekspertami ds. prawosławia.

- Pojednanie oparte na chrześcijańskiej zasadzie przebaczenia jest ważne. Niemniej dokument dziś ogłoszony, budzi wątpliwości, gdyż stroną dla Kościoła katolickiego w Polsce jest patriarcha Moskwy Cyryl I. Z akt, publikowanych także w Rosji, wynika niezbicie, że był on agentem KGB. Historia Cerkwi moskiewskiej wskazuje również, że uzależniona jest ona od wielu wieków od władzy państwowej. Tak było za carów i tak jest obecnie, za rządów Putina. Cyryla I niestety należy zatem traktować nie jako przedstawiciela wierzących Rosjan, ale władz, a samą wizytę w Polsce jako inspirowaną przez rząd FR. Wątpliwości budzi też sposób przygotowania dokumentu, który został sporządzony niejako w konspiracji i nie był przedmiotem publicznej debaty w obu krajach. Co więcej, nie był nawet konsultowany z polskimi ekspertami ds. prawosławia. Podkreślić też trzeba, że Cyryl I jest stroną w silnych konfliktach. Na Ukrainie jego patriarchat rości sobie prawo do zwierzchnictwa nad wszystkimi prawosławnymi i zwalcza ukraiński patriarchat w Kijowie. Cyryl I jest także negatywnie nastawiony do unitów, czyli katolików obrządku wschodniego, i wywołał już konflikty także z nimi. Jest więc mało wiarygodnym partnerem w dialogu na temat pojednania – napisał na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” ks. Isakowicz-Zaleski.

Drugie dno pojednania


Polska między historia, a geopolityką



Józef Szaniawski  (Nasz Dziennik)

września 1939 roku odwieczny wróg napadł zdradziecko na Polskę bez wypowiadania wojny, zadając cios w plecy. Agresja Rosji zwanej wtedy Związkiem Sowieckim była skoordynowana z agresją Niemiec nazywanych wówczas III Rzeszą, która uderzyła w nas 1 września. Już od 1 września trwała współpraca Niemców i Rosjan przeciwko Polsce: sowieckie stacje radiolokacyjne naprowadzały naloty bombowców Luftwaffe na Lwów, Białystok, Wilno, Przemyśl oraz na jednostki Wojska Polskiego na wschód od Wisły. Dlatego jest historycznym fałszerstwem używanie takich eufemizmów jak "Armia Radziecka przekroczyła granicę polską" albo "Armia Radziecka wkroczyła". Nie - nie mówimy przecież, że Wehrmacht wkroczył do Polski, tylko że to Niemcy na Polskę napadły. Tak samo należy określać atak z 17 września: Rosja napadła na Polskę! I nie "radziecka", tylko "sowiecka", bo taka była nazwa tego zbrodniczego, totalitarnego i ludobójczego państwa. Autorem planu agresji z 17 września był marszałek Borys Szaposznikow - szef sowieckiego sztabu generalnego. W dwóch rzutach strategicznych uderzyło na Polskę w sumie półtora miliona sołdatów.

Pierwsze uderzenie Armii Sowieckiej spadło 17 września 1939 roku o trzeciej nad ranem na Podwołoczyska, Czortków, Skałę i Husiatyń. Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP Czortków) był najdalej na wschód wysuniętą placówką obronną Rzeczypospolitej. Nieliczni i słabo uzbrojeni żołnierze dowodzeni przez podpułkownika Marcelego Kotarbę podjęli natychmiast pełną determinacji walkę w obronie napadniętej Ojczyzny. Stawili czoło całemu korpusowi sowieckiemu złożonemu z czołgów brygady i dwóch brygad kawalerii. Bohaterstwo tych kilkuset żołnierzy KOP ppłk. Kotarby porównywalne jest z bohaterstwem żołnierzy majora Sucharskiego broniących Westerplatte. Jeżeli o Westerplatte napisano tysiące publikacji, książek i filmów, to w przypadku żołnierzy KOP Czortków trwa zmowa milczenia. Wojsko Polskie podjęło walkę z Armią Czerwoną m.in. w obronie Grodna, Wilna, Podola.
Bitwy z rosyjskim najeźdźcą stoczono pod Tomaszowem Lubelskim, pod Szackiem i Wytycznem. Lwów i Brześć oblegali wspólnie Rosjanie i Niemcy. Podobnie pod Kockiem 4 i 5 października grupa operacyjna "Polesie" generała Franciszka Kleeberga stoczyła ostatni bój w obronie Polski otoczona przez dywizje sowieckie i niemieckie. W zdobytych polskich miastach, m.in. w: Białymstoku, Brześciu, Przemyślu, oddziały Armii Czerwonej i Wehrmachtu odbywały wspólne defilady. W Krakowie tuż obok siedziby gubernatora Hansa Franka utworzony został konsulat generalny Związku Sowieckiego. To właśnie tutaj NKWD i gestapo wspólnie ustalały szczegóły ludobójstwa niemieckiego i sowieckiego, w tym eksterminację elit polskiej inteligencji. Do niewoli sowieckiej dostało się około ćwierć miliona podoficerów, oficerów i generałów Wojska Polskiego.

Prawdziwą liczbę ofiar zbrodni sowieckiego ludobójstwa po 17 września 1939 kryją moskiewskie archiwa. I właśnie dlatego Rosjanie konsekwentnie odmawiają nam do nich dostępu. Bowiem prawda o sowieckich zbrodniach jest zapewne jeszcze straszliwsza niż to, co wiemy o nich teraz, a kłamstwa rosyjskiej propagandy tradycyjnie mroczne i oszczercze. Prawda nie powinna podlegać zgniłym kompromisom politycznym w obawie przed gniewem Kremla. Prawda jest niepodzielna! Rosja sowiecka była państwem ludobójczym, które wymordowało kilkadziesiąt milionów ludzi.

Rocznica agresji z 17 września skłania do refleksji na temat stosunków z Rosją, a w szczególności osławionego pojednania, które od 10 kwietnia 2010 roku, od tragicznej katastrofy narodowej pod Smoleńskiem lansują politycznie Bronisław Komorowski, Donald Tusk i redakcja "Gazety Wyborczej". Pojednania nie należy budować na kłamstwie. Do pojednania potrzebna jest dobra wola i ludzie dobrej woli. Tymczasem premier Władimir Putin rok temu na Westerplatte oświadczył, że przyczyną wybuchu II wojny światowej był traktat wersalski! Pojednanie może być budowane wyłącznie na prawdzie, a prawda jest zawsze znakiem sprzeciwu wobec zła. Polska była jego ofiarą m.in. w wyniku agresji sowieckiej 17 września 1939 roku. Pojednanie w sensie politycznym nie może być celem samym w sobie, bo tym są racja stanu i bezpieczeństwo narodowe Rzeczypospolitej. Pojednanie nie może też być ulicą jednokierunkową. Powinny do niego dążyć obydwie strony! Więcej, do pojednania powinna dążyć nie Polska, która od wieków była ofiarą, ale Rosja, która była agresorem, zaborcą, napastnikiem, okupantem, a także katem. Tak jest - katem! Zbrodnicze katowskie konto polityczne Rosji obciąża nie tylko Katyń, ale około trzech milionów polskich ofiar, których kości spoczywają w bezkresach Syberii, Kazachstanu, Workuty, Kołymy, Sachalinu i całego ogromnego terytorium "imperium zła". Pojednanie jest dobrem pożytecznym i uzasadnionym moralnie, ale pojednanie nie może być bezwarunkowe.

Drugie dno pojednania ukazało się zupełnie niedawno, kiedy akurat redakcja "Gazety Wyborczej" udostępniła swoje łamy ministrowi spraw zagranicznych Rosji. Siergiej Ławrow napisał w specjalnym artykule, że partnerstwa i dobrego sąsiedztwa "...oczekuje od przywódców naszych krajów zdecydowana większość obywateli rosyjskich i polskich, bodaj wszystkich Europejczyków". Odkładając na bok oględny język dyplomacji, należy to zdanie moskiewskiego ministra odczytać jako wywieranie presji na Polaków: jeżeli nie pojednacie się z nami, zostaniecie wyizolowani w Unii Europejskiej. I to jest właśnie drugie dno - Rosja i najważniejsze państwa UE uważają, że Polska powinna swoją rację stanu podporządkować interesom Rosji w Europie. To dla nas wyraźny sygnał ostrzegawczy.

Oprac. Ryszard Zaprzałka
Źródło: Internet




 

09:13, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 września 2012

Czyli i tak źle i tak nie dobrze...więc może by tak na grzyby...na ryby...


11:14, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 września 2012

W wielu miejscach w Polsce i w Europie, zwłaszcza przy kościołach, ale i w szczerym polu, zobaczyć można tajemnicze kamienne krzyże. Tak stare, że zatarł się już na nich dawno ślad ręki, która je wykonała. Pozostały jako pamiątka czyjejś skruchy, wyrzutów sumienia po zbrodni. Krzyże pokutne, stawiane w czasach, kiedy ludzie mieli uporządkowane priorytety i wiedzieli, że każdą winę trzeba odkupić, zadośćuczynić ludziom, ale przede wszystkim Bogu.


Krzyże pokutne stawiano najczęściej w miejscu popełnienia zbrodni. Morderca fundował go jako znak pokuty, był symbolem zadośćuczynienia. Jednak tylko symbolem! Jego ustawienie nie oznaczało automatycznego darowania win, zatarcia czynu i puszczenia go w niepamięć. Winowajca mógł uniknąć skazania – jeżeli zgodę na to wyraziła rodzina ofiary, z którą złoczyńca zawierał stosowną umowę – musiał jednak spełnić cały szereg warunków: opłacić pogrzeb zabitego, zapłacić rodzinie tzw. „kwotę pokutną”, zamówić msze święte w intencji ofiary, łożyć na utrzymanie jej dzieci, odbyć pokutną pielgrzymkę do sanktuarium i złożyć w kościele określoną ilość wosku. Łatwiej było po prostu „odsiedzieć swoje” i mieć spokój. Co prawda warunki bytowe w średniowiecznych więzieniach trudno było porównać do tych, w jakich karę odbywa Anders Breivik, jednak i tak uciążliwość jej była mniejsza niż spełnienie warunków „traktatu pokutnego”. Chyba, że za zbrodnię przyszło zapłacić głową, co wcale w „ciemnych wiekach” nie było aż tak powszechne, jak się dzisiaj sądzi. Tradycja ta zaczęła (niestety) zanikać wraz z umacnianiem się struktur państwowych i rosnącej przewagi prawa stanowionego nad prawem zwyczajowym. Był to, oczywiście, proces stopniowy i przez pewien (dość długi) czas sądy mogły dopuścić taką formę kary zamiast tej zapisanej w prawie, pod warunkiem, że zgodziła się na to poszkodowana rodzina. Należy zwrócić uwagę, że był to system znacznie doskonalszy niż ten znany z kodeksów karnych, łączył bowiem karę z zadośćuczynieniem, co dziś zostało zapomniane a bardzo wzmacniało społeczne poczucie sprawiedliwości (nie mylić ze sprawiedliwością społeczną). Cóż, w dawnych czasach, kiedy priorytety w ludzkich głowach były ustawione we właściwej kolejności, nawet zbrodniarze wiedzieli, że kara to jedno, ale do odkupienia win potrzeba czegoś więcej – zadośćuczynienia. I dziś przecież jest ono jednym z warunków dobrej spowiedzi. Tyle tylko, że Europa zapomniała o swoich korzeniach, a sakrament pokuty jest coraz częściej traktowany jako przeżytek, echo dawnych wieków, w których Kościół posiadał rząd dusz a konfesjonał był jednym z elementów utrzymujących go przy władzy. Tendencja do „humanizowania” kar sprawia, że często zbrodniarz ma większe prawa niż jego ofiara a wspomniane zadośćuczynienie jest – według wielu „autorytetów” - złamanie przysługujących mu (owemu zbrodniarzowi) podstawowych praw człowieka. Szkoda tylko, że nikt nie pomyśli, iż w ten sposób skazaniec – żyjący w luksusowych warunkach współczesnego więzienia – traci szansę na pojednanie ze Stwórcą, bez którego zbawienie jego duszy jest niemożliwe. Ale któż by się przejmował jakimś tam zabobonem, jakąś tam przebrzmiałą nauką głoszoną przez cieślę sprzed dwóch tysięcy lat...

Ostatnim etapem ekspiacji było ustawienie kamiennego, monolitycznego krzyża lub kapliczki w miejscu, w którym do zbrodni doszło. Prawo przewidywało, że miał to być kamienny monolit wykuty z miejscowego surowca. Na terenie Polski był to najczęściej piaskowiec, granit, bazalt. Różne materiały, różna była też ich wielkość – od pół metra do ponad trzech metrów – i kształty: były krzyże łacińskie, maltańskie, greckie, św. Antoniego (w kształcie litery T), podwójne, wyryte w kamieniu (w formie płaskorzeźby), wmurowane w ścianę kościoła, proste, misternie rzeźbione, pokryte inskrypcjami bądź gładkie. Często zdarzało się, że na krzyżu winowajca umieszczał symbol oznaczający narzędzie, którym popełniono zbrodnię (powszechnie zaczęły się pojawiać na początku XV w.): nóż, kuszę, kielich (kiedy ofiara padła od trucizny), topór, włócznię. Świadczyć to może o tym, że doskonale zdawali sobie sprawę ze swojego czynu, wiedzieli, za co muszą odpokutować i robili to całkowicie dobrowolnie. Jakże różna postawa od tej znanej dziś, kiedy przestępcy często za swój los, za wyrok, obwiniają policję, świadków, prokuratora, sąd – wszystkich, tylko nie siebie. Może zatem warto powrócić do starych, dobrych, ale przede wszystkim sprawdzonych sposobów, zamiast marnować coraz większe środki na nowe metody resocjalizacji, które nie dość, że się nie sprawdzają, to jeszcze wywołują w sprawcach poczucie krzywdy.

W Polsce krzyży pokutnych jest około sześciuset, najwięcej ich można spotkać na Śląsku. Możemy się też pochwalić największym tego typu obiektem w Europie – dwutonowym, mierzącym ponad trzy i pół metra monolitem w Stargardzie Szczecińskim. Wykonany został z wapienia gotlandzkiego. Widnieje na nim wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa i napis: „Boże bądź łaskaw dla Hansa Billeke, roku 1542”, z tyłu zaś wyryto wyznanie win brzmiące (mniej więcej) w ten sposób: „W 1542 roku Hans Billeke zamordował w końcu żelazną siekierą mordercę swojego siostrzeńca”. Z inskrypcji wynika, że winowajca pomścił inną zbrodnię, która dotknęła jego rodzinę. Jak widać nawet w „mrocznych” czasach branie sprawiedliwości w swoje ręce nie było powszechnie przyjętą praktyką i karano je z równą surowością jak zbrodnie popełnione z przyczyn „mniej szlachetnych”.
Innym, ciekawym przykładem krzyża pokutnego jest obiekt z Lubiechowa w województwie lubuskim. Pierwotnie ustawiony kilka kilometrów na południe od wsi został w 1742 roku przeniesiony i użyty jako znak graniczny oddzielający powiaty szprotawski i bolesławiecki. Dziś już niestety nie istnieje, uderzony w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku przez samochód ciężarowy został zniszczony i uznany za zaginiony. Jego fragmenty udało się odnaleźć w ubiegłym roku pracownikom Muzeum Ziemi Szprotawskiej i tam można oglądać elementy jego górnej części. Stopa krzyża pozostała w Lubiechowie.
W tymże samym województwie lubuskim, we wsi Długie, można oglądać krzyż pokutny będący częścią kamiennego muru otaczającego zrujnowany, wczesnogotycki kościół pw. Św. Jakuba. Jest to krzyż typu maltańskiego, równoramienny, został odkryty w ubiegłym roku przez tę samą ekipę Muzeum Ziemi Szprotawskiej, która odnalazła resztki krzyża w Lubiechowie.
W Posadowicach w woj. dolnośląskim można obejrzeć jedynie trzon krzyża pokutnego datowany na XIV – XV wiek. Został prawdopodobnie zniszczony przez Husytów, którzy w 1430 roku splądrowali wieś.  Legenda głosi, że postawił go francuski rycerz Albert posłujący do rezydującego w Brzegu księcia legnicko-brzeskiego Bolesława III Rozrzutnego. Miał on – rycerz, nie książę – zabłądzić w lesie a kiedy już udało mu się trafić na karczmę okazało się, że zajmowali ją rycerze – rabusie. Napadnięty bronił się i jednego z nich zabił. Nie wiadomo dlaczego Alberta opadły wyrzuty sumienia, może walczył nieuczciwie, może to on sam sprowokował napaść. Grunt, że postanowił ufundować pokutny krzyż i odbyć pielgrzymkę do Rzymu odwiedzając po drodze wszystkie napotkane święte miejsca. Ile w legendzie jest prawdy dziś dowiedzieć się niepodobna, jednakże jej przesłanie jest i dla nas, współczesnych, nauką. Wszak i nasz rodzimy kodeks karny uwzględnia coś takiego, jak przekroczenie granic obrony koniecznej. Jak widać także w zamierzchłych czasach ludzie zdawali sobie sprawę z istnienia cienkiej granicy oddzielającej uprawnioną obronę z bezprawiem.

Dziś nikt już krzyży ani kapliczek pokutnych nie stawia, powszechnie uznaje się, że morderca po odsiedzeniu (krótszego lub dłuższego) wyroku zrehabilitował się w oczach społeczeństwa i nic już nie jest mu winien. Nikt nie myśli o ofierze ani jej rodzinie a zapłatę za winę pobiera państwo. Zbrodnia została odhumanizowana, jest tylko zapisem w aktach leżących w sądowym archiwum, czasem w prasowych artykułach i pracach naukowych z dziedziny kryminologii. Gubi się pamięć o ludziach, których czyny doprowadziły do dramatu. A nawet jeżeli ktoś chciałby powrócić do starej tradycji i po wyjściu na wolność ustawić krzyż ku pamięci i przestrodze, to zaraz znalazłby się jakiś nadgorliwy urzędnik z nakazem usunięcia „samowoli budowlanej”. Ale tradycja, w pewien sposób, przetrwała. Krzyże stawiane w miejscach tragicznych wypadków drogowych to echo tego dawnego obyczaju, który pozwalał sprawcy odpokutować, a przechodniom zastanowić się nad swoim życiem.

Alexander Degrejt  (Fronda pl.)


12:37, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 września 2012

Kończy się realizacja ciekawego projektu Galerii Miejskiej BWA  - szlaków corbusierowskich w Tarnowie. Le Corbusier (właściwie Charles-Edouard Jeanneret, 1887–1965) uchodzi za najważniejszego architekta i urbanistę XX wieku. Dzięki słynnym budynkom oraz publikacjom i wykładom wpłynął na kilka pokoleń projektantów – najpierw w Europie, a po II wojnie światowej na całym świecie. Reprezentował pokolenie, które pod wpływem rozczarowania stanem miast odziedziczonym po XIX stuleciu, ich bezładnym rozrostem i przeludnieniem, podjęło się szukania recept na ich uzdrowienie. Proponował radykalne terapie, polegające na usuwaniu niezdrowej i niefunkcjonalnej starej zabudowy i pozostawieniu tylko najcenniejszych zabytków. Radził ścisłe łączenie funkcji mieszkalnych i rekreacyjnych, dzięki budowie bloków otoczonych starannie zaplanowaną zielenią. Sformułował pojęcie „domu jako maszyny do mieszkania”, zaprojektowanego racjonalnie i drobiazgowo, jak samochód czy samolot. Popularyzował budowanie wysokich budynków dzięki wykorzystaniu możliwości żelbetu i prefabrykacji. Poważał niewielu współczesnych architektów, za to podziwiał logikę i celowość inżynierów. Le Corbusier przewodniczył CIAM (Congrès International d’Architecture Moderne – Międzynarodowy Kongres Architektury Nowoczesnej) – sieci wymiany wiedzy i informacji, łączącej w latach 1928-1959 kilkudziesięciu europejskich (w tym polskich) architektów. Jej najważniejszym dziełem była „Karta Ateńska” – zestaw wytycznych dla nowoczesnej urbanistyki (1933), stosowanych w wielu krajach podczas powojennej odbudowy i rozbudowy miast. Idee Le Corbusiera rozprzestrzeniały się po świecie również dzięki jego książkom, z których najgłośniejsza to „W stronę architektury (Vers une architecture”, 1922; pierwsze polskie wydanie ukaże się w 2012 roku). Najbliższy budynek Le Corbusiera znajduje się w Berlinie – tzw. jednostka mieszkalna (1957). Inne jego znaczące budynki to jednostka mieszkalna w Marsylii (1947-1952) – pierwowzór berlińskiej, dom studentów szwajcarskich w Paryżu (1931), kościół Notre Dame du Haut w Ronchamp (Alzacja, 1950), klasztor La Tourette koło Lyonu (1957-1960) oraz liczne małe domy mieszkalne, np. Villa Savoye koło Paryża (1929-1931) czy dom na osiedlu Weissenhof w Stuttgarcie (1927). Specjalne miejsce w dorobku Le Corbusiera zajmuje projekt urbanistyczny całkowicie nowego miasta w Indiach, stolicy Pendżabu, Czandigarh (1952-1959). Niemniej ważne od budynków zbudowanych są niezrealizowane, które działały na wyobraźnię kilku pokoleń architektów, np. projekt siedziby Ligi Narodów w Genewie (1927) czy Pałacu Sowietów w Moskwie (1931) oraz wizje urbanistyczne, takie jak Miasto współczesne, Miasto promienne czy Plan Voisin.


Jego stopa nigdy nie stanęła ani w Warszawie, ani w Katowicach, ani w Tarnowie, ale we wszystkich tych miastach można odszukać jego wpływy. Przedwojenna awangarda, zwłaszcza warszawska, aktywnie uczestniczyła w pracach CIAM – ogólnoeuropejskiej, modernistycznej międzynarodówki, skupionej wokół charyzmatycznego architekta. Inni pozostawali pod urokiem corbusierowskich form, adaptując je zwłaszcza w luksusowej architekturze mieszkalnej. Po II wojnie światowej, gdy najaktywniejsi apostołowie Le Corbusiera weszli w skład aparatu władzy, kiełkująca od lat fascynacja architektem została niemal zinstytucjonalizowana. Nawet w latach socrealizmu, gdy potępiano corbusierowskie formy, kwitły corbusierowskie idee, zwłaszcza urbanistyczne. To dzięki temu od stolicy po małe miasta można dziś odnaleźć jego ślady i na przykładach nieraz dobrze znanych budynków zobaczyć, jak te idee (5 punktów architektury nowoczesnej, jednostka mieszkalna, „Karta Ateńska” czy brutalizm) przekładały się na rozwiązania; przekonać się, które zadziałały, które nie, a które znów mogłyby się sprawdzić. Inauguracja tarnowskiej części projektu „Śladami Le Corbusiera” miała miejsce we czwartek 6 września na dworcu PKP, a kolejne jego segmenty to wieczór filmowy w centrum Sztuki Mościce (piątek 7.09.), wycieczka do zajezdni autobusowej w Mościcach ( sobota 8.09.), wędrówka po tarnowskich osiedlach rozpoczęta od kościoła p.w. Chrystusa Dobrego Pasterza przy. ul. 16-tego Pułku Piechoty (niedziela 9.09.). Cały projekt zakończą  niedzielne (16.09.) warsztaty inspirowane 125. rocznicą urodzin wybitnego architekta Le Corbusiera, które poprowadzą  Magdalena Burdzyńska, Katarzyna Górowska i Robert Gołąbek. Warunkiem uczestnictwa  w nich jest przyniesienie pudełek kartonowych (im więcej tym lepiej, im większe tym lepiej). Miejsce spotkania i warsztatów: plac zabaw pod „Banią”.  To także dobra okazja do przypomnienia jej historii.
   


W Tarnowie umawianie się „pod banią” nie zawiera aluzji do bycia „na bani”. I zdarza się często. „Bania” to oczywiście wieża ciśnień na granicy dwóchnajwiększych tarnowskich osiedli, a konkretnie zbiornik ulokowany na ponad 30-metrowej, stalowej wieży – popularny punkt w topografii miasta.

Strategiczna i wizjonerska.

Zaprojektowano go w latach siedemdziesiątych, a zbudowano na początku lat osiemdziesiątych jako rezerwuar wody dla osiedla Jasna i „Falklandów”. Był to projekt nietypowy i niełatwy do wykonania – szczególnie że nikomu nie śniło się wówczas jeszcze o komputerowym projektowaniu. Konstrukcja znana jako „bania” to tak naprawdę „torus stalowy podparty zakrzywionymi słupami tworzącymi hiperboloidę obrotową” (!). Kto potrafi powtórzyć tę definicję jednym tchem? W każdym razie ów „torus” czy też „bania” stoi już trzydzieści lat. Co więcej – obiekt nadal jest użytkowany zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, czyli jako zbiornik wody. Pod tym względem stanowi ewenement w skali kraju. A w Tarnowie to nie tylko jedyny nadziemny (i tak wysoki!) zbiornik wodny, ale i jeden z najbardziej charakterystycznych punktów, widoczny przy wjeździe do miasta i stanowiący częsty odnośnik np. przy objaśnianiu komuś drogi. A także działający na wyobraźnię. W ciągu ostatniego dziesięciolecia kilkakrotnie pojawiały się pomysły i wizje na temat: co zrobić z „banią”, gdy nie będzie już zbiornikiem wody? Miewali je dziennikarze, przedsiębiorcy, a także plastyk miejski. Projekty zaś i wizualizacje dotyczyły m.in. stworzenia na wieży kawiarni, restauracji, galerii sztuki, punktu widokowego na Tatry, a nawet… wieży spadochronowej. – Były pomysły i wizje, ale rzecz w tym, że zbiornik jest obiektem przemysłowym – mówi Tadeusz Rzepecki, prezes Tarnowskich Wodociągów. – Owszem, obiektem ładnym, eksponowanym, dobrze znanym w Tarnowie. Ale też ważnym, można powiedzieć – strategicznym dla miasta. Dlatego wymaga rygorystycznej ochrony przewidzianej właśnie dla obiektów przemysłowych. Póki co – nie mamy zamiaru wyłączać go z eksploatacji.

Jak Wieża Eiffla…

„Bania” to jedyny zbiornik II miejskiej strefy ciśnień (I strefę obsługują zbiorniki w Krzyżu). Stanowi nie tylko rezerwuar, mieszczący 3 tys. m sześć. wody, jest też elementem stabilizującym ciśnienie w sieci. Zbiornik jest napełniany od późnego wieczora do siódmej rano, przez resztę dnia stopniowo opróżniany. To zarazem jedyny miejski zbiornik wody, ulokowany na nadziemnej konstrukcji. Stalowa wieża ma 37 m wysokości. Sam zbiornik – zwany potocznie „oponką” lub pierścieniem, ma 28 m średnicy i 8 m średnicy w przekroju (taka jest, mówiąc obrazowo, grubość pierścienia). Projekt i konstrukcja pochodzą z końca lat siedemdziesiątych, czyli z czasów, gdy budowano niekoniecznie solidnie. Prezes Rzepecki zapewnia jednak, że „bania” jest chlubnym wyjątkiem – konstrukcja jest solidna i dobrze opiera się zarówno upływowi czasu, jak i warunkom atmosferycznym. – Owszem, nie jest to zbiornik łatwy w eksploatacji – trzeba nad nim czuwać, trzeba go malować. Zdarzają się też drobne nieszczelności, które jednak łatwo usunąć. Jak każda konstrukcja stalowa, obiekt wymaga odpowiedniej konserwacji. Jest jednak w dobrej kondycji. Przy różnych okazjach – m.in. po katastrofie hali w Katowicach i w okresie, gdy po ulewnych deszczach w wielu miejscach pojawiały się osuwiska, wykonywaliśmy specjalne badania sprawdzające wytrzymałość konstrukcji, jej fundamentów, a także stanu skarpy, na której stoi. Okazało się, że konstrukcja jest w dobrym stanie, jest też dobrze posadowiona – fundamenty ma mocne, a skarpa jest stabilna. Dla zbiornika wykonano m.in. wizualizację obciążenia wodą i wiatrem, a także szereg symulacji oraz obliczeń statystyczno-wytrzymałościowych, obrazujących reakcje poszczególnych elementów na czynniki atmosferyczne. W badaniach wzięto pod uwagę takie czynniki, jak ciężar własny konstrukcji, izolacji i obudowy, ciężar wody, falowanie wody w zbiorniku, parcie wody na powłokę zbiornika, drgania własne wieży ciśnień – z wodą i bez wody, obciążenie wiatrem i temperaturą, naprężenia w powłoce torusa i w pierścieniu usztywniającym, reakcje słupów nośnych i płyty fundamentowej na obciążenie, a nawet osiadanie gruntu. Choć stworzona w ciężkich czasach, „bania” wyszła z testów zwycięsko. Poza naprawami drobnych nieszczelności, najpoważniejszy remont przeszła w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to poprawiono izolację zbiornika – przeciwdziałającą zamarzaniu w zimie i zbytniemu nagrzewaniu się w lecie. – „Bania” ma 30 lat i wszystko wskazuje na to, że powinna dotrwać znacznie bardziej sędziwego wieku. Dlaczego nie? Wieża Eiffla to także konstrukcja stalowa, a ma już sto lat… – mówi prezes Rzepecki.


Polityka, reklama i… miłość?

Funkcjonowanie zbiornika w instalacji wodociągowej nie wyklucza jednak wykorzystywania go także jako miejsca na reklamę. – Jest to obiekt dobrze widoczny, dobrze znany tarnowianom i kojarzony nawet jako jeden z symboli Tarnowa, są więc na ogół chętni do umieszczenia tam swojej reklamy – mówi Tadeusz Rzepecki. – Nie zakłóca to w niczym funkcjonowania zbiornika, a zawsze to dodatkowe pieniądze dla przedsiębiorstwa. Wynajmujemy więc tę powierzchnię reklamową. Czasem wiążą się z tym pewne kłopoty – np. mieliśmy dwóch reklamodawców, którzy nie chcieli płacić – ale z tym zawsze jakoś sobie poradzimy. Eksponowana wieża przyciąga zainteresowanie nie tylko reklamodawców. Zdarzało się, że na zbiorniku – na wysokości ok. ósmego piętra – pojawiały się wykonane sprayem napisy. Od treści politycznych (pierwsze hasło, odnotowane jeszcze przed zmianą ustroju, brzmiało „Partia łże! ”,  po wyznania miłosne i imiona dziewcząt… Stojąca na terenie wielkich osiedli na wysokiej skarpie konstrukcja co jakiś czas kusi też amatorów mocnych wrażeń i spektakularnych popisów. Zbiornik jest ogrodzony, opatrzony tablicami zakazu wstępu, a także chroniony elektronicznym monitoringiem – nieproszeni goście czasem jednak uważają, że sztuką jest pokonywanie tych utrudnień. – Niezbyt często, ale zdarzają się niezapowiedziane „wizyty” – mówi prezes TW. – Toteż plany, jakie mamy wobec tego obiektu, to przede wszystkim lepsza ochrona przed intruzami. Sam prezes Tarnowskich Wodociągów na „bani”, czyli w górnej części zbiornika, bywał – i to nie raz. – Pierwszy raz znalazłem się tam w czasach, gdy nie pracowałem jeszcze w Tarnowskich Wodociągach. Podczas pierwszej renowacji tego obiektu w 1986 roku razem z kolegami z klubu alpinistów malowaliśmy ten zbiornik. Potem też zdarzyło mi się kilka razy być na górze. Muszę przyznać, że i oglądanie „bani” od środka, i widok stamtąd na Tarnów robi duże wrażenie.

Starsze albo większe

„Bania” to najbardziej charakterystyczny z kilku eksploatowanych przez Tarnowskie Wodociągi zbiorników. Najstarszy z nich znajduje się w Krzyżu – zbudowany został w 1910 roku, czyli ma historię tak długą, jak przedsiębiorstwo wodociągowe w Tarnowie. W sąsiedztwie tego historycznego zbiornika o pojemności 2,5 tys. m sześć. w 2007 roku zbudowano największy tarnowski rezerwuar wodny – wkopany w ziemię na głębokość 7 metrów, o pojemności 16 tys. m sześć. Najwyżej położony zbiornik znajduje się na szczycie Góry Św. Marcina, niedaleko przekaźnika telewizyjnego. U stóp „Marcinki” są jeszcze trzy zbiorniki wyglądające z zewnątrz jak „latające spodki” – każdy z nich mieści po 2,5 tys. Metrów sześć. wody. Tarnowskie Wodociągi użytkują poza tym zbiorniki przy ujęciach wody w Mościcach i Zbylitowskiej Górze oraz dwa zbiorniki w Łękawicy Dolnej i Górnej na terenie gminy Skrzyszów.

Marta Tutaj (TEMI) zdjęcia z zasobów internetowych, ilustracja – obraz Magdaleny Burdzyńskiej Bania karuzela (akryl na płótnie, 44×68cm, 2008)

 

 


09:32, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 września 2012

Niecodzienny widok można było zobaczyć w ubiegłym tygodniu w różnych miejscach Tarnowa. Owieczka w przedszkolu, przewodnik na szczudłach na dworcu kolejowym , skrzat w Parku Strzeleckim i troje zagubionych książąt w galerii handlowej. To akcja przypominająca, że kto szuka teatru w Tarnowie, znajdzie go przy ul . Mickiewicza 4. Startujemy z nowym sezonem z podwojoną energią. Plany są ambitne a cały zespół głodny wyzwań artystycznych – mówi Rafał Balawejder, dyrektor naczelny. Pokazanie naszych teatralnych bohaterów w całym mieście ma przypomnieć po wakacyjnej przerwie, że mamy dobre miejsce dla ludzi pragnących zobaczyć intrygujące i ciekawe spektakle. Owieczka odwiedziła przedszkole nr 3 przy ul. Szopena To miłe zaskoczenie z samego rana. Dzieci początkowo były stremowane obecnością puszystego stworzenia, ale po chwili nie chciały już owieczki wypuścić do innej grupy – z uśmiechem stwierdza opiekunka grupy starszaków. Gromadka maluchów otoczyła pociesznego krasnala, kiedy pojawił się na placu zabaw w Parku Strzeleckim. Lubię grać dla dzieci, bo to najwdzięczniejszy widz. To małe osoby, ale z dużą wyobraźnią – stwierdza Jerzy Pal. Na sam koniec, w galerii handlowej Gemini można było zobaczyć trzech blond chłopców w zielonych strojach. Oni także szukali swojego teatru, gdzie mogliby wrócić na swoją planetę i do ukochanej róży. W happeningu wzięli udział: Zofia Zoń (Owieczka - „Babcia mówi pa pa”), Aleksander Fiałek (Przewodnik - „Babcia mówi pa pa”), Jerzy Pal (Pocieszek - „Powrót krasnoludków”) oraz Filip Gieracki, Filip Kubala oraz Michał Niedbała (jako książęta z „Małego Księcia”).



A  nowy sezon artystyczny w tarnowskim teatrze zapowiada się bardzo pracowicie. Zaplanowano siedem premier, a pierwsza z nich - „Jednoręki ze Spokane” zainauguruje tegoroczny Festiwal Komedii Talia. Ale zanim rozpocznie się na dobre w najbliższą sobotę 15 września podczas „Teatralnego openair’a” będzie można przymierzyć kostium Makbeta, zrobić sobie zdjęcie w kostiumie bohaterki „Trzech sióstr”, bądź „Małego Księcia”. Chętni będą mogli napić się kawy przy dyrektorskim stoliku. Nie zabraknie także okazji do degustacji wyrobów winiarskich z okolic Tarnowa. Pomysł jest sposobem na ściągnięcie uwagi tarnowian na teatr przed rozpoczynającym się  59. sezonem artystycznym. Nie narzekamy na frekwencję, ale zrobimy wszystko, by teatr stał się jeszcze bardziej rozpoznawalnym miejscem w Tarnowie – mówi Rafał Balawejder, dyrektor naczelny. Jestem bardzo ciekawa opinii tarnowian o teatrze, tego jak  go postrzegają i jak sobie wyobrażają, dlatego dyrektorski stolik kawowy, będzie służył jako miejsce rozmów. Zapraszam naprawdę wszystkich, którzy lubią teatr – zachęca Ewelina Pietrowiak, dyrektor artystyczna. Przed teatrem staną stoiska lokalnych winiarzy, który zaprezentują swoje najlepsze produkty. Będzie można skosztować dionizyjskich smaków z Pleśnej, Tuchowa, Ciężkowic – miejsc, gdzie powoli zaczyna pojawiać się coraz więcej małych, prywatnych winiarni.„Teatralny openair” to druga część akcji promocyjnej, wcześniej postaci ze spektakli pojawiały się w niespodziewanych miejscach. Sobotnie spotkanie zaplanowano od godz. 17 do 19,30. Zakończy je prezentacja fotosów z przedstawień autorstwa Pawła Topolskiego. Wielkoformatowe zdjęcia zostaną wyświetlone na kamienicy naprzeciwko siedziby Solskiego, a towarzyszyć im będzie oryginalna muzyka skomponowana do produkcji tarnowskiego teatru. Poniżej prezentujemy szczegółowy afisz nowego sezonu oraz wywiad z teatralną inspicjentką Katarzyną Jędrzejczyk, jeden z ostatnich przeprowadzonych przez Jerzego Reutera. 


Czarna komedia o kryminalnym zacięciu Martina McDonagh’a „Jednoręki ze Spokane” w wykonaniu aktorów tarnowskiego teatru zainauguruje tegoroczny Festiwal Komedii Talia. To jedna z siedmiu premier zaplanowanych w nowym sezonie artystycznym. Kolejne miesiące przyniosą następne spektakle, w tym także polskie prapremiery.
Już w październiku na scenie Underground zobaczyć będzie można „Piosenki o wierze i poświęceniu” Przemysława Wojcieszka w reżyserii Piotra Waligórskiego. W listopadzie teatr proponuje „Brzydala”, sztukę Mariusa von Mayenburga w debiucie reżyserskim Łukasza Fijała, studenta III roku PWST w Krakowie i przez przypadek tarnowianina.
Na styczeń zaplanowano spektakl „Bohaterowie”, którego tekst specjalnie dla tarnowskich aktorów napisała Anna Wakulik, dyrektor literacki teatru. W Międzynarodowy Dzień Teatru, 27 marca, teatr proponuje nowość na deskach tarnowskiej sceny – spektakl „Szwejk” Jaroslava Haska w reżyserii Adama Walnego, a ta reżyseria oznacza plan mieszany, żywy i lalkowy. Tytułowego bohatera zagra jak najbardziej żywy Jerzy Pal, a efekt całości może być bardzo interesujący. Kwiecień przyniesie na małej scenie polską prapremierę „Konstelacji” Nicka Payne,a, spektaklu w dwuosobowej obsadzie, który w Wielkiej Brytanii był prawdziwym hitem. Na zakończenie sezonu na Scenie Underground pokazana zostanie sztuka Bernarda-Marie Koltes,a „Walka Czarnucha z psami”. Ale teatr nie chce ograniczyć się tylko do spektakli. Nie zabraknie więc w nim także innych wydarzeń, spotkań czy wernisaży.
Zarówno dobór spektakli jak i skompletowanie zespołu aktorskiego to w całości praca i wybór dyrektor artystycznej teatru Eweliny Pietrowiak. Przy takiej liczbie premier i spektakli popremierowych zaczyna dokuczać w teatrze brak sali prób. - Gdy jest próba, nie ma spektaklu, nie możemy więc grać dla widzów tak często, jak byśmy chcieli – mówi dyrektor artystyczna. Aktorom trudno będzie także wygospodarować czas na kontynuowanie śpiewanego cyklu „Solski o...”. Dopiero w czerwcu przyszłego roku, przy okazji Dni Żydów Galicyjskich zaśpiewają pod Bimą piosenki żydowskie. Ale możliwe, że zaskoczą jednak widzów także w ciągu sezonu.

Z cyklu – znani i nieznani…



Rocznik 1970. Inspicjentka i suflerka Tarnowskiego Teatru im. Ludwika Solskiego. Miłośniczka sztuk plastycznych, dobrej literatury i muzyki. 


Przed nami kolejny festiwal komedii Talia. Czy podczas poprzedniego miała Pani swojego faworyta, albo, czy jakaś sztuka konkursowa zaskoczyła Panią pozytywnie? 

Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, gdyż spektakle festiwalowe poznaję raczej od strony kulis, a nie jako widz. Jednak, oczywiście mam swoje zdanie, jak każdy ale trudno o tym rozmawiać przed kolejną edycją festiwalu. Pracownicy techniczni po ustawieniu dekoracji i przygotowaniu sceny do spektaklu, sporo rozmawiają i często ich osąd jest bardzo trafny. 


Praca inspicjenta jest bardzo trudna. Gdy już twórcy spektaklu zrobią swoje, to Pani musi kontrolować zespół techniczny, artystyczny i za wszystko odpowiadać.

Inspicjent, sufler, jest obecny od pierwszych prób z aktorami i reżyserem, na swój sposób współtworzy spektakl, dlatego też, gdy reżyser wyjedzie, w naturalny sposób pewne obowiązki przechodzą w ręce inspicjenta. Dla mnie specyfika tego zawodu polega na umiejętności pracy z ludźmi, dużej dozy czujności, otwartości na potrzeby innych, dobrej pamięci i sporej dawki poczucia humoru, potrzebnej przy stresowych sytuacjach, bo przede wszystkim chodzi o to, żeby praca zespołu przebiegała w miarę w komfortowych warunkach. 


Czy myślała Pani o zmianie zawodu?

Mam na myśli zupełnie ludzkie zmęczenie pracą w jednym miejscu.Dla mnie to już 13 sezon pracy na tym stanowisku i bywały momenty tak trudne, że chciałam uciekać, ale zawsze coś ciągnęło mnie z powrotem, bo to jest chyba tak, jak to powiedziała moja starsza koleżanka po fachu Krysia - "trzeba złapać tego teatralnego bakcyla" - no i ja... złapałam. Teatr to wielka dynamika zdarzeń i zderzeń, gdzie nie ma miejsca na monotonię, znudzenie, a jeżeli chciałam odejść, to tylko pod wpływem przelotnych emocji.


Wielu inspicjentów przechodziło, poprzez egzamin eksternistyczny, do pracy aktorskiej. Czy ma Pani takie aspiracje?

Nie mam takich aspiracji, po prostu lubię pracę inspicjenta. Statystowanie w spektaklach było dla mnie fajną przygodą, ciekawym wyzwaniem. Artystycznie spełniam się rzeźbiąc, rysując, robiąc maski i lalki do teatru. Moim marzeniem jest mieć ogromny warsztat z maszynami do obróbki drewna, piec do wypiekania ceramiki itd. Na tym skończę, bo lista marzeń jest bardzo długa.


Nie chciałbym rozmawiać o nowym budynku tarnowskiego teatru, ale interesuje mnie, jak widzą pracownicy techniczni teatr po generalnym remoncie? 

Przede wszystkim była na pewno duża radość powrotu do własnej siedziby, później oswajanie się z tym samym, a już jednak innym miejscem. Jest na pewno jaśniej, czyściej i bardziej nowocześnie, chociaż niektóre miejsca trzeba starać się dostosować do specyfiki pracy w teatrze. Brakuje trochę okien w garderobach, natomiast myślę, że dużym udogodnieniem są dla brygady technicznej sztankiety sterowane elektronicznie...Tak jak z wszystkim - co nowe musi zostać udomowione.


Przed wielu laty nasz Solski znany był z niepowtarzalnej, przyjacielskiej atmosfery. A jak to wygląda dzisiaj?

Atmosferę zawsze tworzą ludzie. Pewien etap się już na pewno skończył, a teraz wszystko przed nami. W naszych rękach - pracowników tarnowskiego teatru i widzów. Po za tym, jak wszystko, teatr z czasem ulega różnym przemianom i nie powinniśmy ulegać przeszłości, bo to wytwarza niebezpieczne traumy wśród pracowników. Obecny teatr nie jest dzieckiem poprzednich dyrektorów, jest sobą i nie powinniśmy żyć wspomnieniami. 


Oprac. Ryszard Zaprzałka

Źródło: strony internetowe teatru


09:46, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -