Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
wtorek, 02 października 2012

„Życie to raj, do którego klucze są w naszych rękach” pisał kiedyś Fiodor Dostojewski, którego utwory były wielokrotnie i nadal są nieustannie wystawiane na deskach światowych teatrów. Trudno nie zgodzić się ze znanym i uwielbianym rosyjskim pisarzem, bowiem każdy dąży ku dobremu, cokolwiek nie kryłoby się pod tym pojęciem. Pojawia się tylko jeden problem. Co dzieje się wówczas, gdy jedna z rąk zostaje odcięta i uprowadzona? I ta niewidzialna dłoń dręczy tak okrutnie, że pozostaje tylko jeden cel w życiu. Zamiast otworzyć rajski ogród ocalałą dłonią, to czyni się życie piekłem dla siebie i dla innych, bowiem frustracja z powodu rozczarowania jest tak wielka, że trudno przejść obok niej obojętnie. Niestety nie sprawdza się tutaj znana od dawien dawna piękna sentencja – cierpienie uszlachetnia. Prawdopodobnie czyni lepszymi tylko te ofiary, które wchodzą  w drogę katowi. W tym przypadku mowa o pozbawionym ręki i oszalałym z bólu – nie tyle fizycznego, a raczej fantomowego – zwykłym mężczyźnie z amerykańskiego miasta Spokane, który przeszedł metamorfozę i z pokrzywdzonego stał się nieobliczalnym krzywdzicielem. W premierowym spektaklu Tarnowskiego Teatru „Jednoręki ze Spokane” („A Behanding in Spokane”) w reżyserii Zbigniewa Brzozy załatwiony został: „interes typu, nie twój interes”. Pomimo to, uważny widz może wynieść ze sztuki autorstwa współczesnego irlandzkiego dramatopisarza Martina McDonagha garść istotnych przemyśleń. Oddzielając ziarna od plew, śmiech od łez, komizm od tragizmu, fantazmaty od realizmu, dziwność od normalności warto zastanowić się nad licznymi problemami obecnymi w sztuce.  

   

Wachlarz jest szeroki, obejmuje bowiem m.in. takie zagadnienia jak: rasizm, stereotypy kulturowe, ksenofobię, dyskryminację, przemoc oraz narkotyki. Dodać jeszcze tutaj można kwestie egzystencjalne, odczucie własnej cielesności, poszukiwanie rozszczepionej tożsamości, konieczność posiadania celu w życiu, czy potrzebę akceptacji, szczęścia, miłości. Przede wszystkim jednak trzeba powiedzieć, że Carmichael, tytułowy bohater sztuki McDonagha, szukając swojej straconej w wieku młodzieńczym ręki, odkrywa samego siebie. Warte uwagi jest to, że grający go Tomasz Wiśniewski poradził sobie z niewątpliwie trudnym zadaniem gradacji postaci. Wydaje się, że w stworzonej kreacji nieszczęśliwego, zmęczonego i zdesperowanego „gostka” z kanistrem benzyny w torbie i stertą obciętych ludzkich rąk w zniszczonej walizce, nieustannie wędrującego z miejsca na miejsce w poszukiwaniu straconej ręki, jest bardzo autentyczny. W efekcie, zakończenie poszukiwań – zamiast sfinalizować się w iście amerykańskim stylu happy end – przynosi przewrotne przesłanie. Po zagaśnięciu świateł na scenie, widzowi nasuwa się absurdalny wniosek – im dalej się czegoś szuka, tym bliżej się to znajduje.


Na uwagę zasługuje również mocny język postaci, który zdecydowanie działa na emocje widza. Zwłaszcza, gdy pikantne epitety sypią się z ust subtelnej i drobnej Marilyn o bujnych jasnych lokach. Rola dziewczyny dilera marihuany Toby’ego (gościnnie Łukasz Stawarczyk), zagrana przez Zofię Zoń, odsłania kolejne mocne atuty jej aktorskiego warsztatu. Z kolejnych jej wcieleń w tarnowskich inscenizacjach, to dotychczas najciekawsza kreacja młodej aktorki. Z kolei Kamil Urban świetnie poradził sobie w wielu abstrakcyjnych sytuacjach scenicznych. Grany przez niego szalony recepcjonista Mervyn nie mógł bardziej mijać się z rzeczywistością, wówczas bowiem jego zaskakujące dialogi z gibonem nie brzmiałyby równie przekonywująco.

Podczas przedstawienia zdarza się kilka razy zamknąć oczy. Mimo to, prowokacyjne projekcje multimedialne z tryskającą krwią i rozpryskującym się mózgiem oraz oprawa muzyczna w opracowaniu Tomasza Bergmanna również zasługują na pozytywną ocenę. Widz otrzymuje bowiem z jednej strony klimatyczne dźwięki, budujące odpowiednią atmosferę wokół przesyconej groteską i czarnym humorem nietypowej narracji, zaś z drugiej strony dostaje sporą dawkę drastycznych i niejednokrotnie dyskusyjnych wstawek video. Elementy te nadbudowują określone doświadczenia emocjonalne oraz wywołują pewne skojarzenia filmowe, nie tylko z produkcji w stylistyce Tarantino, Lyncha, braci Cohen, czy Ritchiego. Szczególnie zaskakującą rzecz w bardzo prostej i wyrazistej scenerii sztuki, zbudowanej w odcieniach szarości: łóżko, komódka, szafa, lampka, telefon, okno i czerwone schody przeciwpożarowe (scenografia Grzegorz Małecki), a umiejscowionej w podrzędnym amerykańskim pokoju motelowym w stanie Waszyngton, stanowią tarnowskie akcenty.


W projekcjach multimediach odnaleźć można bardzo charakterystyczną czarno-białą mozaikę na posadzce tarnowskiego dworca kolejowego, czy sale lekcyjne i fragmenty korytarzy w jednym z renomowanych liceów ogólnokształcących w Tarnowie.
Nie bez powodu przywołać w tym miejscu można cykl powieściowy „W poszukiwaniu straconego czasu”. W jednym z tomów Marcel Proust napisał: „Przychodzi w życiu godzina – jesteś jeszcze od niej bardzo daleko – kiedy znużone oczy znoszą już tylko jedno światło, to, które piękna noc, jak dzisiejsza, tworzy i sączy wraz z mrokiem; kiedy uszy nie mogą już słuchać innej muzyki prócz tej, którą gra blask księżyca na flecie milczenia. Gdzieś w połowie niewiadomego drzewa niewidzialny ptak siląc się skrócić dzień zgłębiał przeciągłą nutą otaczającą samotność; ale otrzymywał od niej odpowiedź tak jednomyślną, odzew tak nabrzmiały ciszą i bezruchem, iż można by rzec, że zatrzymał na zawsze chwilę, której bieg chciał przyśpieszyć”.

Zatem o czym myśli jednoręki „gostek” ze Spokane, kiedy wyłaniając się z półcienia na łóżku w motelowym pokoju, próbuje zapalić papierosa ręką z wytatuowanym napisem MIŁOŚĆ?

Tarnowski Teatr im. Ludwika Solskiego, premiera 28 września 2012.

tekst - Małgorzata Budzik,  zdjęcia - Paweł Topolski


 

10:54, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 października 2012

„Ojciec Jan siedzi naprzeciw mnie i opowiada o swoich rodzinnych stronach w Tarnowskiem, które są również moimi stronami rodzinnymi /../ Słucham z zapartym tchem, a potem już wcale nie słucham, i tylko powtarzam w myślach te nazwy miasteczek, wsi i rzek /…/ po których pozostała tylko gorzka wiedza o straconym i nieodzyskanym raju… - Roman Brandstaetter”.

Roman Brandstaetter urodził się 3 stycznia1906 roku w Tarnowie. Postrzegany jest jako pisarz międzykulturowy, a jednocześnie głęboko katolicki, łączący dwie wielkie religie – judaizm i chrześcijaństwo – w jeden religijny i historyczny ciąg. Pochodził z rodziny żydowskiej o tradycjach literackich i głęboko zakorzenionej w tradycji Żydów galicyjskiego południa Polski. W roku 1670, skutkiem edyktu antyżydowskiego cesarza Leopolda I przodkowie Romana opuścili Austrię i osiedlili się w Polsce, w Brzesku.    Brandstaetterowie zamieszkali w Tarnowie po nałożeniu przez rząd rosyjski w 1842 roku  na Żydów 25-letniego obowiązku odbycia służby wojskowej. Wtedy właśnie Abraham Brandstaetter - pradziadek Romana, urodzony w Warszawie w 1804 roku - uciekł wraz z rodziną z Warszawy do Tarnowa. Abraham założył w Tarnowie dwie tłocznie oleju. Obok ówczesnego placu Drzewnego posiadał własny dom, na dziedzińcu którego co piątek rozdzielał wśród biednych pieniądze, chleb i oliwę. Znany był szeroko ze swej bogobojności, mądrości i dobroci. Po latach jego prawnuk w „Kręgu biblijnym” napisał: „To mój pradziad nauczył mnie zza grobu przeżywać Biblię jako zjawisko nieustannie obecne".

Dziadkiem Romana był Mordechaj Dawid Brandstaetter, urodzony w 1844 roku w Briglu. W 16 roku życia ożenił się z córką tarnowskiego kupca i zamieszkał w Tarnowie. Uznany nestorem literatury hebrajskiej - zbiorowe niezakończone wydanie jego utworów ukazało się w 1910 roku. Szereg jego opowiadań tłumaczono na język angielski, niemiecki, rosyjski.      

Przez całe życie zagłębiał się w naukach talmudycznych, był współtwórcą oświecenia żydowskiego w Galicji „Haskala” - ruchu o wyraźnych tendencjach, zmierzających do europeizacji Żydów. Był zaciekłym wrogiem fanatyzmu religijnego i izolacji, czyli zamykania się w gettach. Dzięki swojej głębokiej wierze i mądrości cieszył się powszechnym szacunkiem i poważaniem. Zmarł w Tarnowie w 1928 roku, mając 84 lata.

Rodzice Romana - Ludwik i Maria z Brandstaetterów stworzyli dom o rodzinnych tradycjach. Mieszkali w Tarnowie przy ulicy Mickiewicza. Matka, osoba subtelna i delikatna sama uczyła syna czytać i pisać, posługując się Biblią w polskim przekładzie ks. Wujka. Romana posyłano również na naukę gry na fortepianie do profesor Kosteleckiej i do pianisty Salo Baua w Tarnowie. Oboje rodzice pisarza zostali zamordowani w obozie koncentracyjnym w Treblince.

Przyszły poeta wyniósł z domu rodzinnego szerokie zainteresowanie historią i religią swojego narodu, kulturą i literaturą. Do lektury czytanych przez niego książek, doszły w wieku 13 lat, pierwsze samodzielne próby literackie i poetyckie. Pod wpływem ówczesnych poetów - J. Tuwim, L. Staff – pisał młodzieńcze wiersze, w których patetycznie odnosił się do chrześcijaństwa i pierwszych przemyśleń religijnych. Wszystkie próby pisarskie z tego okresu spłonęły w Warszawie, w czasie okupacji hitlerowskiej.

Brandstaetter ukończył szkołę powszechną, oraz Gimnazjum Męskie w Tarnowie, a egzamin dojrzałości zdał w 1924 w Krakowie. Tam też studiował filozofię i filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czasie studiów zadebiutował jako poeta, publikując w 1926 roku na łamach Kuriera Literacko-Naukowego wiersz „Elegia o śmierci Sergiusza Jesienina”. Tego samego roku w Nowej Reformie ogłosił wiersz  „Piłsudski”. Kolejne wiersze i artykuły pisał do Głosu Prawdy, Gazety Polskiej i innych czasopism. W 1928 wydał pierwszy tom poezji pod tytułem „Jarzma”. Po ukończeniu studiów przebywał w latach 1929-1931 na rządowym stypendium w Paryżu, gdzie prowadził badania nad działalnością polityczno-społeczną Adama Mickiewicza. Praca ta zaowocowała tytułem doktora filozofii, który otrzymał w 1932 roku.

Powróciwszy z Paryża zamieszkał w Warszawie, gdzie przez rok pracował jako nauczyciel języka polskiego i gdzie podjął pracę literacką oraz publicystyczną, drukując w Kurierze Literacko-Naukowym i Miesięczniku Żydowskim. Wydał również szkice historyczno-literackie: „Legion żydowski Adama Mickiewicza” (1932), „Moszkopolis” (1932), „Wybryki antyżydowskie studentów Uniwersytetu Wileńskiego w r. 1815” (1932), a następnie „Tragedie Juliana Klaczki” (1933), i tomik poezji „Węzły i miecze” (1933) oraz zbiór pamfletów „Zmowa eunuchów” (1936).W 1935 odwiedził Turcję, Grecję i Palestynę.

Krótko po wybuchu II Wojny Światowej wyjechał do Wilna, gdzie ożenił się z wieloletnią przyjaciółką Tamarą Karren. Dzięki staraniom żony i przepisom, zezwalającym na wyjazd tylko w ramach całej rodziny, Brandstaetterowie wyjechali do Jerozolimy. W tym czasie powstał i został wystawiony dramat Romana „Kupiec warszawski”, który został bardzo nieprzychylnie przyjęty przez środowiska polskie i przysporzył autorowi wielu wrogów i całą masę negatywnych recenzji. Skonfliktowany z Polonią długo nie znajduje pracy, dopiero za wstawiennictwem swojego profesora z okresu studiów dostaje angaż w Polish Information Centre w Polskiej Agencji Telegraficznej, gdzie pracował w nasłuchu radiowym aż do czasu wyjazdu z Palestyny. W okresie palestyńskim napisał kilka dramatów, nigdy nie wystawionych w teatrze i swój największy dramat „Powrót syna marnotrawnego”.

Niewątpliwie największym ciosem tamtego okresu dla Brandstaettera było odejście żony. Jak pisała Tamara Karren w liście do o. Jana Góry, opublikowanym w książce pt. „Był jak przechodzień do domu Ojca”, odeszła z miłości do innego. „Nie zerwaliśmy z sobą, to ja odeszłam od niego, bez konkretnej przyczyny z jego strony, bez uprzedzenia. Poznałam oficera wojska polskiego, lekarza chirurga, bohaterskiego operatora z bombardowanego Tobruku /…/ Wydawał mi się ostoją  spokoju, równowagi, opieki. Zakochałam się w nim zmęczona huśtawką nastrojów i nerwów Romana.”


Po opuszczeniu Palestyny w 1946 roku Brandstaetter wyjechał do Rzymu, gdzie przyjął chrzest w Kościele Katolickim i poślubił polską szlachciankę Reginę z Brochwiczów Wiktorównę, którą poznał w sekretariacie polskiego ambasadora Kota. Prof. Kot znów wspomógł znanego już literata i Brandstaetter objął posadę attache kulturalnego przy ambasadzie RP. W roku 1948 zorganizował w Rzymie uroczystości patriotyczne - cykl akademii - z okazji setnej rocznicy założenia Legionu Żydowskiego Adama Mickiewicza. Charakter uroczystości nie przypadł do gustu nowym władzom politycznym w kraju, które spodziewały się manifestacji marksistowskiej. Miało to swoje dalsze negatywne konsekwencje w odniesieniu do pisarza, którego odwołano z attachatu przy ambasadzie. Nadszedł czas powrotu do ojczyzny. Kiedy wysiadł z pociągu w Zebrzydowicach stało się coś niezwykłego. W dworcowej restauracji usiadł za stołem i po ośmiu latach po raz pierwszy wziął do ręki polski chleb - wtedy poraziły go ewangeliczne słowa opowiadające o spotkaniu Jezusa w Emaus, którego uczniowie rozpoznali przy łamaniu chleba.
"Przy stole nikt ze mną nie siedział, nikt nie pobłogosławił chleba leżącego przede mną, nikt go nie przełamał, ale mimo to ręka, w której trzymałem chleb mojej ziemi, drżała ".
/"Krąg biblijny" - Emaus w Zebrzydowicach/

Było to dla pisarza wielkie i głębokie wzruszenie, odczytane przez niego jako ewangeliczny znak. Od tego momentu Biblia stanowiła dla niego nierozerwalną jedność Starego i Nowego Przymierza.

W Polsce pozostał już do śmierci. Napisał wiele tomów dramatów, powieści i zbiorów poezji. Przetłumaczył cztery Ewangelie i Apokalipsę. Wiele tomów napisali o Romanie Brandstaetterze inni, ale żaden z nich nie pominął tego co w swojej twórczości chciał związać – dwie najważniejsze w jego życiu religie – judaizm i chrześcijaństwo. Zmarł w Poznaniu 27 września 1987 roku, nie pozwalając w ostatnim słowie na przemówienia nad swoją trumną.

/za „Był jak przechodzień do domu Ojca” – Jan Góra OP, „Psałterz Brandstaettera w 16-tą rocznicę śmierci Pisarza” – Wydawnictwo Pallottinum/

Jerzy Reuter
(Gazeta Krakowska)


09:58, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 września 2012

Pytanie pomocnicze: gdzie tkwi odpowiedź na takie dictum...


15:06, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 września 2012


Po 5 zł sztuka. Taka była cena za ręce oferowane w okolicach tarnowskiego Burku. Wątpliwej proweniencji pielęgniarze zachwalali świeżość swojego towaru.  Jednorękiego nie zauważono. Akcja była happeningiem przed piątkową premierą spektaklu Martina McDonagh „Jednoręki ze Spokane” w Teatrze im. L. Solskiego, alternatywną propozycją czarnego humoru, wobec klasycznych fars. Premierowy wieczór zakończył uliczny pokaz Parafian Ognia, grupy zajmującej się żonglerką płomieniami na otwartym powietrzu. XVI Ogólnopolski Festiwal Komedii Talia 2012 odbywa się w tym roku w dniach 28 września  - 7 października. Tegoroczna Talia to siedem spektakli konkursowych wybranych z pośród 70 zgłoszonych propozycji  i trzy imprezy towarzyszące. Jak co roku, zapowiadają organizatorzy, widzowie będą mieli okazję nasycić ducha teatralnymi perełkami z miast z całej Polski a także z sąsiednich, słowackich  Koszyc. Główną częścią imprezy jest konkurs spektakli komediowych scen polskich. Nagrodę główną stanowi statuetka „Tarnowskiej Talii", które przyzna profesjonalne jury w składzie: Barbara Szałapak (aktorka, szefowa oddziału ZASP w Krakowie), Małgorzata Pieńkowska (aktorka), Jacek Wakar (krytyk teatralny, dziennikarz) oraz Andrzej Nejman (aktor, dyrektor Teatru Kwadrat w Warszawie). Przyzna ono nagrodę Grand Prix oraz nagrodę finansową w wysokości 15 tys. złotych dla najlepszego spektaklu. Obok tego zostaną przyznane nagrody dla twórców: reżyserów, aktorów, scenografów.  Swoich laureatów będzie miała także publiczność, która wybierze swój ulubiony spektakl. Festiwal rozpoczął się tarnowską premierą „Jednoręki ze Spokane” , w reżyserii Zbigniewa Brzozy. W obsadzie mogliśmy zobaczyć Zofię Zoń, Łukasza Stawarczyka (gościnnie), Kamila Urbana oraz Tomasza Wiśniewskiego. Ta przewrotna, groteskowa opowieść o poszukiwaniu celu w życiu, stanie we szranki z pozostałymi spektaklami konkursowymi. A wśród nich  „Marsz Polonia” Jacka Pilcha, w reżyserii Jacka Głomba z Teatru Powszechnego w Łodzi, „Klub kawalerów” z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, „O północy przybyłem do Widawy, czyli OPIS OBYCZAJÓW III” – a to już Teatr IMKA z Warszawy. W ramach konkursu obejrzymy także „Wszystko o kobietach” z Teatru Państwowego na Słowacji , historię londyńskiego taksówkarza bigamisty, czyli „Mayday” z Och Teatru w Warszawie i sztukę „Księżyc i magnolię” w reżyserii Macieja Englerta, z Teatru Współczesnego w Warszawie. Podczas festiwalu nie zabraknie także imprez towarzyszących. Będzie wernisażowo, muzycznie, kabaretowo i oczywiście komediowo, a to za sprawą Ab- ovo z Warszawy, podczas którego improwizacja to królowa wieczoru. Z kolei formacja „Tercet, czyli kwartet”, na czele z Piotrem Gąsowskim, Wojciechem Kaletą, Robertem Rozmusem i Hanną Śleszyńską, zabierze widzów w muzyczną podróż po największych hitach lat 70’, 80’ i 90’, z której niewielu będzie chciało wrócić. W trakcie komediowych dziesięciu dni, w teatrze spodziewanych jest około 6 tysięcy widzów. Każde z przedstawień będzie wystawione dwa razy, za wyjątkiem spektaklu „Księżyc i magnolie”. Aktorskie poczynania będziemy obserwować na Dużej Scenie Teatru i na Scenie Underground a spotykać się w klubie festiwalowym na który wybrano restaurację Soprano przy ul. Mościckiego. Całemu festiwalowi towarzyszyć będzie zbiórka charytatywna na rzecz Piotrka Radonia, 19-latka bez rąk i nóg z Dąbrowy Tarnowskiej, który próbuje właśnie rozpocząć studia informatyczne. Wolontariusze z puszkami będą zbierać datki w miejscach prezentacji spektakli festiwalowych. Zakończenie tegorocznego festiwalu odbędzie się w Centrum Sztuki Mościce, podczas którego zobaczymy kabaretowo - music – hallowy spektakl Rafała Kmity – „Jeszcze nie pora nam spać”. Spać nie powinny nam dać także codzienne „sercem pisane” relacje naszej specjalnej wysłanniczki Krystyny Drozd, zamieszczane w stałej rubryce „O tym i owym czyli…”


Ps. Karnet na cały festiwal kosztuje 450 zł, a ceny biletów na poszczególne spektakle wynoszą miedzy 35 a 65 zł. Wypada tylko żałować, że pomimo dofinansowania z państwowej kiesy, ceny biletów są jak na tarnowskie warunki horrendalne wysokie. Wyklucza to z uczestnictwa w tych teatralnych dionizjach zwykłych widzów, młodzież i emerytalno – rentową populację 50+  - ale to przecież nie dla nich organizowana jest Talia… Nie dla nich karnety, zaproszenia i czerwony dywan… To teatralne święto dla tzw. elit polityczno – biznesowo – towarzyskich oraz wybranych „opiniotwórczych”  redakcji i dziennikarzy. Być może dlatego, pomimo braku biletów w kasie, widownia tarnowskiego bywało, że prześwitywała… Ale może w tym roku będzie inaczej.  

W ciągu minionych 15. lat tarnowski festiwal zdobył uznanie w środowisku teatralnym, cieszy się dużym zainteresowaniem mediów oraz publiczności. W 2009 roku Talia otrzymała wyróżnienie w kategorii najlepszych wydarzeń kulturalnych Małopolski.
W ramach tegorocznej Talii zorganizowane zostaną także spotkania z przyjeżdżającymi artystami ,wśród których znajdą się między innymi: Magdalena Boczarska, Marta Lipińska, Maria Seweryn,  Hanna Śleszyńska, Artur Barciś, Stefan Friedmann, Piotr Gąsowski,  Tomasz Karolak, Andrzej Zieliński, Robert Rozmus. Aktorzy Teatru Powszechnego odwiedzą III Liceum Ogólnokształcące, właśnie te którego absolwentem jest Andrzej Zieliński (zaczynał w tarnowskim teatrze jako maszynista), grający w "Księżycu i magnoliach", a zespół teatru IMKA spotka się z klasą teatralną prowadzoną przy Zespole Szkół Ogólnokształcących im. Jana Szczepanika.

Talia to jednak nie tylko konkurs (szczegółowy program festiwalu prezentujemy niżej). Tegorocznemu festiwalowi towarzysza m.in. wystawa rysunków  Janusza Grysiewicza „Jeśli jesteś bez grzechu” we foyer teatru i wystawa  fotografii Tadeusza Koniarza „przyŁAPANE” w BWA Galerii Miejskiej na Dworcu PKP. Obydwa wernisaże odbyły się w przed dzień inauguracji Festiwalu, w czwartek 27 września.

O godzinie 18.00 na dworcu kolejowym otwarta została wystawa fotografii Tadeusza Koniarza „przyŁAPANE” -  będzie ją można oglądać do 14 października.

 



-Fotografią zajmuję się zawodowo od 1986 roku, pracując jako etatowy fotoreporter w prasie lokalnej i ogólnopolskiej. Fotografuję zdarzenia życia codziennego oraz ważne wydarzenia społeczno-polityczne. Zajmuję się także fotografią reklamową, krajobrazu, architektury, sportu, portretem. Wykonuję zdjęcia ślubne – mówi o sobie Tadeusz Koniarz. - Prezentowałem swoje prace na wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce i za granicą oraz w publikacjach książkowych i albumach. Jestem laureatem ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów fotograficznych, gdzie zdobywałem nagrody i wyróżnienia. Obecnie współpracuję z Agencją Fotograficzną REPORTER.

Tego samego dnia o godzinie 20.00 w Teatrze im. Ludwika Solskiego zaplanowano wernisaż wystawy rysunków satyrycznych i karykatur Janusza Grysiewicza - „Jeśli jesteś bez grzechu...”  Ekspozycja prezentuje blisko 100 rysunków z kilku ostatnich lat inspirowanych różnymi aspektami życia codziennego, światem polityki, problemami społecznymi, zrealizowanych w charakterystycznej dla artysty kresce. Większość prac prezentowana była na różnego rodzaju konkursach i przeglądach nie tylko w Polsce, ale też w wielu krajach na całym świecie, gdzie znalazła uznanie w postaci nagród i wyróżnień.

   

 

 - Posiadam wykształcenie pedagogiczne, jestem nauczycielem. Zostałem przyjęty do ZPAP na podstawie dorobku twórczego. Od wielu lat pasjonuję się muzyką i malarstwem. Realizuję te pasje równolegle. Dominującą rolę w mojej twórczości odgrywa wyobraźnia połączona ze szczególnym studium rysunku oraz dokładną analizą tematu – mówi o sobie autor. - Niezastąpiona jest również intuicja, która podpowiada fascynujące połączenie myśli i formy. Każdy obraz to oddzielny obszar myśli, różniący się formą przekazu działającą na podświadomość. Najczęściej stosowanym artystycznym środkiem wyrazu jest ołówek. Oprócz rysunku uprawiam także malarstwo olejne, pastelowe i rysunek satyryczny.

Wystawa otwarta będzie do 12 października.

PROGRAM FESTIWALU:

28.09.2012, godz.17:00 i 20:00
M. McDonagh „Jednoręki ze Spokane”, reż. Z.Brzoza, obsada: Z.Zoń, Ł.Stawarczyk (gościnnie), K.Urban, T. Wiśniewski
(Teatr im. L. Solskiego w Tarnowie)
PREMIERA
Konkurs – Uroczyste otwarcie Festiwalu

29.09.2012, godz. 17:00 i 20:00
J.Pilch„Marsz Polonia”, reż. J.Głomb, obsada: J.Kotyński, G.Wojdon, M.Zając, A.Listwan. M.Górecka, B.Połomska, A.Jakubas, J.W.Poradowski, M.Ślosarski, M.Henke, A.Majewski, A.Zawadzki, A.Wójcik, J.Kubicki
(Teatr Powszechny - Łódź)
Konkurs

30.09.2012, godz.17:00, 20:00
M.Bałucki„Klub kawalerów”, reż. Ł.Gajdzis, obsada: K.Adamczyk, M.Czachor, P.Gilewski, M.Jaskulski, M.Łaska, R.Nowak, J.Pożarowski, M.Trofimiuk, M.Witkowska, M.Zawodziński
(Teatr Polski im. H.Konieczki - Bydgoszcz)
Konkurs

01.10.2012, godz. 17:00, 20:00
M.Grabowski„O północy przybyłem do Widawy, czyli opis obyczajów III”, reż. M.Grabowski, obsada: M.Boczarska, I.Bielska, A.Konopka, O.Hamerski, M.Grabowski, T.Karolak, O.Mysłowska
(Teatr IMKA– Warszawa)
Konkurs

02.10.2012, godz. 17:00, 20:00
M.Gavran„Wszystko o kobietach”, reż. D.Dajin, obsada: B.DrotárováD.Košická, A. Ďuránová
(Teatr Państwowy –Koszyce/Słowacja)
Konkurs

03.10.2012, godz.: 17:00, 20:30
R.Cooney“Mayday”, reż. K.Janda, obsada: M.Seweryn, M.Fronczek, R.Rutkowski, M.Wierzbicki, A.Barcis, A.Krawczuk, S.Friedmann, M.Breitenwald
(OCH-TEATR – Warszawa)
Konkurs

04.10.2012, godz.: 17:00 i 20:00
„Publiczność rządzi”, obsada: K.Michalska, W.Medyński, A.Bajer, P.Wesołowski, P.Wyżykowski, R.Kibalski, J.Aleksandrowicz – Krasko, M.Głowacki, F.Młynarski, A.Perkman, P.Wesołowski,
(Teatr IMPROV – AB OVO – Warszawa)
Impreza towarzysząca

05.10.2012,godz. 20.00
R.Hutchinson„Księżyc i magnolie”, reż. M.Englert, obsada: M.Lipińska, L.Charewicz, S.Orzechowski, A.Zieliński
(Teatr Współczesny - Warszawa)
Konkurs

06.10.2012,godz.: 17:00 i 20:00
„Tercet, czyli kwartet”, obsada: H.Śleszyńska, P.Gąsowski, W.Kaleta, R.Rozmus oraz M.Czwojda, P.Kończal, M.Kwapisz, W.Zieliński
(Ja-Majka Music)
Impreza towarzysząca

07.10.2012,godz.18:00
R.Kmita„Jeszcze nie pora nam spać”, reż. R.Kmita, obsada: B.Ducka, W. Malchar, W.Stolorz, A. Dyjas, K. Hołub, A. Surma, E. Wacławek-Czmok, D.Żuchnicka, K.Baron, P.Brodziński, K.Franczak, B.Jaśkowski, D.Koralewski, M.Wawrzynowicz, K.Buczkowska, N.Gajewska, B.Jabłońska-Rakoczy, N.Kurzawa, M.Mazurkiewicz, M.Ochabowicz, W.Ratajczak, S.Chwastecki, K.Guzy, J.Jóźwik, G.Kaczmarczyk i orkiestra pod dyr. Jerzego Jarosika oraz GRUPA RAFAŁA KMITY – K.Chlebny/A.Myśliwiec, A.Lipnicki, P.Plewa, A.Róg, D.Starczewski, J.Stefanik, K.Wolski
(Teatr Rozrywki - Chorzów)
Impreza towarzysząca – Gala zakończenia Festiwalu

oprac. Ryszard Zaprzałka  zdjęcia: Paweł Topolski


22:23, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 września 2012

Czyli  rowerem do chłopa, który gości ze stolicy w polu przyjmował.

Dziś jedziemy na wycieczkę do Wierzchosławic, w odwiedziny do Wincentego Witosa. Do Wierzchosławic jest tylko 9 km, dlatego na tę wycieczkę polecamy rower. Warto wybrać się na kąpielisko w Radłowie, gdzie można popłynąć w rejs katamaranem. Smacznie zjemy w Centrum Kultury. Pierwsza wojna światowa zakończyła sie 11 listopada 1918 roku. Polska, formalnie wolna i niepodległa, walczyć musiała jednak dalej. Tereny opuszczane przez wojska niemieckie zajmowały oddziały Rosji bolszewickiej. Nie istniały jeszcze granice państwowe, a armia polska dopiero się tworzyła. II Rzeczpospolita swego zarania miała paść ofiarą czerwonej zarazy – a jednak zdarzył się cud. Cud nad Wisłą, zwycięska bitwa warszawska 1920 roku, która zatrzymała wroga i utwierdziła odrodzone państwo polskie. Świadkiem i ważnym uczestnikiem tamtych zdarzeń był pochodzący z podtarnowskiej wsi Wincenty Witos, który w historii zapisał się jako „pierwszy chłop Rzeczpospolitej. W Wierzchosławicach, co roku – 15 sierpnia, wspomina się uroczyście wydarzenia z 1920 roku. Dlaczego kolejne rocznice zwycięskiej bitwy warszawskiej, która zakończyła wojnę  polsko-bolszewicką, tak hucznie świętuje się właśnie tutaj? W Wierzchosławicach przyszedł na świat Wincenty Witos, działacz ludowy, prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego„Piast”, trzykrotny premier polskiego rządu, w trudnym okresie wojny polsko-bolszewickiej stojący na czele Rządu Obrony Narodowej.

  

Jedziemy wiec dzisiaj do Wierzchosławic, poznać historię niczym z filmu – pochodzący z ubogiej, chłopskiej rodziny mężczyzna, dociera na najwyższe szczeble państwowej władzy. Wierzchosławice leżą na zachód od Tarnowa, „przytulone” do ogromnego kompleksu lasów radłowskich, Które niegdyś – wraz z Puszczą Niepołomicką oraz lasami bratucickimi – stanowiły nieprzebyte bory. Teren jest tu zupełnie równinny. Jadąc od strony Tarnowa, jedynym większym urozmaiceniem rzeźby jest dolina Dunajca, którego łagodne już tutaj wody, za kilka kilometrów zasila największą z polskich rzek –Wisłę.

Dotarcie do celu nie powinno sprawić nam żadnego kłopotu. Te około dziesięciu kilometrów dzielące Tarnów od Wierzchosławic pokonamy najszybciej autem(droganr973 przez Mościce i Kępę Bogumiłowicką). Wybrać możemy się też pociągiem(do stacji Bogumiłowice), autobusem lub rowerem. Ten ostatni środek lokomocji polecam szczególnie – odległości nie są wielkie, a własne dwa kółka dają możliwość obejrzenia kilku dodatkowych atrakcji.
Wizytę w rodzinnej miejscowości Witosa rozpoczynamy od odwiedzenia jego ojcowizny. Starsi ludzie z tych terenów powiedzą po prostu „ojczyzny”, czyli ziemi po ojcach. Wierzchosławicka „ojczyzna” Witosa (jak również wybudowana przezeń tzw. nowa zagroda) to dziś oddział tarnowskiego Muzeum Okręgowego. Dzięki przygotowanej w„starej” i„nowej zagrodzie” ekspozycji poznamy czołowego działacz PSL„Piast”, premiera IIRP, a zarazem tutejszego wójta i gospodarza, z którego życia do dziś dumni są okoliczni mieszkańcy.

Niezależnie od wybranego środka transportu, znajdując się już w Wierzchosłwicach natrafiamy na skrzyżowanie drogi 973 od Tarnowa z drogą nr 975 na Radłów, w kierunku którego kontynuujemy wycieczkę. Po przejechaniu około trzech kilometrów, muzeum Wincentego Witosa mamy po prawej ręce, zaraz przy drodze. W przypadku pociągu, będziemy musieli nieco się przespacerować (warto wziąć ze sobą rowery – to około 4 km), spod stacji w Bogumiłowicach, ta sama droga nr 975.


Zwiedzanie rozpoczynamy od „starej zagrody”, liczącego sobie blisko dwieście lat domu ojca Witosa, w którym Wincenty wychował sie i mieszkał w czasach swojej młodości. Z ciekawością przyglądamy się chacie, która jest żywym i rzadkim przykładem domostwa minionej epoki. Pomieszczenia wypełnione sprzętami codziennego użytku –warto się im dokładnie przyjrzeć, co do przeznaczenia kilku z nich mieszczuchy mogą mieć wątpliwości, ale od czego są  przewodnicy – odtwarzają  wnętrza wiejskiego domu. Przez pierwsze lata życia Witos nie opływał w dostatki – ojciec był właścicielem jedynie części chaty i to części gospodarczej, dostosował więc stajenkę na izbę mieszkalną, zaś krowę umieścił w sieni. Pod jedną strzechą mieszkali ludzie i ich żywy inwentarz. I to niewiele więcej niż sto lat temu!

Aby zwiedzić drugą część muzeum, przemierzamy około pół kilometra dróżką na Dwudniaki. Wlatach1905-1913 Witos wybudował własne gospodarstwo. W nowej zagrodzie poznajemy kolejny, dorosły etap życia gospodarza, wówczas już zaangażowanego w sprawy ruchu ludowego i pełniącego obowiązki wójta wsi. Mnóstwo pamiątek i zwykłych przedmiotów codziennego użytku należących do rodziny Witosów, to niezwykła lekcja historii i etnografii. Wierny wygląd zachował gabinet, miejsce pracy Witosa, tak premiera, jak i wójta. Co ciekawe i znamienne, pośród prywatnych pamiątek Witosa znajdujemy zarówno najwyższe odznaczenia państwowe (Order Orła Białego), jak też prezenty ofiarowywane przez okolicznych mieszkańców.


To pomaga uświadomić sobie, jak niezwykłym człowiekiem był Witos, dla którego życie w dwóch zdawać by się mogło niemożliwych do pogodzenia rzeczywistościach: gospodarza i wójta niewielkiej wsi oraz prezesa PSL„Piast” i premiera Polski, nie stanowiło sprzeczności: „Jednego dnia, który nie był ani świątecznym, ani jarmarcznym, a przez to na zgromadzenia nieodpowiednim, zostałem w domu celem orki podłubin i wywiezienia trochę nawozu w pole. Około godziny trzeciej po południu zwrócił mi uwagę parobek zaznaczając, że jakieś auto zajechało na podwórze domu, zapewne wiec do mnie. Roboty nie przerywałem wiedząc, że jak kto ma do mnie interes, to mnie na pewno znajdzie. Nie omyliłem się, gdyż za parę minut przybył na pole oficer, z miną ogromnie poważną, a upewniwszy się, ze ma ze mną do czynienia, oświadczył bardzo uroczyście, że przyjeżdża od Naczelnika Państwa, Piłsudskiego i na jego rozkaz, żeby mnie natychmiast przywiózł do Warszawy”. Dziś pewnie powiedzielibyśmy, że pozostał sobą.
Dla uzupełnienia informacji etnograficznych możemy zajrzeć do dużej stodoły mieszczącej spore zbiory lokalnych narzędzi gospodarskich. Zaś w małej stodole, czyli spichlerzu, zgromadzono sztandary ruchu ludowego.

 

Grzechem byłoby, będąc w Wierzchosławicach, nie odwiedzić, przynajmniej we fragmencie, największego w okolicy kompleksu leśnego – lasów radłowskich. Idąc lub jadąc (na rowerze oczywiście) dróżką, przy której mieści się nowa zagroda, dotrzemy do gospodarstwa agroturystycznego. Leśniczówka, przy którym rozpoczyna się znakowana ścieżka przyrodnicza (ok. 3 km). Przeprowadzi nas ona bezpiecznie przez bagna, leśne ostępy i pośród urokliwych radłowskich stawów. Szczególnie latem jest to niezwykłe miejsce. Zapuszczając się w las nieco głębiej, możemy spotkać łosie. Te zwierzęta tutaj mieszkają.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


09:54, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 września 2012

Około sto lat temu Lusławice zachwyciły wybitnego malarza, teraz światowej sławy kompozytora Krzysztofa Pendereckiego, który kupił zrujnowany dworek i przywrócił mu  dawny blask. A teraz tuż obok buduje Europejskie Centrum Muzyki.Jeden z najstarszych mieszkańców podtarnowskich Lusławic wspominał niedawno, gdy zapędziłem sie w tamte okolice w poszukiwaniu miejsc, w których przebywał jeden z najznakomitszych malarzy polskich, największy – obok Stanisława Wyspiańskiego – przedstawiciel neoromantyzmu, Jacek Malczewski: „No, wie pan, ja jestem za młody, żeby pamiętać uśmiechnął sie – ale moja mama, która tutaj spędziła całe życie, opowiadała w domu o pewnym starszym panu, spacerującym często po parku przy dworze. Miał tam swoja pracownię, gdzie malował jakieś obrazy. Potem dopadła go ślepota i gdy szedł, macał cienką laską przed sobą. To był ponoć jakiś wielki malarz, ale prawdę mówiąc, ja nie wiem, a te historie znam tylko z opowieści”. Jacek Malczewski, gdy już zaczął chorować, równocześnie wycofywał sie powoli z czynnego życia i zamieszkał w Lusławicach u swojej siostry. Lusławice, niewielka, ale jakże ważna dla historii regionu wieś, założył w 1231 roku, sto lat przed lokacją Tarnowa, niemiecki rycerz Ludpław, syn Gerarda, prawdopodobnie powracający z wypraw krzyżowych. Długo się swoimi włościami nie nacieszył i już po dwunastu latach odsprzedał wioskę kasztelanowi krakowskiemu Wyzdze.  Wieś Lusławice była jednym z najważniejszych ośrodków Braci Polskich, czyli arian, założonym przez Achacego Taszyckiego. Od 1570 roku działała tutaj przeniesiona z Pińczowa  drukarnia i szkoła wyższa, nazywana uniwersytetem.


Te instytucje przyczyniły się do rozwoju i popularyzacji literackiego języka polskiego. Odbywały sie tu liczne zjazdy i synody ariańskie; mieszkali twórcy doktryny ariańskiej: Piotr Stoiński młodszy i Jonasz Szlichtyng. Działał tu i zmarł znany reformator religijny Faust Socyn. W parku dworskim znajduje się jego mauzoleum. Mauzoleum owo ufundowali rozproszeni po świecie arianie, po tym gdy okoliczni chłopi spalili to pierwotne, obwiniając arian za wylewy Dunajca i większość nieszczęść, które niszczyły okolice. Co ciekawe, założyciel tak wielkiego zboru ariańskiego –Achacy Taszycki, przeszedł na katolicyzm i nakazał spalenie zboru, a następnie zaczął wspomagać szczodrze klasztor reformatów w Zakliczynie, czym przyczynił się w dużej mierze do umacniania religii katolickiej w całym regionie.

Wróćmy teraz do Jacka Malczewskiego. Z Lusławic właśnie, gdzie wybitny malarz dysponował letnią pracownią wzniesioną w parku dworskim, pochodzi wiele jego znakomitych, późnych obrazów,„Przekazanie palety”, „Pusty dwór”, okoliczne pejzaże, widoki pobliża dworu oraz tryptyk „Mój pogrzeb.”


Malczewski urodził się 14 lipca 1854 roku w Radomiu i pochodził ze szlacheckiej rodziny urzędników państwowych, bardzo przywiązanej do tradycji patriotycznych i etosu szlacheckiego, gdzie wiara zawsze łączyła sie z głębokim mistycyzmem. Z rodu Malczewskich z Malczewa pochodził także sławny niegdyś poeta Antoni Malczewski – ta gałąź rodziny samowolnie zmieniła herb Tarnawa na Abdank. Jego ciotka była znaną mistyczką – Wanda Malczewska, a także generał Wojska Polskiego i minister spraw wojskowych z czasów przewrotu majowego, Juliusz Tadeusz Tarnawa-Malczewski. Jacek po kądzieli spokrewniony był także z Jadwigą Łuszczewska, Karolem Szymanowskim, a nawet Jarosławem Iwaszkiewiczem. Był synem Juliana i Marii z Korwin Szymanowskich. Ojciec Jacka, człowiek wykształcony, erudyta, entuzjasta sztuk pięknych i literatury, zwłaszcza poezji Juliusza Słowackiego, zadbał troskliwie o ogólną edukację syna i rozwój jego zdolności plastycznych, ujawnionych już w wieku chłopięcym.

Julian Malczewski był generalnym sekretarzem Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego guberni radomskiej, matka zaś, córką byłego oficera wojsk napoleońskich Aleksandra, który ku rozpaczy „towarzystwa” ożenił się z panną służebną swych rodziców imieniem Brońcia. W roku 1867 rodzice wysłali Jacka do majątku wuja Feliksa Karczewskiego w Wielgiem, gdzie jego opiekunem i nauczycielem był Adolf Dygasiński, a cztery lata później 17-letniMalczewski przeprowadził się do Krakowa, gdzie uczył się w gimnazjum i został wolnym słuchaczem Szkoły Sztuk Pięknych, a następnie, na prośbę Jana Matejki, opuścił gimnazjum i studiował tylko w SSP. Następnie wyjechał na dalsze studia do Paryża. Po powrocie malował w pracowni Matejki i po trzech latach wyjechał w daleką podróż, zwiedził Włochy, odwiedził Lwów, potem Podole, aż w końcu trafił do pałacu Karola Lanckorońskiego w Rozdole i wziął udział w zorganizowanej przez niego wyprawie archeologicznej do Azji Mniejszej.


Malczewski zadebiutował publicznie na wystawie lwowskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w 1875 roku i wystawiał regularnie w Krakowie, Warszawie i  innych miastach polskich. Eksponował też wielokrotnie swoje prace za granica, przede wszystkim w Berlinie, Monachium, Wiedniu, Paryżu, ale również w Rzymie, Wenecji, Brukseli, Chicago czy St. Louis. Jego obrazy wielokrotnie otrzymywały nagrody i medale zarówno w Polsce, jak i za granica. Pierwsza wystawa indywidualna Malczewskiego odbyła siew1903 roku w siedzibie Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych we Lwowie i Krakowie oraz w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie, a za granicą w pawilonie wystawowym Secesji Wiedeńskiej. Po śmierci ojca, motywy ojczyzny, sztuki oraz  życia i śmierci stały się tematem licznych dzieł wiążących sie ze sobą w obszerne, symboliczne serie i cykle. Malczewski malował również  dużo portretów, pejzaży, kompozycje baśniowo-folklorystyczne. Dla wyrażenia prawd ogólnoludzkich artysta sięgał też po tematy biblijne, łączył je z motywami antycznymi i osadzał w kontekście własnych przeżyć.


Namalował około 2000obrazów i 150 autoportretów, które sytuowały Malczewskiego w gronie najoryginalniejszych i najwybitniejszych malarzy europejskich. Sztukę Malczewskiego można przeżywać  wciąż na nowo, w różnych okresach życia, stale odnajdując w niej coś nie zauważonego dotąd. Był to zupełnie nowy symbolizm, niekonwencjonalny, wychodzący poza typowe dla epoki przejawy. Jacek Malczewski, po kilkuletnim pobycie w Lusławicach, przeniósł sie do Krakowa i tam zmarł w 1929 roku. Został pochowany w podziemiach kościoła na Skałce, ubrany w habit tercjarski, przy dźwięku  dzwonu Zygmunta. Kilka lat przed śmiercią został odznaczony za całość dokonań artystycznych orderem Polonia Restituta.


(za Irena Kossowska – Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk)

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


09:43, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 września 2012

To tytuł nowej odsłony interesującego cyklu „…za horyzont domu”, jaka miała miejsce w piątek 21 września w Centrum Sztuki Mościce. Ciekawego projektu popularno – naukowego cieszącego się dużym zainteresowaniem publiczności. Tym razem do wychynięcia  za horyzont domu, dokładnie na krańce Indonezji, zaprosili znani gdańscy podróżnicy  Zygmunt Leśniak i Małgorzata Jarmołowicz. Proponując wędrówkę po obrzeżach ogromnego archipelagu wysp Indonezji (łącznie jest ich 17,5 tys.) w poszukiwaniu miejsc i ludzi jak najmniej związanych z masową turystyką. Już sama mapa Indonezji jest zapowiedzią czegoś osobliwego - przypomina gigantyczny pomost między Azją i Australią, który rozsypał się na niezliczoną ilość kawałków po obu stronach równika. Ten liczący siedemnaście i pół tysiąca wysp kraj stanowi naprawdę niezwykły łącznik różnych światów, fascynującą i unikalną mozaikę wielu krain geograficznych, kultur, ras, wyznań, języków i obyczajów. Bujna dżungla sąsiaduje tu z suchym buszem, wulkany z rafą koralową, a pierwotne plemienne rytuały scaliły się w jedno z obrządkami nowych, wtórnie wprowadzonych religii. Każda z wysp jest niepowtarzalna, choć od 67 lat oznaczona flagą tego samego państwa, każda też na swój własny sposób radzi sobie z postępem nowoczesności, pielęgnowaniem starych tradycji i obłaskawianiem sił groźnej i kapryśnej natury. Małgorzata Jarmołowicz i Zygmunt Leśniak to małżeński tandem podróżników z Gdańska. Wspólne wyprawy do Azji południowo-wschodniej podejmują od ośmiu lat. - Dla podróżnika, który opuści utarte turystyczne trasy, Indonezja objawia się jako kraina oszałamiającej różnorodności, wciąż nowych odkryć i niespodzianek, a przy tym zaskakujących kontrastów i paradoksów. Dla nas stała się podróżniczym nałogiem - zakończona przed miesiącem nasza czwarta z kolei wyprawa na krańce Indonezji (wszystkie sumują się w siedem miesięcy podróży), to wciąż za mało, by zaspokoić ciekawość tego pasjonującego kawałka świata... - mówili goście spotkania w Mościcach. Spotkaniu towarzyszyła  wystawa zdjęć wykonanych przez naszych podróżników oraz projekcje filmowe. Goście zapowiedzieli też niespodziankę - zupełnie nowy, premierowy pokaz z tegorocznej wyprawy do Indonezji.


Globtroterskie przygody Zygmunta (Afryka Zachodnia, obie Ameryki, Azja) zaczęły się wraz z uzyskaniem przez niego upragnionego paszportu w 1989 roku. W podróżniczym duecie z żoną to on - ze swoim technicznym wykształceniem i żywiołowym temperamentem - reprezentuje ducha improwizacji i kreatywnego ryzykanctwa, a Małgorzata (teatrolog na Uniwersytecie Gdańskim) podejmuje żmudne próby planowania, porządkowania i dokumentowania wspólnych doświadczeń. Małgorzata i Zygmunt odwiedzili suche rejony archipelagu Nusa Tenggara, gdzie woda stanowi kruchy warunek przetrwania, i zatrzymali się na wyspie Nias, zniszczonej falami tsunami w latach 2004 i 2005. Przyglądali się również pracy poszukiwaczy diamentów z Kalimantanu i  wielorybników z wyspy Lembata, dla których woda jest kapryśnym źródłem utrzymania, i wreszcie podziwiali niezwykłe stworzenia zamieszkujące dziewicze rafy koralowe i endemiczne jeziora.

Wyprawa na Borneo, Kalimantan, Jawę i Sumatrę opowiada o górnikach nazywanych czasem „Szerpami piekieł", którzy w ekstremalnych warunkach, ręcznie wydobywają siarkę z krateru wulkanu Kawah Ijen na wschodnim krańcu indonezyjskiej wyspy Jawa. Ich katorżnicza, rujnująca zdrowie praca nie zmieniła się wiele od czasów kolonialnych i wykonywana jest wciąż tymi samymi, prymitywnymi metodami. W realiach XXI w. szokuje i budzi sprzeciw zarówno jej skrajnie nieludzki charakter, jak i ekonomiczny bezsens.
Parze podróżników udało się dotrzeć tam, gdzie życie wciąż toczy się swoim rytmem, niezależnym od globalnej gospodarki, za to na wiele różnorakich sposobów determinowanym przez wodę.

Osadnictwo na wyspie od początku funkcjonowało na wyjątkowych zasadach. Nadało to odrębny charakter również tutejszej kulturze. Ludzie z Palue mają swój własny język oraz wierzenia i rytuały, w których istotną rolę odgrywają siły natury charakterystyczne dla tego miejsca. W 1928 roku nastąpiła największa w dziejach erupcja Rokatendy, w wyniku której zginęły setki osób, a wyspę zrujnowało równocześnie trzęsienie ziemi i  fala tsunami. Miejscowa ludność nie miała wtedy wątpliwości, że wulkan zareagował gniewem na arogancję holenderskich kolonizatorów, kopiących ziemię u jego stóp w bezskutecznym poszukiwaniu słodkiej wody. Białym intruzom udało się narzucić dominację mieszkającym na Palue ludziom, ale nie przyrodzie.

 

Indonezja to państwo, w którym przeważająca ilość mieszkańców to wyznawcy religii islamskiej. Według Koranu, Świętej Księgi Islamu, muzułmanin ma prawo do posiadania od jednej do czterech żon, jednak co do posiadanej liczby żon są pewne zasady regulujące. Po pierwsze, aby mężczyzna mógł zaślubić drugą żonę, jego pierwsza wybranka musi zaakceptować tę decyzję. Jeśli tego nie zechce uczynić, wówczas mężczyzna  musi dowieść jakiejś dysfunkcji jego pierwszej kobiety - choroby, bezpłodności, czy też innej fizycznej niedyspozycji.  Druga wybranka powinna być wdową, która ze względu na śmierć swego pierwszego męża ma mniejsze szanse na bycie w związku monogamistycznym, a potrzebuje osoby, która zapewniłaby jej dobrobyt finansowy i opiekę. Mężczyzna przy wyborze swych kolejnych żon musi również uważać na to, aby nie poślubić więcej niż jednej dziewicy, bowiem jest to zabronione. Oczywiście wszystkim żonom małżonek musi zapewnić równe traktowanie pod każdym względem, także finansowym, a małżeństwa muszą mieć zgodę urzędu. Można by pomyśleć, że mężczyzn zniechęcają te zasady– a jednak! Poligamia w Indonezji i Malezji jest bardzo popularna, a jej zwolennicy tak bardzo lubują się w wieloosobowym związku, że zakładają kluby propagujące ich styl życia i namawiają do niego innych.

W Indonezji, o czym mało kto wie, tylko około 45 % dzieci ma świadectwa urodzenia. Ponad połowa w wieku poniżej piątego roku życia nie ma oficjalnego świadectwa urodzenia. Planem rządu jest, aby wkrótce wszystkie dzieci posiadały taki dokument chociaż jak przyznaje rzecznik rządu, plan może okazać się zbyt ambitny. Osoby nie mające dokumentu potwierdzającego narodziny są bardziej podatne na porwanie - brak dokumentu utrudnia poszukiwania. Plan rządowy zakłada, że świadectwa będą wydawane za darmo.



Oprac.  Ryszard Zaprzałka
(na podstawie materiałów organizatorów)


09:31, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 września 2012

Z cyklu znani i nieznani…


                                   Ze Sławomirem Rawińskim, tarnowskim strongmanem, rozmawiał Sławomir Kruczek

Jest pan jedynym tarnowskim strongmanem. Jak się pan ostał w mieście, które nie sprzyja tej dyscyplinie?
Strongmanem zostałem dość przypadkowo, a wszystko zaczęło się od zwykłych ćwiczeń. Zawsze byłem silny i kiedy po raz pierwszy w życiu poszedłem na siłownię, wycisnąłem od razu 80 kilogramów. Poczułem się w tej dziedzinie bardzo mocny, więc zacząłem regularnie trenować podnoszenie ciężarów. W 2006 roku dowiedziałem się, że jeden zawodnik nie dojechał na turniej strongmanów i w wyniku zbiegu okoliczności zastąpiłem go. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko…

Co się panu spodobało w tym sporcie?
Chciałem sprawdzić się w rywalizacji z silnymi ludźmi i podjąć kolejne wyzwanie. Zobaczyłem też, że wszystko jest do osiągnięcia i mogę podnosić ciężary, które początkowo wydają się być poza zasięgiem moich możliwości. Zacząłem więc bardzo ciężko pracować, walczyć ze swoimi słabościami, rozwijać się.

Jak na pana decyzję o uprawianiu tego mało popularnego sportu zareagowało najbliższe otoczenie?
Kiedy zaczynałem dźwigać, nikt nie traktował tego poważnie. Rodzinie wydawało się, że to tylko zabawa, a ja podchodziłem do tego zupełnie inaczej. Usamodzielniłem się jednak w dość młodym wieku, zacząłem utrzymywać się sam, więc nikt nie przeszkadzał mi w trenowaniu. Może właśnie dlatego kontynuowałem uprawianie tego sportu i nie zraziłem się opiniami innych. Uważam, że już teraz osiągnąłem dobry poziom, ale wciąż wiele przede mną. Mam nadzieję, że w przyszłym roku wystąpię na mistrzostwach świata i potwierdzę ostatecznie, że poświęcenie się dla sportu było dobrym wyborem.

Miał pan odpowiednie warunki do treningów?
Z tym bywało różnie. Przez długi czas musiałem jeździć na treningi do Sandomierza, gdzie znajdowało się Stowarzyszenie Sportów Siłowych. 100 kilometrów w jedną stronę dało się jakoś przeżyć, ale później powrót po wyczerpującym treningu był bardzo trudny. Na szczęście po jakimś czasie zdobyłem sprzęt i przywiozłem go do Tarnowa, więc trenuję na miejscu – zagospodarowałem dość dużą powierzchnię do ćwiczeń. Kiedyś trenowali mnie inni zawodnicy, potem jednak załapywałem technikę różnych konkurencji, dokładałem kolejne ciężary, a dziś trenuję już sam i to do mnie przyjeżdżają na treningi młodzi zawodnicy. Na szczęście od października będziemy mieć już halę, przeniesiemy cały sprzęt do Domu Ciężarowca w Mościcach.

Ale ciężary to nie jest pana jedyna profesja. Czy w naszych realiach nie da się utrzymać z samego sportu?
Jestem nauczycielem wychowania fizycznego w szkole podstawowej, prowadzę też prywatne lekcje w siłowni. Dałoby się utrzymać wyłącznie ze sportu, jeśliby się znalazł sponsor dla zawodnika. Tymczasem każdy woli inwestować w bardziej popularne sporty, ciężko przekonać do siebie. Poza tym sportowiec powinien mieć alternatywę w życiu, bo jedna kontuzja może sprawić, że nagle musi zakończyć karierę i zacząć inaczej na siebie zarabiać. Wychowanie fizyczne to w takim przypadku najlepsze rozwiązanie, może kiedyś będę mógł być dumny ze swoich wychowanków.

Dlaczego w Tarnowie jest tylko jeden strongman? Nie ma może warunków do uprawiania tego sportu, brakuje odpowiedniej infrastruktury?
Miejsca do trenowania są, ale nie ma zainteresowania młodzieży. Uprawianie sportu wyczynowego wymaga rezygnacji z wielu rzeczy i podporządkowania się trenowanej dyscyplinie. Nie można wybrać się na imprezę ze znajomymi, bo trzeba pójść na trening, a nawet kiedy nie ma treningu, to należy odpoczywać. Predyspozycje fizyczne są bardzo ważne, ale jeszcze ważniejsza jest siła charakteru. Trzeba się w pełni poświęcić, całe swoje codzienne funkcjonowanie uzależnić od ciężarów. Wiele osób szybko się więc zniechęca, a bez poświęcenia nie da się osiągnąć sukcesu.

To jak w takim razie wygląda sam cykl treningowy?
W tygodniu kilkanaście godzin trenuję na sprzęcie i w siłowni, do tego dochodzi odnowa biologiczna: basen lub kriokomory, aby organizm mógł się regenerować. Weekend to zawody lub trening. Wtedy nie można się jednak przeciążać, bo trzeba doprowadzić organizm do takiego stanu, aby w poniedziałek znów był gotowy do ciężkiej pracy. Poza tym ważny jest zdrowy tryb życia, posiłki o stałych porach, nie ma mowy o alkoholu, nie można zarywać nocy.

Gdzie startują zawodnicy?
Startuje się w ramach różnych federacji. Dana federacja raz w roku robi eliminacje, a potem zaprasza najlepszych na swój cykl zawodów. Ja albo sam organizuję zawody, na które zapraszam Polaków i obcokrajowców, albo startuję u innych, którzy zapraszają mnie na tej samej zasadzie. Na takie zawody nie jest się jednak łatwo dostać, bo organizator zawsze sprawdza wyniki i zaprasza najlepszych.

A co z popularyzacją tego sportu w naszym regionie?
Jest tragicznie przede wszystkim z powodów finansowych. Bez zewnętrznych sponsorów praktycznie nie da się zorganizować zawodów dla miasta czy nawet dla młodzieży. Jeśli chciałoby się zaprosić solidnych zawodników – takie zawody to koszt co najmniej około 30 tys. złotych. Ale na przykład w czerwcu udało mi się zorganizować w Klikowej turniej „Polska kontra Europa”, który cieszył się dużą popularnością i mam nadzieję na kontynuację tej inicjatywy.

Pieniędzy brakuje dla bardzo wielu sportów…

I to jest wkurzające. W Tarnowie mieliśmy niegdyś wiele mocnych sportów, na przykład judo czy zapasy, a nasi zawodnicy jeździli na największe turnieje. Teraz nie ma nawet na utrzymanie trenera. W głowie mi się to nie mieści – młodzież chce się rozwijać, a rodziców nie zawsze stać, aby wszystko opłacić. Znam wielu utalentowanych chłopaków, którzy mają duże predyspozycje w konkretnym sporcie, a jednak zmieniają uprawianą dyscyplinę, bo jest zbyt kosztowna…

I dlatego postanowił pan założyć stowarzyszenie?
Chciałbym wszystko usystematyzować, stworzyć odpowiednie warunki rozwoju dla młodych ludzi, by nie musieli jeździć dziesiątki kilometrów na trening, tak jak było w moim przypadku. Do stowarzyszenia na pewno dołączy kilku strongmanów z okolic, ale marzy mi się ten sport także w Tarnowie, żeby znalazło się kilku zawodników z miasta, którzy będą chcieli go uprawiać.


Życzę powodzenia.

Sławomir Kruczek   (TEMI)

 




10:01, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 września 2012

„To było tak: - opowiadał po wojnie jeden z marynarzy legendarnego okrętu podwodnego „Sokół” – Byliśmy już wtedy, a był to rok 1941, po pierwszych zmaganiach z wrogiem i płynęliśmy w patrolu przez Morze Śródziemne, w kierunku Morza Tyrreńskiego. Tam natrafiliśmy na „Włocha”, czyli na krążownik pomocniczy  Cittá di Palermo. Kapitanem naszej łodzi był wtedy jeszcze Karnicki i to on wydał rozkaz ostrzału nieprzyjaciela. To wypaliliśmy w kierunku krążownika cztery torpedy i wedle naszych obserwacji, potwierdzonych przez angielski wywiad, jedna trafiła drania. Myśleliśmy, że w najgorszym wypadku Cittá di Palermo został poważnie uszkodzony, chociaż nasz kapitan twierdził, że nieprzyjaciel poszedł pod wodę. Po wojnie, nie wiadomo jakim cudem, okazało się, że nasze torpedy poszły w powietrze i żadna nie dotarła do celu. Nic straconego, bo cztery dni później zatopiliśmy uzbrojony po zęby statek handlowy, też włoski, Balilla. Nasz kapitan był na tyle wspaniałomyślny, że pozwolił całej załodze Balilla przejść do szalup, a potem wydał rozkaz zatopienia wroga – Niemcy takich rzeczy nigdy nie robili. Jakież mieli miny Włosi, gdy na ich oczach, w przeciągu kilku minut statek poszedł na dno. Już nie pamiętam dokładnie, ale chyba po dwóch miesiącach na naszym pokładzie stanął Władysław Sikorski i wręczył kapitanowi Karnickiemu order Virtuti Militari.”. Co ma wspólnego łódź podwodna z Tarnowem?



Zacznijmy od historii samej łodzi. W grudniu 1940 roku został podpisany specjalny protokół, jako dodatek do umowy o współpracy militarnej zawartej pomiędzy Polską, a Brytyjską Marynarką Wojenną, w myśl której Brytyjczycy mieli wypożyczyć na czas wojny Polskiej Marynarce okręty. Jednym z pierwszych otrzymanych okrętów była jednostka typu U – HMS Urchim, zwodowany we wrześniu 1940 roku. Już po kilku miesiącach od zwodowania, na owym okręcie podniesiona została polska bandera i ochrzczono go ORP Sokół, numer taktyczny N97.

 Pierwszym dowódcą Sokoła został dotychczasowy zastępca kapitana ORP Wilk, kapitan marynarki wojennej Borys Karnicki, który przechodząc na to stanowisko, przeniósł znaczną część załogi Wilka na nowy okręt podwodny. Jego zastępcą był w tym czasie oficer broni podwodnej kapitan major Bolesław Romanowski. Po intensywnym szkoleniu ORP Sokół został skierowany do Portsmouth, skąd 26 lutego 1941 roku wyszedł na pierwszy patrol bojowy ku brzegom okupowanej Francji. Wkrótce jego patrole stały się elementem morskiej blokady Brestu, gdzie schroniły się niemieckie ciężkie okręty: pancerniki „Scharnhorst” i „Gneisenau” oraz krążownik „Prinz Eugen”. Blokada ta nie przyniosła efektu, a wkrótce zamieniła się w kompromitację Royal Navy i RAF, gdy te trzy ogromne okręty, nietknięte, przedefilowały przed nosami Brytyjczyków kanałem La Manche udając się do Kilonii.

W Portsmouth pokład okrętu opuszcza dotychczasowy zastępca dowódcy – kpt. mar Bolesław Romanowski a na jego miejsce powołany zostaje kpt. mar. Jerzy Koziołkowski. Po kilku patrolach na Oceanie Atlantyckim, ORP Sokół został skierowany do stoczni na techniczny przegląd, a następnie wprowadzony na teren działań wojennych, na Morzu Śródziemnym. Był to niewątpliwie początek najważniejszej kampanii wojennej Sokoła – kampania śródziemnomorska.

Sytuacja w basenie Morza Śródziemnego w 1941 roku była dla Aliantów bardzo trudna. Niemieckie Afrika Korps opanowywały kolejne obszary północnej Afryki. Wojska włoskie i niemieckie opanowały Jugosławię i Grecję. Padła Kreta po błyskotliwej akcji hitlerowskich spadochroniarzy. Alianci kontrolowali więc jedynie Egipt na wschodnim krańcu Morza Śródziemnego i Gibraltar.


Kim był nowy i ostatni kapitan Sokoła Jerzy Koziołkowski? Urodził się 20 marca 1911 roku w Tarnowie, jako syn Stanisława, pracownika miejskiej elektrowni, oraz Heleny Łozińskiej, która zmarła w rok po jego urodzeniu. Szkołę powszechną ukończył w rodzinnym mieście, a następnie wraz z rodziną, przeniósł się do Kielc, gdzie zdał maturę w jednym z tamtejszych gimnazjów. Następnie wstąpił do Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej i ukończył ją w stopniu podporucznika, ze specjalnością łączności okrętów podwodnych oraz nawigacji i został skierowany do Flotylli Pińskiej, jako dowódca plutonu. Na przełomie 1933 i 1934 roku był słuchaczem kursu w École d'application des enseignes de vaisseaux, odbywając rejs na francuskim krążowniku szkolnym "Jeanne d'Arc". Do wybuchu II wojny Jerzy Koziołkowski przeszedł bardzo solidne szkolenie, pełniąc wiele obowiązków przy konstruowaniu polskiej floty podwodnej. W 1939 roku uczestniczył w słynnej obronie Helu, a następnie przepłynął kutrem rybackim Albatros do Rygi, skąd przedostał się samolotem do Szwecji i przez Norwegię do Aberdeen. Po krótkiej służbie na podwodnym ORP Wilk przeszedł, już w stopniu kapitana, na okręt Sokół. Pod dowództwem Jerzego Koziołkowskiego ORP Sokół stoczył wiele bitew morskich, pojedynków i iście szalonych akcji wymierzonych w wroga. Być może dlatego otrzymał przydomek „strasznego bliźniaka” – okrętem tego samego typu był ORP Dzik, który stanowił wraz z Ogniem ową szaloną parę.

Na pewno do historii przeszedł atak Sokoła, gdy  19 listopada 1941 roku wdarł się przez sieć zagrodową do portu Navarro, gdzie zatopił włoski niszczyciel „Ascari". W odpowiedzi na zatopienie niszczyciela „Ascari" polski okręt był atakowany przez ścigacze, które zrzuciły łącznie około 60 bomb głębinowych, nie trafiając żadną z nich. ORP „Sokół" ponowił atak tym razem na wychodzący z portu transportowiec, który zatopił trzema torpedami. Kampania wojenna „Strasznych bliźniaków”, na Morzu śródziemnym, trwała aż do marca 1944 roku, kiedy ORP Sokół i ORP Dzik powróciły do Wielkiej Brytanii. W mowie pożegnalnej dowódca 10 Flotylli Okrętów Podwodnych powiedział: „Czyny Wasze stały się dla nas natchnieniem i spowodowały nasz podziw i zaufanie dla Was po wszystkie czasy".

W listopadzie tego samego roku okręt wszedł w skład 9 Flotylli Okrętów Podwodnych bazujących w Dundee, skąd odbył cztery patrole bojowe u wybrzeży Norwegii. Ogółem w okresie wojny ORP „Sokół" zatopił lub uszkodził 19 jednostek o łącznym tonażu 55 tysięcy ton. Dowódcy ORP „Sokół" – komandor por. Borys Karnicki, komandor por. Jerzy Koziołkowski i kapitan mar. Ta deusz Bernas odznaczeni zostali Krzyżem Virtuti Militari. Po zakończeniu wojny Jerzy Koziołkowski pozostał na emigracji, ale odwiedzał rodzinny Tarnów, gdzie zmarł w 1990 roku i został pochowany na cmentarzu komunalnym w Krzyżu.

(za Edmund Juśko – Komandor Jerzy Koziołkowski (1911 – 1990). Tarnowski dowódca jednego ze „Strasznych bliźniaków”. [w:] Tarnowskie Studia Historyczne. Tom 1 (2009) ), oraz zasoby internetowe.

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)

 




09:26, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2012

Fakt, to najdroższe korepetycje świata... w dodatku nie sposób ich nie zaliczyć...


12:15, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -