Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
czwartek, 11 października 2012

Z cyklu znani i nieznani...


Rocznik 1933. Kolekcjoner tarnowianów. Autor wielu publikacji o historii naszego miasta, inicjator powstania kilku tablic pamiątkowych związanych z dziejami Tarnowa. Historyk pasjonat.

Skąd wzięła się u Pana tak wielka pasja do zbierania pamiątek historycznych Tarnowa?

Pochodzę z rodziny o bardzo patriotycznej przeszłości. Mój wujek był żołnierzem I Brygady Józefa Piłsudskiego, a potem ułanem krechowieckim. Przeszedł szlak bojowy I wojny, wojny polsko-bolszewickiej. Gdy ja interesowałem się tą historią, było to surowo zakazane przez władzę PRL-u. Moje zbiory powstawały często w dziwnych okolicznościach – podczas remontu domu znalazłem pod starą wanną żeliwną dokumenty dotyczące mojego wujka Władysława Semczuka, który był właścicielem salonu samochodowego Fiata przy ulicy Wałowej, i chyba wtedy obudziła się we mnie ta pasja.

Jeszcze do niedawna pozostawała nie niewyjaśniona zagadka wizerunku tak zwanego „orła białego”. Podobno czynił Pan starania o renowację tej płaskorzeźby, która od czasów zaborowych znajduje się obok kościoła Marii Panny, a od czasów okupacji pozostawała zasłonięta.

Orzeł był na czerwonym podłożu z herbem Leliwa na piersi. Przez całe międzywojnie był odsłonięty, ale zdaniem tarnowskich patriotów miał pozostać w ukryciu aż do uzyskania przez Polskę suwerenności. Suwerenność mamy już ponad dwadzieścia lat, a orzeł nadal pozostawał w ukryciu. Czy to nie jest wymowne? Bo może nie jesteśmy jeszcze wolnym narodem? To jest jeden z wielu skandali historycznych, gdzie koniunktura zabija prawdę. W moim archiwum znajduje się zdjęcie płaskorzeźby, zrobione jeszcze przed II wojną. Jestem przekonany, że odtworzenie tego wizerunku nikomu nie sprawi kłopotów. Antoni Sypek opowiadał mi, że tarnowscy politycy wszystkich opcji zapalili się do tego projektu, ale coś nagle się stało i zaległa cisza. Na szczęście mamy to już za sobą...

Czy myśli Pan o przekazaniu swojego potężnego archiwum naszemu miastu?

Zbiory pozostaną w mojej rodzinie, ale to nie znaczy, że nie będą dostępne każdemu kto będzie nimi zainteresowany. Przed laty byłem przygotowany na przekazanie zbiorów tarnowskim legionistom, ale gdy dowiedziałem się, że oddział jest zależny od Krakowa zrezygnowałem. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja chciałem żeby moje archiwa pozostały na stałe w Tarnowie, a nie w Krakowie. 

Posiada Pan kilkaset kart pocztowych pochodzących z lat przedwojennych. Czy są te cenne pamiątki gdzieś eksponowane?

Była wystawa w Tarnowskim Teatrze, a nawet w Londynie. Na naszym rynku były prezentowane moje stemple filatelistyczne i zabytkowe kartki świąteczne. Tak więc, nie leżą w zapomnieniu.

Nad jakimi inicjatywami Pan obecnie pracuje? Które uważa Pan za najważniejsze?

Głównie zabiegam o wyremontowanie tablicy „oświęcimiaków” przy ulicy Urszulińskiej, która powoli ulega destrukcji spowodowanej upływem czasu. Staram się również o naznaczenie budynku, w którym niegdyś mieścił się Sokół II. Mam już zgodę właściciela budynku. Potrzeba jeszcze tylko dobrej woli naszych włodarzy i trochę środków finansowych. Przez dłuższy czas niepokoił mnie również brak tablicy o Sokole działającym w budynku naszego teatru. Po remoncie gdzieś to się zamazało, chociaż pan Żentara obiecywał, że ta tablica wróci na swoje miejsce. Po jakimś czasie i to się udało. Generalnie nie możemy pozwolić na wypieranie pamięci z dzisiejszej rzeczywistości, bo przecież społeczność bez historii jest tylko zimnym zbiorem ludzi.

Czy jest jakiś dokument w pańskich zbiorach, który ma szczególną wartość?

Wszystko co ma jakąkolwiek wartość historyczną jest nieocenione. Na pewno są to dokumenty pokazujące Tarnów po roku 1918.

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)

14:04, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 października 2012

We wtorek 9 października, po raz pierwszy jako prezydent RP, gościł w Tarnowie Bronisław Komorowski. Okazją do wizyty jest hucznie obchodzony jubileusz 85-lecia Zakładów Azotowych, które w ciągu ostatnich dwóch lat urosły do rangi czołowego gracza na rynku chemicznym nie tylko w Polsce ale i w Europie. Popołudniowa wizyta Bronisława Komorowskiego rozpoczęła się od spotkania ze społecznością lokalną. Zaproszono na nie m.in. samorządowców, przedstawicieli organizacji pozarządowych i patriotycznych, reprezentantów biznesu, samorządów gospodarczych, parlamentarzystów i przedstawicieli mediów. Przybył nawet car Aleksander, jak nazywają w Tarnowie Aleksandra Grada, byłego b. wpływowego tarnowskiego posła i ministra, a obecnie prezesa atomowej spółki. Spotkaniu przewodniczył prezydent Tarnowa dr Ryszard Ścigała, który w latach 2001-2006 pełnił funkcję prezesa Zakładów Azotowych.  Po spotkaniu w dyrekcji Azotów prezydent Komorowski tuż po godziny 15.00 (wybrano ją nie przypadkowo – o tej porze kończy się I zmiana) wziął udział w uroczystości odsłonięcia pomnika Eugeniusza Kwiatkowskiego, dłuta profesora Stanisława Szwechowicza, usytuowanego przed wejściem do gruntownie na tę okazję zrewitalizowanej siedziby dyrekcji generalnej Spółki.


Szkoda tylko, że ta starannie logistycznie przygotowana uroczystość – była orkiestra, poczty sztandarowe, oficjalni goście, dopisała nawet pogoda – została zupełnie zignorowana przez zwykłych obywateli, w tym szczególnie wychodzących po pierwszej zmianie pracowników Azotów. Zamiast spontanicznego wiecu – setki ludzi przechodziło obojętnie obok budynku dyrekcji, spiesząc do swoich aut i autobusów, nogami wyrażając swój stosunek do tzw. wadzy…Na swoich stanowiskach trwali tylko zdezorientowani operatorzy licznych kamer ogólnopolskich stacji telewizyjnych oraz pikietujący w obronie wolnych mediów, w tym Telewizji Trwam. Całość wyglądała jak plan filmowy – po jednej stronie ulicy przed budynkiem dyrekcji tłumek wygarniturowanych oficjeli i notabli, stanowiących tło dla wystąpienia Prezydenta RP, a przed nimi idący ławą obojętny tłum robotników, pardon pracowników… Takiej sceny nie wymyśliłby chyba nawet sam mistrz Wajda.  Potem nastała cisza – odegrano hymn, przemówił prezes azotowej spółki J. Marciniak i Prezydent RP B. Komorowski, który następnie  wraz z wnuczką dyr. Kwiatkowskiego Julitą Maciejewicz - Ryś odsłonił jego pomnik, złożono wieńce, zagrała orkiestra i po krótkiej przerwie wszyscy udali się do pobliskiego Centrum Sztuki Mościce, gdzie o godz. 16 rozpoczęła się jubileuszowa gala. W części oficjalnej liczna grupa pracowników uhonorowana została odznaczeniami państwowymi oraz odznakami "Zasłużony dla zakładów". Podczas gali po raz pierwszy wręczona została statuetka Eugeniusza Kwiatkowskiego osobie „w sposób szczególny swoją pracą i działaniami zasłużonej na rzecz Azotów Tarnów”. Otrzymał ją były minister skarbu Aleksander Grad. Statuetka jest miniaturą pomnika, który stanął przed budynkiem Azotów. Nagroda ta będzie, począwszy od 2012 roku, przyznawana co roku jednej osobie. W części artystycznej gali pokazano słynny balet „Jezioro Łabędzie" Piotra Czajkowskiego w wykonaniu artystów Lwowskiego Narodowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej oraz Orkiestry Symfonicznej Centrum Sztuki Mościce pod dyrekcją Yurija Berweckiego i Wołodymira Harbaruka. Szkoda tylko, że bilety na ten wyjątkowy wieczór, chyba z racji obecności Prezydenta RP, kosztowały110 (normalny) i 95 złotych (ulgowy). Jednym ze znaczących śladów pamięci po Eugeniuszu Kwiatkowskim w Mościcach jest park nazwany jego imieniem i nazwiskiem. Interesująco opisuje go nasza stała współpracowniczka red. Małgorzata Budzik.


To właśnie krakowianin Eugeniusz Kwiatkowski (1888 - 1974) był jednym z twórców chemicznej potęgi Tarnowskich Azotów - polski wicepremier, minister skarbu, przemysłu i handlu II Rzeczypospolitej. Stworzył 4-letni plan inwestycyjny przewidujący rozbudowę infrastruktury, zwiększenie potencjału obronnego kraju, przygotowanie fundamentów dla przyszłej rozbudowy przemysłu, łącznie z aktywizacją Staropolskiego Okręgu Przemysłowego. Zainicjował budowę portu i miasta w Gdyni. Znacznie przyczynił się do powstania Stalowej Woli – miasta leżącego w woj. podkarpackim. Wniósł wielki wkład w rozwój polskiego przemysłu chemicznego: szczególnie zakładów azotowych w Chorzowie i Tarnowie, gdzie był dyrektorem w latach 1931 - 1935. Jak pisze Jan Nowak-Jeziorański, przyjaciel rodziny: Przeszedł Kwiatkowski do historii jako twórca Gdyni, ale określenie to znacznie zawęża jego rolę. Polegała ona na ocaleniu i umocnieniu niezależności gospodarczej, bez której Polska nie mogła się ostać jako niepodległe Państwo.

Przypomnijmy: „Azoty" powstały 85 lat temu, a decyzję decyzję o budowie Państwowej Fabryki Związków Azotowych podjął ówczesny prezydent II Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki. Mimo dziejowych trudności, przedsiębiorstwo prężnie się rozwijało. Od 2008 roku notowane jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Obecnie Azoty Tarnów (po konsolidacji z Kędzierzynem, Policami i planowanej z Puławami) są największą w Polsce grupą chemiczną liczącą się na rynkach europejskich i światowych.

   

 

Park im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w Mościcach

wyjątkowym znaczeniu osoby inżyniera Eugeniusza Kwiatkowskiego dla wielu pokoleń mościczan oraz tarnowian świadczy m.in. miejski park w Mościcach, któremu nadano imię jednego z pierwszych dyrektorów Zakładów Azotowych w Tarnowie-Mościcach SA.  Założony w latach 1927-1935 park stanowi integralną część dzielnicy ogrodu przy PFZA w Mościcach. Dlatego też zabytkowa Willa Kwiatkowskiego została zlokalizowana w północnej części tego zabytkowego założenia ogrodowego u zbiegu dwóch alei – Głogowej oraz Jarzębinowej. Przy czym współcześnie kompleks willowo-parkowy zajmuje dwie ogrodzone działki o łącznej powierzchni trzech hektarów, natomiast znajdujący się w jego bezpośrednim sąsiedztwie miejski Park im. E. Kwiatkowskiego to obszar dwóch działek o łącznej powierzchni ponad ośmiu hektarów.

Na terenie Parku im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w Mościcach przeważają drzewa liściaste, pośród których najwięcej jest jesionów, dębów czerwonych, robinii, kasztanowców oraz brzóz. Miejscami występują nieliczne świerki oraz sosny. Z kolei na południe od Willi Kwiatkowskiego odnaleźć można szpalerowe nasadzenia żywotnika zachodniego. Niektóre spośród licznych odmian drzew i krzewów uznane zostały za pomniki przyrody. Dlatego też ze względu na swoje niepowtarzalne walory Park im. Eugeniusza Kwiatkowskiego został wpisany do rejestru zabytków w 2006 r.
To właśnie w założonym na planie czterech dębów kompleksie leśnym mieści się zabytkowa Willa Kwiatkowskiego: „Dziś już mało kto pamięta, że ten prawie osiemdziesięcioletni pomnik zieleni zachwycający niezmiennie swoją potęgą i majestatycznością powstał na bazie zaledwie czterech dębów, które wyznaczały jego architekturę. Niestety, w wyniku wichury, jaka miała miejsce dwa lata temu, jedno z pradrzew zostało złamane i ze względu na bezpieczeństwo mieszkańców Mościc musiało zostać usunięte. Dlatego też Towarzystwo Przyjaciół Mościc wraz z Zakładami Azotowymi w Tarnowie-Mościcach SA postanowiło dokonać zasadzenia nowego dębu w pobliżu miejsca, gdzie wcześniej rosło utracone blisko stuletnie drzewo. Nowo posadzony dąb otrzymał imię Ignacy na cześć Ignacego Mościckiego”.


 Centralnym obiektem willowo-parkowego założenia ustanowiony budynek Willi Kwiatkowskiego. Choć willa z ogrodem, pełniąca funkcję „komfortowego mieszkania służbowego” dla najwyższej kadry kierowniczej PFZA, wznoszona była z myślą o jej pierwszym właścicielu – dr. Tadeuszu Zwisłockim. Pałacyk funkcjonował także powszechnie w świadomości społecznej jako Pałacyk Mościckiego, później Dom Chemika oraz Dom Dyrektora lub tak zwana Dyrektorówka. Mieszkali w nim bowiem pierwsi naczelni dyrektorzy mościckiej fabryki. Murowany obiekt, przeznaczony dla najważniejszych osobistości w Mościcach, prezentował się w pierwszych swych latach następująco: „Willowy budynek o charakterze reprezentacyjnym znajdował się w parku ogrodzonym wysoką siatką, ścieżki parku były okrawężnikowane i wysypane białym tłuczonym kamieniem. Wejście do pałacyku od strony alei Głogowej strzeżone było metalową bramą osadzoną między słupami żelbetonowymi. Bramę wejściową i wjazdową otwierał z pobliskiego domu służbowego specjalny pracownik. Park zdobiły oryginalne drzewa i krzewy oraz klomby kwiatów, na terenie parku znajdował się ceglasty kort tenisowy”. Odznaczająca się dostatkiem i elegancją willa służyła pierwszym dyrektorom PFZA w Mościcach nie tylko jako mieszkanie służbowe. Mająca swój indywidualny klimat willa, wyrażający się niepowtarzalnym architektonicznym urokiem oraz zadbanym parkowym otoczeniem, pełniła również funkcje reprezentacyjne.

Warto wspomnieć, że w południowej części parku odnaleźć można nieznaczne zagłębienie terenu. Prawdopodobnie stanowi ono pozostałość po przebiegającym tutaj wcześniej w granicy działki cieku wodnym. Natomiast w latach 60’ i 70’ XX w. na terenach usytuowanych w sąsiedztwie parku: „przez pewien czas istniał tzw. niewielki ogród zoologiczny” – małpi gaj. We wspomnieniach Jerzego Ćwika odnaleźć można następującą informację: „Tarnów przełomu lat 60. na 70. miał dwa miejsca, które mnie jako kilkuletniego dzieciaka przyciągały. Jedno z nich to mini ogród zoologiczny w Mościcach z lamą, osiołkiem, jeżozwierzem, małpami, pagórkiem zbudowanym ze skał, który zamieszkiwały świnki morskie i miejsce, przed którym przesiadywałem godzinami – woliera zamieszkana przez stadko papużek falistych. Jaka szkoda, że tego miejsca już nie ma, zostało zlikwidowane jeszcze za czasów tzw. komuny”.

Park powołano dopiero w 2003 r., jednak wyjątkowy charakter dużego ogrodu z alejkami i ścieżkami spacerowymi oraz z wieloma odmianami drzew i egzotycznymi krzewami nadano mu już znacznie wcześniej. Zadrzewione połacie tej części Mościc funkcję swą pełniły właściwie od samego początku zaistnienia nowej dzielnicy. Zdradzają to między innymi odlane ze sztucznego piaskowca kamienne ławy o owalnych kształtach, usytuowane od południowej strony ulicy Topolowej, a datowane na 1929 r. Opisuje je następująco w swoich słynnych „Tekach Tarnowskich” Andrzej B. Krupiński: „Długie blisko na 6 metrów, pokryte mchami i porostami wyglądają niczym Madejowe łoża. Tyle że mają łagodnie wyokrąglone siedziska i takież zaplecki ozdobione kamiennymi kulami. Materiał z jakiego je wykonano oraz ich forma wskazują na to, że powstały około 1930 r. w duchu polskiej odmiany modernizmu, łączącego w sobie nowoczesność form i materiałów z tradycją klasycystycznej małej architektury i sztuki ogrodowej przełomu XVIII i XIX wieku”.

W 2012 r. na terenie przypałacowego parku umieszczono dwa pamiątkowe postumenty z popiersiem prof. Ignacego Mościckiego oraz inż. Eugeniusza Kwiatkowskiego.

Tekst - Małgorzata Budzik  (Moje Miasto Tarnów)
Zdjęcia - Paweł Topolski 



19:46, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 października 2012


Tarnowskie Towarzystwo Fotograficzne i Tarnowskie Centum Kultury zaprosiło we środę 3 października na wernisaż wystawy fotografii z okazji jubileuszu 80-lecia Tarnowskiego Towarzystwa Fotograficznego. Przybyli wszyscy, którzy być powinni. Było tłumnie, jubileuszowo i okolicznościowo... nieco sztywnie.

Tarnowskie Towarzystwo Fotograficzne swe początki wywodzi od Tarnowskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii, założonego w 1932 roku z inicjatywy panów: dr. Karola Fusiarskiego, dr. Waleriana Reissa i dr. Emiliana Carewicza. Nie znaczy to, że wcześniej na terenie Tarnowa nie działali żadni fotograficy – wręcz przeciwnie. Z tamtego okresu warto wspomnieć m.in.: inż. Joachima Traczyka, laureata konkursów fotograficznych w latach 1902 i 1903, Bolesława Łazarskiego, Tomasza Dyducha, ks. Muchowicza, ks. Walentego Gadowskiego oraz wielu innych. Powyższe postaci są istotne dla historii tarnowskiego ruchu fotograficznego, ponieważ to Oni stworzyli podwaliny pod wszystko to, co działo się później, a czego wynikiem jest obecny jubileusz. Z przyczyn oczywistych nie możemy pokazać całej historii TTF, dlatego przede wszystkim postanowiliśmy się skupić na ukazaniu obecnego stanu tarnowskiej fotografii. W związku z tym prezentujemy na wystawie prace 16 czynnych członków Tarnowskiego Towarzystwa Fotograficznego, czyli tych, którzy nie tylko fotografują, ale również starają się swe prace eksponować na różnych wystawach, zarówno w kraju, jak też poza jego granicami. Należą do nich: Piotr Bernacki (AFIAP, ZPAF), Hubert Burzawa, Grzegorz Dzierwa, Janusz Flek, Piotr Góryjowski, Michał Imiołek, Dariusz Kobylański, Wojciech Kobylański, Adam Ksieniewicz, Michał Kusiak, Stanisław Kusiak, Janusz Małek, Witold Pazera, Bartosz Połeć, Tomasz Sobczak (AFIAP) i Marcin Wiśniewski. Jednak w związku z tym, że jubileusz zobowiązuje, na wystawie eksponujemy też archiwalne zdjęcia naszych kolegów, którzy kiedyś stanowili o sile Towarzystwa, ale obecnie z różnych przyczyn są poza jego szeregami. Dla równowagi prezentujemy też zdjęcia ludzi bardzo młodych, wychowanków naszych mistrzów, którzy jeszcze nie działają w naszym stowarzyszeniu, ale być może kiedyś będą tworzyć przyszłość tarnowskiej fotografii.  

  

Wystawa z okazji 80-lecia TTF jest wystawą przeglądową i jako taka zawiera prace różne tematycznie, i również różne pod względem technicznym. Niemniej jednak każde zdjęcie zawiera w sobie „coś”, to „coś”, co powoduje, że zatrzymujemy się przy nim, lub nie. Zapamiętamy je lub nie. Bez względu na efekt, jaki konkretna fotografia na nas wywiera, musimy pamiętać, że jest ona ważna. Dlatego ważna, że jej autor zatrzymał się na moment i postanowił ją wykonać, czyli uwiecznił ułamek sekundy i zatrzymał go na zawsze. Nie ma dwóch identycznych zdjęć – każde jest unikatowe. To właśnie jest fenomen fotografii.

Z socjologicznego punktu widzenia, obecna wystawa jest przekrojowym ukazaniem stanu tarnowskiej fotografii w 80 lat po utworzeniu pierwszego stowarzyszenia fotograficznego w tym mieście, i jako taka przejdzie do historii. A stało się to możliwe dzięki pomocy osób i instytucji, które zawsze nam kibicowały, i dzięki temu, z pełną odpowiedzialnością, możemy ich nazwać przyjaciółmi. Na ich czele od dawna znajduje się Urząd Miasta Tarnowa, z wielce zaangażowaną w nasze idee Panią dyrektor wydziału Marki Miasta – Marią Bilik. Na drugim miejscu trzeba wymienić Tarnowskie Centrum Kultury i życzliwych nam: dyrektora Tomasza Kapturkiewicza i Panią Annę Grygiel. Ponadto od dawna wielką pomoc udzielają nam firmy: Redruk, Leier Polska SA, S-CAN Wydawnictwo, Foto System, a przy tej wystawie do tego grona dołączyły również Sklepy Tabak, firma Bodoni i Brzeska Oficyna Wydawnicza. Za okazaną pomoc, w imieniu braci fotograficznej TTF, serdecznie dziękujemy.

Dariusz Kobylański




Z okazji 80-lecia Tarnowskiego Towarzystwa Fotograficznego słów kilka (Jan Gomoła)

Pisząc o Tarnowskim Towarzystwie Fotograficznym musimy pomyśleć o jego historii, z uwzględnieniem okresu najwcześniejszego, który można nazwać... prehistorią, oraz o jego współczesności. Historia naszego Towarzystwa rozpoczęła się od założenia na przełomie lat 1931/32 Tarnowskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii z inicjatywy dr. Karola Fusiarskiego, dr. Waleriana Reissa i dr. Emiliana Carewicza. Towarzystwo to zorganizowało w roku 1932 pierwszą w Tarnowie ogólnopolską wystawę fotografii artystycznej, w której uczestniczyła elita polskiej fotografii artystycznej, z Janem Bułhakiem, Tadeuszem Cyprianem, Bolesławem Gardulskim, Tadeuszem Barzykowskim, Antonim Wieczorkiem, Tadeuszem Wańskim i Janem Sunderlandem, a także czołówka fotografii tarnowskiej - Tadeusz Piątek, Walerian Reiss, Zenon Maksymowicz oraz wielu innych. W latach późniejszych Towarzystwo zorganizowało w Tarnowie wystawę Fotoklubu Wileńskiego oraz szereg innych wystaw i konkursów o znaczeniu lokalnym. II wojna światowa bezlitośnie przerwała tę owocną działalność.

Po wojnie działały w Tarnowie kolejno: Oddział Polskiego Towarzystwa Fotograficznego w Tarnowie-Mościcach (1952 - ok. 1960), Oddział Powiatowy PTF (1954-1962), Komisja Fotograficzna przy PTTK w Tarnowie (1953-1962) oraz Klub Fotografiki przy Oddziale PTTK w Tarnowie (1962-1976). Klub Fotografiki PTTK w okresie prezesury Bronisława Wiatra zorganizował w latach 1968-1976 pięć ogólnopolskich wystaw fotografii artystycznej, nawiązując w ten sposób do tradycji przedwojennej.

Wspomniana prehistoria naszego Towarzystwa, to okres przed założeniem Tarnowskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii, kiedy fotografowie amatorzy pracowali niemal zupełnie samotnie. Z tamtego okresu warto wspomnieć: działającego w Tarnowie w latach 1901-1905 inż. Joachima Traczyka, laureata konkursów fotograficznych w latach 1902 i 1903, którym jednak musimy „podzielić się" ze Lwowem i tamtejszym, najstarszym w Polsce, Lwowskim Towarzystwem Fotograficznym, Bolesława Łazarskiego, Tomasza Dyducha, ks. Muchowicza, ks. Walentego Gadowskiego oraz wielu innych.

  

Do współczesności obecnego Towarzystwa, które z dumą dziedziczy schedę po wspaniałych poprzednikach, zaliczamy to wszystko, co się działo od dnia jego założenia, czyli 13 stycznia 1977 roku, do dnia dzisiejszego. Tarnowskie Towarzystwo Fotograficzne powstało głównie z inicjatywy Bronisława Wiatra i Jana Gomoły, a jego pierwszym prezesem został Lucjan Roehrenschef. W tym okresie zorganizowano wiele wystaw zbiorowych i indywidualnych, konkursów i plenerów. Ze względów oczywistych nie jesteśmy w stanie wspomnieć o wszystkich; wymieńmy więc chociaż dwie pokonkursowe wystawy ogólnopolskie zatytułowane „Człowiek" (1980, 1987) i wystawę międzynarodową pod tym samym tytułem (1989) oraz Centralny Plener Fotograficzny Polskiej Federacji Stowarzyszeń Fotograficznych z cyklu „Polska - 49 województw", który odbył się w Tarnowie i okolicy (1987) oraz będącą jego wynikiem ogólnopolską wystawę poplenerową (1988). Podjęto również prace badawcze w zakresie historii tarnowskiej fotografii (Jan Gomoła, Zbigniew Gomoła), która wcześniej była prawdziwą „białą kartą". Prace okazały się owocne, a efekty tych badań można zobaczyć w kilku publikacjach, m.in. w czwartym i ósmym tomie książki „Tarnów - wielki przewodnik". W TTF prowadzono od początku intensywną pracę szkoleniową i samokształceniową, uczestniczyliśmy również wielokrotnie w Sympozjach Fotograficznych FASFwP/PFSF w Uniejowie. Zdobytą wiedzą i umiejętnościami dzieliliśmy się z innymi prowadząc pracownie fotograficzne w domu Kultury „Zachęta" (Bronisław Wiatr), w Pałacu Młodzieży w Tarnowie (Lucjan Roehrenschef, Jan Gomoła, Jan Pękala, Tadeusz Koniarz), Liceum Sztuk Plastycznych (Lucjan Roehrenschef, Jan Pękala, Andrzej Tylko, Marek Kalafarski), a także od niedawna w klasach fotograficznych o profilu fototechnik w szkole im. Jana Szczepanika (Andrzej Tylko) i w technikum w Tarnowie-Mościcach (Piotr Bernacki).

Obecnie trzon Tarnowskiego Towarzystwa Fotograficznego, to grupa głównie młodych ludzi, skupionych wokół Tomasza Sobczaka, aktualnego prezesa Towarzystwa, uprawiających fotografię głównie cyfrową, w różnych odmianach tematycznych i stylistycznych, choć niektórzy z autorów wciąż używają fotografii tradycyjnej, która jest dla nich podstawowym środkiem wyrazu. Niezależnie jednak od podziałów „technicznych" najistotniejszy jest fakt ambitnego podejścia do twórczości fotograficznej, jej tworzenia, a w konsekwencji do uczestnictwa w wystawach i konkursach fotograficznych. W tym kontekście możemy wymienić przede wszystkim: Piotra Bernackiego (AFIAP, ZPAF), Huberta Burzawę, Jana Gomołę, Piotra Góryjowskiego, Dariusza i Wojciecha Kobylańskich, Andrzeja Kozioła, Michała Kusiaka, Stanisława Kusiaka, Bartosza Połecia, Tomasza Sobczaka (AFIAP), Andrzeja Tylko (AFIAP, ZPAF), Bronisława Wiatra (Prezes Honorowy TTF) i Marcina Wiśniewskiego.

Większość z ww. autorów wzięła udział w wielkiej wystawie z okazji 77-lecia TTF, która prezentowana była w tychże gościnnych salach Tarnowskiego Centrum Kultury w 2009 roku. Ponadto członkowie Towarzystwa w ostatnich latach brali udział w dwóch ambitnych projektach: „Kocham! Tarnów", którego efektem była wystawa i ciekawy album, oraz „Uśmiech Tarnowa", którego trzy edycje, dzięki dofinansowaniu Miasta Tarnowa, odbyły się w latach 2010-2012.

Jak widać wiele się działo i dużo się dzieje w Tarnowie w zakresie fotografii. Z okazji jubileuszu, życzmy sobie wszyscy, zarówno fotograficy, jak też sympatycy Tarnowskiego Towarzystwa Fotograficznego, aby było coraz lepiej...

Jan Gomoła
zdjęcia: Paweł Topolski



09:22, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 października 2012

7 października, niedzielną Galą Finałową w Centrum Sztuki Mościce z udziałem Grupy Rafała Kmity zakończył się XVI Ogólnopolski Festiwal Komedii „Talia”. Jury w składzie: Małgorzata Pieńkowska, Barbara Szałapak, Andrzej Nejman oraz Jacek Wakar (przewodniczący) postanowiło przyznać następujące nagrody i wyróżnienia:

Grand Prix w oraz statuetkę „Talii” dla najlepszego przedstawienia Festiwalu dla „Klubu kawalerów” z Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy i jego twórców: Łukasza Gajdzisa – reżysera, Mirka Kaczmarka - scenografa, Anety Jankowskiej - ruch sceniczny, Macieja Szymborskiego - opracowanie muzyczne, Kacpra Chabrowskiego – akordeon, Roberta Łosickiego – reżyseria światła, aktorów – Karoliny Adamczyk, Magdaleny Łaski, Małgorzaty Trofimiuk, Małgorzaty Witkowskiej, Michała Czachora, Pawła L. Gilewskiego, Mariana Jaskulskiego, Rolanda Nowaka, Jerzego Pożarowskiego, Marcina Zawodzińskiego.
- Wybraliśmy to przedstawienie jednomyślnie, bo to była absolutnie zespołowa praca - przyznaje przewodniczący jury Jacek Wakar. - Po raz kolejny zespół Teatru Polskiego w Bydgoszczy pokazuje, że ma także to czego polskiemu teatrowi strasznie czasami brakuje , to znaczy poczucie dystansu do świata i poczucie humoru najzwyczajniej w świecie - dodaje Wakar.

 

Nagrodę dla Mikołaja Grabowskiego za scenariusz i reżyserię przedstawienia „O północy przybyłem do Widawy, czyli opis obyczajów III” z Fundacji Odkrywcy Wyobraźni z Warszawy - Teatr IMKA.
Dwie równorzędne pierwsze nagrody aktorskie dla Sławomira Orzechowskiego za rolę Davida O.Selznicka oraz Andrzeja Zielińskiego za rolę Bena Hechta w przedstawieniu „Księżyc i magnolie” z Teatru Współczesnego w Warszawie.
Nagrodę aktorską dla Rafała Rutkowskiego za rolę Johna Smitha w przedstawieniu „Mayday” z Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury z Warszawy - Och-Teatr.
Wyróżnienie dla młodej aktorki dla Zofii Zoń za rolę Marilyn w przedstawieniu „Jednoręki ze Spokane” z Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.
Ponadto Jury przyznało pozaregulaminową nagrodę Związku Artystów Scen Polskich „Ale Aktor!” za najciekawszą kreację komediową dla Magdaleny Łaski z Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy.

Nagroda Publiczności przypadła w tym roku przedstawieniu "Mayday" z Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury z Warszawy - Och-Teatr.


Niechaj swoistym suplementem do werdyktu Jury będzie publikowana poniżej kolejna, czwarta już recenzja naszej specjalnej korespondentki, akredytowanej przy tegorocznej Talii - red. Małgorzaty Budzik. Tym razem dywaguje ona o nie "zauważonym" przez jurorów spektaklu Teatru Powszechnego z Łodzi "Marsz Polonia" Jacka Pilcha w reżyserii pochodzącego z Tarnowa Jacka Głomba.

 

Wszystko w Polsce jest możliwe, nawet zmiany na lepsze

„Ach, krytycy teatralni, zbliżcie się wreszcie do mnie, bezkarne robaczki! Długo, zbyt długo czekałem na balecik z wami!” – napisał kiedyś Jerzy Pilch w jednym ze swych tekstów „Ja, człowiek teatru” publikowanym na łamach „Polityki”. Idąc dalej wskazanym tropem pisarz stwierdził: „Być może krytyk teatralny to jest facet, który nie zdał na aktorstwo albo na reżyserię, jest w nim niespełnienie jakieś bolesne, ale przecież po napisaniu recenzji on już sobie w domu przedstawień nie reżyseruje, ról przejmujących w kuchni albo łazience raczej nie odgrywa (choć tu pewności nie ma)”.

Odnosząc się do słów jednego z najpoczytniejszych współczesnych polskich pisarzy z satysfakcją muszę stwierdzić, że nie jestem facetem. Nigdy też na myśl mi nie przyszło być aktorką, albo reżyserką. Przewrotnie też piszę recenzję ze spektaklu „Marsz Polonia” w reżyserii Jacka Głomba. Jednak nie odstawiam tej sztuki ani w kuchni, ani też w łazience, bowiem przedstawienie trudne w odbiorze dla przeciętnego recenzenta – jakim niewątpliwie jestem – stawia dla mnie poprzeczkę zbyt wysoko.

Zadania bynajmniej nie ułatwia również znakomita adaptacja wydanej w 2008 roku książki Pilcha pod tym samym tytułem, stworzona przez Roberta Urbańskiego. Mam tutaj nieodparte wrażenie, że przepełniona ironią sztuka skierowana została w głównej mierze do koneserów twórczości Pilcha i koncepcji teatralnych Jacka Głomba, które tworzą ze sobą bardzo dobry duet. Niekoniecznie jednak przedstawienie bywa dobrze rozumiane, a już na pewno budzi wiele kontrowersji, a może nawet wywoływać konsternację wśród widzów oraz krytyków teatralnych.

 

Wiele w tym miejscu wyjaśnia kontrrewolucyjny „Manifest” teatralny Jacka Głomba, który w kilku założeniach wydaje się bliski także pisarskiej estetyce Jerzego Pilcha. Bliski, bo porusza te same narodowe przywary, bolączki i mity, przywołuje te same upiory z przeszłości i stawia diagnozę teraźniejszości oraz przestrogę przed pozostawaniem w cieniu karykaturalnego ducha romantyczności. Reżyser napisał w nim m.in.: „Uważamy, że kryzys odwiecznego modelu opowiadania historii, które zastępuje się luźnymi kolażami obrazów, klisz, performance'ów, ma fatalne skutki [...] Nie chcemy ani teatru łatwego i przyjemnego, ani łatwego i nieprzyjemnego. W czasach, gdy zewsząd feruje się wyroki na Złego albo wygłasza peany na cześć Dobrego Polaka, chcemy pokazać Polaka (Nie)Zwykłego: nieoczywistego, barwnego, skomplikowanego [...] Nie ma idei, która mogłaby usprawiedliwić hochsztaplerkę [...] Pokutuje przekonanie, że produkt dla ludzi musi być łatwą i pustą błyskotką, a prawdziwa sztuka – nadętym, niezrozumiałym bełkotem. Sztuka jako zwierciadło rzeczywistości praktycznie dziś nie istnieje – łatwiej odbić kicz i miałkość. My chcemy odbijać światy piękniejsze, różnorodne i niejednoznaczne. Nie plastikowe, krzykliwe i najzwyczajniej już nudne [...] Niezachwianą zasadą czynimy szacunek dla widza, objawiający się w rzetelnej artystycznej pracy”.

Śmianie się z samego siebie to trudna sztuka. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzą przywary, narodowa mentalność oraz cechy dziedziczone od pradziadów, bodaj z epoki romantyzmu. Duch romantyczności nadal unosi się nad naszym krajem, a rozliczanie się z nim czasami odbywa się na granicy śmieszności. Polskie wady narodowe to temat ulubiony nie tylko dla pisarzy. Dlatego walka pomiędzy dwoma obozami: Arki Przymierza (ród Kowalewiczów, czyli tradycjonaliści, katolicy, wierni narodowym ideałom prawdziwi Polacy), a Wieżą Babel (goście Bezetznego, czyli liberalni wichrzyciele, kosmopolici, bezbożnicy, lansujący nowe parapatriotyczne idee) z jednej strony śmieszy, z drugiej przeraża.

Skonsternowany mieszanką narodowych modeli patriotyzmu widz może zapytać w pewnym momencie: „Do cholery! Gdzie ja jestem?”. Trudno się więc dziwić, że często brakuje autentycznych wybuchów szczerego, spontanicznego śmiechu w scenach, które same się proszą o taką reakcję.
Aktorzy na ogół poradzili sobie z koncepcją i zobaczyliśmy kilka bardzo wyrazistych kreacji. Młody pisarz, w którego wcielił się Jakub Kotyński krąży niby mediator pomiędzy dwoma Polskami. Nie bardzo jednak leży mu na sercu rozwikłanie nawarstwiającego się od dziesiątków lat konfliktu. Wokół niego znajduje się tyle pięknych kobiet, które poją go polską wiejską śmietaną prosto od polskiej krowy, albo zagranicznym drogim szampanem. Perspektywa wzięcia udziału w bankiecie, przeradzającym się w orgię, jest o wiele ciekawsza niż wiejska nasiadówka.

Andrzej Jakubas, jako Zagubiony Mit „Solidarności”, jest jedną z nielicznych postaci z charakterem. Widać to szczególnie w scenie, gdy z jego ust płyną słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego „Mury”. Bez przesady można powiedzieć, że mrożą one krew w żyłach w kontekście całej sceny, polegającej na muzycznym fechtunku. Okazuje się zatem, że prostymi środkami, można pokazać więcej.

Na uwagę zasługują również kreacje: Grzegorza Wojdona – Szatana Wcielonego Benjamina Bezetznego, Mirosława Henke – Towarzysza Garstki, Marty Góreckiej – znudzonej swoją rolą Matki Polki, która robi striptiz, Aleksandry Listwan – Herminy, córki Maksymiliana Kowalewicza oraz Magdaleny Zając – służącej Bezetznego. Na sam koniec pozostaje do rozpoznania oniryczny duch babki Pilchowej, ze źle wróżącą przepowiednią: „Coś złego stanie się z Polską”.


Prosta scenografia z wyrazistymi przedmiotami, jak czołg, kukła generała Jaruzelskiego, czy biało-czerwona puszka z wonnym dymiącym kadzidłem Małgorzaty Bulandy nie przesłania istotnych treści dramatu, a wręcz stanowi znakomite tło do wydobycia ich na wierzch. Wspomnieć wypada również Witolda Jurewicza, odpowiedzialnego za ruch sceniczny. To m.in. dzięki niemu widz mierzy się z meczem piłkarskim na scenie i podziwia iście sportową kondycję aktorów.

Jednak zdecydowanie na największe brawa zasługuje Bartek Straburzyński, który stworzył znakomity klimat muzyczny w spektaklu. Dobór repertuaru, zwłaszcza w scenie linczu na Koniecpolskim, czy później w przemianie mszy w przyjęcie urodzinowe zasługuje na najwyższe uznanie. W pamięci zostaje impulsywna mieszanka fragmentów piosenek: „Szła dzieweczka do laseczka”, „A mury runą, runą, runą”, czy wreszcie: „Na Wojtusia
z popielnika”. Znakomita bitwa na wersy pozostawia widza w sytuacji dość ambiwalentnej, wychodząc z teatru jeszcze długo nuci słowa: „Marsz, marsz Polonia, nasz dzielny narodzie, odpoczniemy po swej pracy w ojczystej zagrodzie. Już was żegnam niskie strzechy, ojców naszych chatki, już was żegnam bez powrotu ojcowie i matki. Już was żegnam bracia, siostry, krewni, przyjaciele, póki w ręku miecz jest ostry, nie zginie nas wiele... Złączmy ramię do ramienia, bracia Galicjanie, gdy uderzym wszyscy razem, Polska zmartwychwstanie”!

Sztuka „Marsz Polonia” pretenduje do miana komedii, ale tak czy inaczej, „balecik” z Pilchem nie należy ani do rzeczy łatwych, ani przyjemnych. Obecny w sztuce groteskowy Polaka portret własny został opowiedziany z perspektywy prowincjonalnej lokalności, przejawiającej się w takiej samej przerysowanej i karykaturalnej mentalności. Pełno więc kompleksów, narodowych mitów, stereotypów i traum kulturowych oraz historycznych,
a także żywych emocji: pretensji, żalów, oburzenia i agresji. Zatem w takim samym stopniu problem ów dotyczy zarówno krytyków teatralnych – owych „bezkarnych robaczków” – jak również wymagających i świadomych sztuki scenicznej widzów teatralnych, których przecież w Tarnowie nie brakuje, wbrew opiniom co poniektórych.
Choć z drugiej strony: „wszystko w Polsce jest możliwe…”.

Tekst - Małgorzata Budzik
Zdjęcia - Paweł Topolski

 


 

 

13:41, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 października 2012

Nie wiem, co właściwie oznacza sformułowanie: „wszystko o kobietach”? Płeć piękna stanowi byt ambiwalentny. Jakiekolwiek próby definicji kobiecości muszą skończyć się fiaskiem. Nawet mężczyźni, którzy nie obawiają się rozmawiać na wszelkie tematy, wobec niepowtarzalności i zjawiskowości wdzięków kobiecych pozostają bezradni. Miałam okazję zobaczyć w ramach 16. edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii Talia 2012 w Tarnowie sztukę wybitnego współczesnego dramatopisarza chorwackiego Miro Gavrana „Wszystko o kobietach” w reżyserii Dušana Bajina. Tekst przełożył Ján Jankowič. Trzy aktorki z Teatru Państwowego w Koszycach: Beáta Drotárová, Dana Košická oraz Alena Ďuránová otrzymały trudne zadanie: musiały stworzyć portrety wielu odmiennych od siebie kobiet – począwszy od kilkunastoletnich dziewczynek, kończąc na kilkudziesięcioletnich pensjonariuszkach domu spokojnej starości. Poradziły sobie w większości scen, układających się jak w kalejdoskopie życia.


Mozaika, składająca się z przeróżnych charakterów, temperamentów, problemów i losów, to przewrotna opowieść o najważniejszych dla kobiet sprawach: dzieciach, rodzinie, małżeństwie, związkach, mężczyznach, pracy, przyjaźni, miłości oraz nienawiści. Przy czym nic nie jest tutaj tylko czarne, albo tylko białe. Przewrotne sytuacje, pełne pasji i uczuć dialogi, zabarwione skrajnymi emocjami relacje pomiędzy przyjaciółkami, pracownicami, siostrami, matką, a jej dwoma córkami, wreszcie koleżankami z przedszkola oraz domu starości, pokazują różne oblicza kobiety. Nic nie jest jednoznaczne, a sens ukryty zostaje gdzieś między słowami, które wypowiadają bohaterki spektaklu.

Ponieważ język słowacki nie stanowi żadnej bariery dla tarnowskiego widza, dlatego w odbiorze przedstawienia przeszkadzały skaczące i opóźniające się napisy polskiego tłumaczenia. Polska translacja wielokrotnie gubiła istotę poszczególnych scen. Zatem barwne i wartkie kwestie dialogowe, to bodaj podstawowy atut chorwackiej sztuki w interpretacji słowackiego reżysera. Dodać przy tym trzeba, że tematyka bardzo żywych konwersacji ma charakter uniwersalny.


Przygotowany przez reżysera Dušana Bajina wgląd w kobiecy świat ukazuje obraz trudny w odbiorze. Z jednej strony bowiem jest on lekki, z pewną dozą niefrasobliwości, nawet bawi, z drugiej zaś strony zniewala poważnymi sytuacjami życiowymi i wywołuje wiele gorzkich refleksji. Mimo to sztuka „Wszystko o kobietach” zachwyca widownię już od ośmiu lat, bowiem premiera przedstawienia miała miejsce 25 października 2004 roku w Štátne Divadlo w Koszycach. Spektakl znany jest także w kraju, gdzie cieszy się popularnością nie tylko na tarnowskiej scenie.


Zasadne wydaje się na zakończenie pytanie dotyczące granic kategorii śmieszności. Nie odpowiem na nie jednoznacznie, tak jak i nie czyni tego spektakl Bajina. Tyle bowiem ile jest rodzajów śmieszności, tyle samo powstaje teorii na ich temat. Pozostaje zatem zdrowy dystans do samego siebie, drugiego człowieka oraz do otaczającego świata. Dotyczy to w takim samym stopniu kobiet oraz mężczyzn. Doskonale wiedział o tym Miro Gavran, ukrywając damskie emocje między słowami swojej znakomitej sztuki, w której bezskutecznie próbuje przekonać kobietę, aby powiedziała o sobie wszystko.



Tekst – Małgorzata Budzik

Zdjęcia - Paweł Topolski


13:55, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »

Solski o kocim spojrzeniu...??? To poruta...no i co na to bogini Talia...


13:53, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 października 2012

Ekstremalny – takim słowem można określić sport typu skok na bungee, wymiar ludzkiej głupoty, czy po prostu życie, w którym czasami trzeba iść pod wiatr, porywać się  z motyką na słońce, lub bronić ironią czy sarkazmem przed nachalnością bliźnich. Określenie to nadaje się także znakomicie do nazwania przedstawienia „Publiczność rządzi” w wykonaniu warszawskiego Teatru Improv AB OVO. Spektakl zaprezentowany został  w ramach 16. Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii Talia 2012 w Tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego. Impreza towarzyszyła przeglądowi, który jest współfinansowany przez Małopolski Regionalny Program Operacyjny Województwa Małopolskiego oraz z budżetu Gminy Miasta Tarnowa. Ujmując sztukę „Publiczność rządzi” jednym zdaniem – nie można nie wziąć w niej udziału! Pełna energii grupa teatralna, którą tworzą: Katarzyna Michalska, Agnieszka Bajer, Jasiek Aleksandrowicz-Krasko, Michał Głowacki, Robert Kibalski, Wojciech Medyński, Fryderyk Młynarski, Andrzej Perkman, Piotr Wesołowski oraz Piotr Wyżykowski, magnetyzuje widzów swoją spontanicznością już od 2010 roku. Pomysłowość z założenia należy do publiczności, bowiem zgodnie z ideą przedstawienia, to ona „rządzi” na scenie.


 

W przypadku Teatru Solskiego – miejsce dla tego typu eksperymentów jest idealne. Scena Underground nie ma kulis, i dlatego m.in. stanowi przestrzeń, w której nieodzownie widz musi angażować się w realizowany spektakl, na który zakupił bilet. I uczynił to, bardziej lub mniej świadomy czekających go w podziemiach Solskiego doświadczeń.

Widzowie zdają się darzyć pewną sympatią tę nową formę teatralno-kabaretową, choć znaną na całym świecie, to jednak w kraju jakby jeszcze trochę mniej docenianą wśród szerszej publiczności. Jakby śmiech i zabawa nie godziły się z tradycyjnymi i znanymi formami teatralnymi. A przecież spotkanie aktora z widzem stanowi znakomitą przestrzeń do improwizowanych interakcji. Pokazuje bowiem w bezpośrednim kontakcie i bez wcześniejszego przygotowania pełne temperamentu oraz autentyczne sytuacje komunikacyjne, niemożliwe do powtórzenia w następnych przedstawieniach.

 

Każda sztuka powstaje i jest wykonana „tu i teraz” – jednorazowo w określonym miejscu i czasie, dlatego jest inna. Na tym polega bezwarunkowa wartość tego typu improwizowanego zdarzenia teatralnego. Konfrontacja emocji na linii aktorzy – publiczność stanowi bezcenne doświadczenie, zarówno dla zawodowców, jak i dla laików. Pozwala bowiem każdemu z widzów stać się na moment współtwórcą sztuki, czego tradycyjne ramy spektaklu raczej nie propagują.

Aktorzy w ułamku chwili wymyślają riposty i kierują scenką ku zaskakującemu rozwiązaniu. To wszystko sprawia że każde przedstawienie jest niepowtarzalne. To dodaje takich skrzydeł, że później w każdej następnej roli można koncentrować się na tym jak ją pogłębić i co sobie dodać. My najpierw dostajemy kłody od widza, a z drugiej strony, my nie wiemy co nasz partner nam zgotuje. My to przyjmujemy jako prezent, to się rodzi tu i teraz – powiedział Wojciech Medyński na łamach Radia RDN Małopolska. Po przeżyciu spektaklu „Publiczność rządzi” trudno nie zgodzić się z aktorem warszawskiego Tetaru AB OVO.

 

Trzeba jednak pamiętać, że działania podejmowane przez aktorów bez przygotowania i planu, uwzględniają również ich określony rezultat. Właściwe dla scharakteryzowania działań Teatru Improv AB OVO słowa-klucze to m.in. zaskoczenie, niepowtarzalność, świeżość, dynamika, otwartość i spontaniczność. „Wciągnięcie” widza w poszczególne różnorodne scenki tworzy specyficzną atmosferę, która na długo pozostaje w pamięci. Odruchowe i emocjonalne reakcje stanowią niespodziankę dla aktora i publiczności, niejednokrotnie są one zabarwione nutką sensacji. Pikanterii dodaje wchodzenie w rolę osoby podglądającej wszystko „na żywo”. Widz podgląda reakcje aktora, jego pracę, proces myślowy, umiejętność odnalezienia się w zaproponowanej zupełnie nowej sytuacji. Przede wszystkim jednak na plan pierwszy idzie jego warsztat. Aktor z kolei cały czas ma na uwadze to, co mówi publiczność, jakie wyznacza mu zadania i jak je później odbiera.

Przykładowe zadanie aktorskie zlecone przez tarnowską publiczność aktorom grupy AB OVO to tzw. bitwa na pytania, która na życzenie tarnowskiego widza miała rozegrać się w masarni. Wspomniana bitwa polega na tym, że aktorzy rozmawiają ze sobą jedynie za pomocą pytań. Zasady są dwie – nie można w pytaniu powtarzać poprzedniej kwestii, a te
z kolei mają posuwać akcję naprzód. Rola widowni polega na podaniu miejsca dziania się akcji. Może to być kawiarnia, prosektorium albo przymierzalnia. Tematy konwersacji projektują już sami aktorzy, ograniczeni jednak do specyfiki przestrzeni wyznaczonej przez publiczność. W tym zadaniu, jak i zresztą w pozostałych akcjach, aktorzy warszawskiej trupy poradzili sobie znakomicie, o czym świadczą zdecydowanie pozytywne reakcje tarnowskich miłośników Melpomeny.

W związku z atrakcyjnymi grami teatralnymi – czy jak to nazwał twórca teatru improwizacji Keith Johnstone „sportami teatralnymi”, ze względu na niepodważalną potrzebę tężyzny umysłowej – w wykonaniu warszawskiego zespołu Teatru Improv nasuwa się tutaj pewna myśl. Maria Dąbrowska pisała kiedyś, że: „Polacy są od improwizacji, może to jest nasze nieszczęście, ale jakby i tego nie było, niewiele by zostało”. Zatem życzyłabym sobie, jako widz-amator, więcej improwizacji w teatrze!

Tekst - Małgorzata Budzik

Zdjęcia- Paweł Topolski


22:04, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 października 2012

Karwat coś w środowisku tarnowskich plastyków znaczy, ale niewiele osób wie, że ojcowizna dla noszących to nazwisko leży „pod klasztorem”, a konkretnie pod słynnym tuchowskim sanktuarium i klasztorem ojców Redemptorystów. Tutaj właśnie mieszka z żoną Zofia, Kazimierz – poeta, rzeźbiarz, nauczyciel, prawdziwy artysta i ojciec artystów. Naszą rozmowę punktują wydzwaniane z kościelnej wieży godziny. Co chwila zagląda któreś  z dzieci, bądź wnucząt. Za oknem pobekują  kozy. Życie toczy się i płynie powoli, czasem wzbierając, jak pobliska rzeka Biała.


Nad tą Białą wszystko się zaczęło, a dokładnie tam, gdzie rosła kiedyś, za dziecięcych lat Kazimierza, stara wierzba. Kazik przychodził tu pasać krowy, a w międzyczasie, bawiąc się z kolegami, coś strugał kozikiem, który każdy szanujący się chłopak musiał wówczas mieć przy sobie. Upłynęło trochę czasu, zanim dowiedział się, ze „wyczarowywane” dziecięcą ręka z wierzbowego drzewa piszczałki i laseczki całkiem zgrabnie mu „wychodzą”.
Bohater tej opowieści urodził się z dala od rodzinnego domu, w ostatnim roku drugiej wojny światowej – w Bilczy pod Kielcami, kiedy przez polska ziemie przetaczały się walczące ze sobą wojska dwóch okupantów – niemieckiego i sowieckiego. Przetaczały się dosłownie, bo Kazimierz przyszedł na świat w piwnicy, nad która zatrzymał się właśnie czołg Armii Czerwonej. Kielecczyzna powróci jeszcze do życiorysu Kazimierza Karwata i to w bardzo istotnym kontekście.

Wróćmy jednak do artystycznych talentów Kazimierza. Jak sam twierdzi, odziedziczył je po ojcu Alfredzie. – Ojciec był taka złota raczka. Artysta ludowy, grał na akordeonie klawiszowym, guzikowym, na grzebieniu, na listku, grał na weselach, zabawach, potańcówkach.
A Kaziu od wierzbowych fujarek szybko przeszedł do innych „wyrobów”, już z drzewa lipowego. Najpierw robił na własny i kolegów użytek różne gwizdki, laski, trąbki, fujarki. Dodatkowo ozdabiał te wyroby wycinanymi wzorkami. Potem, gdy stał się członkiem jednej z tuchowskich grup kolędniczych, to sam zaprojektował i wykonał szopkę z ruchomy- mi elementami. Jak wspomina, w tym kolędowaniu „nie było lipy”. Do jasełek trzeba było przygotować się wiele wcześniej, trzeba było pięknie śpiewać pastorałki, gdyż „niechlujnych” kolędników nikt do domu by nie wpuścił. To wówczas pojawiły sie w jego życiu pierwsze zarobki z jasełek, a wkrótce tez ze sprzedawanych na odpustach, wykonanych przez siebie figurek lwów. Te pierwsze pieniądze przeznaczył na zakup farb plakatowych, wówczas był to szczyt marzeń. Ale dzięki temu lwy były przepiękne.



Dzięki inspiracji nauczyciela z podstawówki, trafił do tarnowskiego „plastyka”. –Wystarczyła jedna wizyta, abym „zachorował” na bycie tam. To było moje miejsce – opowiada. Z trzech lat nauki wspomina nauczycieli plastyków, znane w tarnowskiej kulturze nazwiska: Jadwigę Gajek-Sanowską, Wiesława Rohrenschefa, Józefa Szuszkiewicza, Stanisława Wałęgę, Julo Grabowskiego, Gizberta Studnickiego, Anatola Drwala, a także polonistkę Barbarę Wiatr. – Konsekwentnie nazywała nas aniołkami, chociaż bardziej pasowałoby powiedzieć diabełki. Ale ona na aniołki nas przerobiła. W lekcje wkładała serce. Nauczyła myśleć samodzielnie; można było dyskutować, mieć własne zdanie, a nawet nie zgodzić się z panią profesor – opowiada.
Po wielu latach, kiedy odwiedził swoją szkołę, Anatol Drwal pokazał mu jego zachowaną w archiwum prace dyplomową, przygotowywaną na koniec trzeciego roku nauki. Przypomniał, jak to chłopcy z sąsiadującego ze szkoła przez ścianę internatu, przechodzili malutkim okienkiem do pracowni rzeźbiarskiej, gdzie po kryjomu, nocami, wyrabiali główki Nefretete, które później sprzedawali na pobliskiej Kapłonówce. Profesor wtedy udawał, ze nie widzi ubywającego w nie wyjaśnionych okolicznościach gipsu, a po cichu cieszył się, że uczniowie nawet noce spędzają na twórczej pracy. Taki to był człowiek.

I tutaj wracamy do Kielc, gdzie Kazimierz spędził dwa lata nauki w tamtejszej szkole plastycznej, specjalizującej się w meblarstwie. Ta poniekąd nieplanowana zmiana szkoły rozwinęła bardzo młodego ucznia, stykając go z innymi profesorami, nowymi metodami pracy, zapoznając z nurtem folklorystycznym. No i w tej szkole poznał swą przyszłą żonę i przyszłą matkę pięciorga wspaniałych dzieci. Uczucie było gorące i w efekcie dwoje osiemnastolatków pobrało się. Wkrótce na świat przyszedł pierwszy syn – Swiętosław. Młodzi rodzice zrezygnowali z planowanych wspólnie studiów i tylko Kazimierz ukończył w Krakowie studium nauczycielskie w zakresie przedmiotów plastycznych. I tak Kazimierz stał sie nauczycielem, co dawało szanse na prace i mieszkanie, które dostali w Brzesku-Okocimiu, gdzie młody nauczyciel plastyki (zresztą wraz z żoną), zaangażował się w rozmaite artystyczne inicjatywy, od stworzonego przez siebie zespołu ludowego Okocanie, po kabaret Zbereznik. Pisał teksty, piosenki, muzykę, był aktorem, konferansjerem, wszystkim…

Podczas nauki w Krakowie także malował, prezentując po raz pierwszy swoje prace na wystawie zorganizowanej wspólnie z kolegami. Pociągało go również pisanie, poezja. Jak sam mówi, „pierwsze wiersze pisał dla Zosi”. I właśnie w Okocimiu „dojrzał” do poezji naprawdę, choć na wydanie pierwszego tomiku wierszy przyszło poczekać jeszcze sporo lat.

W międzyczasie, po piętnastu latach pracy w Okocimiu, rodzina Karwatów wróciła do Tuchowa, gdzie przez kolejnych piętnaście lat Kazimierz uczył plastyki w tutejszej szkole podstawowej. Wraz z żoną angażowali się w działalność środowiska poetów tarnowskich lat 70., 80. i później. Ważnymi w tych inicjatywach byli m.in. Józef Komarewicz i Anna Szymańczuk. Także spotkania z Andrzejem Grabowskim i jego grupa Rydwan oraz udział w inicjatywach takich jak Tarnowska Piwnica, Wieczory Literackie, spotkania w ramach Młodzieżowej Agencji Kultury, Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy. Pierwszy tom poezji Kazimierza Karwata pt. „I ziarno wyłuskać” wydał Wojewódzki Ośrodek Kultury w Tarnowie w roku 1986. Drugi, doskonały tom – „Na bal – Na targ – Na amen” ukazał się sześć lat później.

Od lat 80., obok nauczania w szkole i pasji poetyckich pan Kazimierz malował oraz zajął się też pracami konserwacyjnymi i renowacyjnymi, m.in. sztukując utracone nosy czy kończyny świętych i aniołów z kapliczek i kościołów. Zleceń nie brakowało i nie brakuje. Dziś ma bogate doświadczenie, które wciąż wykorzystuje (m.in. doskonała renowacja ołtarza w kościele w Porębie Radlnej) i przekazuje… swoim dzieciom, z których każde związane jest ze sztuką, bądź z rzemiosłem artystycznym.

Kiedy pan Kazimierz stał się emerytem, wróciło do niego rzeźbienie – we własnej pracowni i na wielu plenerach w Polsce. Pytany o ulubiony materiał mówi: – Każdy ma smaczki, które się wydobywa. Wtedy mam uczucie, ze mnie łaskocze w palcach. A czasem, jak coś wyjdzie poza pomysłem i jest dodatkowy fajny efekt, to jest radość z udanej pracy.


Dzięki niemu, w Tuchowie w sierpniu odbędzie się trzeci Międzynarodowy Plener Rzeźbiarski. Efektem plenerów są rzeźby o tematyce historycznej, które pozostają w krajobrazie miasteczka. W pracowni mistrzowi Kazimierzowi towarzyszy prawie trzymetrowej wysokości Kazimierz Wielki, który wraz z figurą opata tynieckiego Bogusława (autorstwa B. Sukiennika) ma stanąć w Tuchowie i przypominać  akt nadania praw miejskich.

Ale jest i marzenie naszego poety i rzeźbiarza. Chciałby w miejsce istniejącego w Tuchowie pomnika ofiar wojny, stworzyć dzieło niesamowite. – Byłaby to postać kobiety w płaszczu, jakby Pieta, w znaczeniu ogólnym Matka Ziemia, przygarniająca poległych, którzy już w duchowej postaci wzlatują ze Zmartwychwstałym Chrystusem – mówi.

Jak sam przyznaje, poważny wypadek w własnej pracowni, w efekcie którego stracił oko, wyznaczył w jego życiu granice. Odtąd tematyka jego różnorodnej twórczości istotnie dotyka spraw wiecznych.– Ciągle podglądam i analizuje naturę. Od razu widzę wszystko jako rzeźbę lub obraz. Na przykład analizuje twarze ludzi. Niekiedy jest to meczące, bo musi znaleźć jakiś upust. Wtedy powstaje wiersz, rzeźba czy obraz. Nigdy nie wiadomo, kiedy to przyjdzie, kiedy pójdzie –kończy.

Agata Żak   (Gazeta Krakowska)


10:08, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 października 2012

Pitaval tarnowski 94 Jerzego Reutera

Było wówczas w Tarnowie bigamistów wielu, ale żaden z nich nie śmiał siadać przy Kornelu. Parafrazując słowa wieszcza, należałoby zaznaczyć, że Kornel nie był zbyt okazałej urody, a w tłumie wyróżniał się tylko bardzo paskudnym wzrostem, czyli posiadał przysłowiowe metr i pięć. W kapeluszu.


Swoją przygodę z kobietami rozpoczął bardzo wcześnie i mozolnie budował przez kilka lat swoje różnorodne światy. Ożenił się młodo, może nawet zbyt młodo - w wieku 22 lat i zamieszkał z połowicą w podtarnowskiej wsi. Gospodarzył tam, jak umiał, a że umiał niewiele, bardzo szybko dał się poznać jako utracjusz i bankrut. W końcu, po licznych awanturach, postanowił wyjechać do Nowej Huty, by tam zrobić karierę robotnika.
Nowa Huta przywitała Kornela całą gamą dotąd nieznanych wrażeń. Mnóstwo samotnych kobiet, wyczekujących na swego księcia z bajki i wielka samodzielność połączona z wolnością sprawiły, że Kornel wyczuł pismo nosem i postanowił układać sobie nowe życie za pieniądze naiwnych niewiast. Za zarobione środki zakupił sfałszowane zaświadczenie, stwierdzające jego stan cywilny, jako zupełnie wolny i ruszył na podbój.
Pierwszą panną, którą zaprowadził do ołtarza - właściwie drugą, bo pierwsza pozostała w domu - była bardzo miła suwnicowa Adela. Ślub był zwieńczony bardzo skromnym przyjęciem, które odbyło się w zakładowej stołówce. Po weselu Kornel natychmiast wyprowadził się z hotelu robotniczego do nowej żony i rozpoczął swój kolejny miesiąc miodowy. Tarnowska małżonka w każdą sobotę gotowała rosół z koguta i oczekiwała na Kornela. Nie można powiedzieć, że Kornel nie dbał o pierwsze gniazdo rodzinne. Systematycznie gościł tam i nawet kilka razy dał jakieś pieniądze, wyjaśniając drugiej małżonce, że w Tarnowie ma bardzo chora matkę, którą musi odwiedzać i dbać o nią.
Gdy już znudziła się Kornelowi praca w kombinacie, a co za tym idzie także druga żona, postanowił wyjechać na Śląsk i tam przyjąć się do pracy w kopalni. Oczywiście pojechał zaopatrzony w zaświadczenie o swoim nienaruszonym stanie cywilnym. Bardzo szybko zadomowił się w Zabrzu i równie szybko się ożenił. Trzecia małżonka pochodziła spod Kielc i nie dopuszczała do siebie myśli, by pozostać na brudnym Śląsku do końca życia. Bardziej szukała męża i gospodarza, a nie robotnika z małym mieszkankiem w dalekiej perspektywie. Tak przetrwali razem kilka miesięcy, aż Kornel oświadczył, że musi jechać nad morze, bo zawsze pragnął być marynarzem, że to da mu wielkie zarobki, które oczywiście przeznaczy na owe gospodarstwo.
Nie trudno zgadnąć, co stało się po przyjeździe Kornela do Gdyni. Tam historia powtórzyła się, ale już nie na długo, bowiem Kornel trafił na kobietę zbyt mądrą, która odegrała rolę kamienia, w który uderzyła kosa. Pani ta zbyt dobrze znała występny ród męski i po upojnym miesiącu miodowym postanowiła dokładniej zbadać przeszłość męża. Niezbitymi dowodami na jego występne życie okazały się listy od stęsknionych małżonek oraz prośby o obiecane pieniądze. W końcu zdesperowana połowica postanowiła działać i przy najbliższej okazji pobiła okrutnie Kornela i - jak dzieciaka - trzymając za kołnierz, zaprowadziła na posterunek Milicji Obywatelskiej.
Kornel za wielokrotną bigamię otrzymał solidny wyrok, a jego żony, tuż po rozprawie, udały się w zgodzie na kawę do dworcowego baru.

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


08:47, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 października 2012

ml

20 maja 2012 roku świat obiegła informacja o śmierci kolejnego z braci Gibb – Robina. Po przedwczesnym zgonie Maurice’a w 2003 roku, odejście jego brata bliźniaka definitywnie zamknęło epokę jednego z najpłodniejszych kompozytorsko i zarazem najcieplejszych muzycznie zespołów w historii popu.

    Przyznam, że łza się w oku kręci, kiedy wspominam licealne prywatki z drugiej połowy lat 70. Trudno było sobie je wyobrazić bez piosenek zespołu Bee Gees. Ba, w tamtym czasie nie tylko na prywatkach, w każdej dyskotece w Polsce brzmiały przeboje braci Gibb. Trzeba powiedzieć, że oprócz Beatlesów i Eltona Johna chyba nikt inny w dziejach muzyki rozrywkowej nie podarował światu tylu urokliwych utworów. Chociaż, jak pamiętam, w dekadzie ich największych sukcesów, podśmiechiwałem się czasem wspólnie z kumplami gustującymi w solidnym rockowym łomocie z tych śpiewanych falsetem piosenek. Po latach muszę przyznać, że było to wynikiem poważnych braków w muzycznej edukacji, bo harmonie głosowe, tak często wykorzystywane przez braci Gibb, były po prostu przejawem ich niepośledniego talentu i wokalnej maestrii, nie mówiąc już o samych melodiach ich przebojowych kompozycji. W tamtych latach szczególnie „zajeżdżaliśmy” na imprezach podwójny koncertowy album zespołu – Here At Last...Live, zarejestrowany podczas występu grupy w Los Angeles w grudniu 1976 roku. Teraz odrobina historii.
    Początki zespołu Bee Gees sięgają lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Wtedy to w Radcliffe koło Brisbane w Australii jedenastoletni Barry i jego o dwa lata młodsi bracia bliźniacy postanowili wspólnie śpiewać. Chłopcy robili to na tyle udanie, że występowali nawet w programach radiowych w Sydney. Osiem lat później Gibbowie przenieśli się do Londynu i wtedy rozpoczął się ich marsz ku sławie. Powodzenie zapewniły im – jak to określił Wiesław Weiss – melodyjne piosenki w tradycyjnym stylu, nęcące ciepłym współbrzmieniem głosów oraz subtelnym orkiestrowym tłem. Z tamtego okresu pochodziły takie przeboje, jak: New York Mining Disaster 1941, To Love Somebody,  Words, I’ve Gotta Message To You, I Started A Joke, World czy wzruszający kawałek Massachusetts, będący pierwszym numerem jeden grupy w Wielkiej Brytanii.
    W latach 1969 -1970 bracia próbowali podbić listy przebojów jako soliści. Najpierw uczynił to Robin piosenką Saved By The Bell, potem Maurice (Railroad) i wreszcie Barry (I’ll Kiss Your Memory). Był to okres sporych perturbacji w zespole, na szczęście został zakończony zejściem się braci i wylansowaniem dwóch dużych hitów w USA: Lonley Days i notowanym na pierwszym miejscu How Can You Mend A Broken Heart. Po kolejnych transatlantyckich przebojach z 1972 roku: My World i Run To Me nastąpiło załamanie kariery, zespół zaczął występować w kabaretach i wydawało się, że nie odzyska już swojej wcześniejszej sławy. Stało się jednak inaczej.
    W 1975 roku bracia zdecydowali się zmienić stylistykę komponowanych i wykonywanych piosenek, nawiązali współpracę ze znakomitym producentem nagrań Arifem Mardinem i przy jego pomocy przygotowali nowy repertuar złożony z utworów pulsujących dyskotekowymi rytmami, inspirowanymi muzyką soul. Po raz kolejny w ich karierze rozwiązał się worek z przebojami. Jive Talkin’, Nights On Broadway, You Should Be Dancing, How Deep Is Your Love, Staying Alive, Night Fever, Too Much Heaven czy Spirits Having Flown były znane niemal w każdym zakątku świata. Wiele z nich ozdobiło ścieżkę dźwiękową popularnych filmów z udziałem Johna Travolty: Gorączka sobotniej nocy i Staying Alive.
    W latach 80. zespół zawiesił działalność, ale w roku 1987 powrócił z repertuarem dyskotekowym równie udanym jak dawniej, a dowiodły tego hity: You Win Again, One oraz Secret Love. Bee Gees wylansowali w swojej karierze ponad pięćdziesiąt przebojów i sprzedali 220 milionów płyt.
    O fenomenie popularności swojego zespołu Robin tak mówił: kiedy zaczynaliśmy, chcieliśmy po prostu, by ludzie polubili nasz piosenki. Podkreślał też, że tworzenie muzyki było dla niego i jego braci największą passą i że nigdy nie myśleli o tym ile rzeczy materialnych może im to przynieść.
    Kilka lat temu artystę zapytał dziennikarz: jaki był pana najbardziej zawstydzający moment w życiu? Całe moje życie – żartobliwie odpowiedział Robin i dodał: ale z nikim bym się na to życie nie zamienił.
    20 maja artysta przegrał walkę z chorobą, z którą walczył od ponad roku. Do końca był aktywnym twórcą, a jego ostatnie solowe dzieło Titanic Requiem miało premierę w kwietniu w londyńskiej Royal Albert Hall.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


09:51, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 143


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -