Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR | religia
RSS
czwartek, 27 grudnia 2012

Pitaval tarnowski 99 Jerzego Reutera

Antoni Korab-Jasielski był bardzo eleganckim mężczyzną. Zachowywał się jak na światowca przystało i obracał się tylko w dobrym towarzystwie. Jak twierdził, był przedstawicielem handlowym wiedeńskiej firmy Bayer i z tego względu zasługiwał na wielki szacunek. Ubierał się z pańska, zawsze w żółte sztyblety i wiśniową marynarkę z żółtą kamizelką pod spód. Nie stronił też od kobiet i był z tej racji częstym gościem rozrywkowych lokali z damską obsługą w roli głównej.


Jakież było zdziwienie tarnowskich policjantów, gdy ten wyniosły jegomość po zaaresztowaniu za nocną awanturę popadł w bardzo dziwną chorobę.
Po kilku godzinach spędzonych w kozie zaczął się trząść na ciele, wymiotować i jęczeć w wielkiej boleści całego ciała. Zawezwany lekarz rozłożył bezradnie ręce i stwierdził, że takiej przypadłości jeszcze nie spotkał i nakazał przewieźć Koraba do szpitala. W czasie odbywanych badań na nieszczęśniku policjanci postanowili dokonać rewizji w hotelowym pokoju aresztowanego, by, jak twierdzili, nic im nie umknęło.
W trakcie przeszukania na jaw wyszła tajemnica choroby Koraba. Znalezione pod siennikiem strzykawka i ampułki morfiny wskazywały na jedno. Chorobą ową był notoryczny morfinizm delikwenta, a groźne objawy to nic innego, jak głód narkotyku.
Po zabezpieczeniu groźnego medykamentu, stróże prawa postanowili przyjrzeć się nieco lepiej podejrzanemu i dogłębnie przeszukali jego rzeczy osobiste. Znalezione dowody jednoznacznie pokazywały utajnione życie Koraba.
Korab-Jasielski przybył do Tarnowa z Rosji, skąd został wydalony na dwa lata za drobne kradzieże i oszustwa. Nie zaprzestał jednak procederu. Pod hotelowym łóżkiem policjanci odkryli dwa tomy kolorowych albumów i kilkadziesiąt zamówień na różne wydawnictwa, zapłacone z góry. Na szczęście zamówienia były imienne i śledczy bez trudu dotarli do klientów Koraba.
Okazało się, że sprytny sprzedawca nigdy nie realizował zamówień, a opóźnienia w dostawie tłumaczył trudnościami na granicy. Mało tego, wyszła na jaw pokątna sprzedaż narkotyków. Jako bywalec tak zwanych salonów, bez trudu znajdował chętnych na spróbowanie oszołamiającej trucizny i zarabiał na tym wielkie pieniądze.
Najtrudniejsze zadanie policji polegało na dotarciu do wspólników Koraba, ale w tym zbożnym dziele dopomógł im sam podejrzany. Trawiony chorobą narkotykową wyśpiewał wszystko za zapłatę w postaci zastrzyku z morfiny. Z jego zeznań wynikało, że narkotyki sprzedawał mu pewien przemytnik z Odessy, za pośrednictwem aktorki teatru lwowskiego i zmówionego kolejarza.
Paczki odbierał Korab bezpośrednio na dworcu kolejowym, skąd przenosił je do hotelu. Sprzedawane albumy i narkotyki były często geszeftami wiązanymi. Sprytny Korab uzależniał dostawę narkotyku od wpłaty pieniędzy na zakup książek, a żądni nieziemskich doznań płacili bez protestu.
Na długo przed zakończeniem śledztwa o podejrzanego upomniały się inne miasta, gdzie prowadził "interesy" i naciągał uzależnionych uprzednio naiwnych.

(Za "Pogoń" - zbiory MBP)

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


16:26, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 grudnia 2012

Przez pierwsze trzy stulecia Kościół obchodził jedynie datę zmartwychwstania i praktycznie nie interesował się datą narodzenia Jezusa. Ewangeliści opisując przyjście Jezusa na świat nie podają nawet w przybliżeniu, kiedy to nastąpiło. Należy przypuszczać, że jednym z impulsów do zbadania i choćby w przybliżeniu określenia daty narodzin i ustanowienia osobnego święta było oświadczenie Soboru w Nicei, że Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Nie znamy dokładniej daty narodzin Jezusa. Pewne jest to, że Zbawiciel urodził się za panowania Heroda, a ten zaś zmarł w czwartym roku p.n.e. Spis ludności, o którym wspomina św. Łukasz nie jest jednoznacznie umiejscowiony w czasie. Są przypuszczenia, że mogło to być w szóstym roku p.n.e. Kościół sytuuje narodziny Jezusa, jak chce Ewangelia, na 6-5 rok p.n.e. Należy się zatem zastanowić, jak to się stało, że Jezus Chrystus urodził się kilka lat przed oficjalnym przyjściem na świat. Doszło do pomyłki, której dopuścił się mnich Dionizy Mniejszy. Jemu to Papież Paweł I polecił dokładnie ustalić datę narodzin Zbawiciela. Dionizy żył w Rzymie w VI wieku n.e. Swoje obliczenia oparł na kalendarzu rzymskim, który zaczyna się od założenia Rzymu, tj. od 1 stycznia 753 roku p.n.e. Z jego obliczeń wynikało, że Jezus urodził się w 754 roku wg kalendarza rzymskiego, co dawało pierwszy rok naszej ery. Jest jednak problem, gdyż według tego samego kalendarza Herod zmarł w 750 roku, co oznaczałoby, że Chrystus urodził się cztery lata po śmierci Heroda. Pomyłkę spostrzeżono, nie było jednak takiego, kto zdecydowałby się na cofnięcie o cztery lata już obowiązującego kalendarza. Dzień i miesiąc Bożego Narodzenia jest datą wyłącznie opartą na tradycji. W III wieku Klemens Aleksandryjski wyznaczył Boże Narodzenie na 19 kwietnia. Potem obchodzono je w kwietniu i maju. 25 grudnia został oficjalnie uznany przez kościół katolicki dopiero w IV wieku. Wśród wielu uzasadnień najbardziej przekonuje to, iż jest to pora zimowego przesilenia.


Wiemy na pewno, że od V wieku istniał specjalny formularz mszy na Boże Narodzenie. Od połowy VI wieku w Rzymie była tradycja odprawiania w tym dniu trzech specjalnych mszy: „Pasterki” w nocy, mszy o świcie i mszy w dzień. Papież udawał się najpierw o północy do bazyliki Santa Maria Maggiore, dedykowanej macierzyństwu Maryi. Znajdowała się tam już od VI wieku replika groty betlejemskiej, jako osobna kaplica dobudowana do bazyliki. Papieski zwyczaj celebrowania trzech mszy w uroczystość narodzin Chrystusa przyjęli stopniowo wszyscy kapłani. Od IX wieku zaczęto ten zwyczaj wyjaśniać potrójnym narodzeniem Chrystusa: odwiecznym zrodzeniem przez Boga Ojca, narodzeniem w czasie z Maryi Dziewicy oraz mistycznym rodzeniem się Chrystusa w sercach ludzkich. Te trzy msze były również traktowane, jako znak hołdu złożonego przez aniołów, pasterzy i trzech króli. Stąd te formularze mszalne zwano anielskimi, pasterskimi i królewskimi.

„Pasterka”, czyli Msza Bożego Narodzenia odprawiana o północy, otwiera oktawę liturgicznych obchodów związanych z tajemnicą Wcielenia, czyli przyjęcia przez Syna Bożego ludzkiej natury i przyjścia na świat. Noc wigilijna, wbrew temu, co mówi kolęda „Cicha Noc”, nie była ani cicha ani spokojna. Jeszcze w XVII i na początku XVIII wieku była świętem radosnym, pełnym psot, żartów, dowcipów, humoru sytuacyjnego. Dopiero nasze narodowe dzieje sprawiły, że wigilia wpisała się w polską tradycję, jako wieczór zbliżenia, wzajemnego odpuszczania win, przykazania miłości i najbardziej rodzinne święto w roku.

 Stare przekonanie mówiło, że po wieczerzy wigilijnej po ugoszczeniu należało wypędzić z domu dusze i to w sposób obrzędowy, czyli hałasując. Jak opisuje Hanna Szymanderska w swojej książce „Polskie tradycje świąteczne” - rozlegały się więc zewsząd wystrzały, wybuchy, strzelano z rusznic, petard, uderzano z wielkim hałasem w garnki i stoły. Im głośniej tym lepiej. Potem udawano się na pasterkę. Młodzi wróżyli sobie po drodze licząc chociażby kołki w płocie. Parzysta liczba oznaczała rychłe zamążpójście lub ożenek. Zwyczaj nakazywał, aby co najmniej jedna osoba z rodziny wzięła udział w tej pierwszej uroczystej mszy bożonarodzeniowej. Starano się, aby udział brali wszyscy domownicy.

- Na mszę pasterską idą ludzie gromadą (kilkanaście lub kilkadziesiąt ludzi wraz) do kościoła. Przez drogę śpiewają jeszcze pieśni adwentowe - donosili kronikarze. Pisali również o tym, że do rzezi galicyjskiej w 1846 roku msza pasterska rozpoczynała się o północy, a „po tym okropnym ustępie dziejów naszych zakaz rządowy polecił, aby odbywała się z rana” Straciła wtedy wiele ze swojej uroczystości. Byli jednak księża, którzy pomimo zakazu odprawiali nadal pasterkę jak dotąd o północy. Dopiero po skończonym nabożeństwie i wyniesieniu hostii rozpoczynał ksiądz lub organista śpiewanie pieśni o narodzeniu Pańskim, czyli kolęd. Dzisiaj kolędy śpiewa się już podczas trwania pasterki.

Oddam znowu głos kronikarzom by pokazać, jakie kolędy były najchętniej śpiewane w naszym regionie. - Kolędy w różnych okolicach odśpiewują różne, w Tarnowskiem najużywańsze: „W żłobie leży”, „Anioł pasterzom mówił”, „W dzień Bożego Narodzenia”, „Pan z nieba i z łona Ojca przychodzi”, a gdzieniegdzie i „Bóg się rodzi moc truchleje”, tę dziwnie piękną przodków naszych spuściznę.

Długo w Polsce utrzymywał się zwyczaj rzucania grochem z chóru przed pasterką. Miało to zapewnić urodzaj i pomyślność na cały przyszły rok. Na pewno zapewniało groch kościelnemu, który musiał później posprzątać kościół.

Po pasterce mężczyźni chodzili „po podbazach”. Odwiedzali krewnych i sąsiadów, a kawalerowie rodziców przyszłej żony. Składano sobie życzenia szczęścia i wszelkiej pomyślności. Obsypywano przy tym gospodarzy zbożem oczywiście na szczęście. Wygłaszano oracje na ogół w formie wierszowanej. „Na szczęście na zdrowie na to Boże Narodzenie… żeby się darzyło w komorze, oborze, wszędzie daj Boże” - w zamian za takie powinszowania gospodarze przygotowywali dla podłaźników przekąskę i wódkę.

Ta najdłuższa i najpiękniejsza noc w roku, którą musimy pamiętać, nim stała się tylko nocą radości upamiętniającą narodzenie Pana Jezusa, kończyła przez wieki stary rok upływała na wesoło, bardzo głośno i nie zawsze na trzeźwo.

Któż z nas wierzy dzisiaj we wróżby wigilijne. Kto ustawia w kącie snop zboża, myje się rano w misce z monetami, rozpoczyna wigilię, gdy pojawia się pierwsza gwiazdka na niebie, zawiązuje łyżki by krowy się nie rozbiegały, liczy kołki w płocie, gryzie jabłko przed kościołem czy wreszcie przyrządza dwanaście dań wigilijnych? Kto tak naprawdę zna całe kolędy, a nie tylko dwie lub trzy zwrotki? Zwolnijmy przynajmniej na ten świąteczny czas i niech nasze życzenia będą szczere, serdeczne a nie jak te wymuszone wszechobecnymi często urzędowymi „opłatkami”.

Niech tegoroczne święta będą dla Państwa świętami prawdziwego zbliżenia, wzajemnego odpuszczenia win, czasem zadumy, czasem wypoczynku, w którym wszyscy wszystkim ślą życzenia bez obłudy, fałszu i zakłamania. A później niech tak pozostanie na następne lata.

Tadeusz Mędzelowski
(Dziennik Polski)




13:29, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 grudnia 2012

Aniołowie
Nocy
Wigilijnej

kloszard
szukający
w śmietniku
gwiazdki
  z
ludzkiego
nieba

blokers
z kumplem
bejsbolem
 i
przyjaciółką
kosą
czekający
  na
Mędrców
Ze wschodu

rumuńska
żebraczka
 z
dzieciątkiem
zbierająca
na wódkę
dla swojego
Józefa

wszyscy oni
wędrują do
naszego
Betlejem
tylko czy
znajdą
 tam
miejsce

choćby
w szopie

Ryszard Smagacz


11:53, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Rocznica jednej z najważniejszych bitew I wojny światowej w regionie – pod Łowczówkiem

„W tę noc wigilijną chłopcy nasi w okopach zaczęli śpiewać »Bóg się rodzi«…I oto z okopów rosyjskich Polacy, których dużo jest w dywizjach syberyjskich, podchwycili słowa pieśni i poszła w niebo z dwóch wrogich okopów! Gdy nasi po wspólnym odśpiewaniu kolęd krzyknęli: »Poddajcie sie, tam, wy Polacy!« nastała chwila ciszy, a później – już po rosyjsku: »Sibirskije striełki nie sdajutsia«. Straszna jest wojna bratobójcza”. Tak we wspomnieniach przywoływał Sławoj Felicjan Składkowski, żołnierz I Brygady Legionów Polskich, wigilię Bożego Narodzenia 1914 roku, spędzoną na ciężkich, kilkudniowych walkach w lasach i wzgórzach wsi Łowczówek.


Tarnowa przebiegał on wzdłuż linii Dunajca i jego prawobrzeżnego dopływu – Białej, nad która pośród stromych, zalesionych zboczy Był to wówczas jeden z wielu newralgicznych punktów gigantycznego frontu ciągnącego się od morza Bałtyckiego poprzez Karpaty po rzekę Prut. W okolicach rozłożyła się owa wieś – Łowczówek.

Pierwsza wojna światowa dopiero się rozpoczynała. Rosja uderzyła w Austro - Węgry i wkraczając do Galicji już w listopadzie zajęła Tarnów i Tuchów. Dotychczasowy sukces popchnął rosyjską armię dalej, w kierunku Krakowa. Nie uszła jednak daleko, kiedy natrafiła na oddziały austro-węgierskie, rozciągnięte na linii Limanowa – Łapanów – Nowy Sącz. Pierwsza Brygada Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego przyczyniła się do powstrzymania Rosjan od dalszego marszu, a nawet ich wycofania się w okolice Tarnowa.

Zdawało się, że po intensywnych walkach ostatnich dni, obie strony potrzebują wypoczynku. A poza tym zbliżało się Boże Narodzenie. Brygada Piłsudskiego wkraczała do Nowego Sącza witana przez szczerze uradowanych mieszkańców. Sądeczanie postanowili nawet umęczonym żołnierzom urządzić na rynku choinkę z prezentami. Strzelcom nie było jednak dane doczekać choinki i przygotowywanych prezentów. 20 grudnia nadszedł rozkaz wymarszu. Szybko okazało się, że oddziały„gonią” Rosjan, zbliżając się forsownym marszem do obsadzonych przez nich pozycji pod Łowczówkiem.

22 grudnia I Brygada Legionów dotarła na miejsce. W sam czas. Część pozycji austrowęgierskich już została utracona, a Rosjanie szykowali się do ich umacniania. Tego dnia, zaledwie po chwili wytchnienia, rozpoczęła się kilkudziesięciogodzinna akcja strzelców Piłsudskiego, nazwana później bitwa pod Łowczówkiem. Atak rozpoczął się z nastaniem zmierzchu, w tężejącym coraz bardziej mrozie.


„W zupełnych ciemnościach, brodząc w nie do końca zamarzniętym potoku, posuwają się w górę 2. Kompania I batalionu. Pierwsze strzały zaskoczyły przeciwnika zupełnie. To patrol bojowy wpadł na stanowisko Moskali. Nie było czasu do namysłu. Biegiem! Biegiem! Gdzie oni są? W końcu jest – maskowany igliwiem okop. Hurra! I głośniej, i szybciej, choć co chwila wśród nich pozostają wyrwy po tych, którzy na swej drodze spotkali wrogie kule. Jeszcze kilka kroków. I już. Podnoszą ręce w okopach i opadają podniesione do ciosu uzbrojone w bagnety karabiny. Jakżesz tragiczna chwila usłyszeć tutaj, teraz wystraszone: Panie, panie, ja katolik, ja Polak…”.

Kluczowym punktem wszystkich walk okazało się wzgórze 360, zdobyte przez legionistów Piłsudskiego. Kontrataki rosyjskie rozpoczęte nocą, przeciągają się na cały kolejny dzień. Powoli zaczyna brakować amunicji, a trudny teren i kocioł walk, utrudniają dostawę. Kolejny dzień budzi się nad wrogimi okopami, odległymi od siebie o zaledwie 30-40 kroków. Jeszcze dziś znajdziemy ślady tych umocnień w lasach Łowczówka.

Wigilię rozpoczyna wściekły artyleryjski atak strony rosyjskiej. Legioniści cofają się pod naporem wroga i w myśl rozkazu dowództwa. Nie mija kilka godzin, gdy okazuje się, że rozkaz był błędny i trzeba wracać na dopiero co opuszczone pozycje, które w tym czasie opanowali już Rosjanie. Ci jednak nie bronią się długo i ustępują pola Polakom.

W wirze walk wszyscy przegapili moment zabłyśnięcia pierwszej gwiazdki na niebie… Śmiertelnie zmęczeni żołnierze odpoczywają w okopach. Na zimowym niebie błyszczy już wiele gwiazd, a gdzieś tam w dole lampy rozjaśniają okna ludzkich sadyb. W okopach mrok, mróz i przemożna tęsknota za rodzina, za domem. A jednak! „Jakoś miedzy jednym meldunkiem, a drugim, skorzystał z chwili porucznik Orlicz oznajmiając, że ma ze sobą opłatek. Oficerowie zmieszali się, podpułkownik Dzieduszycki piszący rozkaz pochylił się nagle nad stołem, drgający uśmiech owinął usta wszystkich. Mimo ryku ustawicznych salw, łamanie opłatka słychać było cicho i wyraźnie…”.

Jeszcze jeden dzień spędziła I Brygada Legionów Polskich pod Łowczówkiem – a był to dzień Bożego Narodzenia. Oddziały austriackie wycofały się, nie wracając na opuszczone pozycje i tym samym pozostawiając Polaków samych. Nie było możliwości dalszej obrony wzgórz. Legioniści wycofali się bez większych strat. Na straconych pozycjach na zawsze pozostało ponad stu strzelców, którzy spoczywają na wojennych cmentarzach Łowczówka i okolic.

Po tej pierwszej, największej bitwie I Brygady Legionów Polskich, wracając do wigilijnej nocy w okopach, zanotował kapelan Kosma Lenczewski: „Zaintonowano kolędy i pokazały się łzy na policzkach, bo na wspomnienie rodzin, poległych naszych, niepewnej przyszłości Polski, bo Austriacy i Niemcy pary nie puszczą – trudno było nie płakać nawet żołnierzowi”.

 Agata Żak  (Gazeta Krakowska)




13:15, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 grudnia 2012

Dla nas to także najważniejsza premiera... Tym bardziej, że już wkrótce tkk stanie się portalem.


13:13, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 grudnia 2012

W grudniu najfajniejsze jest to, że zawsze w końcu przychodzi. Że mniej więcej w jego połowie zaczyna dzwonić telefon, w którym odzywa się to samo od lat pytanie: "a co pan sądzi o komercjalizacji Świąt?". Przyzwyczaiłem się już do tego, podobnie jak do mych bezskutecznych corocznych apeli do rodaków, by z czci dla Dzieciątka nie mordować w perwersyjny sposób karpi i do tego stopniowanego aż do dwudziestego czwartego grudnia do punkt siedemnastej napięcia, świętego zgęstnienia czasu, po którym to zgęstnieniu już około trzynastej dnia następnego człowiek z przejedzenia przestaje już widzieć nie tylko żłóbek, ale i zarys nie tylko półmisków, ale i bliźniego. I tak, coraz bardziej lubię komercjalizację Świąt. Swoją rolę odgrywa tu już chyba starość. Kiedyś byłem bożonarodzeniowym talibem, gotowym zabić każdego, kto obkładał je kolejnymi kompletnie niereligijnymi obyczajami. Dążyłem do formy czystej, dopóki nie dotarło do mnie, że nie ma sensu ściganie się z aniołami, że na zawsze pozostanę obciążonym (obdarowanym) genealogią człowiekiem.

Z pogodnym uśmiechem przyjmuję dziś więc fakt, że tak jak dwa tysiące lat temu przyjście Pana ogłaszali nam pasterze uznawani wówczas za postaci moralnie podejrzane, dziś czyni to mniej więcej od końca każdego listopada (poprzez nieśmiertelne "White Christmas") dżentelmen znany między innymi z intymnych schadzek z kolegami w toaletach Beverly Hills. Nie kłuje mnie w oczy całoroczny dział bożonarodzeniowy w londyńskich delikatesach Fortnum and Mason, odkryłem, że szał promocji da się mądrze wykorzystać niekoniecznie kupując wszystko jak leci tylko dlatego że jest tańsze i w ten sposób przed samymi Świętami nie stracić ducha (i zdrowia). Z roku na rok widzę też, że po pierwszych potransformacyjnych latach, gdy choinka służyła do tego by pod nią wyrównywać naszym bliskim wszystkie możliwe niedobory lat komunizmu, chyba nie tylko ja zaczynam odnajdować się we wstrząsającym dla mnie kiedyś wywiadzie jakiego udzieliła bodaj "Vivie" Nelly Rokita, wyjaśniając z właściwym sobie brakiem pretensji, że ona kupuje Jankowi pod choinkę skarpety i mydło, a on odwdzięcza się jej czymś równie symbolicznym acz pełnym romantycznej troski.

Coraz mężniej daję sobie radę z faktem, że Boże Narodzenie obchodzimy w dniu w którym Rzymianie czcili narodziny Słońca Niezwyciężonego, że prezenty to też ich zwyczaj z Saturnaliów, ze choinka obwieszana dobrami to nieudolnie chrystianizowane pogaństwo w wersji czystej, podobnie jak dwanaście potraw, łuski karpia, gadające zwierzaki, ba - nawet to puste miejsce przy stole, które od zawsze w słowiańskich domach przeznaczone było dla duchów, a zanim człowiek na nim usiadł musiał ducha zdmuchnąć, żeby go nie wkurzyć.

Z każdym rokiem coraz wyraźniej dociera chyba do mnie, że te wszystkie nieudolne próby stworzenia ram do przeżycia bliskości z tymi, którzy są obok to w istocie odblaski tego, o czym to Święto jest i czego wszystkim naszym rozczulającym podrygom nie uda się nigdy zasłonić. W społeczeństwie utarło się, że Boże Narodzenie to święta rodzinne (bo Wielkanoc to już jednak bardziej, kościelne, religijne). Cieszy nas (co ciekawe - niewierzących też, choć hipotetycznie) fakt, że to nie my idziemy teraz do Boga, to Bóg przychodzi do nas. Ale mniej, że tak dosadnie zaskakuje nas bliskością z Sobą. Przez tysiące lat człowiek coraz intensywniej wpatrywał się w niebo, by w Betlejem nagle poczuć rękę Boga na swoim ramieniu.

 Sytuacja na tyle przerosła wszystkich, że przy żłóbku mamy Izajaszowego woła i osiołka (symbolicznych rzecz jasna), którzy w przeciwieństwie do Izraela, "który na niczym się nie zna i niczego nie rozumie", "rozpoznają swego Pana i żłób swego żywiciela", a później - nawet po niespełna czterdziestu latach - nie jest to w stanie dotrzeć nawet do najbliższych Jezusa (poza Jego Matką). Cokolwiek z tego czego doświadczyli zaczynają "kumać" wcale nie wtedy, gdy na ich oczach dzieją się Jezusowe cuda, a dopiero gdy ich zakute umysły oświetli Duch Święty.

Boga komunikującego się z człowiekiem przez bliskość, a nie przez chmurne słowa,  strasznie ciężko zmieścić w głowie. Po pierwsze dlatego, że Bóg - Prawodawca, stojący na dystans jest łatwiejszy w obsłudze. Szef nie wymaga tyle zachodu co przyjaciel, żona, mąż. Po drugie jest na kogo zrzucić odpowiedzialność za wszystko, czego się nie rozumie, już nie bije się pięściami w powietrze. Po trzecie ów bliski, cielesny Bóg to ryzyko, że za chwilę wyrośnie, nauczy się mówić, wyjdzie ze żłóbka i zechce wejść nam do pracy, do sypialni, do publicznego życia. Słońce jest fajne, ale nie może być zbyt blisko, bo spali. A że to słońce w Betlejem staje się lampką nie przestając być Słońcem (paradoks Boga - człowieka)? W boskość Jezusa jesteśmy skłonni wierzyć, wciąż dramatycznie - będę to powtarzał do bólu - nie mamy narzędzi do obsługi jego człowieczeństwa. I związanej z nim bliskości.

Z przyjściem na świat Jezusa modlitwa przestaje być krzykiem skierowanym w górę, całe ludzkie życie zaczyna być modlitwą. To zdanie z pewnością może stać się źródłem ciężkiej paranoi dla tych, którzy noszą w sobie wciąż "wiarę demoniczną", którzy Boga po prostu się boją (Pismo mówi: "demony też wierzą i drżą"). Nie umiem jednak wyobrazić sobie jak jeszcze Bóg mógłby przekonać człowieka, że to z czym przychodzi W CIELE to owszem, Prawda, ale przede wszystkim właśnie wspominana tu przeze mnie obsesyjnie bliskość. Że nie czyha na nich, a chce ich szczęścia w kuchni, w filharmonii, również w łóżku. W CIELE, w duszy, w życiu, w śmierci, w zmartwychwstaniu. Że od tej pory człowiek nigdy nie będzie już zostawiony sam sobie, że te pieluszki w które zawijano małego Jezusa (na co zwróciła moją uwagę s. dr Judyta Pudełko) to wypisz wymaluj te chusty, które pozostawi po sobie w pustym grobie. Jako pierwszy z nas nie da w nich uwięzić ani ciała ani duszy. Urodziny przestaną być wreszcie zapowiedzią końca, dwoje ludzi decydując się na relację nie będzie musiało bać się oczywistego faktu, że któreś z nich kiedyś umrze pierwsze.

 O tym właśnie jest teraz moje Boże Narodzenie. Czy Bóg mówi też przez muzykę? Ciepło świec przy wigilijnym stole? Troskę o prezenty? Dobrą rozmowę? No jasne. To wszystko cenne ślady, tropy, echo. Tego, kto chce za nimi iść, zawsze doprowadzą do Człowieka, z którym zbuduje się bliską relację na całe życie, również to po śmierci. Tych, którzy nie chcą, też nie pozostawi jednak bez niczego. Pozwoli wziąć relaksującą, dwudniową, kąpiel w baśni. Na zdrowie.

Szymon Hołownia
Źródło: stacja7.pl





13:24, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 grudnia 2012

 

 

Teatr za tak małe pieniądze to jest parodia teatru - Ewelina Pietrowiak. 

Zdecydowali o tym radni podczas sesji 20 grudnia. Za budżetem zagłosowało 14 radnych, a ośmiu wstrzymało się od głosu, nie było głosu sprzeciwu. Wydatki, w głównej mierze, dotyczyć będą inwestycji drogowych. Duże środki przeznaczone zostaną także na edukację i gospodarkę mieszkaniową. W sumie inwestycje pochłoną 82 mln zł z prawie 568 mln zaplanowanych po stronie wydatków. Z ważniejszych zadań inwestycyjnych wymienić trzeba rozpoczęcie budowy łącznika z węzłem autostradowym Tarnów-Zachód w Wierzchosławicach. W ramach tego zadania na skrzyżowaniu ulic Kwiatkowskiego i Chemicznej powstanie duże rondo turbinowe. Jego koszt to ponad sześciu mln zł. Nie zapomniano także o drogach wewnątrz miasta. Poszerzenia doczeka się ulica Spokojna na odcinku od ul. Nowodąbrowskiej do ul. Krzyskiej, ul. Starodąbrowska na odcinku od ul. Gomoły do ronda przy ul. Słonecznej oraz ul. Mickiewicza na odcinku od ul. Piłsudskiego do wjazdu na parking przy Urzędzie Wojewódzkim. Tylko na te zadania przeznaczone zostanie 18 mln zł. Zaplanowane na 2013 rok inwestycje pozwolą na dalsze umacnianie Tarnowa jako znaczącego w Małopolsce, drugiego po Krakowie, ośrodka edukacyjnego. Jest to z resztą jeden z celów wskazanych w Strategii Rozwoju Miasta - Tarnów 2020. - W przyszłym roku na inwestycje w infrastrukturę oświatową przeznaczymy prawie siedemnaście mln zł. Za kwotę sześciu mln zł dokończymy budowę Centrum Kształcenia Budowlanego w Zespole Szkół Budowlanych oraz, we współpracy z Politechniką Krakowską, rozpoczniemy realizację kolejnego ważnego projektu, czyli budowę Poligonu Energooszczędności – mówi prezydent Ryszard Ścigała. Z kolei kosztem ponad 10 mln zł kontynuowane będą prace termomodernizacyjne w tarnowskich szkołach. To kilkuletnie i liczone w dziesiątkach milionów złotych zadanie pozwoliło odnowić kilkadziesiąt obiektów w Tarnowie. Efekty są widoczne w mieście, w postaci nowych elewacji, podświetleń, estetyki. Zdecydowano się też na rozpoczęcie zapowiadanego od dawna remontu Burku. To zadanie na około cztery mln zł. Dwa miliony złotych przeznaczono na pierwszy etap systemu „Parkuj i jedź” (m.in. ok. 650 miejsc parkingowych po południowej stronie dworca) i w perspektywie - ożywienie tej części miasta. Kontynuowany będzie program tworzenia miejsc parkingowych, na ulicach pojawią się parkomaty (kwota ok.1,5 mln zł), przybędzie także mieszkań komunalnych. Zaplanowany na 2013 rok budżet to prawie 568 mln złotych po stronie wydatków i 550 po stronie dochodów. Wskaźnik zadłużenia na koniec przyszłego roku nie przekroczy 48 % przy dopuszczalnym poziomie 60% . A co z kulturą? 


Duże oczekiwania, a małe pieniądze. Jak pisze na łamach TEMI Dorota Jucha - propozycje dotacji z miejskiego budżetu dla instytucji kultury działających w Tarnowie pozwolą im tylko na przetrwanie. Szefowie kulturalnych placówek nie kryją rozgoryczenia. Kierujący teatrem zastanawiają się nawet nad decyzją o ograniczeniu premier. O ostatecznej wielkości wydatków na kulturę i kształcie budżetu miasta na przyszły rok decydowali radni podczas sesji zaplanowanej na 20 grudnia. Planowanie wydatków i ewentualnych wpływów na dany rok nigdy nie było zadaniem łatwym, a w czasach cięć budżetowych okazuje się zadaniem wyjątkowo trudnym. Przekonali się o tym ostatnio chociażby kierujący miejskimi instytucjami kultury, przygotowując projekty budżetów dla kierowanych przez siebie placówek. O wysokości dotacji dla tarnowskiej kultury dyskutowali podczas listopadowego posiedzenia komisji kultury i ochrony zabytków składającej się z miejskich radnych. W projekcie budżetu Tarnowa na rok 2013 zapisano kwotę 10 mln 675 tys. zł (na 2012 r. było to 13,1 mln zł) z przeznaczeniem na kulturę. Na utrzymanie i bieżącą działalność czterech instytucji kultury proponuje się przeznaczyć 8 mln 380 tys. zł, w tym są już wydatki na niewielkie inwestycje.

Kierujący Teatrem im. L. Solskiego złożyli wniosek o przyznanie dotacji w wysokości 3,9 mln zł. Tymczasem w projekcie budżetu zapisano 3,650 mln zł. - Ten planowany dla nas budżet wynosi tak naprawdę 3,5 mln złotych, bo 150 tys. zł przeznaczyć mamy na remont zaplecza. Ta suma nie daje możliwości realizację planów artystycznych, czyli premier, organizacji sceny impresaryjnej, repertuarowych przedstawień. Mamy umowy na realizację dwóch dużych projektów współfinansowanych przez Unię Europejską, a dotacja w proponowanej wysokości uniemożliwia nam dołożenie tzw. wkładu własnego, czyli 600 tys. zł. Poza tym po remoncie teatru przez pięć lat musimy utrzymać wszystkie wskaźniki, dotyczące chociażby zatrudnienia, a więc nie możemy oszczędzać zwalniając pracowników - mówili komisji Ewelina Pietrowiak i Rafał Balawejder, kierujący teatrem.
Funkcjonowanie teatru kosztuje: - 2,7 mln zł pochłaniają wynagrodzenia, kolejny blisko milion eksploatacja nowoczesnego budynku, a 800 tys. zł - realizacje artystyczne. Nawet przy zakładanych wpływach z biletów na poziomie 900 tys. zł, teatr nie będzie w stanie zrealizować wszystkich planów.
- Będziemy musieli z czegoś zrezygnować. Nie przygotowujemy premier w drugiej części sezonu, albo rezygnujemy z festiwali. Skoro dotacja nie wystarcza na funkcjonowanie teatru, to może nie musi go tu wcale być. Może lepiej zrobić scenę impresaryjną zamiast teatru repertuarowego, organizować konferencje w budynku. Teatr za małe pieniądze to jest parodia teatru - dodaje Ewelina Pietrowiak.

W jeszcze innej sytuacji jest Galeria Miejska. W roku 2012 prowadziła swoją działalność na terenie dworca kolejowego, w przyszłym roku powinna już realizować wystawy w nowej siedzibie, czyli w pałacyku w Parku Strzeleckim. Ale to oznacza koszty utrzymania i funkcjonowania nawet dwa razy wyższe od dotychczasowych. - Oszacowaliśmy je na 1,420 mln zł, ale plan wydatków na rok 2013 mieliśmy przygotowywać jeszcze pod działanie na terenie dworca. I w projekcje budżetu zapisano dla nas 880 tys. zł, z czego 150 tys. zł to inwestycje - zakup nowego samochodu oraz specjalistycznego sprzętu i mebli do nowych sal wystawowych - wyjaśnia Ewa Łączyńska-Widz, dyrektor Galerii Miejskiej. Być może już końcem marca przyszłego roku galeria przeprowadzi się do nowej siedziby i bardzo szybko okaże się, że dotacja jest niewystarczająca. Co wtedy? Miasto obiecuje, że na bieżąco będzie śledzić sytuację, by w odpowiednim momencie składać wnioski o dodatkowe pieniądze dla tej instytucji kultury.

Tarnowskie Centrum Kultury wnioskowało o dotację na poziomie 1,4 mln złotych, a po pierwszych cięciach budżetowych ma dostać 1,150 mln zł.
- Możemy liczyć na dochody z kina Marzenie w kwocie ponad miliona złotych rocznie, chociaż sporo zależy od filmów w repertuarze. Dzięki tym wpływom organizować możemy inne wydarzenia. Za 150 tys. zł wyremontować chcemy toalety w przyziemiu kina, które są w opłakanym stanie. Będziemy starać się o pozyskanie dodatkowych pieniędzy, by ten remont połączyć z poprawą stanu niewielkiej sąsiedniej salki, gdzie odbywają się spotkania podczas festiwalu filmowego - mówi Tomasz Kapturkiewicz, dyrektor Tarnowskiego Centrum Kultury.

Na działalność Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tarnowie miasto planuje przeznaczyć kwotę 2,7 mln zł. W niej mieści się już dotacja z powiatu tarnowskiego w wysokości 150 tys. zł, kolejne 100 tys. przeznaczone ma być na wymianę sprzętu komputerowego.

Marcin Sobczyk, dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Tarnowa zapewnia, że finanse poszczególnych miejskich instytucji kultury i ich potrzeby są na bieżąco monitorowane. - Jeżeli jest potrzeba, to w ciągu roku dyrektorzy mogą zgłaszać wnioski o dodatkowe dotacje na sfinansowanie konkretnych działań - po to są pieniądze będące w dyspozycji wydziału kultury i utworzony kiedyś fundusz w wysokości 100 tys. zł. Poza tym przy podsumowywaniu budżetu za kończący się rok, widać będzie, że instytucje obracały kwotami większymi od przyznanych dotacji. To oznacza, że dyrektorzy chcą i potrafią skutecznie pozyskiwać pieniądze z zewnętrznych źródeł, a niektóre z instytucje zarabiają na swoje wydatki.
Sam wydział kultury może dysponować w 2013 roku kwotą 800 tys. zł - tyle zapisano w projekcie budżetu.

Ostateczną decyzję o wielkości wydatków na kulturę i budżetach poszczególnych instytucji kultury w mieście, podjęli tarnowscy radni 20 grudnia. Oczywiście, mogli wprowadzić poprawki, ale by dołożyć na kulturę, trzeba zabrać...  No właśnie, komu?

Dorota Jucha  (TEMI)







19:02, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 grudnia 2012

Polscy archeolodzy odkryli w Egipcie coś, czego nikt wcześniej nie widział. To archeologiczna sensacja - mówi prof. Karol Myśliwiec. Początek prac wspomina zaś tak: - Robotnicy zerwali się z piasku i popędzili w moją stronę z uniesionymi motykami i łopatami. Myślałem, że już po mnie…



Joanna Grabowska: Znów pan coś odkrył w Egipcie?

Prof. Karol Myśliwiec, szef polskich wykopalisk w Sakkarze: To, co znaleźliśmy w tym roku w Sakkarze, jest fenomenalne: piętra grobów wykute w skalnej ścianie. Rzeczywiście nigdzie - nie tylko w Sakkarze, ale i w całym Egipcie - czegoś takiego nie było.

Gdzie zostały wykute?

- W skale o blisko 20-metrowej wysokości. To zachodnia ściana tzw. suchej fosy otaczającej piramidę Dżesera. W czasach budowy najstarszej piramidy (ok. 4650 lat temu) był to kamieniołom, z którego czerpano budulec. Z czasem, gdy piasek nawiewany z Sahary stopniowo zasypywał fosę, możliwe było wykuwanie grobowców na różnych poziomach ściany, bo powstawało do nich naturalne dojście.

Czyje to groby?

- Górny, sprzed ponad 4200 lat, który odkryliśmy osiem lat temu, należy do Ichi Meri, który żył w czasach Pepi I i był komendantem wypraw na Pustynię Wschodnią po cenne kamienie do budowy posągów i królewskiego grobowca. Dopiero w tym roku, dzięki odsłonięciu inskrypcji na fasadzie jego grobu, okazało się, że był także generałem, postacią niesłychanie bliską faraonowi. Obok wezyra była to najwyższa pozycja dostojnika w państwie. Tyle że generał mógł więcej, bo stało za nim wojsko, a wezyr miał jedynie armię mało lojalnych urzędników.

Kto jest pochowany w dolnym, starszym, grobie?

- Nie wiemy. Ciągle jeszcze przysypany jest piaskiem. Odsłoniliśmy tylko architraw i górną część wejścia. Dowiemy się za rok, jeżeli sytuacja polityczna w Egipcie pozwoli nam normalnie pracować. Będziemy musieli wyeksplorować najpierw ośmiometrową warstwę piasku, w której są pochówki z okresu ptolemejsko-rzymskiego. Dopiero wtedy zejdziemy w "suchej fosie" do poziomu, na którym znajduje się wejście do grobowca, i będziemy mogli go zbadać.

Ale już do niego zajrzeliście?

- Przez niewielką szparkę, którą odsłoniliśmy w górnej części wejścia. Wnętrze jest prawie do sufitu wypełnione gruzem. Dlatego trudno teraz powiedzieć, z jakiego jest okresu. Ale jest co najmniej o 100 lat starszy niż grobowiec generała Ichi Meri, bo przynajmniej takiego czasu potrzeba, by piasek pustyni przysypał ten starszy grobowiec i pozwolił rzeźbić następny. To jest absolutna sensacja archeologiczna.

Nie próbował pan zgadywać, do kogo może należeć ten grobowiec?

- To bardzo trudne, bo nawet nie wiemy, z jakiego dokładnie okresu pochodzi. Czy to V, czy VI, a może nawet IV dynastia. To musi być jakaś bardzo ważna osoba. Nie sądzę, żeby to był grobowiec Imhotepa, czczonego pośmiertnie architekta faraona Dżesera, którego wszyscy szukają. Z drugiej strony miejsce jest idealne dla kogoś tej rangi. Sprzed wejścia do grobowca roztacza się przepiękny widok na piramidę Dżesera. W czasach faraońskich była ona dla Egipcjan obiektem najświętszym. Dlatego posiadanie grobu z wyjściem czy z widokiem na piramidę musiało być nieprawdopodobnym wyróżnieniem.

Co spodziewa się pan znaleźć w tym grobowcu?

- Myślę, że będzie miał dwa pomieszczenia wielkości co najmniej pięć na pięć metrów. Ciekawi jesteśmy jego dekoracji ściennej, bo na razie nie wiemy przecież, do kogo należał. I przede wszystkim będzie miał szyby grobowe, które - jeśli nie zostały obrabowane w starożytności - mogą zawierać rzeczy niesłychanie interesujące.

A co z grobowcem generała Ichi? Dlaczego na badanie musiał czekać osiem lat?

- Dostaliśmy się do niego przez otwór w ścianie innego grobowca zostawiony przez starożytnych złodziei. Zbadaliśmy wówczas kaplicę kultową, ale nie weszliśmy do szybu grobowego, bo na głębokości około dziewięciu metrów blokowała go olbrzymia płyta kamienna - ślepe wrota. Do środka wrzucili je prawdopodobnie rabusie. Tegoroczne prace zaczęliśmy od dokończenia eksploracji tego szybu. Zbudowaliśmy wielkie urządzenie do wyciągnięcia kołowrotkiem tej płyty, by zejść aż do komory grobowej. Ale znów do niej nie dotarliśmy, bo okazało się, że dalej skała jest bardzo krucha. W przyszłym roku obudujemy ją drewnianymi klocami i wtedy zobaczymy, czy komora grobowa nie została okradziona. Natomiast fasady nie mogliśmy wówczas wyeksplorować, bo była przysypana olbrzymią warstwą piasku z pochówkami późniejszymi o dwa tysiące lat. To wymagało kilkuletniej pracy.

Jaki jest grób generała?

- Niezwykły. W tym roku okazało się, że ma przepiękną fasadę. Wykutą w skale, ale wyłożoną śnieżnobiałymi płytami wapiennymi. Jej dekoracja zawiera m.in. napisy hieroglificzne. Wśród tych inskrypcji są tytuły i funkcje właściciela grobu. Także ta, która informuje, że był generałem. Jakość tych hieroglifów jest nadzwyczajna. To najwyższa szkoła jazdy, jeśli chodzi o rzeźbiarstwo. Fasada nie została ukończona, ale dzięki temu można na niej prześledzić wszystkie fazy prac nad nią. Mamy tu szkice i całe sceny wymalowane albo w części rozrysowane i wyrzeźbione. Niektóre reliefy są ukończone. Niestety, nie zachowały się w górnej części. Dlatego mamy na przykład tylko nogi z wyobrażeniem generalskich sandałów.  W tej chwili z zapartym tchem czekamy, aż się wyjaśni, na czyim grobowcu stoi grób generała. Bo znajduje się dosłownie na suficie tego grobowca, który w tym roku odkryliśmy.

Kiedy pierwszy raz miał pan zajrzeć do grobowca wezyra Merefnebefa, zerwała się burza piaskowa - wiatr porwał namioty, piasek zasypał narzędzia i samochód, a potem jeszcze przyjechały wycieczki, które trzeba było oprowadzić. Czy coś wydarzyło się przy tych grobach?

- Jest taka historia sprzed około dziesięciu lat. Stałem na szczycie pagórka, niemal dosłownie nad tymi dwoma grobami, i patrzyłem w kierunku piramidy Dżesera. W pewnej chwili nasi miejscowi robotnicy, którzy w pobliżu siedzieli na piasku, zerwali się i zaczęli pędzić w moją stronę z motykami i łopatami. Myślałem, że już po mnie, a oni zobaczyli kobrę, która podnosiła się tuż przed moimi nogami. Utłukli ją w ostatniej chwili, uratowali mi życie.

Prof. Karol Myśliwiec - dyrektor Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN w Warszawie, uczeń prof. Kazimierza Michałowskiego, szef polskich wykopalisk w Sakkarze. W 1986 r. w Tell Atrib odkrył dzielnicę rzemieślników i artystów, w 1997 r. w Sakkarze - grobowiec wezyra Merefnebefa, w 2003 - grobowiec kapłana Nefertuma.

Joanna Grabowska (Gazeta Wyborcza)
 Fot. W. Wojciechowski/ Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej im. K. Michałowskiego UW.


18:37, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 grudnia 2012

ŁUKASZ MACIEJEWSKI mówi o swym tomie "Aktorki" i spotkaniach z jego bohaterkami

Zbierający pochwały Twój tom esejów "Aktorki", portretujący 20 dam polskiej sceny to, domyślam się, efekt Twoich fascynacji tymi właśnie artystkami sceny i filmu...
- Zestaw nie jest przypadkowy. Stawianie obok siebie Niny Andrycz, Ewy Wiśniewskiej, Marty Lipińskiej, Stanisławy Celińskiej, Małgorzaty Braunek czy Ewy Błaszczyk, może wydawać się ryzykowne. Danuta Szaflarska mówi, że pamięta jeszcze odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku, Danuta Stenka opowiada o pracy z Warlikowskim i Kleczewską. Bohaterki dzieli zatem wiek, życiowe doświadczenia, zawodowe wybory, ale łączy coś bardzo ważnego. Wiara w sens uprawiania sztuki, mądry dialog z widzem. Chciałem opisać aktorki, dla których popularność nigdy nie była efektem przemyślanej strategii marketingowej, ani częstotliwości telewizyjnych występów.

O spotkania z niektórymi aktorkami musiałeś zabiegać szczególnie?
- W zasadzie wszystkie bohaterki tej książki nigdy nie zabiegały o tzw. łatwą popularność. Artystyczną dojrzałość objawiły w erze przed tabloidami, telewizyjnymi shows. Rozmawiały z nami rolami, postaciami scenicznymi i filmowymi, nie życiem prywatnym. Dlatego część z pań musiałem długo namawiać, żeby zechciały się ze mną spotkać, a potem zaufać do tego stopnia, żeby podzielić się nie tylko sukcesami, ale także rozterkami, a nawet cierpieniem. Nie było łatwo namówić na taką spowiedź z życia Danutę Szaflarską czy Ninę Andrycz, mistrzynią uniku okazała się Beata Tyszkiewicz, z pozostałymi paniami poszło już łatwiej.

Niektóre z rozmówczyń podjęły Cię w domu: Nina Andrycz, Alina Janowska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Małgorzata Braunek...
- Gościłem u większości pań. To stanowiło osobną wartość spotkań. Po napisaniu książki, wysłaniu jej do wydawcy, bardzo niepewny wartości, pomyślałem, że niezależnie od przyszłych ocen, misja została wypełniona. Wspólnych godzin i dni spędzonych w towarzystwie aktorek nikt mi nie odbierze. Zostanie ze mną "roześmiany" spacer z Ewą Wiśniewską, wiosenny dzień w żoliborskim mieszkaniu Aliny Janowskiej. Na zewnątrz świeciło słońce, a pani Alina w przypływie szczerości opowiadała o wstrząsających wojennych losach. Albo Teresa-Budzisz Krzyżanowska podejmująca mnie niesamowitymi wypiekami, Stanisława Celińska wyciągająca rodzinne albumy ze zdjęciami, w końcu pogodny, ciepły dom Ewy Błaszczyk - postronny obserwator nigdy nie podejrzewałby, że w tym miejscu od lat mieszka także cierpienie...

Mimo Twej fascynacji, nie są to portrety pisane na kolanach; są w nich Twoje uszczypliwostki, pokazujesz słabości pań - miałeś kłopoty z autoryzacją?
- Trudno w to uwierzyć w świetle starannie selekcjonowanej medialnej aktywności bohaterek, ale panie naprawdę mi zaufały. Na dwadzieścia portretowanych, tylko sześć poprosiło o autoryzację, co poczytuję sobie za największy kredyt zaufania. "Proszę nie wysyłać tekstu, nie zrobi mi pan krzywdy" - słyszałem to zdanie wiele razy. "Pan tak ładnie pytał, wstydziłabym się panu zburzyć cokolwiek" - mówiła mi Anna Nehrebecka. "Dopiero po raz drugi w życiu nie autoryzuję rozmowy" - wyznała Ewa Wiśniewska. "Ponieważ z zasady nie udzielam wywiadów, skoro zgodziłam spotkać się z panem, to znaczy, że w pełni panu zaufałam" - mówiła Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Możesz sobie teraz wyobrazić, z jakim niepokojem czekałem na reakcje bohaterek po lekturze. Na szczęście również z ich strony przyjęcie tomu jest życzliwe. Parę tygodni temu zadzwoniła do mnie Marta Lipińska: "To niezwykłe, kiedy przeczytałam pana tekst o sobie, nagle zrozumiałam, jak ciekawe miałam życie, ile tam było kolorów, spotkań, ludzi. Czy pan wie, że nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam? Dopiero pan pomógł mi odkryć, że miałam i mam szczęśliwe życie. Bardzo dziękuję". Nie mogłem usłyszeć większego komplementu.

Czytając, czuje się, że szedłeś na te rozmowy świetnie przygotowany, zresztą z większością tych aktorek spotykałeś się kolejny raz; zdarzyło się jednak, że któraś z pań Cię zaskoczyła, że zobaczyłeś ją w jakimś nowym świetle?
- Nina Andrycz do końca pozostała divą z XIX wieku, nie udało mi się przebić tej skorupy. Ewa Dałkowska miała odwagę (bo to w środowisku aktorskim na pewno jest odwaga) przyznać się do prawicowych poglądów - "Jestem "PiS-ówą" - usłyszałem. Z Anną Dymną na serio rozmawialiśmy o przyszłości aktorstwa, a półżartem o uprawianiu ogrodu. Zachwycające było dla mnie słuchanie uwodzicielskiej melodii głosu Marty Lipińskiej czy Barbary Krafftówny, która od czasu od czasu, podczas naszych sesji, robiła sobie "przerwę na urodę", czyli wyciągała szminkę, lustereczko, malowała usta. Jakież to było urocze. Danuta Stenka, kwintesencja dojrzałej kobiecej urody, mówi w książce o niemijającym kompleksie wiejskiej dziewczyny, z kolei Ewa Wiśniewska ujmuje autoironią. Małgorzata Braunek zaskoczyła mnie pewną nonszalancją, z jaką traktowała popularność i tzw. karierę, rozmawiając z Anną Romantowską najpierw podziwiałem gigantyczną bibliotekę aktorki, potem, w ogrodzie, przez wiele godzin łuskaliśmy orzechy laskowe, popijając białe wino. W tomie przywołuję także spotkania z nieobecnymi: krakowskie spacery w towarzystwie Krystyny Feldman i moje wizyty w Skolimowie, u Ireny Kwiatkowskiej. Jak widzisz, każde spotkanie było zaskoczeniem i odkrywaniem bohaterek na nowo.

Jest w tych dwudziestu esejach i portret dodatkowy; można z nich bowiem, jak z "Lektur nadobowiązkowych" Szymborskiej, wyłowić i Twój obraz, młodzieńczych spotkań z filmem, lektur, olśnień aktorkami, granymi przez nie bohaterkami. Myślę, że dla przyszłego biografa Łukasza Maciejewskiego ów blisko 700-stronicowy tom będzie bardzo ważny...
- No nie wiem, raczej starałem się być w cieniu, celowo się wycofywałem. "Dlaczego pana jest tak mało - strofowała mnie Beata Tyszkiewicz. - Co pan taki skromny?". A przecież nie o skromność chodziło, tylko o kluczowy pomysł na tę książkę. To panie miały mówić, nie ja. Natomiast jeśli chodzi o owe młodzieńcze spotkania, to na tym portrecie znajdujesz się również Ty, Wacławie. Ty oraz "Dziennik Polski". Doskonale pamiętam, kiedy przyszedłem do Ciebie, jeszcze jako licealista, z pierwszym tekstem, wystukanym na maszynie do pisania. To w "Dzienniku Polskim" uczyłem się warsztatu, sztuki prowadzenia wywiadu, zauważania detali. Miałem wielu fantastycznych nauczycieli. Nie tylko aktorki...

W ubiegłą środę w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie odebrałeś nagrodę, gdyż tom "Aktorki" został Krakowską Książką Miesiąca...
- Może nieładnie się chwalić, ale przyjęcie książki jest znakomite. "Aktorki. Spotkania" kolejny tydzień są na pierwszym miejscu listy bestsellerów Świata Książki. Wydawca codziennie przysyła mi nowe recenzje. Uzbierało się już ich kilkadziesiąt. Nie było jeszcze ani jednej krytycznej! Od blogów pisanych przez nastolatków, poprzez branżowe portale, popularne kobiece miesięczniki, po "Politykę" czy "Tygodnik Powszechny" - same zachwyty, co wydaje się wręcz niepokojące. Naprawdę nie spodziewałem się aż tak dużego odzewu, bałem się krytycznych opinii, tygodniami zamęczałem wątpliwościami życzliwego wydawcę. Na szczęście byłem w błędzie. Moje ukochane "Aktorki" stały się teraz dobrem wspólnym. I o to mi chodziło.

Rozmawiał WACŁAW KRUPIŃSKI
Źródło: Dziennik Polski (za zgodą autora „Aktorek”)


09:03, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 grudnia 2012

„Kierując się potrzebą zapewnienia wzmożonej ochrony podstawowych interesów państwa i obywateli, w celu stworzenia warunków skutecznej ochrony spokoju, ładu i porządku publicznego(...) Rada Państwa wprowadziła stan wojenny.”

Tymi słowy, 13 grudnia 1981 roku, ogłoszono Polakom wprowadzenie stanu wojennego.  Na słupach i tablicach informacyjnych zawisły obwieszczenia, z ekranu telewizora popłynęła w świat słynna transmisja z generałem Jaruzelskim w roli głównej. Tego, że coś się stało, można było doświadczyć na własnej skórze – punktualnie z wybiciem północy, rozpoczęły się aresztowania działaczy opozycji i osób związanych z „Solidarnością”. Rano przerwano łączność telefoniczną, a na ulice wyjechały czołgi i pojazdy opancerzone.

Tarnowa także nie ominęło przerażenie, jakie wywołało wprowadzenie stanu wojennego. Wielkie zakłady przemysłowe, m.in. Zakłady Mechaniczne, Azoty, Tamel, angażowały się mocno w „solidarnościowy” ruch. Nic wiec dziwnego, że już pierwszej nocy stanu wojennego, ZOMO aresztowało kilkanaście osób. Wśród zatrzymanych znalazł się Karol Krasnodębski, wówczas pracownik „Mechanicznych”. Związek działał tam prężnie, jego członkami było 90 procent załogi, i dawał poczucie jedności. Z drugiej strony wszyscy wyczuwali podskórny niepokój. Krasnodębski został aresztowany w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku – ZOMO wkroczyło do mieszkania państwa Krasnodębskich około godziny 23.30. Brutalne traktowanie, krzyki i zero wyjaśnień rozpoczęły kilkunastomiesięczny okres internowania.

W tym samym czasie aresztowano przyjaciół i znajomych Krasnodębskiego. O tym jak bardzo internowani niepewni byli swego losu, świadczą wspomnienia Krasnodębskiego, który wraz z grupa mężczyzn, po koszmarnej nocy w celi tarnowskiego więzienia, został zapakowany do milicyjnej „suki”. Samochód ruszył, jedyny przystanek był w Dębicy – więźniowie nie mieli pojęcia, dokąd ich wiozą, za co są przetrzymywani i jak długo może to potrwać. Gdy konwój minął Rzeszów, „byliśmy niemal pewni, że jedziemy do Związku Sowieckiego”…

Okazało się jednak, że tarnowian umieszczono w rzeszowskim wiezieniu w Załężu. „W celi było nas sześciu. Kompletna izolacja. Nie wiadomo, kto za ścianą. Nie wolno nam było nawet wyglądać przez okno”. Dopiero po upływie dwóch tygodni, sytuacja zaczęła się wyjaśniać. Osadzeni otrzymali możliwość „widzeń” z rodzinami, choć były one krótkie i kontrolowane. Rozpoczęły się również  przesłuchania. Wszelkie informacje składały się
na niewiarygodny obraz – w Polsce wprowadzono stan wojenny „dla dobra i bezpieczeństwa obywateli”. Internowani zaś są winni wrogiej państwu działalności, szerzenia buntu i… nawoływania do przemocy.

Karol Krasnodębski, jako kierownik Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” podczas śledztwa indagowany był wielokrotnie na okoliczność powyższych zarzutów. Jego zdziwienie nie miało granic, zwłaszcza wobec najcięższego oskarżenia, czyli nawoływania do rozlewu krwi. Znalazł się i „dowód” winy – list, znaleziony i skonfiskowany podczas rewizji i zajęcia tarnowskiego lokalu „Solidarności” przy ulicy Garbarskiej 5. Treść listu została opublikowana na łamach „Trybuny Ludu”:
„Wzywam wszystkie ogniwa »Solidarności« w Polsce, przy najbliższej potyczce z komunistami, niezwłocznie przystąpić do likwidacji obojętnie jakimi środkami wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB”.

Karol Krasnodębski podkreśla rolę, jaką w złagodzeniu „odsiadki” odegrał bp Jerzy Ablewicz: „W tym dniu (1 stycznia 1982 roku), zwykle panująca na korytarzu cisza, zakłócona została narastającym gwarem coraz liczniejszych głosów i trzaskiem zamków otwieranych cel. Wreszcie i w naszej celi zazgrzytały rygle, drzwi otworzyły się nagle i klawisz krzyknął: Wychodzić! Księża z Tarnowa przyjechali! Boże drogi! Wszyscy wybiegają na korytarz. Zostaję w otwartej już celi, bo ciężko chory Jurek W. potrzebuje akurat mojej pomocy. Słyszę znajomy głos dobiegający z korytarza: Gdzie Krasnodębski? Gdzie Krasnodębski? Toż to przecie sam ksiądz biskup Jerzy Ablewicz! Wchodzi do celi. Ściskamy się. Pochyla się nad leżącym kolegą. Głos uwiązł w gardle…”.

 W miedzy czasie zakłady pracy, m.in. „Mechaniczne”, organizowały strajki. W odwecie władze nakazywały zwalnianie strajkujących, niekiedy całych zmian z danego dnia. Sytuacja była napięta. Krasnodębski z krótkimi przerwami był internowany do 15 listopada 1982 roku. Kilkanaście dni wcześniej Polskę obiegła wiadomość o delegalizacji „Solidarności”.

Po miesiącach „wyjętych” z życia, nieraz przypłaconych zdrowiem swoim i bliskich, internowani wracali do domów. Krasnodębski nie wrócił na dawne stanowisko, zatrudniony został z minimalna pensją jako zwykły technolog. Po kolejnym aresztowaniu, w 1984 roku, prace stracił na dobre, zwolniony dyscyplinarnie za… nieusprawiedliwioną trzymiesięczną nieobecność.

Agata  Żak  (Gazeta Krakowska)

 




09:03, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -