Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | religia | TEATR
RSS
poniedziałek, 03 czerwca 2013

W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z Marcinem Świetlickim – poetą, prozaikiem (ubiegłorocznym zdobywcą Nagrody Poetyckiej Silesius),  i wokalistą zespołu „Świetliki”.

 

W majowym plenerze, na tarasie nowej siedziby Galerii Miejskiej w Parku Strzeleckim promował on swoją nową książkę poetycką pt. „Jeden“ , odpytywany na tę okoliczność ze swojego życiorysu przez Irka Grina i Miłosza Onaka. Zaś później na scenie obok dał klimatyczny koncert zespół Świetliki w składzie: Marcin Świetlicki – vocal, Grzegorz Dyduch – bas, Tomasz Radziszewski – gitara, Michał Wandzilak – piano. Z powodzeniem udowadniając, że Świetliki nie są normalnym zespołem, co wynika również z zamieszczonego poniżej wywiadu z Grzegorzem Dyduchem,  spiritus movens zespołu Świetliki.



Ostatni album Świetlików ukazał się osiem lat temu. Dla normalnego zespołu to właściwie oznacza medialną śmierć. Wy jednak przetrwaliście. Co Was utrzymało przy życiu?
- Post i modlitwa. Ponadto wódka, papierosy, trochę aktywności fizycznej (w tym aktywność płciowa) i nadzieja. Po drugie, nie jesteśmy normalnym zespołem. Po trzecie, nagrywanie płyt nie jest gwarantem istnienia. I bez tego można żyć pięknie i godnie.

"Las Putas Melancolicas" z Bogusławem Lindą było chyba największym sukcesem komercyjnym Świetlików. Dlaczego nie poszliście za ciosem - i nie nagraliście zaraz po tym płyty z Cezarym Pazurą albo Małgorzatą Kożuchowską?
- Nagraliśmy płytę z panem Bogusławem nie dlatego, że jest aktorem znanym i popularnym, tylko dlatego, że jest naszym dobrym kolegą i bardzo dobrym aktorem. A koledze trzeba pomagać w karierze.


Ostatnio teksty Marcina śpiewa z kolei inny aktor - Arek Jakubik w swoim zespole Dr. Misio. Nie jesteście zazdrośni, że podarował mu coś lepszego niż Świetlikom?
- Nie jesteśmy zazdrośni. Rozsądny człowiek nie oddaje najlepszej sukni na dobroczynność, żeby potem samemu chodzić w łachmanach, lecz zachowuje w tej materii stosowny balans. Marcin jest rozsądny.

 

Marcin ostatnio przyznał otwarcie w jednym z wywiadów, że jest... obszczymurem. Nie martwił się Pan, że w końcu rzeczywiście zamieni się w kloszarda i nigdy nie napisze tekstów na tę nową płytę?
- Upraszczając nieco: "jestem obszczymurem" w wypadku Marcina oznacza przede wszystkim niechęć do współczesnych sposobów manifestowania statusu materialnego i modestię w zakresie potrzeb ekonomicznych. Poza tym, wywiad w gazecie to nie spowiedź, tylko wypowiedź artystyczna. Rydel też gatek pod spód nie wdziewał, co nie czyniło zeń włościanina pełną gębą. Kiedy arystokrata ducha stylizuje się nieco na kloszarda, wagabundę czy innego osobnika wykluczonego, to może być w tym walor artystyczny. Gorzej (i niestety znacznie częściej się to zdarza), kiedy przymuł, bałwan i półgłówek próbuje rżnąć tzw. intelektualistę. Dyzmów intelektu ci u nas zatrzęsienie - vide wszystkie szczeble władzy państwowej, media czy show-biznes.

 
Podobno majstrowaliście przez te osiem lat fonograficznego milczenia nowe utwory. No i teraz macie aż 130 minut premierowej muzyki. Co z tym zrobicie?
- Większość z tych ponad trzydziestu melodyjnych, wzruszających i pięknych pieśni powstała kilka miesięcy temu. Co z tym zrobimy? Wydanie tego na tradycyjnym nośniku CD z ładną okładką, nie wydaje się całkiem od rzeczy. A że tego dużo może naraz? To nie jest produkt - efekt badań fokusowych rynku czy nastawiona na pokupność obyczajowa lub kulturowa prowokacja, jak te wszystkie Marie Peszek etc. To jest dzieło artystyczne, organiczne, koherentne - a długie jest, bo tak nam daimonion podyktował. A że dużo nam podyktował - to trudno.

 
Ale dzisiaj młodzi ludzie odbierają muzykę inaczej niż osiem lat temu - nie słuchają całych albumów, ale robią sobie własne składanki z pojedynczych nagrań ściągniętych z netu na iPody. Nie wyjdziecie z tym potrójnym albumem na kompletnych dinozaurów?
- Odpowiem pytaniem: czy fakt, że każda potrawa zaraz po przeżuciu staje się amorficzną papką oznacza, że w takiej formie ma być serwowana na talerzu w wykwintnej restauracji? Niechże sobie młodzież wypala składanki, jakie sobie winszuje. Ale, że to zjawisko nagminne, nie znaczy, że mamy rezygnować z tak ważnej formy wypowiedzi, jaką jest tzw. płyta długogrająca. Równie dobrze można by wymagać od poetów, żeby dla wygody czytelnika wydawali pojedyncze wiersze a prozaicy poszczególne rozdziały powieści z osobna. A poza tym, intuicja podpowiada nam, że jest grupa słuchaczy, dla których w muzyce liczy się ambient, development i elan vital. I dla nich jest ta płyta. A że jakiś oligofreniczny modniś będzie nas miał za żywą skamielinę? Jego sprawa.

Z drugiej strony widać, że jakoś próbujecie iść z duchem czasu. Bo założyliście sobie Facebooka.
- Mamy konto na fejsbuku, nie żeby dokonywać regularnych aktów zbiorowego ekshibicjonizmu, tylko żeby się kontaktować z publicznością. A medium jak każde inne, równie dobrze moglibyśmy sobie zrobić świetlikową infolinię albo telemarketing.

Mnie najbardziej zaciekawiło Wasze hasło na tymże Facebooku: "Świetliki - zespół brutalnych doświadczeń". Cóż to za przeżycia go zainspirowały?
- Hasło jak hasło. Ładnie i tajemniczo brzmi. Skoro może być "Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce", to i "Zespół brutalnych doświadczeń" ujdzie. Jest w tym haśle element autoafirmacji i autoironii, a i jak widać - zagwozdka intelektualna też. Mogliśmy użyć innego, choćby: "Zapełniamy sale do 200 osób". Ale gdybyśmy napisali "Jesteśmy inteligentni i hojnie wyposażeni przez naturę" (notabene tak jest w istocie), też byłoby ładnie. A doświadczenia mamy, owszem.

 

Dwa lata temu do Świetlików dołączyła Zuzanna Iwańska na altówce. I mam wrażenie, że przez dźwięki tego instrumentu znosi Was w niektórych nowych utworach nieco w stronę Piwnicy pod Baranami.
- To chyba Pana znosi! Przypominam czytelnikom, że altówkę wymyślono zanim Piwnica pod Baranami rozbłysła blaskiem promienistym na firmamencie kultury i sztuki. Byłoby może konwencjonalnie, ale szlachetniej nieco, gdyby ten instrument kojarzył się Panu z seksem choćby.

Z seksem to w Waszym przypadku Pani Zuzanna może mi się jedynie kojarzyć. Całe szczęście mój zapał schładza Michał Wandzilak, którego zatrudniliście na klawisze. Bo dzięki jego grze pierwsza piosenka z nowej płyty, którą udostępniliście - "Zimna lala" - przywołuje chłodne brzmienia The Cure.
- Michał pracuje z nami, gdyż gra dobrze i pięknie, ma ładny instrument i pomaga nosić sprzęt starszym kolegom. A "Zimna lala" to pastisz New Order, prawdę mówiąc.

Z drugiej strony jednak, takie "Gotham", to wręcz porażający utwór: jak połączenie Joy Division i Swans, albo Variete i Siekiery. Skąd u Was nagle tyle takiej pierwotnej energii?
- Znów pana redaktora znosi. To, że z racji wyłącznie osobistej sympatii do pana , zapoznaliśmy go z drobnym fragmentem naszego nowego wydawnictwa, nie upoważnia pana do nieodpowiedzialnego szafowania porównaniami. Tyle samo w tej piosence Siekiery i Variete, ile Rabczewskiej Doroty i Bajora Michała.

 No bez żartów!
- Gdybym ja musiał opisać tę pieśń, rzekłbym: to utwór Pink Floyd w wykonaniu Einsturzende Neubauten. Ale i takie skojarzenie równie niewiele czytelniczkom i czytelnikom powie.

Podobno nowy materiał ma być podzielony na trzy części: depresyjną, opowiadającą o wychodzeniu z depresji i euforyczną. To teksty Marcina stworzyły ten wykres tak skrajnych emocji?
- Materiał jest podzielony dla wygody na trzy płyty. Wszystkie okrągłe z dziurką w środku. O czym mówią one razem i z osobna - niech sobie każdy posłucha i sam dośpiewa. Teksty i muzyka pięknie na tych płytach współbrzmią. A czy tworzą wykres jakiś i czy emocji, to naprawdę nie wiem.

Marcin wydał właśnie swój nowy tomik poetycki - "Jeden". Czy więcej dowiemy się o nim z tych wierszy, czy z tekstów do piosenek Świetlików?
- Jeśli można się dowiedzieć czegoś o autorze z jego dzieł, to z książki "Jeden" i płyty "Sromota" tyle samo się Państwo o Marcinie nie dowiecie. Narrator tu i tu - ten sam.

 

Rozmawiał: Paweł Gzyl  (Dziennik Polski)
Zdjęcia:  Paweł Topolski (Tarnow.pl)


02:37, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 czerwca 2013

Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu?

Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na budzącą się wiosnę. Odzyskana niecałą dekadę temu niepodległość dawała nadzieję i rodziła dumę, wciąż wymagała jednak ciężkiej pracy, czasem wydawało się – ponad siły. Kolejne rządy z trudnością radziły sobie z wyzwaniami, jakie stawiała im pozaborcza rzeczywistość. Pochodzący z Wierzchosławic Wincenty Witos, obecny w polityce już od wielu lat, w maju1926 roku po raz trzeci zostaje premierem. Wydaje się być „człowiekiem na ciężkie czasy” – pierwszy jego rząd przypada na okres wojny polsko-bolszewickiej, drugi boryka się z szalejącym kryzysem gospodarczym, opozycją narodowców(zdarzyło mu się być ranionym przez bojówki tej formacji) i rosnącymi w siłę piłsudczykami. Trzeci rząd Witosa powstaje dziesiątego maja1926 roku. Przetrwa zaledwie kilkadziesiąt…godzin.



W dniu powołania gazety drukują wywiad z premierem: „Niechże wreszcie Marszałek Piłsudski wyjdzie z ukrycia, niechże stworzy rząd, niech weźmie do współpracy wszystkie czynniki twórcze, którym dobro państwa leży na sercu. Jeśli tego nie zrobi, będzie się miało wrażenie, że nie zależy mu naprawdę na uporządkowaniu stosunków w państwie…”. W słowach Witosa odzwierciedla się klimat tamtych dni, napiętego oczekiwania na to, co zrobią piłsudczycy i czy w ogóle mają zamiar coś robić. Autorytet Piłsudskiego jest niepodważalny, murem stoi za nim część wojska i chyba wszyscy kombatanci Legionów. Poza tym, bezrobocie i bieda dają impuls ludziom do poparcia antyrządowych wystąpień. Witos miał w owym wywiadzie powiedzieć jeszcze coś, co uznano za warte „wycięcia”: „Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą... ja bym się nie wahał tego zrobić; jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to, zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą…”.Brzmi to na poły jak proroctwo, na poły jak zachęta.

Witos wiedział coś o szykowanym zamachu, który obali jego rząd? Coś musiało być na rzeczy, gdyż w ostatniej chwili władze postanowiły skonfiskować nakład Nowego Kuriera Codziennego, chociaż do gazety trafiła ocenzurowana wersja wywiadu z Witosem. Działać zaczęto jednak zbyt późno i duża część nakładu poszła w miasto. Tarnów w tym czasie, na początku lat 20. XX wieku, rozrastał się, przybywało mieszkańców. Wciąż jednak niezatarte zniszczenia wojenne i zacofanie we wszelkich dziedzinach życia nie pomagały ludziom w normalnym życiu. Nie istniały jeszcze wielkie zakłady przemysłowe, zatrudniające tysiące robotników. W Tarnowie dużym pracodawcą pozostawały Warsztaty Kolejowe. To tutaj zrodziło się zarzewie strajków, które wyprowadziły na ulice Tarnowa setki ludzi. „Z domu robotniczego przy ulicy Goldhammera wyruszył zorganizowany pochód robotniczy z czerwonymi sztandarami, transparentami z hasłami antyrządowymi, który zmierzał ku ulicy Wałowej, chcąc skierować się ku centrum miasta, być może pod gmach starostwa przy placu Sobieskiego. W przewidywaniu takiego rozwoju wypadków starosta Żułkiewicz i dowódca garnizonu tarnowskiego pułkownik Ehrbar postanowili przedsięwziąć energiczne działania, by nie dopuścić do powtórzenia się w Tarnowie wypadków krakowskich sprzed dwóch dni”– władze spodziewały się więc ,że napięta sytuacja może być brzemienna w skutki, zwłaszcza że wydarzenia miały swój precedens w innych miastach. Jakież to były energiczne działania?

 „Już o godz. 3.30 całą połać ul. Wałowej od rogu ul. Goldhammera do rogu ul. Senatorskiej oraz pl. Rybny obstawiono wojskiem i karabinami maszynowymi. Z góry już sprowadzono także nosze na rannych i zabitych. Wracający z wiecu ulicą Goldhammera zastali ulicę Wałową i pl. Rybny zamknięte kordonem policji i wojska”. Wydarzenia tego dnia zakończyły się tragicznie – zginęli ludzie. Przez kolejne dni starostwo ochraniali żołnierze, a całe miasto pozostawało pod czujnym okiem patroli.

Tak niepewna i napięta sytuacja towarzyszyła tarnowianom i całemu krajowi przez kolejne miesiące, aż do czasu pogodnych majowych dni, kiedy spełniły się przewidywania Wincentego Witosa. 12 maja1926 roku Piłsudski wyruszył do Warszawy ze swego domu w Sulejówku. Miał zamiar spotkać się z prezydentem Wojciechowskim i żądać od niego dymisji rządu Witosa. Głowy państwa nie było jednak w Belwederze. Poinformowany telefonicznie o rosnącym zagrożeniu, powraca ze Spały i już około godziny 17 spotyka się z Piłsudskim na… moście Poniatowskiego. Negocjacje nie trwały długo i zakończyły się fiaskiem.

 

 W spisanej później przez prezydenta notatce spotkanie miało błyskawiczny przebieg:„…po- witałem go (Piłsudskiego) słowami: stoję na straży honoru wojska polskiego - co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział - No, no! Tylko nie w ten sposób. –Strząsnąłem jego rękę i nie dopuszczając do dyskusji: - Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu – Dla mnie droga legalna zamknięta – wyminął mnie i skierował się do stojącego o kilka kroków za mną szeregu żołnierzy”. W ten sposób przesądzony został dalszy bieg zdarzeń – rząd Witosa został obalony, prezydent Wojciechowski złożył urząd. Wszystko to dokonało się na drodze bezprecedensowego w historii Polski puczu wojskowego, który nazywamy ładnie „przewrotem majowym”.

W wyniku tego „zamachu stanu” w Polsce powstał legalny rząd, powołany został prezydent, a władza „sanacji” przetrwała ponad dziesięć lat, aż do wybuchu II wojny światowej. I choć można być zwolennikiem Piłsudskiego, lub nie (to wciąż gorąca sporna kwestia), sanacyjny układ rządzący potrafił postawić Polskę na nogi, mając na to dziesięć lat.

Tarnowowi pozostał po tych czasach piękny spadek – Fabryka Związków Azotowych. Powstał jeden z najnowocześniejszych naówczas zakładów chemicznych w Europie. Cóż–wszystko jednak wskazuje na to, że i tej historii finał dopiszą akwizytorzy z  Wiejskiej.

Agata Żak  (Gazeta Krakowska)


09:32, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 maja 2013

Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „Paleta” przy ul. Piłsudskiego 24, gdzie we czwartek, 23 maja br., odbył się wernisaż wystawy jej prac. Gromadząc liczne grono znajomych i przyjaciół, wielbicieli jej talentu. Artystycznie oprawił go występ młodego gitarzysty Wiktora Molendy, ucznia Zespołu Szkół Muzycznych w Tarnowie. Położona nieco na uboczu (vis-a-vis Pałacu Młodzieży), w dawnej kostnicy austriackiego szpitala, gdzie później mieścił się Dom Aktora, a obecnie znajduje się m.in. siedziba Związku Nauczycielstwa Polskiego, zaś w niej od pięciu lat działa „Paleta”, świetnie uzupełnia nie najbogatszą przecież ofertę, niekomercyjnych tarnowskich salonów sztuki. Także poprzez swoją pedagogiczną odrębność i osobowość jej twórcy oraz animatora, znanego tarnowskiego artysty i nauczyciela Jacka Janickiego.

 To prawdziwy matecznik nauczycielskich, pozazawodowych pasji i talentów, w którym regularnie odbywają się spotkania, koncerty, wernisaże prezentujące bogatą i różnorodną twórczość nauczycielską, mającą w naszym mieście wieloletnią tradycję i trwałe miejsce w kalendarzu znaczących imprez kulturalnych. Dzieje się tak głównie za sprawą stałego mecenatu, jaki nad nią roztacza Zarząd Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Tarnowie z jego prezesem Józefem Sadowskim, dla którego „Paleta” – jedyna taka galeria w Polsce, co z dumą podkreśla – jest prawdziwym oczkiem w głowie.
Nic też dziwnego, że garną się do niego utalentowani artystycznie pedagodzy, których  zwykle znamy tylko ze „szkolnej”, edukacyjno-wychowawczej działalności.

Jedną z takich osób jest właśnie Marta Odbierzychleb. Dyplomowany nauczyciel. Absolwentka WSP w Krakowie – kierunek: wychowanie plastyczne i studia podyplomowe na UMCS w Lublinie. Na swoim artystycznym koncie ma udział w ponad sześćdziesięciu wystawach w Polsce, USA i na Słowacji. Jest członkiem Polish Art Club i grupy plastycznej ARTPO w Chicago.

 

 Głównie uprawia realistyczne malarstwo pejzażowe i portretowe,  lubi malować też kwiaty, które z pasją hoduje na swojej działce. Oglądając kilkadziesiąt jej prac składających się na obecną wystawę, nie sposób nie odnieść wrażenia, że pasjonuje ją kolor, który wyraża nastrój i określa ekspresję jej „malarskich ogrodów”, rozbuchanych wiosennymi barwami czy też otulonych jesiennymi mgłami.
Najczęściej stosowanymi przez nią technikami są: akwarela, pastel, olej, malarstwo na szkle i techniki mieszane. To druga już wystawa prac Marty Odbierzychleb w „Palecie”, której prace poza Polską znajdują się m.in. we Francji, Australii i Stanach Zjednoczonych.

 

 Podobno maluje Pani przy sztalugach, za którymi stawał jeden z Kossaków?
– Bardzo możliwe, że tak jest, ponieważ sztaluga i paleta, które mam w domu, mają wartość historyczną. Otrzymałam je od mojego profesora i mistrza, malarza Wojciecha Kubiczka, na kilka miesięcy przed jego śmiercią, a profesor z kolei otrzymał te przedmioty od swojego dziadka, malarza Feliksa Franicza, który był uczniem Juliusza i Wojciecha Kossaków.

Dlaczego większość Pani prac to kwiaty? Czy nie boi się Pani zgubnej kumulacji warsztatu z rutyną?
– Artyści wybierają sobie różne tematy dla swoich prac, często trzymają się jednego tematu przez lata. Tak naprawdę motywu kwiatów nie można do końca wyczerpać; kwiaty  można  pokazywać w różnych technikach i konwencjach malarskich, są bogate w swoim wyrazie i też dotykają jakiejś tajemnicy człowieka, przecież większość kwiatów ma znaczenie symboliczne.

Malowane przez Panią od niedawna portrety żyją, przemawiają i mają swój charakter – może to jest czas na wyjście z kolorowej łąki w stronę studium nad człowiekiem?
– Na malowanie portretów jest zawsze czas. Ja rozpoczęłam swoją drogę kilka lat temu malując pierwszy po wielu latach portret gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Następnie zaczęłam malować inne portrety z kręgu swoich najbliższych. W moich portretach staram się uchwycić poza wizualnym podobieństwem jakąś istotną cechę osobowości portretowanej postaci. Rzeczywiście, jak to Pan ujął, portret to trochę studiowanie człowieka i muszę przyznać, że lubię tę formę i zamierzam ją kontynuować.

 Jak na Pani twórczość wpłynął kilkuletni pobyt w Stanach Zjednoczonych?
– Najpierw to było malowanie artystyczne na jedwabiu. Muszę przyznać, że miałam dużo szczęścia, że poznałam odpowiednie osoby z kręgów artystycznych, dzięki którym mogłam wziąć udział w wystawie w Muzeum Polskim w Chicago. I tak się zaczęło. Zauważono mnie tam, prace się spodobały i przyjęto mnie do Polish Art Club i grupy ARTPO. Teraz systematycznie biorę udział w wystawach. Szczęście w USA mi sprzyjało, ponieważ miałam okazję pracować jako nauczycielka w polskiej szkole. Jednym z efektów mojej pracy pedagogicznej było przygotowanie uczniów do konkursu plastycznego i zdobycie przez nich tytułu laureata I i II miejsca. Nagrodę odbieraliśmy w konsulacie polskim w Chicago. Zaprojektowałam też do polskiej szkoły im. Mikołaja Reja sztandar, który został wykonany w Polsce za moim staraniem.

Jest Pani bardzo pracowitą malarką. Jak godzi Pani pracę artystyczną z obowiązkami zawodowymi?
– Bardzo dobre pytanie. Moje inspiracje artystyczne stają się też częścią mojej pracy zawodowej, bo przecież jestem nauczycielem plastyki, a więc to, że sama maluję, biorę udział w wystawach, bezpośrednio przekłada się na moje umiejętności zawodowe i efekty tej pracy. Moi uczniowie również kontynuują naukę w kierunku plastycznym i rozwijają dalej swój talent. Jestem z nich dumna.

 Ryszard Zaprzałka

 


09:31, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 maja 2013

Boże Ciało to zwyczajowa nazwa katolickiej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, zwanej również Świętem Najświętszego Ciała Chrystusa. Jest to święto ruchome, odbywające się 60 dni po Wielkanocy, w czwartek po święcie Trójcy Świętej. Boże Ciało wypada więc pomiędzy 21 maja a 24 czerwca. W Kościele katolickim Boże Ciało to święto obowiązkowe, ponadto w Polsce jest ono dniem wolny od pracy. Procesja w uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa do czterech ołtarzy ma swoją bogatą tradycję. Pierwszym jej śladem jest uroczysta peregrynacja krzyża z Najświętszym Sakramentem. Było to nawiązanie do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami. Od XV w. łączono ją z procesją błagalną, zawierającą prośby o odwrócenie nieszczęść i uproszenie pogody. Pozostałością tego są dziś Suplikacje śpiewane przy każdym z ołtarzy. Od początku uroczystość Bożego Ciała miała charakter publicznego wyznania wiary w realną obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Wymiar ten utrwalił się po reformacji, która tę obecność zakwestionowała. Wyjście na ulice naszych miast i wsi w Roku Wiary ma także swoją wymowę. Ważne jest, aby dokonało się nasze osobiste spotkanie z Chrystusem Eucharystycznym, które zaowocuje w całym życiu. Ono da siłę, aby pokonać lęk, który na co dzień sprawia, że jako chrześcijanie jesteśmy za mało widoczni w przestrzeni publicznej.

 

Uroczystość Bożego Ciała stanowi dla katolików wyraz uwielbienia i okazję do oddania czci sakramentowi Eucharystii. Tego dnia w Kościele katolickim odbywają się msze święte oraz uroczysta procesja z Najświętszym Sakramentem, która przemieszcza się w okolicach parafii. Wierni przygotowują cztery ołtarze, gdzie księża z hostią w monstrancji zatrzymują się na odczytanie fragmentu Ewangelii i krótką modlitwę. Święto ma niezwykle podniosły charakter, procesji towarzyszą śpiewy, gra orkiestry, dzieci sypią kwiaty na trasie, którą przemieszcza się pochód z Najświętszym Sakramentem. W procesji niesione są również figury Matki Boskiej i Jezusa Chrystusa. Kapłani zwykle mają na sobie złote szaty liturgiczne.

  

Geneza święta jest ściśle związana z widzeniami św. Julianny z Cornillon. Uroczystość Bożego Ciała została ustanowiona w celu podkreślenia jednego z najważniejszych dogmatów katolicyzmu, zgodnie z którym Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy przemienił swoje ciało i krew w chleb i wino, a ów cud konsekracji dokonuje się na ołtarzu podczas każdej mszy świętej.

 Święto to ustanowił biskup Robert z Thourotte w 1246 roku dla diecezji Liege. Oficjalnie Boże Ciało miało zostać wpisane do kalendarza liturgicznego już w 1264 roku przez papieża Urbana IV bullą „Transiturus”. Ostatecznie jednak uroczystość ogłosił papież Jan XXII w 1317 roku.
W Polsce obchody uroczystości Bożego Ciała odbyły po raz pierwszy w 1320 roku w diecezji krakowskiej z inicjatywy biskupa Nankiera. Święto miało przypadać zawsze w czwartek, ponieważ dzień ten upamiętnia wydarzenie Ostatniej Wieczerzy. Uznano jednak, że szczególny charakter Wielkiego Tygodnia nie pozwala na radosne obchodzenie święta, dlatego powinno się je ustalić w innym terminie. Mimo wszystko, symboliczna wymowa Bożego Ciała jest związana z Wielkanocą. Po Bożym Ciele przez osiem dni trwa oktawa Bożego ciała (codzienne odbywają się specjalne msze św.), którą kończy uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa.

 

Z Bożym Ciałem wiążą się ciekawe wierzenia ludowe. Większość z nich opierała się na przypisywaniu symbolicznego, szczególnego znaczenia kwiatom, gałązkom i palemkom, którymi ozdabia się ołtarze na trasie procesji. W Sieradzkiem wierzono, że gałązki z procesji zapewnią pomyślne plony - wtykano je w ziemię obok główek kapusty, by szkodniki i robaki nie miały dostępu do zagonów. W Kościołach święciło się wianki, które potem zakopywano na czterech rogach pola uprawnego, wierząc, ze uchroni to zagony od gradu. W moc ochrony przed szkodnikami, jaka mają procesyjne gałązki wierzono również w Łowiczu. Funkcjonował tam również mniej przyjemny zwyczaj - bliskie osoby uderzano gałązkami po twarzy, mówiąc: "żebyś był zdrowy i nie lękał się" - co miało uchronić te osoby przed chorobami i wszelkimi zagrożeniami oraz dać im przymiot męstwa.

 

 Zdjęcia – procesja w Lisiej Górze




13:22, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 maja 2013

Ekstrawagancko odziany  przemierzał ulice Brzeska i Tarnowa. Koniecznie w kaszkiecie z przypiętą  do niego rzucającą się w oko  odznaką „przodownika pracy socjalistycznej”.  Koniecznie w kolorowej bluzie z drewnianymi, równie kolorowymi koralami, metalowymi naszyjnikami. Koniecznie z pierścieniami srebrnymi na palcach i szmacianą torbą  przerzuconą przez lewe ramię w której nosił swój „arsenał” – flamastry, redisy, czarny tusz, miękkie ołówki. W takim „rynsztunku”  pojawiał się obowiązkowo na różnych uroczystościach – zarówno państwowych, jak i prywatnych. Po prostu był sobą, Zbigniewem Szulcem, któremu przyjaciele dodali przydomek: „Bruno”. 

    

Zbyszek najbardziej związany był z Brzeskiem. Kochał to miasto. Łączyła go z nim pępowina grubości cumy…- tak często wypowiadał się o Brzesku. Tutaj chodził do szkoły podstawowej i liceum, grał w zespole szkolnym na perkusji, godzinami przesiadywał w kinie, nawet wówczas, kiedy na sali było kilku widzów i do którego miał parę kroków. Kino „Bałtyk” widział ze swego okna. Znudzony telewizją  wymykał się do kina, niektóre filmy oglądał po kilkanaście razy. Kino było  przecież  jego natchnieniem…

 

 

W latach młodości Zbyszek dużo tworzył. Przede wszystkim linoryty. Kilkakrotnie zdawał na Akademię Sztuk Plastycznych w Krakowie,  bezskutecznie. Rysował kolegom prace, które przedstawiali na akademii podczas ubiegania się o indeks… Oni dostawali się na ASP, a Zbyszek musiał zadowolić się Pomaturalnym Studium Geologicznym, które ukończył w Krakowie.

 

Rysunkiem satyrycznym zainteresował się w wojsku, gdy był jeszcze „kotem”. Właśnie w armii do wysyłania owych rysunków do różnych redakcji nakłonił Zbyszka artysta grafik Henryk Cebula.  Pierwsze rysunki satyryczne brzeskiego karykaturzysty zamieszczały „Płomienie”. Zbyszek lubił to pismo, bo dobrze za rysunki płaciło, a przecież „Bruno” nie śmierdział groszem… Jak młodzieżowe „Płomienie” zamieszczały rysunki Szulca, to Zbyszek miał i na „ popularne”, i na „flaszkę”, i  na stalówki oraz tusz, a także książki, które po prostu „pochłaniał”.

 

  

   

W rodzinnym Brzesku Zbyszek „Bruno” Szulc przez lata pracował jako szyldziarz w spółdzielni usługowej. Swoich przyjaciół przyjmował w tej spółdzielczej pracowni plastycznej mieszczącej się w przybudówce przy  głównej, brzeskiej ulicy – wśród puszek z farbami, wśród rozpuszczalników, płyt pilśniowych i tafli szkła. W takiej atmosferze dyskutowano o szeroko pojętej sztuce, zakładano grupy twórcze, snuto plany wystaw artystycznych.  Tutaj zapisał się do tarnowskiego Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy „Trop”, do sekcji plastycznej.

 


Zdarzało się, że w tej spółdzielni Zbyszek tworzył swoje dzieła, ale najczęściej czynił  to w swoim, brzeskim mieszkaniu w bloku przy ul. Kościuszki, gdzie miał swój ulubiony kąt – za szafą. Właśnie za szafą  na niewielkiej przestrzeni  mieszczącej ledwo stolik z lampką nocną, powstawały jego rysunki publikowane w wielu czasopismach.
Dla tarnowskiej prasy Zbyszek „Bruno” Szulc  pierwsze rysunki satyryczne wykonywał w końcówce lat osiemdziesiątych minionego stulecia będąc współpracownikiem „Metalowca Tarnowskiego” – dwutygodnika Zakładów Mechanicznych Tarnów, wówczas Fabryki Obrabiarek Specjalizowanych „Ponar – Tarnów”. Rysunki Zbyszka zamieszczane w tym tytule prasowym od czasu do czasu przedrukowywały „Szpilki” w rubryce prowadzonej przez Feliksa Dereckiego  „Polecamy humor i satyrę z gazet zakładowych”.  Za jakiś czas rysunki Szulca przedrukowane w „Szpilkach” pokazał „Magazyn Polski”. Takie jest bowiem  prawo serii…

    

Będąc redaktorem naczelnym „Metalowca Tarnowskiego” poszukiwałem usilnie grafików. Z twórczością Zbyszka „Bruno” Szulca zapoznał mnie tarnowianin Stanisław Jachym, historyk sztuki, rzeźbiarz, a wówczas szef Zbyszka w brzeskiej spółdzielni usługowej. Zaprosił mnie na pierwszą wystawę grafik  Szulca  w Biurze Wystaw Artystycznych przy ul. Wałowej podczas prezentacji dorobku ruchu amatorskiego z województwa tarnowskiego. Rysunki dla „Metalowca Tarnowskiego” najczęściej przesyłał Zbyszek listami poleconymi. Tak, listy pomiędzy mną, a Zbyszkiem były najlepszą formą komunikacji, gdyż jeszcze nikomu nie śniła się w Polsce poczta elektroniczna.  Zwykle domagałem się w listach jak najwięcej rysunków, a Szulc najzwyczajniej mi odpisywał:
„Sześć Ziuciu! (…) czekasz i czekasz na moje rysunki, a ja jakbym zapomniał o Tobie… Wybiłem palec i wierz mi, że teraz też nie jest mi ani łatwo pisać ani łatwo rysować. Mimo to posyłam Ci kilka rysunków nie najlepszych, które może wykorzystasz, może nie…”

 

Współpraca Zbyszka z „Metalowcem Tarnowskim” trwała dwa lata. W jednej z korespondencji „Bruno” przypomniał mi: „w lutym kochany jejmość czy waszmość redaktorze upłynie dokładnie dwa lata współpracy.  Wezmę urlop i przy okowicie dokonamy (jeżeli tobie czas pozwoli) przeglądu osiągnięć, klęsk, radości, smutków, wydarzeń na plus i na minus. Okey…To tyle…”. Zaraz później dodał: „U mnie bida (powtarzam się), muszę się koniecznie posprzątać i mniej improwizować.

 Wkrótce Zbyszek „Bruno” Szulc nawiązał współpracę z tygodnikiem regionalnym „TeMI”. Gościł w redakcji „TeMI” jeszcze w jej pierwszej siedzibie przy ul. Goldhammera. Przyjmowali Zbyszka później do pracy w tym tarnowskim tygodniku na stanowisku redaktora graficznego – Mieczysław Ziemiański oraz Józef Trędowicz. Trochę kręcili nosami, kiedy Zbyszek „Bruno” Szulc pojawił się w drzwiach redakcji „TeMI” przy ul. Krakowskiej 1 w swoim „roboczym” stroju, czyli „objuczony” koralami, naszyjnikami metalowymi, falbankami, mnóstwem socjalistycznych medali na piersi, pierścionkami na palcach. Naczelny i zastępca „TeMI” pomruczeli, gdy „analizowali” szulcową aparycję… Doszli jednak do wniosku, że przecież Szulc będzie przesiadywać najwięcej w redakcji, a  nie na konferencjach prasowych  i ostatecznie na cząstkę etatu go przyjęli. Siedział więc cichutko Zbyszek w największym redakcyjnym pokoju przy stole z zielonym suknem, ostro pracował, a w wolnych chwilach zacieśniał przyjaźnie z redakcyjnymi kolegami - Markiem Stremeckim, Krzysztofem Głombem, Arturem Kubanikiem, Tadkiem Sewerynem, Bogdanem Bodą, Przemkiem Koniecznym, Ryśkiem Lisem  oraz przyjaciółmi z „Pałacu Prasy” przy ul. Krakowskiej, głównie z Zygmuntem Szychem z „Dziennika Polskiego”.  Praca w tygodniku zaowocowała też największą wystawą dzieł Zbyszka Szulca we foyer  tarnowskiego teatru.
Kiedy „Bruno”  miał dość atmosfery Tarnowa i Brzeska wybierał się do Krakowa. Tutaj spotykał się z bardem Wojtkiem Belonem.  Wiedli nocne Polaków rozmowy, najczęściej w „Żaczku”, z pewnością w towarzystwie „Majstra Biedy”.

 

   


Zbyszek był również duszą „Brzeskiej Piwnicy”, którą przyozdobił swoimi grafikami i rysunkami.  Uczestniczył w wielu wystawach plastycznych m.in. „Plastyka Ziemi Brzeskiej”, „Człowiek  w Warszawie”, „Galeria na kółkach”, II wystawie grupy młodych „Grafika – fotografia-rzeźba”, „Nad poziomy” (Rzeszów), III triennale plastyki  nieprofesjonalnej (Częstochowa, Bielsko-Biała – Katowice-Kielce-Kraków-Nowy Sącz-Tarnów 1980), „Młodzi” (1975,1976,1977), „II Ogólnopolskim Konkursie na rysunek satyryczny i małą formę w rzeźbie (BWA Suwałki), „Natura matką ludzi”, „7 grzechów głównych i innych” zorganizowanej przez Muzeum Karykatury w Warszawie. W zbiorach tegoż muzeum znalazły się prace Zbyszka. Podczas pobytu w Warszawie Zb. Szulc nawiązał przyjacielskie kontakty ze znakomitym rysownikiem i satyrykiem, pomysłodawcą Muzeum Karykatury – Erykiem Lipińskim.
Systematycznie rysunki satyryczne „Bruna” publikowała łódzka „Karuzela”. Zainteresowały się również Szulcem łomżyńskie „Kontakty”, publikował także w „Tygodniku Chełmskim”, „Wieściach”, „Okolicach”, które poświęciły „Brunowi” jedno ze swoich wydań, „Radarze”, „Zarzewiu”, „Prometeju”, „Twórczości Robotników”.

 

Zbigniew „Bruno” Szulc zginął tragicznie w Jamnicy w 1985 r. Pochowany został na cmentarzu komunalnym w Brzesku. W 1985 r., kilka miesięcy po śmierci Zbyszka ukazał się pierwszy zbiorek jego rysunków satyrycznych pt. „Protestuję!”, wydany przez Tarnowską Oficynę Wydawniczą Młodzieżowej Agencji Kultury w Tarnowie.  Kilka lat później Oficyna Wydawnicza Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Tarnowie wydała drugi, o wiele grubszą książkę z rysunkami „Bruna” – „Peerelek”. Wojewódzki Ośrodek Kultury w Tarnowie podjął się także organizacji cyklicznych ogólnopolskich konkursów na rysunek satyryczny im. Zbigniewa „Bruno” Szulca. W konkursie tym startował m.in. Henryk Cebula, przyjaciel Zbyszka, kilkakrotnie zajmując wysokie miejsca.  Nie zapomniało o Zbyszku również Brzesko.  Tutejszy Miejski Ośrodek Kultury wydał przepiękny album pt. „Zaraz wracam” z rysunkami i grafikami Zbigniewa „Bruno” Szulca zawierający również analizę twórczości „Bruna” pióra Jerzego Wyczesanego oraz zdjęcie artysty wyglądającego przez okno pociągu wykonane z peronu przez dziennikarza Przemysława Koniecznego z Bochni.

 

Świat według Zbigniewa „Bruno” Szulca odarty jest z wszelkich ideałów, to świat pełen niesprawiedliwości, pazerności, fałszywych bożków wśród których króluje „forsa” (do niej nigdy Zbyszek nie przywiązywał wagi, ona też nie była celem jego tak krótkiego życia). Wiele rysunków satyrycznych „Bruna” jest ponadczasowych, jak na przykład te dotyczące naszych przemówień, polityki, polskich przywar. Szkoda tylko, że tak rzadko są w prasie przypominane.

JÓZEF KOMAREIWCZ

 

 


 

15:33, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Komentarze (1) »

W związku z chwilowym, acz nie planowanym postojem portalu tkk, uprzejmie informujemy o zastępczym wznowieniu działalności bloga, do tej pory pozostającego w stanie redakcyjnej hibernacji.

 

 

Zapraszamy...na łamy.



15:33, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lutego 2013
21:36, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 grudnia 2012

 

Tak naprawdę ważne są tylko te dni, których nie znamy... więc Do Siego Roku i Happy New Year!   Dziękując za ten kolejny, czwarty już, rok z nami,  już teraz zapraszamy do nowego otwarcia tkk, który od nowego roku z bloga przemieni się w portal tarnowskikurierkulturalny.pl 

 



12:14, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Komentarze (1) »
sobota, 29 grudnia 2012

Zupełnie wyjątkowy charakter miał ostatni w tym roku wernisaż w Galerii Miejskiej BWA, zlokalizowanej pod znanym wszystkim miłośnikom sztuki adresem czyli dworcu PKP, który w piątkowy wieczór 21 grudnia zgromadził tarnowskie środowiska twórcze. Jego wyjątkowość polegała na tradycyjnym już połączeniu  profanum z sacrum, czyli wystawy sztuki z misterium wigilii. Byli prawie wszyscy, którzy być powinni, artyści i przyjaciele galerii, urzędnicy i politycy, biznesmeni i mecenasi, z vice prezydentem miasta i duszpasterzem środowisk twórczych na czele. Godną oprawą tego jedynego w roku  był opłatkowa wystawa  „sztuk 4”, którą wypełniły prace znanych i uznanych oraz powszechnie lubianych tarnowskich artystek Doroty Bernackiej, Aleksandry Zuby – Ben, Renaty Stadler i Anny Śliwińskiej – Kukli. Okolicznościowe laudacje i świąteczno noworoczne życzenia, dopełniły część pierwszą tego niezwykłego wieczoru. Część druga należała do powszechnie lubianego duszpasterza artystów, ks. Tadeusza Bukowskiego, w cywilu dyrektora Muzeum Diecezjalnego w Tarnowie, który dopełnił wigilijnych obrzędów modląc się wraz z całym zgromadzeniem i inicjując wspólne wszystkich ze wszystkimi łamanie się symbolicznym opłatkiem i składanie życzeń… . 


Cztery kobiety – to jakby „cztery pokoje” w filmie Quentina Tarantino z porywającą rolą główną genialnego Tima Rotha pisze o najnowszej ekspozycji Galerii Miejskiej jej kurator prof. Stanisław Tabisz. Historia równie intrygująca i mająca odmienne, frapujące wątki w zamkniętych apartamentach zwariowanego hotelu. W każdym z pokojów, jak w osobnym i tajemniczym wnętrzu każdej kobiety, rozgrywają się misterne intrygi (nieprzewidywalne w swej zmysłowej subtelności) oraz mają miejsce gwałtowne napady agresji, w efekcie postępującej destrukcji uczuć. Kobiety bywają nieosiągalne, a te zdobywane i zdobyte również manifestują swoją niezależność i wolność w najmniej oczekiwanym momencie. Żar namiętności i porywy uczuć niczego nie mogą tu zmienić. Rozpoczyna się gra, na śmierć i życie, jak w piosence Leonarda Cohena. Między kobietą a mężczyzną rodzi się wojna - na śmierć i życie! Walka o miłość albo o śmierć, z wyrokiem brutalnego porzucenia i pogardy… W tym samym procesie intrygi rozpoczyna się niebezpieczna gra z losem, którego nieznane głębie i przypadki nikt z miłosnych „graczy” nie chce zastawić, jak w lombardzie, jako ostateczną cenę przegrania. Każdy gasi pragnienie, kropla po kropli, z buteleczki napełnionej trucizną. To są strategiczne dylematy wygrywania lub przegrywania walki przed lub po czasie, niezrozumiałej utraty zainwestowanych uczuć, nagle stłamszonej tożsamości zdobywcy i bolesnego odkrywania, że żadna z kobiet nie stanowi stałego lądu, że odpływa bezludna wyspa w stronę kontynentu i rozbija się o wybrzeże Kalifornii, a resztki z tej pięknej katastrofy spadają na migoczące kolorowymi światłami kasyna Las Vegas.


Ceną jest inne życie, wymarzone od dzieciństwa i sięgające gorącego okresu dojrzewania. Ceną jest samotność i dźwiganie ciężaru życia, bez uroków wsparcia i tandety spowszednienia. Ceną jest zimny dotyk bezsenności, maraton zmarnowanych nocy, dni połykanych w mechanicznym pośpiechu, ogłuszających permanentnym zmęczeniem… On okazuje się kimś innym, nudnym i skostniałym, w ostateczności pustym, pospolitym. Opadają projekcje idealizacji, kulturowe koturny i przypisywane, imponujące atrybuty. Ona pragnie miłości, jak Anna Karenina, porzucając wszystko i poświęcając rodzinę. Ale uświadamia sobie, że tej pułapki losu nie może dłużej znieść, że „zdobycz” zobaczona z bliska, w pełnej krasie nagości i realizmu, nijak się nie ma do utraty tak istotnych wartości i reguł etycznych, porządkujących życie społeczne i relacje powstałe z niegdysiejszych uczuć i błędów…


Cztery kobiety - cztery pokoje i cztery nie-pokoje. Cztery ciała i wnętrza skrywanej tajemnicy. Gdzieś daleko już pozostało wspomnienie rozstań, dramatycznych i bolesnych oskarżeń, udręki odcinania sobie (bez znieczulenia) zdrowej nogi… Dlaczego usta przestały całować, a oczy patrzeć w promiennym zachwyceniu… Za woalkami ślubnych kreacji przycupnęło na moment przeznaczenie. Ono się sprytnie, niczym wąż, wślizgnęło w przyszłość, która ogłosiła zwycięstwo po obydwu stronach. Co za bezczelność! On napisał: „między tobą a mną - świat się rozczepia, między tobą a mną - zieje przepaść”*. Ona zakryła twarz rękoma i teraz już tylko całą żałośnie opanował płacz… Ale nadeszło przebudzenie, a z nim nowy, radosny i jasny dzień. Zmieniła się pogoda. Wiosna i lato trwały znacznie dłużej niż w tamtych, straconych wiosnach i latach. „A może byśmy tak najmilszy / wpadli na dzień do Tomaszowa / Może tam jeszcze zmierzchem złotym / ta sama cisza trwa wrześniowa / W tym starym domu w tych pokojach  / gdzie cudze meble ustawiono”**. No tak, ale cztery kobiety żyją w czterech ścianach innych czterech pokoi, czterema innymi światami, chociaż ich światy są czasami towarzysko i twórczo zbieżne, a ich pokoje (chociaż na chwilę) bywają otwarte i gościnne. Kobieca przyjaźń jest ważna, spontaniczna, ale trwa tylko dotąd, dopóki nie zniszczy ją mężczyzna. On - jednak  jest ważny dla serca i umysłu. On -  zapowiada szczęście, ale rzecz z poetycka ujmując: „dla zakochanych to samo staranie, co dla umarłych”***. On (dla niej) - przynosi stanowczą ciekawość męskiej namiętności, ekscytację odmiennego spojrzenia, rozkosz i poczucie bezpieczeństwa. Ona (dla niego) - przynosi upojenie i szczęście tak wielkie, jak wielkie może być nieco późniejsze rozczarowanie. Pomiędzy nimi – pokój i  wojna! Niekiedy jednak może zapanować absolutna cisza… ale co ona oznacza. Po co jest ta cisza. Co z niej może się narodzić. Przecież to przedsmak nicości… ale, jak to optymistyczne brzmi: „Tak bardzo mi do ciebie blisko / ta cisza zrozumiała wszystko”***.  Płyta muzyczna p.t. „Ale” Doroty Miśkiewicz jest pełnym wdzięku i wrażliwości zbiorem piosenek o egzystencjalnym stanie zawieszenia kobiety pragnącej miłości, ale miłość albo nie nadchodzi, albo wydaje się oporna lub nieczuła na wszelkiego rodzaju zachęty i subtelności. „W głowie pomysł zamigotał / wpadnij do mnie dziś sobota (…) „Jestem zawieszona / z tobą oswojona / jestem zawieszona / bez Ciebie, dziś w siebie wtulona”****. I jak tu w tak poetyckiej mgiełce odnaleźć prawdziwe życie…


A oto notki biograficzne autorek wystawy:

Aleksandra Zuba- Benn
Studia w Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych ( obecnie Uniwersytet Artystyczny ) w Poznaniu. W 1986 dyplom z gobelinu w pracowni prof. Magdaleny Abakanowicz. W 2010 przewód kwalifikacyjny I stopnia z malarstwa na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pracuje w Zespole Szkół Plastycznych oraz Instytucie Sztuki PWSZ w Tarnowie. Przynależność do ZPAP i Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Twórczego „ Wiklina”. Prace prezentowała na 30 wystawach indywidualnych oraz ponad 120 wystawach zbiorowych. Zajmuje się malarstwem, tkaniną unikatową, wikliną artystyczną. Bierze udział w plenerach i seminariach z zakresu sztuki.


Anna Śliwińska – Kukla
Studia w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom w 1994 roku na Wydziale Malarstwa w pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego oraz w Pracowni Tkaniny Artystycznej u prof. Ryszarda Kwietnia i prof. Lilli Kulki. Aneks w Pracowni Projektowania Książki i Typografii u prof. Romana Banaszewskiego. Członek ZPAP Okręg Tarnowski (w latach 1997-2006 praca w zarządzie: sekretarz, wiceprezes) oraz Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Twórczego „Wiklina”, a także Klubu „Struktura” ZPAP Okręgu Krakowskiego, współtwórczyni Grupy Sztuk 4. Od 1997 r. działalność w projekcie Międzynarodowego Festiwalu Sztuka Książki. Udział w ponad 80 wystawach w kraju i za granicą. Realizacja około 30 wystaw indywidualnych. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2000, 2003, laureatka nagród i wyróżnień. Od 1995 roku nauczyciel w Zespole Sztuk Plastycznych w Tarnowie. W 2012 roku doktorat na Wydziale Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Dorota Bernacka
Studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom w 1987 r. w Pracowni Wklęsłodruku prof. A. Pietscha oraz w Pracowni Projektowania Książki i Typografii prof. Romana Banaszewskiego. Wieloletni członek Związku Polskich Artystów Plastyków, Grupy Tarnowscy Artyści, Grupy Sztuk4, udział w działaniach Grupy Ruchome Święto. Prace prezentowała na kilku wystawach indywidualnych oraz licznych wystawach zbiorowych. Zajmuje się grafiką projektową projektując głównie dla potrzeb poligrafii oraz malarstwem i rysunkiem. Prowadzi własne studio graficzne.


Renata Stadler
Studia w PWSSP  we Wrocławiu (obecnie ASP).  Dyplom 1994 na Wydziale MGRZ/malarstwo grafika rzeźba /w Pracowni Malarstwa prof. Konrada Jarodzkiego. Uprawia malarstwo, zajmuje się grafiką, konserwacją wciąż poszukuje nowych tworzyw i środków wyrazu. Autorka 16 wystaw indywidualnych /m.in Wrocław, Konstancin Jeziorna, Tarnów, Kielce, Gorlice, Bochnia, Maleniec, Wojnicz/ oraz kilkudziesięciu wystawach zbiorowych w kraju i zagranicą. Bierze udział w projektach i działaniach grup twórczych SZTUK 4 i  ARS,  RUCHOME ŚWIĘTO  m.in TYGIEL KULTURY Piece Węgierskie Tarnów, Zielona Góra, KIN_KIET Wrocław, oraz  ZPAP o.k. Tarnów. Laureatka nagród i wyróżnień. Praca w zbiorach BWA Galerii Miejskiej w Tarnowie, Muzeum Okręgowym w Tarnowie oraz w prywatnych w kraju i za granicą.

Przygotował -  Ryszard Zaprzałka
Zdjęcia: Paweł Topolski



09:32, tarnowski_kurier_kulturalny , PLASTYKA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 grudnia 2012

ml

Było to 42 lata temu. W styczniu 1970 roku piosenka Venus mało znanej w Ameryce holenderskiej grupy Shocking Blue weszła na listę bestsellerów singlowych magazynu Billboard. 7 lutego uplasowała się na szczycie tego zestawienia. Dziś zatem o piosence oraz to i owo o kapeli.

    W historii holenderskiego rocka tylko kilka grup zdobyło międzynarodową sławę. Jeśli sięgnąć do lat 60. i 70. to można by wymienić Ekseption, Golden Earring, popularny zwłaszcza u nas Livin’ Blues i właśnie Shocking Blue – formację nazywaną, mimo że to określenie jest dlań nieco krzywdzące, grupą jednego przeboju. Jednak po kolei.
    Kwartet Shocking Blue powstał w 1967 roku. Założył go 21-letni wówczas gitarzysta Robbie van Leeuwen. Pierwszy mały krążek zespołu z utworem Love is in The Air został wydany przez Polydor jeszcze tego samego roku. Przeszedł bez echa. Jednak drugi singel Lucy Brown is Back in Town stał się już umiarkowanym przebojem. W obu przypadkach wokalistą był Fred de Wilde. W roku 1968 Freda, który dostał powołanie do wojska, zastąpiła Mariska Veres i to właśnie z nią zespół ruszył na podbój list przebojów.
    Veres, licząca wtedy 20 wiosen, dysponowała nie tylko charakterystycznym głosem, ale również intrygującą urodą. Ojcem urodzonej w Hadze wokalistki był węgierski skrzypek romskiego pochodzenia Lajos Veres. Matka, choć urodzona w Niemczech, miała francuskich i rosyjskich rodziców. Nic zatem dziwnego, że w pannie Veres nie można było doszukać się niderlandzkich rysów.
    Mariska rozpoczęła karierę piosenkarki jako szesnastolatka w zespole gitarowym Les Mysteres. Potem w jej muzycznym życiu pojawiło się sporo innych formacji, w których oczywiście śpiewała, w jednej z nich - Motowns grała także na organach. Po rozpadzie w 1974 roku Shocking Blue, artystka nagrała kilka singli, m.in. Take Me High (1975) i Lovin' You (1976), które cieszyły się popularnością w Holandii, Belgii oraz w Niemczech. Potem dołączyła do jazzowego zespołu The Shocking Jazz Quintet. Po latach wróciła do zreaktywowanego Shocking Blue. W 2003 roku nagrała album z Andrei Serbanem. Niestety, w grudniu 2006 roku zmarła na chorobę nowotworową.
    Shocking Blue, od początku kojarzony z postacią Mariski, nagrał - wliczając w to kompilacje i krążek zarejestrowany na żywo - 12 albumów. Wydał aż 25 singli, niestety żaden z nich nie dorównał popularnością Venus. Kolejne po Venus małe krążki, takie jak Mighty Joe (z intro mocno przypominającym The Price Of Love duetu Everly Brothers) oraz Never Marry a Railroad Man – sprzedały się, co prawda, w ilości przekraczającej milion egzemplarzy, ale nie zawojowały w jakiś oszałamiający sposób list przebojów. Następne single Hello Darkness (1970), Shocking You, Blossom Lady, Out of Sight, Out of Mind (1971), Inkpot, Rock in the Sea, Eve and the Apple (1972) oraz Oh Lord (1973), choć były kupowane w Europie, Ameryce Łacińskiej i Azji, nigdy nie zaistniały ani w zestawieniach brytyjskich, ani tym bardziej na listach w Stanach Zjednoczonych. A propos jednak Stanów. W 1988 roku debiutujący wtedy zespół Nirvana sięgnął po kompozycję Love Buzz. Utwór ten, w swojej oryginalnej wersji znalazł się na drugiej długogrającej płycie Shocking Blue – At Home.
    Wracam jeszcze do przeboju Venus. Jego kompozytorem i producentem był gitarzysta zespołu Robbie van Leeuwen. Piosenka została oparta na utworze Oh! Susanna zespołu The Big Three z 1963 roku, a Mariska Veres śpiewała: Bogini na szczycie góry / Płonąca jak srebrny płomień / Ideał piękna w miłości / Wenus jej imieniem / Ona to ma, Kochanie, ona to ma. Tu następował refren: Cóż, jestem twoją Venus, jestem płomieniem twego pragnienia. Potem druga zwrotka: Jej bronią były oczy kryształowe / Każdy mężczyzna tracił dlań głowę / Czarna jak noc była / I miała to, co czego nikt nie miał. Tyle, to wystarczyło, choć oczywiście nie tekst stanowił u uroku piosenki. W świecie sprzedano blisko 14 milionów płyt z Venus. Hit stał się numerem jeden nie tylko w Ameryce. W latach 1969 –1970 dotarł na szczyt zestawień we Włoszech, w Belgii, Francji i Hiszpanii. W Niemczech i Japonii uplasował się na pozycji drugiej. Co więcej, we wrześniu 1986 roku ponownie wskoczył na szczyt amerykańskiego zestawienia, tym razem jako cover w wykonaniu zespołu Bananarama. Trzeba przy tym dodać, że to wcale nie częsty przypadek w historii, że zarówno wersja oryginalna, jak i coverowa znalazły się na szczycie amerykańskiego zestawienia. Dlaczego tak było w tym przypadku? Odpowiedź jest prosta: dlatego, że to naprawdę świetna piosenka.

Krzysztof Borowiec

foto by Google Search


16:10, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 143


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -