Kategorie: Wszystkie | FILM | LITERATURA | MUZYKA | PLASTYKA | TEATR
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012

Morrison, Joplin, Cobain, Jones, Hendrix a teraz Winehouse. “Klub 27” od zawsze fascynował fanów muzyki na całym świecie. Czy ten wiek ma jakiś wpływ na śmierć wielkich? Teraz za ten mroczny mit wzięli się naukowcy.   „Klub 27” składa się z naprawdę wielkich nazwisk muzyki. Angielska wokalistka Amy Winehouse (1983 – 2011) odeszła jako ostatnia. Wcześniej w tym wieku odeszli: lider The Doors Jim Morrison (1943 – 1971), gitarzysta i wokalista Jimi Hendrix (1942 – 1970), wokalistka rockowa Janis Joplin (1943 – 1970), wokalista Nirvany Kurt Cobain (1967 – 1994) i współzałożyciel Rolling Stonesów Brian Jones (1942 – 1969). Dodajmy do tego wybitnego aktora Heatha Ledgera ( Joker z "Mrocznego rycerza"), malarza Basqueta czy Brittany Murphy to mamy przerażający komplet. Z drugiej strony lista wielkich, który przekroczyli ten magiczny wiek jest równie imponująca: Elvis Prestley, Freddie Mercury czy Michael Jackson  to tylko początek tej listy. Oni również odeszli młodo jednak do klubu się nie załapali. Wielu fanów wciąż jednak wierzy w fatum liczby 27, która rzekomo dziesiątkuje muzykę. Są tacy, którzy przypisuję tej licznie okultystyczną symbolikę. 

Innego zdania są naukowcy.  "Chociaż sława może przyczyniać się do wzrostu ryzyka śmierci muzyków, prawdopodobnie ze względu na styl życia w środowisku gwiazd rocka to niebezpieczeństwo nie jest ograniczone do 27 lat" – piszą autorzy badań prowadzonych przez zespół naukowców. Na jego czele stoi Adrian Barnett z Queensland University of Technology w Australii. W wydanym na Boże Narodzenie numerze magazynu "British Medical Journal" naukowcy opublikowali wyniki badań- informuje „Rzeczpospolita”.

Aby sprawdzić hipotezę "Klubu 27", autorzy porównali śmiertelność znanych muzyków z przeciętną śmiertelnością ludności Wielkiej Brytanii. W grupie muzyków, których badacze wzięli pod uwagę, znalazło się 1046 osób. Kryterium wyboru było proste: wykonawca (artysta solowy i członek zespołu) albumu, który choć raz stał się numerem jeden w Wielkiej Brytanii w okresie od roku 1956 do 2007. W tym okresie 71 muzyków zmarło (to  7 proc. całej grupy). Badanie obejmowało muzyków swingowych, Heath metalowców, rock and rollowców i nawet mupetów. Aby określić znaczenie wieku 27 lat, autorzy wykorzystali analizy matematyczne. Nie znaleźli oni jednak szczytu ryzyka zgonu w tym wieku. Jednak według raportu muzycy przeżywający swoje lata 20. i 30. byli od dwóch do trzech razy bardziej narażeni na przedwczesną śmierć  niż reszta populacji Wielkiej Brytanii. „Badacze odkryli pewne dowody na powiązanie ze sobą śmierci osób w wieku od 20 do 40 lat w latach 70. i 80. Co ciekawe, nie było zgonów wśród topowych muzyków w tej grupie wiekowej w późnych latach 80. Autorzy badania spekulują, że może to być wynikiem wprowadzenia lepszych metod leczenia przedawkowania heroiny lub zmian na scenie muzycznej. Królujący w latach 70.  hard rock został wyparty przez łagodniejszy pop”- informuje „Rz”.

Kurt Cobain zanim strzelił sobie w głowę w 1994 roku często mówił, że będzie należał do „Klubu 27”. Jego śmierć można więc przypisać nie tylko przypadkowi, ale celowemu działaniu. Jim Morrison, który do dziś wpływa na rozchwianych emocjonalnie młodzieńców ( autora tych słów również fascynował infantylny „jaszczur król”) swoimi hochsztaplerskimi dziełami poetyckimi, prowadził styl życia, który musiał doprowadzić go do śmierci z powodu zawału serca. To samo dotyczy reszty członków mitycznego klubu, którzy pakowali w siebie więcej „chemi” niż dostała słynna małpa w „Epidemii”. „Rolling Stonesi” do dziś przetaczają sobie co jakiś czas krew by oczyścić się z toksyn. Czytając biografię Morrisona czy ostatnie wspomnienia Richardsa, trudno być zaskoczonym kresem muzyków pokolenia 68. Tak naprawdę zaskakujące jest dreptanie po tej ziemi takich osobników jak Keith Richards, Mick Jagger, David Bowie, Tom Waits czy Iggy Pop. Chyba oni wystarczająco mocno przeczą fatum „Klubu 27”. W końcu „show must go on” i nie zatrzyma go żadna klątwa. Z drugiej strony pamiętajmy, że „ulubieńcy bogów umierają młodo” i dzięki „Klubowi 27” zdolna banda ćpunów i alkoholików stała się nieśmiertelna. Czy można wyobrazić sobie zresztą smęcącego dziś na pustyni Jima Morrisona?

Łukasz Adamski  (Fronda)


08:26, tarnowski_kurier_kulturalny , MUZYKA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 stycznia 2012
 RYszard Zaprzałka
Ojciec Leon jest naszym dobrem narodowym....jedynym, niepowtarzalnym i absolutnie wyjątkowym, kochanym... i w pełni zasługuje na przedszkole! Chocby z racji wieku... On sam mawia: "Pan Bóg jest dowcipny, każdy się przekona, bo stworzył żyrafę i Ojca Leona".
 
Mam nadzieję, że nie wpadnę w pychę. Również tym zdjęciem chciałbym się podzielić. Zazwyczaj nadawanie imion różnym instytucjom jest po śmierci osoby, która ma być patronem . Widzicie, ja stanowię wyjątek :)
15:43, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 stycznia 2012

…ale i w Tarnowie warto by się z nią zapoznać…

Przyznać muszę, że „prawo pierwszej nocy” było mi dotychczas zupełnie nieznane, a samo określenie też nie wzbudziło zaufania. Po przeszukaniu domowej biblioteki, trafiłam na uczoną nazwę zwyczaju „us primae notis”. Zasada, wedle której mężczyzna o wysokiej randze mógł zdeflorować świeżo poślubioną żonę swego podwładnego, wywołała mój stanowczy sprzeciw. Proceder odczułam jako kontrowersyjny i krzywdzący, pomimo że został uświęcony wyższym statusem społecznym, rodzinnym bądź religijnym przełożonego. Źródeł raczej zwyczajowej, niż pisanej jurysdykcji doszukałam się blisko trzy tysiące lat przed Chrystusem u ludów dalekiej Mezopotamii. Potem trafiłam na jej fiskalne ślady w Rzymie. Ze zdziwieniem także w Biblii znalazłam historię młodej niewiasty i pozbawionego męskich sił króla Dawida. Co ciekawe, w średniowieczu prawo zyskało znaczenie podatkowe. Odetchnęłam z ulgą, bowiem okazało się, że rodzina panny młodej mogła uzyskać zwolnienie po wpłacie odpowiedniej daniny. Dosyć popularne na terenach dzisiejszej Francji, Włoch i Szkocji, traktowane było jako prawo naturalne pana względem poddanych. Zastanowiło mnie jednak, że w Europie egzekwowano je powszechnie jeszcze w XVI wieku, a w Polsce w XVIII wieku. Jak to możliwe zapytałam, aby zwyczaj funkcjonował tak swobodnie w kulturze chrześcijańskiej, która wprowadziła kult dziewictwa i wierności małżeńskiej? Czy to właśnie nie mąż powinien być pierwszy dla swej żony?

  

Powyższa refleksja oraz związane z nią wątpliwości pojawiły się w mojej głowie nieprzypadkowo. Wszystko to wywołała bowiem, warta przytoczenia w tym miejscu, pewna góralska historia. Usłyszałam ją nie tak dawno, podczas pobytu na uroczej jaworczańskiej ziemi. Według przekazywanej z pokolenia na pokolenie opowieści, pewien juhas z Pienin, za cenę wierności boskiemu prawu, zbuntował się nieludzkiej zasadzie „prawa pierwszej nocy”. Swoją zdecydowaną postawą sprzeniewierzył się hołdującemu mu bezwzględnemu dziedzicowi ze szczawnickiego dworu. Tym samym złamał prawo i stał się Harnasiem, a jego młoda małżonka skazana została na los czarownicy. Choć inicjacja seksualna, czyniąca dziewczynę kobietą, należała od wieków do sfery sacrum, to jednak hardego górala nie przekonało namaszczenie władcy, jako łącznika między bogami a ludem. Paradoksalnie jednak nieposłusznego pana młodego, zamiast zabójcą złego dziedzica, ludność obwołała swoim bohaterem. Za nie doprowadzenie świeżo poślubionej żony do łożnicy pana ziem szczawnickich stracił wszelkie przywileje, stając się tym samym ściganym przez prawo zbójnikiem. Wysoka cena, którą małżonkowie ponieśli za uświęcone sakramentem naturalne prawo do bycia tylko dla siebie, zdecydowanie przekonała mnie o słuszności ich decyzji.

Wspomniana pienińska legenda zafascynowała mnie tym bardziej, że miałam okazję zobaczyć jej interpretację w formie inscenizacji teatralnej. Opowieść stała się bowiem kanwą sztuki napisanej przez Michała Słowika „Dzwona” – miejscowego ludowego poety i dramaturga, działacza kultury, współzałożyciela Muzeum Pienińskiego oraz piewcy Pienin. „Prawo pierwszej nocy” powstało w 1952 roku, jako pierwsza część dramatycznej trylogii, opartej na zasłyszanych przez niego w młodości podaniach, pochodzących od miejscowych gazdów. Pozostałe dwa utwory, które wyszły spod pióra tego samego autora, to: „Janosik Hetman Zbójnicki” oraz „Janosikowa Kochanka”. W znacznym uproszczeniu cykl opowiada historię narodzin zbójectwa oraz czarownic na pienińskich, spiskich i podhalańskich terenach. Warte zauważenia jest to, że „Prawo pierwszej nocy” osnute zostało na motywach rzeczywistego wydarzenia, mającego miejsce na szczawnickim dworze w drugiej połowie XVIII wieku. W czterech aktach Michał Słowik „Dzwon” oddał pełen napięcia i emocji dramat rodzimych górali, postawionych w obliczu egzekwowania starego feudalnego zwyczaju.

Spektakl zrealizował Amatorski Teatr Członków Związku Podhalan, działający przy Miejskim Ośrodku Kultury w Szczawnicy. Jak się później dowiedziałam, była to dosyć odważna decyzja. Tekst wystawiono po raz pierwszy, po kilkudziesięciu latach nieobecności na scenie. Inicjatywę podjął Piotr Gąsienica – dyrektor placówki oraz kierownik lokalnej grupy teatralnej. Do udziału w projekcie zaangażował Zespół Pieśni i Tańca „Pieniny” z Krościenka nad Dunajcem oraz Kapelę Białopotocanie. Niezwykle klimatyczną oprawę muzyczną, która urzekła mnie zanim jeszcze odnalazłam wolne miejsce na tzw. teatralnych „dostawkach”, przygotowało trio smyczkowe w składzie: Tomasz Bodziarczyk, Marek Piątek oraz Bartosz Gabryś. Spektakl wyreżyserował Marek Ciesielka, który jednocześnie znakomicie wcielił się w rolę pana młodego i Harnasia. Jego towarzyszkę Kasię zagrała Aneta Węglarz. Muszę przyznać, że para uczciwie zapracowała na swój sceniczny sukces.

Na osobną uwagę zasługuje widowiskowa choreografia układów tanecznych, przygotowana przez Roberta Majerczaka. Widzowie już w pierwszym akcie dali się porwać weselnym pląsom. Pewne nieśmiałe przytupy zauważyłam u niejednego widza, choć na niewielkiej sali panował półmrok. Sama zresztą – choć uparcie nie tańczę – odczuwałam chęć poddania się rytmicznej i żywiołowej muzyce. Zwłaszcza, że towarzyszyły jej różne ludowe pieśni i przyśpiewki, niejednokrotnie dosyć rubaszne. Z kolei niezwykle barwne i realistyczne dekoracje namalował Wieńczysław Kołodziejski. Pochwały wart jest nakład pracy włożony w to dzieło, bowiem każdy akt odbywał się w innej scenerii: w tradycyjnej skromnej chacie góralskiej, w pełnym przepychu salonie dworskim, w pańskim lesie oraz na górskiej polanie. Wspomnieć muszę tutaj jeszcze bogato szyte stroje, oddające realia epoki oraz zjawiskowość góralskiej kultury. Zamknięty pokaz przedpremierowy odbył się 17 grudnia 2011 roku w kinoteatrze „Pieniny”, natomiast premierowe przedstawienie miało miejsce 14 stycznia br. Dodam tylko, że prapremiera w Dworcu Gościnnym wywołała w latach 50. XX wieku wiele kontrowersji. W efekcie sztuka została zdjęta z afisza już po pierwszym i jedynym publicznym pokazie.

  

Choć spektakl przygotował regionalny zespół amatorski, to wart jest odnotowania. Czynię to nie tylko ze względu na zaangażowanie oraz pomysłowość jego twórców. Ujęła mnie bowiem przede wszystkim góralska oprawa przedsięwzięcia, które balansowało na granicy powagi i zabawy. Barwne stroje ludowe, żywiołowa muzyka, miła dla oka realistyczna scenografia oraz soczyste dialogi wygłaszane pienińską gwarą, to w moim odczuciu niewątpliwie zalety przedstawienia. Jednak zasadniczym atutem inscenizacji był sam warsztat aktorski. Choć widoczny gołym okiem brak doświadczenia i obycia ze sceną czasem nawet mnie bawił, to jednak nie mogę odmówić zespołowi żywiołowej naturalności. Ta natomiast wynikała z prostego faktu. Górale grali siebie, zatem w obranych rolach czuli się jak we własnej skórze. Dlatego na próżno doszukiwałabym się amatorszczyzny w stworzonych przez nich scenicznych kreacjach. Jako widz dałam się ponieść magii szczawnickiego teatru. W swojej naiwności uwierzyłam nacechowanym gwarowo słowom, prostym gestom oraz szczerym gorącym góralskim uczuciom, unoszącym się podczas premierowego pokazu nad deskami świeżo odremontowanego kinoteatru „Pieniny”.

Zatem z czystym sumieniem polecam „Prawo pierwszej nocy” wszystkim wielbicielom Melpomeny, zarówno tym miejscowym, jak i tym „łobcym”. Spektakl rekomenduję zwłaszcza tym ceprom, którzy swego nie znają, a cudze chwalą.

Tekst i zdjęcia - Małgorzata Budzik

Michał Słowik „Dzwon” - „Prawo pierwszej nocy” - Premiera: 14 stycznia 2012, Kinoteatr „Pieniny” w Szczawnicy.
Reżyseria – MAREK CIESIELKAMuzyka – BIAŁOPOTOCANIE (TOMASZ BODZIARCZYK, MAREK PIĄTEK, BARTOSZ GABRYŚ)Choreografia układów tanecznych – ROBERT MAJERCZAKDekoracje – WIEŃCZYSŁAW KOŁODZIEJSKICharakteryzacja – DOMINIKA SZCZEPANIAKKostiumy – EWA DZIEDZINA, MAGDALENA JACAKSuflerzy – ELŻBIETA WIERCIOCH, MAGDALENA CZAJAOperatorzy dźwięku i światła – SEBASTIAN SATAŁA, RENATA JASIURKOWSKAObsługa techniczna – ANNA HAMERSKA, RYSZARD HAMERSKI, JACEK SALAMONDyrektor Amatorskiego Teatru Członków Związku Podhalan Oddział Szczawnica przy Miejskim Ośrodku Kultury w Szczawnicy – PIOTR GĄSIENICA.

Obsada:MAREK CIESIELKA – Janiś Bacański – pan Młody i Harnaś ANETA WĘGLARZ – Kasia – panna Młoda TERESA KURNYTA – Marcycha HELENA CIESIELKA – Pietrycha MARIAN DZIEDZINA WIWER – Starosta weselny i Wiwer zbójnik ANNA DZIEDZINA – Starościna ROBERT MAJERCZAK – Sołtys i LeśniczyJACEK ŚLIWIŃSKI – Dziedzic BERNADETA CIESIELKA – Dziedziczka HALINA MAJERCZAK – Teściowa PIOTR GĄSIENICA – Lokaj Lyra LEON HRYDZIUSZKO – hajduk Brzdąc ZYGMUNT ORMIANIN – hajduk Ziajok JOANNA KOWALCZYK – Marysia KATARZYNA KOTERBA – Zosia JOLANTA SALAMON – Hanka ARTUR MAJERCZAK – Wojtek MACIEJ BURNUS – Franek ułan oraz gajowy LUDWIK CIESIELKA – zbójnik Franos oraz dziad weselny MARIA CIESIELKA – dziadówka weselna WŁADYSŁAW CIESIELKA – zbójnik Starzec NATALIA CHROBAK, EDYTA CHROBAK, ARTUR MAJERCZAK, GRZEGORZ TALAR, MAREK WYROSTEK, MARIUSZ GULKA – zbójnicy, druhny i drużbowie weselni.

Źródło: „Z doliny Grajcarka” 2012, nr 233 [ISSN 1506-4328]





14:20, tarnowski_kurier_kulturalny , TEATR
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2012

Z cyklu znani i nieznani…


Rocznik 1990. Student III roku filologii polskiej. Interesuje się fotografią i grafiką komputerową. Lubi przeczytać dobrą książkę i film. Od początku studiów pisze dla gazety studenckiej „Ad Astra” wydawanej w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Tarnowie, od grudnia 2010 jest jej redaktorem naczelnym. 

„Ad Astra” to pismo raczej mało znane w Tarnowie…

Tak, jak wskazuje sama nazwa, to „magazyn studentów PWSZ w Tarnowie” i taki zasięg ma nasze pismo. Sądzę jednak, że można zobaczyć różne osoby, które studentami nie były i nie są, a czytają ją. „Ad Astrę”, na pewno czytał też niejeden przyszły student, gdyż jest ona jednym z elementów promujących naszą uczelnię. Pismo przeglądają absolwenci, sięgają po nie także nasi wykładowcy i pracownicy szkoły. Mam też na myśli rodziny i znajomych naszych redaktorów. Moja babcia czyta każdy numer!

Jakie zagadnienia można odnaleźć na łamach magazynu?

Głównym zadaniem „Ad Astry” jest informowanie o wydarzeniach odbywających się na uczelni i tu bardzo przydaje się pomoc pana Wojciecha Nowaka z Biura Promocji i Wydawnictw PWSZ. W ostatnim czasie sporo miejsca poświęcaliśmy sukcesom naszych sportowców – wspinaczom, a w tym roku akademickim zawodnikom sekcji grapplingu - zdobyli ponad dwadzieścia medali! Pierwsze sukcesy odnoszą również siatkarki PWSZ „Jedynki” Tarnów, wobec czego nie będziemy obojętni. Staramy się także pogłębiać świadomość studentów jeśli chodzi o administrację uczelni – opisujemy proces wybierania Rady Uczelnianej Samorządu Studentów, Rektora czy członków Senatu. Opisujemy zmiany w prawie dotyczące studentów - stypendia, płatne kierunki. Jak wiadomo studia to nie tylko nauka. Kultura to dla nas bardzo ważny dział. Recenzujemy  wydarzenia kulturalne albumy muzyczne, książki, filmy oraz spektakle teatralne. Ostatnio pojawia się więcej publicystyki i wywiadów.

Czy każdy ma możliwość publikowania artykułów, czy tworzy je zespół redakcyjny?

Każdy, o ile artykuł nadaje się do publikacji. Politykę odkładamy na bok, a w kwestii tak zwanego „pióra” jesteśmy bardzo wyrozumiali. Wskazujemy błędy, poprawiamy je i tekst można drukować. Niestety, z nadmiarem artykułów jeszcze nie mieliśmy do czynienia. Jest nadzieja, że to się zmieni. Zgłasza się do nas coraz więcej osób z ciekawymi pomysłami. Na uczelni powstała również sekcja dziennikarska Koła Naukowego Polonistów pod opieką pani mgr Magdaleny Pary. 

„Ad Astra” to pismo studentów PWSZ w Tarnowie. Może warto rozszerzyć ideę na większe grono odbiorców?

 Z pewnością! Sądzę jednak, że jeszcze nie jesteśmy na to gotowi. Mamy za sobą lepsze i gorsze wydania „Ad Astry”, zdarzały się poślizgi i niewielkie wpadki. Najpierw musimy się w pełni rozwinąć na własnym „podwórku”. Jako pismo chcemy bardziej zbliżyć się do studentów, co mimo iż sami nimi jesteśmy, nie jest wcale łatwe do osiągnięcia. Jest coraz lepiej, ale mamy jeszcze nad czym pracować.

Gdzie można zapoznać się z bieżącymi numerami?

Wersję drukowaną można zdobyć przy szatni każdego z budynków kampusu PWSZ, na korytarzach oraz w uczelnianej czytelni czasopism. W listopadzie reaktywowaliśmy stronę internetową, na której każdy ma dostęp do wydań gazety w wersji elektronicznej.

Per aspera da astra… Jakie zatem nowe pomysły zamierza redakcja zrealizować w 2012 roku?

Rewolucji nie będzie. Podstawowym celem oczywiście jest sukcesywne podnoszenie poziomu pisma. Mamy już małe sukcesy, np. wywiad z postacią  znaną wśród fanów fantastyki i horroru, Kazimierzem Kyrczem Jr. W styczniowym numerze znajdzie się krótki wywiad z Andrzejem Stasiukiem i, nieco dłuższy, z raperem Arkadio. Jeśli uda nam się to osiągnąć i utrzymać „kondycję”, to rok 2012 zapowiada się bardzo interesująco.

Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)


13:30, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2012

149 lat temu – 22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie Styczniowe. Ta ważna rocznica przeszła prawie zupełnie niezauważenie. W Tarnowie pamiętali o nim chyba tylko harcerze organizując kilkuminutowy apel poległych oraz garstka samorządowców. Nie zmienia to faktu, że ten wymowny grzech zaniechania to ciągle biała plama w powszechnej, obowiązującej edukacji młodego pokolenia. Wielka szkoda, bowiem, jak nauczał jeden z naszych wielkich poetów – taka przyszłość narodu , jakie młodzieży chowanie. Czyżby to ewidentne przemilczanie niepoprawnych politycznie dla obecnie rządzących Polską, dat z naszej historii mało być elementem kształtowania nowej – europejskiej, czy też brukselskiej, tożsamości młodego pokolenia Polaków? Więc niejako na przekór i wbrew przypomnijmy za portalem Gazeta.pl, że Powstanie Styczniowe było  największym polskim powstaniem narodowym wywołanym przeciwko Rosji. Wybuchło 22 stycznia 1863 w Królestwie Polskim i 1 lutego 1863 w byłym Wielkim Księstwie Litewskim i trwało do jesieni 1864. Spowodowane zostało narastającym terrorem jaki państwo rosyjskie siało na ziemiach polskich. Objęło tereny Królestwa Polskiego, Litwy, Białorusi i w mniejszym stopniu Ukrainy, poparła je także ludność polska z zaborów pruskiego i austriackiego. Powstanie Styczniowe zostało zakończyło się militarną klęską Polaków, mimo powszechnego poparcia międzynarodowej opinii publicznej. Miało charakter wojny partyzanckiej, w której stoczono ok.1200 bitew i potyczek. Mimo początkowych sukcesów zakończyło się klęską powstańców, z których kilkadziesiąt tysięcy zostało zabitych w walkach, blisko 1 tys. straconych, ok. 38 tys. skazanych na katorgę lub zesłanych na Syberię, a około 10 tys. wyemigrowało. aok.10 tys. Wilno zostało spacyfikowane przez oddziały Murawjowa Wieszatiela. Walka od samego początku miała nierówny charakter. Istniała ogromna dysproporcja sił między oddziałami powstańców a wojskiem rosyjskim. Z chwilą wybuchu powstania styczniowego niewielkie oddziały polskie były skoncentrowane w 40 ośrodkach. Nie istniała regularna armia, a jedynie oddziały partyzanckie, z których zaledwie niewielki odsetek walczących był wyszkolony i dobrze uzbrojony. Tymczasowy Rząd Narodowy początkowo był rozproszony. Działaniami powstańców faktycznie kierował młody naczelnik Warszawy Stefan Bobrowski. Wezwany przez rząd dyktator Ludwik Mierosławski stoczył dwie potyczki (zakończone klęskami) i uszedł z Królestwa. Następnym dyktatorem był gen. Marian Langiewicz. Ten również został pokonany i musiał opuścić Kongresówkę (Austriacy osadzili go w więzieniu). Od maja 1863 powstaniem kierował Rząd Narodowy zdominowany przez "białych", który oczekiwał pomocy z Zachodu. Tymczasem pomoc ta nie nadeszła, choć Powstanie Styczniowe wywołało ogromnie wrażenie na Europie, a do Polski odnoszono się z wielką sympatią. We wrześniu powstanie  zaczęło przeżywać głęboki kryzys. Opanował go dopiero Romuald Traugutt, który objął stanowisko dyktatora 18 października 1863. Romuald Traugutt powołał regularne oddziały wojska, wprowadził dyscyplinę. Władze powiatowe sformował po części z chłopów. Niestety reorganizacja powstania przyszła za późno. Powstanie słabło. Całości dopełniły jeszcze dwa dekrety wydane 2 marca 1864 przez cara Aleksandra II, w których nadawał on chłopom na własność całą ziemię jaka znajdowała się w ich użytkowaniu, w zmian za obowiązek płacenia wieczystego podatku gruntowego. W ten sposób przeciągnął chłopów do obozu antypowstańczego. 11 kwietnia 1864 schwytany został ostatni dyktator powstania Romuald Traugutt i jego współpracownicy. Aresztowanie to wraz z rozproszeniem ostatnich poważniejszych oddziałów partyzanckich na wiosnę 1864 roku oznaczało właściwie koniec powstania styczniowego. Pojedyncze grupy partyzantów działały jeszcze do września 1864, jednak nie posiadając wsparcia stopniowo ulegały rosyjskiemu wojsku. Najdłużej, bo aż do maja 1865 roku, przetrwał na Podlasiu odział księdza Stanisława Brzóski. Ksiądz zginął na szubienicy w Sokołowie Podlaskim. Gwoli historycznej prawdy należy przypomnieć, że Powstanie Styczniowe przyczyniło się do korzystniejszego niż w dwóch pozostałych zaborach uwłaszczenia chłopów. Pozostawiło również trwały ślad w literaturze (E. Orzeszkowa – Nad Niemnem, M. Dąbrowska – Noce i dnie) i sztuce polskiej (A. Grottger – Polonia i Lithuania, J. Matejko – Polonia) XIX i XX wieku w kraju, na Litwie i na Białorusi. A jak Powstanie Styczniowe przebiegało w Tarnowie? Interesująco pisze o tym Jadwiga Bożek.

  

Rok 1863 był dla naszego miasta rokiem szczególnym. W powstańczym zrywie wzięło udział ponad 600 ochotników z Tarnowa i okolic. Wydaje się, że nie jest to imponująca liczba, ale należy pamiętać, iż nasze miasto liczyło wtedy niewiele ponad 16 tys. mieszkańców. Uczestnictwo tarnowian w tym wydarzeniu historycznym jest podkreślany przez wielu historyków, zwłaszcza przez Andrzeja Kunisza - rodowitego mieszkańca Tarnowa. Jest on autorem bezcennej pozycji książkowej "Udział Ziemi Tarnowskiej w powstaniu styczniowym". Warto przypomnieć, że nasze miasto swym położeniem geograficznym sprzyjało działaniom powstańczym. Niedaleko Szczucina znajdowała się bowiem granica rosyjsko-austriacka. Tarnów leżał także niejako na trasie Lwów - Kraków, był przy tym największym miastem środkowej Galicji. Stąd właśnie tu prężnie działały młodzieżowe organizacje spiskowe, które od jesieni 1862 roku - odkąd powstała w Krakowie Rada Naczelna Galicyjska bezpośrednio się jej podporządkowały.

Jak podkreśla w swej książce Kunisz, "regularnie obchodzono w Tarnowie ważniejsze rocznice narodowe poprzez organizowanie okolicznościowych nabożeństw". Patriotyczna pamięć o wolności tarnowian wciąż żyła bezpośrednimi przygotowaniami do wybuchu zbrojnego powstania. 21 stycznia 1863 r., kiedy wybucha powstanie styczniowe, Tarnów jest w pełni przygotowany do walki. Od pierwszego dnia ruszają w mieście formalne biura werbunkowe, w których zapisywano ochotników. Powstaje tutaj także Komitet Niewiast, którym kierują żony wybitnych tarnowskich adwokatów - Rutowska i Stojałowska. Zorganizowana została szwalnia bielizny; odzież dla powstańców szyto także w mieszkaniach prywatnych. Do zadań Komitetu Niewiast Polskich oprócz szycia ubrań dla powstańców należała także pomoc medyczna, zabiegi o pieniądze na cele charytatywne, pomoc inwalidom i rodzinom poległych, docieranie do więzionych i internowanych oraz wykradanie stamtąd powstańców. Tarnów był także siedzibą Ławy Obwodowej - dowództwa konspiracyjnego, na czele którego stali przedstawiciele tutejszej inteligencji, m.in.: burmistrz Pędracki, adwokaci Stojałowski i Kaczkowski.W pierwszym okresie powstania znaczny jest udział tarnowian w korpusie płk. Kurowskiego.

Mieszkańcy naszego miasta utworzyli w tym korpusie osobną kompanię pod nazwą "strzelców tarnowskich", pod dowództwem jednego z przywódców tarnowskiej Ławy obwodowej, kpt. Antoniego Uhmy. Powstańcy wzięli udział z tym korpusem w słynnej bitwie miechowskiej 17 lutego, w której zasłynął batalion "Dzieci Tarnowskich" - kilkunastoletnich chłopców z gimnazjum w Tarnowie. Nie obeszło się bez krwawych strat; jak podają źródła historyczne, śmierć poniosło przynajmniej dziesięciu powstańców, kilkunastu zostało poważnie rannych. Ci, którym nie udało się uciec, dostali się w ręce wojsk carskich. Pomimo wzmożonych kontroli przez komisje śledcze, tarnowianie wciąż nieustraszenie wyjeżdżali do udziału w walkach powstańczych. Wielu z nich przyłączyło się działań dyktatorskich Langiewicza, które jednak szybko upadły. Za to do naszego miasta zaczęło przybywać coraz więcej rannych powstańców, którzy znaleźli opiekę i pomoc lekarską w dwóch szpitalach tarnowskich. Jeden został utworzony na potrzeby powstania w pałacu w Gumniskach, który oddał na ten cel sam Sanguszko. Najbardziej zasłużeni w pomocy medycznej tarnowscy lekarze.

Kolejnym znanym oddziałem tarnowskim był korpus młodego, zaledwie 25-letniego, majora Andrzeja Łopackiego. Dowódcą kampanii strzelców był kpt. Witold Rogoyski - w przyszłości bardzo zasłużony dla naszego miasta. Pod względem uzbrojenia i wyposażenia wojennego Batalion Łopackiego należał do najlepiej zaopatrzonych oddziałów powstańczych w skali całego kraju. Innymi zasłużonymi podczas powstania styczniowego pułkami powstańczymi były te pod dowództwem płk. Jordana, płk. Czachowskiego, płk. Szameita czy oddział mjr. "Kosy". 

Na przełomie roku 1863 i 1864 władze austriackie nasiliły swoje represje względem powstańców na terenie Ziemi Tarnowskiej. Powstańcy byli coraz częściej sądzeni przed Sądem Obwodowym, oskarżeni o zbrodnię naruszania spokojności publicznej przez udział w powstaniu lub jego wspomaganie. Celem skuteczniejszego dekonspirowania powstańców zostali mianowani w obwodach tzw komisarze bezpieczeństwa. W lutym 1864 roku zostały przeprowadzone masowe rewizje w domach czołowych działaczy powstańczych, m.in.: Józefa Dąbrowskiego, Władysława Kasprzykowskiego i Dawida Rosnera. Rewizje przeprowadzano również po wsiach - w Zgłobicach, Mielcu. Manifest cesarski z 24 lutego wprowadzał w Galicji środki wyjątkowe. Posiadanie broni, ukrywanie powstańców, nawet zbieranie pieniędzy na cele narodowe - wszystkie te działania groziły wysokimi karami więzienia i karami pieniężnymi. 

Powstanie tymczasem powoli chyliło się ku upadkowi. W kwietniu, gdy władze rosyjskie uwięziły w Warszawie Romualda Traugutta i jego głównych współpracowników, "powstanie wkroczyło w okres agonii". Sądy wojenne w Galicji skazały na karę więzienia w tym czasie ponad 3 tys. osób. Jak konstatuje Andrzej Kunisz, "Ostatecznie jednak terror policyjny stłumił wszelkie patriotyczne odruchy na terenie Ziemi Tarnowskiej(...) Beznadziejna walka końcowych miesięcy powstania, jego ostateczny upadek oraz następujące po tym wzmożenie terroru zaborczego i lekceważenie praw narodowych uciśnionego społeczeństwa polskiego, spowodowały również na terenie Ziemi Tarnowskiej głęboką depresję i zniechęcenie". Dużo musiało upłynąć czasu, żeby mieszkańcy Ziemi Tarnowskiej otrząsnęli się z pesymizmu powstańczego. Należało czcić pamięć tych, którzy z takim uporem walczyli o wolność naszego kraju i Tarnowa - naszej "małej ojczyzny". Wybitnym hartem ducha wykazali się najmłodsi tarnowianie, uczestnicy powstania styczniowego. Młodzież gimnazjalna: 13-, 14- i 15-letni chłopcy. Wielu z nich dosłużyło się stopnia oficerskiego. Nie brakowało wśród powstańców także uczniów szkół średnich i wybitnych studentów, którzy w historii rozsławili nasze miasto, jak choćby Franciszek Piekosiński.

 

Tarnowianie uczcili pamięć poległych już w niespełna trzydzieści lat po tym wydarzeniu. Na dzisiejszym Starym Cmentarzu w słynnej piątej kwaterze - kwaterze zasłużonych - usypany został wzorem Łyczakowa w 1891 kopiec powstańczy z mosiężnymi imionami poległych powstańców. Dzisiaj leżą tam także ofiary rabacji, legioniści i żołnierze AK. W latach 60. ubiegłego wieku architekt G. Studnicki i W. Gryl podjęli starania, by każdy grób powstańczy zawierał orła powstańczego - symbol niezwyciężonej walki. Co roku w styczniowe dni w kwaterze piątej spotykają się patrioci, młodzież, harcerze. 

Jadwiga Bożek  (Dziennik Polski)






10:25, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 stycznia 2012

Część pierwsza

Okres postępującego rozwoju Tarnowa

”Jest w Tarnowie portal internetowy. Wyróżniający się spośród innych. O ile inne informują, ten również komentuje rzeczywistość i to w sposób mocno emocjonalnie/politycznie ukierunkowany.” - pisze (ze zgrozą)  pan Adam Bartosz, na co dzień dyrektor Muzeum Okręgowego w Tarnowie, czyniąc to na jednym z nowych portali (tarnowteraz). Wprawdzie palce dyrektorowi sztywnieją, za każdym razem gdy chce napisać „inTARnet”, ale przynajmniej zamieścił „printscreen” naszej sondy internetowej, dzięki czemu wiemy, że chodzi o nas. Nie odbieram nikomu prawa do posiadania takich czy innych opinii, jednak zarzucając komuś grzech komentowania rzeczywistości, łatwo można potknąć się o własne nogi i wpaść we własne sidła, zwłaszcza gdy samemu się tą rzeczywistość właśnie „komentuje”. Ale idźmy dalej: ”Czytając autorów ma się wrażenie totalnego rozgardiaszu, bałaganu, zagrożenia, czającego się zewsząd, nieudolności, upadku moralnego etc. Oczywiście wszystko to dzieje się poza załogą okopaną za www. A załoga ta i wspierający ją ochotnicy stanowią dla tego, co się na zewnątrz okopów dzieje, absolutnie przeciwstawny wzór moralności, porządku, uczciwości, mądrości etc.” - kiedy pierwszy raz przeczytałem te zdania, zrazu pomyślałem sobie, że Pan dyrektor pisze o „Gazecie Wyborczej”, która wszędzie widzi zagrożenia, samemu stanowiąc przeciwstawny „wzór moralności, porządku, uczciwości, mądrości etc”. Pan dyrektor ma też za złe nam i internautom, że w sondzie internetowej większość głosujących uznała, że w ostatnich latach Tarnów znalazł się w okresie stagnacji lub postępującej degradacji. Dla Pana dyrektora ci głosujący - to ludzie o szczególnej „konstrukcji mentalnej”, którzy w swych ocenach, w odróżnieniu od Jego osoby - kierują się „odczuciami”, a nie „faktami”. Te zaś są takie (rzecz jasna fakty, nie odczucia), że pozwalają A. Bartoszowi odważnie porównać prezydenta Ryszarda Ścigałę do... hetmana Tarnowskiego. Ale po kolei...


Foto: konstrukcja mentalna i ukierunkowanie polityczne Mirosława Poświatowskiego – pan redaktor „na garnuszku PO”. Autor kompromitującego zdjęcia: radny Jakub Kwaśny (SLD).

Diagnoza postępującego niedorozwoju

Na wstępie zechcą Państwo wybaczyć niektóre dygresje, które poczynię w niniejszym tekście, ale uznałem to za istotne, jako że dotyczą one nie tylko określonej Osoby, ale szerszego, wartego odnotowania zjawiska

.Ale do rzeczy: kamieniem obrazy dla Adama Bartosza wydaje się być nasz sondaż, z którego wynika że prawie 50 procent respondentów uważa, że Tarnów w ostatnich latach przeżywa „okres postępującej degradacji”, a ponad 13 procent - „okres stagnacji”. Nie wiem, czy 1436 osób to grupa duża, mała czy, jak pisze dyrektor, „skromna”. Ogólnopolskie badania częstokroć wykonuje się na próbie 1000 głosów. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że zapomniana już przez nas (przyznaję) sonda „wisi” czas dłuższy, więc związany z nią mechanizm pozwolił po – bodajże dwóch tygodniach – zagłosować jeszcze raz – to na liczący 110 tys. Tarnów - 1436 - to chyba jednak jest jakaś liczba? Oczywiście nie jesteśmy sondażownią i nasze sondaże, podobnie jak wszystkie sondaże internetowe są swego rodzaju mało reprezentatywną „zabawą”; sondy internetowe przeprowadzone wśród czytelników „Gazety Wyborczej”, przyniosą zgoła odmienne wyniki, niż te przeprowadzone np. przez „Nasz Dziennik”; abstrahując jednak na razie od tego, które wyniki dla A. Bartosza są „słuszne”, a które „niesłuszne”, wypada zauważyć, że jeżeli jednak 1436 głosów to liczba „skromna”, to jeszcze bardziej skromne są sondaże zamawiane przez gazety, które Pan dyrektor czyta i którym daje wiarę. Jaka w takim razie dla Pana dyrektora będzie liczba „nie skromna”? Mamy przepytać wszystkich Tarnowian?

Przy okazji czytania wzmiankowanego felietonu dowiedzieliśmy się też, że ów sondaż zamieściliśmy celem „upewnienia się w swej diagnozie otaczającego nas świata”. Otóż pragnę Pana dyrektora zapewnić, że nie potrzebuję żadnych sond dla „upewnienia się w swojej ocenie”; w zakresie tego upewnienia się, lub zweryfikowania oglądu, wystarczają mi rozmowy z ludźmi, zwłaszcza zaś zapoznanie się, na gruncie logiki i faktów, z opiniami osób reprezentujących poglądy odmienne od moich. Zaś te kilkaset osób które zagłosowało u nas „negatywnie”, nie stanowi żadnej grupy moich „podopiecznych”, których poprosiłem, żeby zagłosowali tak, a nie inaczej, bym mógł się „upewnić” w zakresie swoich diagnoz. Myślę że taka sugestia mogłaby być wręcz dla nich obraźliwa. Jest to wszystko zresztą tym bardziej istotne, że nigdy nie stwierdziłem, jakoby Tarnów np. „przeżywał okres postępującej degradacji” - choć, postawiony tak pod ścianą przyznam, iż coraz częściej skłaniam się ku tej opinii.

Osobliwa „konstrukcja mentalna”, błędne „odczucia” i niesłuszne „polityczne ukierunkowanie” - czyli jak utracić kontakt z rzeczywistością.

Ale zacytujmy rzeczony felieton: ”I co my możemy z tego skromnego (1436 osób) sondażu wywnioskować? Z całą pewnością widzimy, co myślą o rzeczywistości tarnowskiej tarnowianie. Ale szczególnie wyselekcjonowani, ci, którzy portal odwiedzają, a raczej się z nim identyfikują. (…) Skąd zatem taka ocena portalowych głosów? Otóż sondaż ten ilustruje wyłącznie odczucia osób, nie fakty. A odczucia w wielkiej mierze zależą od konstrukcji mentalnej. Osób o podobnej konstrukcji zbiera ów portal szczególnie dużo, to jego cecha dystynktywna. I taki obraz Tarnowa budując, czują się świetnie” - pisze dyrektor.  Wynika z tego, że ci, którzy nasz portal odwiedzają, „a raczej się z nim identyfikują”, to ludzie jakiejś gorszej kategorii, niepełnosprawni intelektualnie w swych decyzjach (więc może lepiej się z ich zdaniem nie liczyć); ci biedni ludzie nie wiedzą, że wchodząc na inTARnet.pl, są „szczególnie wyselekcjonowani”; gdyby wchodzili gdzie indziej, np. na tarnow.pl albo na tarnowteraz.pl, wyselekcjonowani by nie byli, a jeśli już, to byliby wyselekcjonowani „prawidłowo”.

Rozumiem, że pan Bartosz wie na pewno, że ludzie odwiedzający nasz portal kierują się „odczuciami”, a nie „faktami”. Nie wiem wprawdzie, na podstawie jakich badań (archeologicznych? psychologicznych?) pan Adam wysnuł tę teorię – zakładam, że dokonał tego kierując się  „faktami”, a nie „odczuciami”, poprzez ”odwołanie się do mierników nie emocjonalnych (kto zechce, to takie mierniki znajdzie)”. Tak więc cieszę się, że Pan dyrektor w swoim życiowym postępowaniu kieruje się nie odczuciami, tylko faktami i że Jego „konstrukcja mentalna” jest inna; żywię przy tym nadzieję, że posiadając ją, Adam Bartosz „czuje się świetnie”.

Przyjmując to za dobrą monetę rozumiem ponadto, że skoro „o ile inne (portale) informują, ten również komentuje rzeczywistość i to w sposób mocno emocjonalnie/politycznie ukierunkowany” - to pan dyrektor, kierując się tylko faktami, a nie odczuciami, równie krytycznie spogląda na np. „Gazetę Wyborczą”, jak najbardziej komentującą rzeczywistość i to  w sposób „mocno emocjonalnie/politycznie ukierunkowany”. Zakładam życzliwie bowiem, że pan dyrektor, kierując się faktami, a nie odczuciami, posiada konstrukcję mentalną pozwalającą równą miarę przykładać do obserwowanych zjawisk – i złem samym w sobie jest jakiekolwiek komentowanie i bycie „mocno emocjonalnie/politycznie ukierunkowanym”, nie zaś jedynie „niewłaściwe” politycznie ukierunkowane, jak miałoby to miejsce w przypadku osoby, posiadającej konstrukcję mentalną na podobieństwo mentalności Kalego.

A tak przy okazji, to jaki jest ten mój/nasz, zdaniem Pana dyrektora, niesłuszny kierunek? Chciałbym się tego dowiedzieć, celem utwierdzenia się, że dyrektor Muzeum Okręgowego w Tarnowie, w ocenie zjawisk rzeczywiście kieruje się „faktami”, a nie „odczuciami”.

Rozumiem, też, że pisząc o tym, jaki jest obraz naszego portalu i jacy ludzie, o jakiej osobliwej konstrukcji mentalnej go odwiedzają, Pan dyrektor, posiadając odmienną konstrukcję mentalną własną - z poświęceniem i z narażeniem na niebezpieczeństwo zaburzenia swej konstrukcji mentalnej, na nasz portal zerkał. No chyba że zna go tylko z opowieści i na tej podstawie się o nim publicznie wypowiada, co nie byłoby zresztą pierwszym takim przypadkiem w życiu Pana dyrektora, potrafiącego już wypowiadać się i ciskać gromy na temat spotkań, na których nie był (o czym niżej). Mam nadzieję tylko, że ten rodzaj konstrukcji mentalnej nie przenosi się na działalność archeologiczną i jakąkolwiek inną Muzeum Okręgowego w Tarnowie.

Skoro bowiem Pan Bartosz najwyraźniej dopuszcza myśl, że większość głosujących w naszej sondzie osób utraciła kontakt z rzeczywistością (ach te „fakty” zamiast „odczuć”!) - to również i ja czuję się upoważniony, by dopuścić do siebie myśl, że kontakt z rzeczywistością utracił Pan dyrektor. Nie wiem tylko, na co Panu dyrektorowi wypisywanie takich błazeństw tuż przed emeryturą; osobiście ze zgrozą myślę, że na progu swoich emerytalnych lat – o ile ich dożyję, co wobec planów Platformy, której Pan A. Bartosz, jak na „ludzi rozumnych” przystało wydaje się być fanem i co nie jest wcale takie pewne, bo bardzo możliwe iż system emerytalny nie będzie już wtedy istniał -  że na progu swoich emerytalnych lat, również i ja mógłbym wypisywać podobne głupstwa.

Dialektyka a'la „GW”

Odmawianie praw czy przypisywanie pewnych negatywnych właściwości umysłowych jednej grupie ludzie, szufladkowanie, stygmatyzowanie i wrzucanie do specjalnie tworzonych gett ludzi uznanych za „gorszych”, których opinia musi być błędna, zatem dobrze byłoby zasugerować, że nie należy liczyć się z ich głosem - tu na szczęście jest to póki co „tylko” getto osób o „innej” od Pana dyrektora „konstrukcji mentalnej”, do którego to getta A. Bartosz, kierując się swoimi odczuciami, wrzuca ludzi, którzy jego zdaniem kierują się odczuciami, zamiast faktami (zwłaszcza jeśli są to odczucia niesłuszne) – ten styl narracji, te sugestie, aluzje i temu podobne chwyty – toż to toczka w toczkę arsenał rodem z „Gazety Wyborczej”, gdy ta chce kogoś lub jakieś środowisko zgnoić, próbując pozbawić je wiarygodności, prawa do wyrażania sądów, już o zaliczaniu tego środowiska do grona ludzi, których można wpuścić do przedpokoju „Salonu”, nie wspominając!

Być może u pana Adama ten styl wynika z przedawkowania gazety tejże – wszakże znam kilka przykładów pokazujących, że wyleczenie się z tej przypadłości jest możliwe i w charakterze antidotum proponuję np. lekturę książki „Strachy z gazety – 20 lat przestróg dla Polski” Grzegorza Kucharczyka, „Rzeczpospolita Kłamców – Salon” Waldemara Łysiaka i inne. Albo lekturę wyznań niektórych byłych redaktorów tej gazety, opowiadających o piszących w niej „cynglach” manipulujących rzeczywistością. Po takiej szczepionce można już czytać teksty choćby i Konstantego Geberta, bez narażenia na szwank własnej konstrukcji mentalnej; przy czym miarą skuteczności tejże szczepionki niechybnie może być tylko stan „podniesionego ciśnienia” ze strony uczciwego czytelnika, który znów trafił na artykuł szkalujący Polaków. A tak nawiasem mówiąc, odnośnie Konstantego Geberta, goszczącego niekiedy w Tarnowie na zaproszenie A. Bartosza przy okazji – skądinąd moim zdaniem bardzo ważnych - „Galicjanersztetl”: w jego obronie można powiedzieć przynajmniej to, że gdy publikuje jako Dawid Warszawski na łamach „Gazety Wyborczej”, czy w niektórych pismach poza granicami kraju - to w odróżnieniu od niektórych swoich kolegów, czyni to przynajmniej w sposób bardziej widoczny jako osoba reprezentująca interesy żydowskie w Polsce. Mnóstwo innych osób reprezentuje te interesy w sposób zakamuflowany. Ale w szkalowaniu Polaków, K. Gebert jest w – nie tylko mojej ocenie - nieodrodnym synem funkcjonariuszki UB w Rzeszowie i agenta NKWD. Stąd też wściekłość tego środowiska wobec lustracji, nienawiść do polskości i katolicyzmu jest zrozumiała – nie rozumiem tylko dlaczego akurat ta osoba musi być zapraszana na organizowane przez Muzeum Okręgowe w Tarnowie „Dni Pamięci Żydów Galicyjskich”? No chyba że dyrektorowi A. Bartoszowi zależy na „utrwalaniu stereotypów” wobec „żydokomuny”, względem potomków tych, którym ludzie z tego środowiska wyrywali paznokcie. W takim kontekście istotnie wolę zaliczać się do grona ludzi o „innej” „konstrukcji mentalnej”...

Piszę o tym, albowiem pamiętam, jak po zaproszeniu do Tarnowa Stanisława Michalkiewicza, Pan dyrektor orzekł, że „pewnych ludzi się nie zaprasza”, a w następnej kolejności „powinniśmy zaprosić Leszka Bubla”. Otóż tu częściowo zgadzam się z Panem dyrektorem - „pewnych ludzi się nie zaprasza” i w następnej kolejności A. Bartosz na Galicjanersztetl powinien zaprosić np. Isaaka Singera, niegdyś sekretarza Światowego Kongresu Żydów, który swego czasu stwierdził, że jak długo Polska nie zaspokoi żydowskich żądań majątkowych, tak długo będzie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym. Albo któregoś z ubeckich Polakożerców, w licznych książkach wypisujących bzdury o tym, jak Armia Krajowa mordowała Żydów, czy powtarzających opowiastki w rodzaju rzekomego przysłowia sprzed kilkudziesięciu lat, głoszącego iż „jak przechodzący obok mnie Polak mnie nie morduje – czyni to wyłącznie z lenistwa”. Albo też można by zaprosić któregoś z żydowskich polityków, szykujących na Bliskim Wschodzie III wojnę światową, z ziemią obiecaną w postaci Polski, z jerozolimską szlachtą na czele, do czego jesteśmy stopniowo przygotowywani, w razie gdyby w Izraelu coś poszło nie tak.

Póki co zadowolić się musimy jednak Konstantym Gebertem, szkalującym także w zagranicznych opiniotwórczych pismach Polskę i Polaków, a czyniącym to – w mojej i innych polskich „antysemitników” ocenie – ze skrajnie nacjonalistycznej, bez mała faszystowskiej, szowinistycznej perspektywy „narodu wybranego”. Dlatego Polacy powinni „swoje zbrodnie na Żydach zaakceptować jako część własnej historii”. Panu Gebertowi marzy się Polska, w której nasz naród „wyzbył się przekonań politycznych” które czyniły nas „zakładnikami historii przez dwa tysiące lat”; Polska z młodymi Polakami, którzy „porzucili zarówno złe, jak i dobre tradycje” i wolą się uczyć niemieckiego niż historii wojen z Niemcami; Polska w której całe połacie tożsamości narodowej i tradycji zostały zapomniane, a wydziały polskiej historii na uniwersytetach zdominowane są przez żydowskich profesorów. To Polska, która jest kontynentalną potęgą gospodarczą, a Polscy Żydzi, w całej Europie, są jej „siłą przewodnią”.

Pewnych ludzi się nie zaprasza, panie Adamie. Bo potem wszędzie na świecie incydentalne przypadki „szmalcownictwa” okazują się ważniejsze, od ratowania Żydów, za co tylko w Polsce groził wyrok śmierci dla całej rodziny ich ukrywającej; okazują się ważniejsze od prowadzonej przez AK i katolicki kościół akcji ratowania Żydów  i od wyroków śmierci wykonywanych na „szmalcownikach”. Zaproszenie Dawida Warszawskiego do Tarnowa to policzek wymierzony w tych Polaków, i ich potomków, którzy tych Żydów ratowali. Do tej pory taktownie na ten temat milczałem, ale z perspektywy czasu widzę, że była to przesadna grzeczność.

I dopiero widząc całą tą „konstrukcję mentalną” - lepiej rozumiemy, dlaczego w Tarnowie ważniejsi są Cyganie czy Żydzi, niż chociażby „żołnierze wyklęci”; ważniejsze są sowieckie ofiary stalinizmu na Ukrainie – od ofiar ludobójstwa dokonanego na całych polskich rodzinach przez ukraińskich nacjonalistów...

Między faktami, komentarzem, a propagandą sukcesu

Ale „mniejsza” z tym. Wracając do sondy: za czyjś głos nie odpowiadamy. Być może w podobnej sytuacji, sytuacji sondy przeprowadzonej wśród pracowników Muzeum - Pan Dyrektor mógłby ponosić odpowiedzialność za wszystkie głosy i ręczyć za uzyskany rezultat – tego nie wiem. W każdym razie A. Bartosz czyni nas współwinnymi tego, że większość osób głosujących w naszej sondzie oceniła rzeczywistość negatywnie, a przecież powinna była ocenić ją pozytywnie.  Nie sposób więc odnieść wrażenia, że Pan dyrektor myli opisywanie faktów – z propagandą sukcesu; tej zaś szukać należy na tarnow.pl i z tej perspektywy z pewnością nie mamy Panu dyrektorowi wiele do zaoferowania. Poza może propozycją, aby publikował On na naszych łamach, by w ten sposób mogły na nich znaleźć odzwierciedlenie odczucia osoby o właściwej konstrukcji mentalnej. Być może nawet dzięki temu, przez swą obecność, „czynem” A. Bartosz mógłby sprawić, iż w naszej sondzie zmieniłyby się proporcje, a większość głosujących uznałaby, że nasze miasto przeżywa jednak „jeden z najlepszych okresów rozwoju” - no i wówczas już użytkownicy portalu byliby właściwie politycznie ukierunkowani, posiedliby właściwą konstrukcję mentalną, kierowali się faktami, a nie odczuciami, wskutek czego zapanowałaby jednomyślność, skierowana w jedynym słusznym kierunku, na pohybel defetystom, dla których nie tylko odczucia, ale i fakty przedstawiają się zgoła inaczej, zwłaszcza gdy na przekór tej propagandzie pozłacanych fasad, rzeczywistość skrzeczy...

My przedstawiamy fakty. I komentujemy rzeczywistość. Tam gdzie to czynimy, robimy to w jasny i czytelny sposób, czego nie można powiedzieć o wielu dziennikarzach i niektórych mediach głównego nurtu, przedstawiających koktajl prawd, półprawd, niedopowiedzeń, kłamstw, manipulacji, insynuacji i sugestii, oblanych sosem jadu i nienawiści przeciekających ze zmieszanego z tą breją komentarza. Pan dyrektor wie, które media mam tu na myśli, bo regularnie bierze je do ręki.

Ze swej strony zapewniam, że poinformowaliśmy o każdej chyba miejskiej inwestycji. Owszem, może nie chodzimy na uroczyste przecięcia. Niektóre, bardzo nieliczne z działań magistratu zostały przez nas skomentowane odrębnym komentarzem. Niektórym poświęciliśmy teksty interwencyjne (nie my jedyni), tak jak dziennikarzom to przystoi. Bywało, że sięgaliśmy po formułę felietonu, który najwyraźniej, jest niedopuszczalny, o ile poddaje się w nim krytyce nie tych, co trzeba. Mamy prawo do swoich poglądów i wyrażamy je. Nie fałszujemy rzeczywistości. Nie odbieramy innym prawa do wypowiedzi czy komentarza. Zamieszczamy większość otrzymywanych informacji, także tych muzealnych, jeżeli tylko Muzeum o przysłaniu ich do nas „nie zapomni”. W naszym archiwum jest trochę, także filmowych materiałów dokumentacyjnych, dotyczących Muzeum, choć oczywiście, szczególnie w ostatnim czasie, skupiamy się na innych działaniach dziennikarskich (i nie tylko), raczej zapowiadając rozmaite tarnowskie wydarzenia, niż je relacjonując.

Jednocześnie na naszym portalu – że jeszcze raz to podkreślę - jasno artykułujemy nasze poglądy, nie ukrywamy ich, nie kamuflujemy. Poza tym odwiedza nas kto chce. A zamieszczane komentarze świadczą, że zaglądają do nas osoby także o poglądach zupełnie przeciwstawnych do naszych, wydaje się, że niekiedy bliższych Panu dyrektorowi; ludzie ci dają temu zresztą ochoczo wyraz  – szkoda tylko niestety, że częstokroć czynią to w chamskiej, czy niemerytorycznej formie.

Ps. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treści zawarte w tekście red. Poświatowskiego, co nie znaczy, że ich nie podziela, przynajmniej częściowo…


08:57, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »

Część druga

Ścigała jak Hetman czyli „fakty” wg A. Bartosza

Pan Adam Bartosz w swoim felietonie pisze o trzech okresach koniunktury w dziejach Tarnowa. Jak czytamy: „(...) I – znowu miarkę stosując wyskalowaną przez inżyniera, nie polityka – trzecim takim okresem jest niewątpliwie ostatnia dekada, a nawet – w czasie proces rozciągając – ostatnie trzy dekady. Zwłaszcza zaś napływ funduszy inwestycyjnych w latach ostatnich nie ma sobie równego w historii. Nawet sam Hetman mógłby swemu dzisiejszemu odpowiednikowi pozazdrościć.”To bardzo odważne stwierdzenia. Otóż nie wiem, czy sam Hetman mógłby pozazdrościć.

Trzeba by go o to spytać.Póki co, wydaje się, że Pan dyrektor kieruje się raczej swoimi odczuciami, a nie „miernikami obiektywnymi”. No chyba że pisząc o hetmanie, ma on na myśli swojego zastępcę, czyli hetmana z naszej szopki satyrycznej, znakomicie komentującego rzeczywistość zza ram obrazu. Wolałbym jednak, by ewentualne stawianie pomników prezydentowi Ryszardowi Ścigale pozostawić przyszłym pokoleniom, co najmniejczasu, aż właściwego uhonorowania doczeka się sam Hetman.

Ale żarty na bok. Inwestycje miejskie widzę. Pragnę jednak przypomnieć, że nie wszystkie są trafione oraz zwrócić uwagę na koszty – bo nie jest powodem do chwały zadłużanie miasta. To potrafi każdy. Oczywiście, jestem w stanie zrozumieć, że Pan dyrektor cieszy się, z zabezpieczonej i wyeksponowanej należycie Bimy, co nazwano programem rewitalizacji Placu Rybnego; o pamiątki przeszłości trzeba w końcu dbać, zwłaszcza wtedy, gdy nie stać na to biedną diasporę żydowską, zbyt zajętą pilnowaniem swoich geszeftów w mediach, Hollywood i pilnowaniem amerykańskiego złota FED. Jednak być może niektórzy z głosujących w naszej sondzie, po prostu uważają, że włodarz miasta powinien zabiegać o inwestycje generujące rozwój, wytwórczość, miejsca pracy. Ja akurat skłaniam się ku przekonaniu, że włodarz powinien jedynie administrować. Wtedy nie potrzeba by było tylu urzędników. Ale to już bardziej sprawa ustawodawców.

Tak czy owak, być może Pan Dyrektor szerokim łukiem omija przez ostatnie, bodaj 9 miesięcy – ulicę Krakowską, bo gdyby nie omijał, to wówczas może pewna mniemanologia stosowana uległaby nadwątleniu, na myśl, że wobec tej inwestycji Hetman niekoniecznie „pozazdrościłby” prezydentowi R. Ścigale, tylko czym prędzej pogonił kogoś gdzie pieprz rośnie.

Wracając do głosujących – być może istotnie niektórzy z nich kierują się „odczuciami”. Pan dyrektor nie ma żadnych „odczuć”? A może Jego „odczucia” są lepsze od innych? W każdym razie, „odczucia” w znacznej mierze wypływają z faktów. Być może więc po prostu niektóre „fakty” nie przekładają się na dobrobyt wielu mieszkańców. Być może nic im nie przychodzi z rozkopanej Krakowskiej, skutkiem czego było zwalnianie pracowników i zwijanie interesów; być może nic im nie przychodzi z korków, fontanny, przeniesienia Kapłonówki, zabezpieczenia bimy, modernizacji gmachu teatru czy przejścia podziemnego, o nadchodzącej fali zwolnień, cięć, redukcji, bankructw i przewadze liczebnej sprzedających nad kupującymi na „Burku” nie wspominając. Być może wszystkie te magistrackie „wodotryski” stoją w jakiejś sprzeczności z chudnącą zawartością portfela uczestników naszej sondy, w sprzeczności z likwidowanymi miejscami pracy, rosnącymi cenami, opłatami za przedszkola itd. itp. Być może to wskutek zaglądania do własnych portfeli ludzie ci mają takie, a nie inne „odczucia”. Zupełnie inne, niż chciałby je widzieć Pan Dyrektor, czy Prezydent Ryszard Ścigała. I gotów jestem się założyć, że przynajmniej część osób „negatywnie” głosujących w naszej sondzie, po zamienieniu się miejscami z Panem dyrektorem, mogłaby po jakimś czasie nabyć tych samych co Pan dyrektor „odczuć” i tej samej oceny „faktów”...

W kręgu tewurzystwa

Oczywiście, mogę się domyślać, co wpłynęło na powstanie felietonu Pana Adama Bartosza pt. „Okres postępującej degradacji Tarnowa”. Zaboleć mógł happening polegający na odsłonięciu pomnika „O! Pałki”, przeprowadzony przy okazji planów prezydenta R. Ścigały nadania skwerowi pod Mościckim Centrum Kultury imienia tego komunistycznego aparatczyka, którego Pan dyrektor jak wiem miał sposobność znać i pod pieczą którego, jak się wydaje, pracował. Mogło boleć także wytknięcie faktu współpracy z SB biskupowi ordynariuszowi tarnowskiemu Wiktorowi Skworcowi, zarejestrowanemu pod wdzięcznym pseudonimem „TW Dąbrowski” - i wykpienie nadania tytułu Honorowego Obywatela temuż, drugiemu już z rzędu „honorowemu TW” w historii naszego miasta. O krytyce ekumenizmu, zwłaszcza tego, wbrew nawet samej definicji rozumianego jako wspólne modły Żydów i Chrześcijan - nie wspominając. Ja wiem, że boli, gdy ktoś niebacznie wpuszczony na Salon, głośno zauważy, że coś tu nieprzyjemnie pachnie. Dla Salonu gorszycielem jest bowiem zawsze ten, kto chce otworzyć okna i Salon nieco przewietrzyć, nie zaś ten, który „puścił bąka”.

Zabolała z pewnością „Encyklofrenia” Tarnowa, z życiorysami bogato wycieranymi gumką (a właśnie – kiedy zobaczymy to szumnie, w atmosferze skandalu zapowiadane wydanie drugie, poprawione?). Zaboleć mógł artykuł (bardzo delikatny zresztą) mojego redakcyjnego kolegi o pracowniku Muzeum, historyku Kazimierzu Bańburskim, zatrudnionym swego czasu w SB, w charakterze bodaj archiwisty (nie odmawialiśmy tu zasług Panu Kazimierzowi w jego pracy i działalności, ale tylko w zakresie nie obejmującym okresu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej). I zabolało z pewnością przytoczenie wypowiedzi tego pana podczas konferencji prasowej promującej album „Małopolska w PRL”, kiedy to usłyszeliśmy, że PRL wcale nie był taki zły, a obecne młode pokolenie nasiąknięte jest w tym względzie propagandą, a w ogóle to dzieci normalnie wówczas chodziły do przedszkoli i na pochody... Zaboleć mogły niektóre odcinki dźwiękowego satyrycznego cyklu „Tajemnice Kabotynowa”, jak choćby ten z seansem spirytustycznym w Mauzoleum Odkrywkowym, z udziałem Tate Barozsa. Zaboleć mogła satyryczna szopka, w której Pan dyrektor wziął udział w roli Żyda, obok diabłów w osobach nieżyjących już dyrektorów Galerii Miejskiej BWA i Tarnowskiego Teatru. Tym bardziej, że wicemarszałek Roman Ciepiela, który też miał wziąć czynny udział w szopce (a więc podwładnym nie wypadało udziału nie wziąć) – w ostatniej chwili zachorował na „chorobę dyplomatyczną”...

Zaboleć mogły polemiki wokół spotkania ze Stanisławem Michalkiewiczem, które to spotkanie prowadziłem w formule sądu nad jego „antysemityzmem”. Pan dyrektor na spotkaniu tym nie był, co nie przeszkodziło mu obszernie się na jego temat na łamach prasy wypowiadać (wskazując, że „pewnych ludzi się nie zaprasza”). Zaboleć mógł krytyczny tekst wobec „Dni Judaizmu w Kościele Katolickim” - i artykuły dotyczące zapalenia „świateł chanuki”, w kontekście „Bożonarodzeniowych” kartek tarnowskiego magistratu. Zaboleć mogły niektóre publikacje, w szczególności artykuł „Odlot rozumu” napisany po tym, jak Pan dyrektor publicznie podczas konferencji prasowej stwierdził, podkreślając publiczność tego wystąpienia, że nie będzie udzielał mi żadnych informacji, bo jestem antysemitą... Cóż, taki tytuł – pierwszego antysemity Tarnowa – zobowiązuje, toteż od czasu do czasu staram się sprostać temu, trochę na wyrost namalowanemu wizerunkowi i nie zawieść oczekiwań, które ostatnio na tym odcinku wydają się być spore. Nie wiem tylko, czy Pan dyrektor, reagując na moje „wybryki”, czyni to „prywatnie”, czy „służbowo”? Tak czy siak, spełniam w ten sposób dobry uczynek, bo dzięki temu nie trzeba antysemitów sztucznie produkować, np. poprzez malowanie na murach szubienic z gwiazdą Dawida i innych takich symboli, jak to „z narodowego obowiązku” niedawno robili nocami niektórzy Żydzi w USA, zanim nie złapała ich Policja. Wprawdzie ja swastyk nie maluję, przez co może Pan dyrektor ostatnimi czasy nie ma za bardzo co fotografować, jednak staram się jak mogę uprawiać „antysemityzm” przynajmniej piórem, żeby w ten sposób Panu dyrektorowi sprawić przyjemność i być może pomóc wywiązać się mu z Jego obowiązków...

Jako zionący nienawiścią oszołom czynię to wszystko z poczucia obowiązku, żeby salonowe „tewurzystwo” mogło poczuć się „lepsze” i utwierdzić w tym, że wszystko wie lepiej – wszędy, w patriotyźmie, w katolicyźmie, w marszach niepodległości, w nazywaniu rzeczy po imieniu, w kierowaniu się faktami, a nie odczuciami -  dopatrując się, „czającego się zewsząd” „zagrożenia”. Na szczęście wszystko to dzieje się „poza załogą”. „A załoga ta i wspierający ją ochotnicy stanowią dla tego, co się na zewnątrz okopów dzieje, absolutnie przeciwstawny wzór moralności, porządku, uczciwości, mądrości etc.”.

Co zrobić z tym Poświatowskim?

W dodatku rzecz całą komplikuje jeszcze jeden fakt: nie za bardzo wiadomo co z nami, z naszym portalem zrobić, skoro próbowano zrobić lub zrobiono już tyle. Cóż, jeszcze nie wszystkie mechanizmy rodem z PRL pod obecnymi rządami działają wystarczająco sprawnie. No, a poza tym, jak tu Poświatowskiego z Salonu wyrzucić, skoro w nim na ogół nie bywa? I jeszcze te dysonanse poznawcze: jakże to, ten tak politycznie ukierunkowany osobnik, zionący (jak słyszę raz po raz)  nienawiścią, współrealizować mógł taki chociażby cykl „Uwaga, człowiek”, poświęcony różnym zasłużonym postaciom?! A wśród tych postaci był przecież i dyrektor tarnowskiej sceny Ryszard Smożewski (PZPR)?! Przecież to niemożliwe, redaktor Poświatowski jest przecież niewłaściwie politycznie ukierunkowany, ma osobliwą „konstrukcję mentalną” i nie powinien być do takich rzeczy zdolny. O innych realizowanych przez Poświatowskiego, „pozytywnych” i niekoniecznie znanych przedsięwzięciach nie wspominając. Przecież według obowiązującego przesądu, on ma uprawiać jedynie krytykanctwo i sypać piach w tryby dobrze naoliwionej maszyny propa..., przepraszam: politycznej poprawności, właściwej ludziom cywilizowanym! I pomyśleć tylko, że ja koło niego siedziałem podczas wspólnej inscenizacji – wieczoru poświęconego Dagaramie, wiele lat temu, w Muzeum Okręgowym. I jeszcze miejsce na spotkania z ciekawymi ludźmi mu udostępniałem. Co z tym fantem począć?

No ale Pan dyrektor nie wiedział wówczas jeszcze, z jakim to miał do czynienia nieokrzesanym dzikusem. Dziś wie. I co z takim zrobić? Podać rękę? Nie ugryzie zamiast ucałować? Przywitać się – nie przy witać? Zaprosić – nie zaprosić? Może jednak lepiej ów „okaz” na wszelki wypadek jakoś tolerować, bo w przyszłości – to nigdy nic nie wiadomo, niektóre znajomości mogą się przydać, zwłaszcza gdy Ciemnogród podnosi swój demoniczny łeb...

Tak więc póki co, zamierzam dalej tu pisać, przynajmniej do czasu kiedy nie wyemigruję – i wówczas nic już nie będzie zakłócać dobrego samopoczucia A. Bartosza i kręgu podobnych Mu osób. Zaliczam się bowiem, drogi Panie Adamie do osób, których z racji wieku nie zdążono sholokaustować w katowniach UB i NKWD i mam zaszczyt zaliczać się do grona osób, których mózgów nie przerobiono telewizyjno-gazetkową („gazetka, gazetka, nikt nie ma w niej napletka”) „betoniarą”, podpowiadającą co myśleć wypada; nie przerobiono mi mózgu na macę, nie mam nagana autocenzury z tyłu głowy, o zgrozo nie siedzę też w niczyjej kieszeni. Owszem, dyplomata ze mnie żaden, staram się jednak mówić to, co myślę, trzymając się zasad dobrego wychowania; choć oczywiście w felietonach dokonuję czasem celowych przerysowań – są one jednak moim zdaniem uzasadnione i dopuszczalne. I ten „weredyzm” zapewne dyskwalifikuje mnie jako bywalca salonów. Owszem, mam swoje sympatie i antypatie, wdzięczność za podaną bezinteresownie rękę w potrzebie i pamięć o wyświadczonych świństwach. Wszystko co czynię, robię z otwartą przyłbicą. Ważna jest dla mnie Polska. Jeżeli już czegoś najbardziej nie lubię – to jest postawa, w której ktoś reprezentuje obce interesy w sposób zakamuflowany. I jeżeli już krytykuję określone, niechby i żydowskie postawy czy szemrane postacie – bo to zdaje się Pana dyrektora najbardziej uwierać – to czynię to z pełną świadomością tego, że Rzeczpospolita była kiedyś Ojczyzną wielu narodów, w tym także tego narodu, który mordowano i przeganiano z krajów, w których pana koledzy tarabanią dziś o polskim, wyssanym z mlekiem matki „antysemityźmie”. Że o lokalnych kolaborantach już nie wspomnę...

Nagroda im. A. Bartosza

Odpowiadając Panu dyrektorowi na Jego felieton, (i to aż w tylu słowach, ale Pan dyrektor jest tego wart, także z racji pewnej, dość rozpowszechnionej konstrukcji mentalnej) - na koniec pragnę A. Bartosza zapewnić, że lubię Jego osobę bardziej, niż by się na pozór wydawało. Choć przecie znajdując się w grupie ludzi w określony sposób „politycznie ukierunkowanych” (Pan dyrektor oczywiście ukierunkowany nie jest), ludzi o specyficznej konstrukcji mentalnej, kierujących się odczuciami, a nie faktami – powinienem – jak oni - Adama Bartosza nienawidzić, albo przynajmniej nie lubić.

Przy okazji zapewniam też, że nie jadam rękami (jak wycieczki młodych Izraelitów odwiedzających Polskę, podczas posiłków spożywanych w np. krakowskich hotelach, gdzie w niektórych przypadkach, oczywiście tylko wskutek przyrodzonego nam, Polakom „antysemityzmu”, wycieczki te traktowane są jak „dopust Boży”); co więcej, potrafię posługiwać się nożem i widelcem, wiem które z tych narzędzi w którym ręku się trzyma, a nawet jak te narzędzia odłożyć, by kelner nie zabrał mi talerzyka, choć jak się wydaje, nie wszystkim kelnerom wiedzę na ten temat przekazano; mało tego: wbrew marzeniom niektórych, w swojej piwnicy ani nie przechowuję prześladowanych Żydów, ani nie ukrywam puszek z cyklonem B - przeciwnie, na półce w domu mam „Wspomnienia ocalone z ognia”, a książkę Adama Bartosza „Nie bój się Cygana”, czytałem nawet więcej razy, niż „Studia nad Żydofilią” Stanisława Michalkiewicza.

Zapewniam ponadto, że świat nie kończy się ani na portalu inTARnet, ani nawet na Muzeum Okręgowym w Tarnowie oraz dzielę się przekonaniem, że matka Ziemia zniesie naprawdę bardzo wielu niegodnych Poświatowskich i bardzo wielu zasłużonych Bartoszów (niezależnie od tego, co by napisali); mało tego: matka Ziemia, o zgrozo, zniesie jeszcze cały ocean tego co, pośrodku. I wierzę, że z racji tej przypadłości ziemi, że jest ona okrągła – nawet jeżeli pan Adam Bartosz zmierzał będzie dalej dokładnie w przeciwnym kierunku do mojego, to przecie są duże szanse na to, że po drugiej stronie ziemi jeszcze się spotkamy. Tej ziemi. A w ostateczności – może nawet Tamtej. To będzie nasz punkt wspólny. I może wtedy jeden wędrowiec nie będzie musiał próbować zdjąć drugiemu łuski z oczu, a drugi pierwszemu – dorabiać trzecią nogę.

Na zakończenie pragnę jeszcze Panu dyrektorowi podziękować. Za sprawą Jego felietonu i niniejszej nań odpowiedzi, przyszli historycy, badacze dziejów, życia Tarnowa, być może będą mogli zajmować się także czymś innym i może ciekawszym, niż ustalaniem daty, pod którą na jednej czy drugiej szkole zawisła tablica z napisem, że elewację pomalowano z środków Unii Europejskiej, z programu takiego a takiego. Są bowiem dziedziny i przedmioty dociekań ciekawsze, niż te, których finałem staje się praca magisterska uzasadniająca dopuszczalność porównań prezydenta Tarnowa Ryszarda Ścigały – z hetmanem Janem Tarnowskim. Celem otrzymania – rzecz jasna, pod czujnym okiem właściwej kapituły – nagrody im. Tadeusza Tertila. Do czasu, zanim ten nie odwdzięczy się, ustanawiając nagrodę imienia Adama Bartosza.

Mirosław Poświatowski

Ps. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treści zawarte w tekście red. Poświatowskiego, co nie znaczy, że ich nie podziela, przynajmniej częściowo…



08:55, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 stycznia 2012

To ludzie aktywni i przedsiębiorczy, nie trzymający się schematów i wyraziści w swoich środowiskach, to kreatorzy sukcesów indywidualnych i zbiorowych, którzy kierują się w życiu norwidowską dewizą zawartą w „Promethidionie”: Bo piękno na to jest, by zachwycało. Do pracy – praca, by się zmartwychwstało. I dlatego należy ich dostrzegać – społecznie wartościować i publicznie honorować. Takiemu właśnie celowi służy nagroda „Uskrzydlony”, przyznawana od 1988 r. ludziom i firmom z terenu Małopolski i Podkarpacia, którzy swoimi osiągnięciami promują nasz region. Decyzją Wysokiej Kapituły nagroda przyznawana jest w ośmiu kategoriach, dotyczących kultury, samorządności i przedsiębiorczości.  Wręczane  są również Super Uskrzydleni.Z biegiem czasu poszczególne kategorie ewoluowały. W tym roku np. zrezygnowano np. z kategorii „integracja europejska” oraz nie przyznano nagrody w kategorii „media”. Nagrody przyznaje specjalna Kapituła corocznie powoływana przez Radę Fundatorów Tarnowskiej Fundacji Kultury, której od lat przewodniczy Stanisław Lis. W tym roku nagrody przyznawało jury w składzie: Stanisław Lis, przewodniczący, Adam Bartosz, Halina Burakowska, Kazimierz Dudzik, Janusz Gozdek, Wiesława Hazuka, Józef Komarewicz, Lucyna Krupa,Jolanta Kwiek, Danuta Lisowska, Wojciech Markiewicz, Tadeusz Nosek, Janusz Ożóg, Stanisław Początek, Stanisław Rokosz, Marian Zalewski. W piątkowe popołudnie 20 stycznia 2012 r. podczas gali w tarnowskim Ratuszu uhonorowano kolejnych trzynastu „Uskrzydlonych” za osiągnięcia w roku 2011. Wśród tegorocznych nagrodzonych znaleźli się m.in.: arcybiskup Józef Kowalczyk, europoseł Paweł Kowal, gitarzysta Wojciech Klich czy Miejska Biblioteka Publiczna w Tarnowie. Jak zwykle przybyli „Uskrzydleni” w poprzednich latach, miejscowe elity polityczno – biznesowe, liczni przedstawiciele lokalnych mediów oraz zwykli obywatele grodu Leliwitów. Statuetka „Uskrzydlonego”, dzieło artysty rzeźbiarza Stefana Niedorezo, przypomina Ikara. Każda statuetka „Uskrzydlonego” ma swój numer, do którego dołączona jest karta z imieniem i nazwiskiem wyróżnionej osoby. Prowadzona jest również dokumentacja „Uskrzydlonych” w postaci kroniki ze zdjęciami i wpisami laureatów i osób uczestniczących w uroczystości wręczenia nagrody. „Uskrzydlony” z pewnością jest symbolem pięknego człowieka, który uduchowiony swoim sukcesem potrafi go smakować, nie tracąc jego ludzkiego wymiaru. .„Uskrzydlony” jest też symbolem zwycięstwa, które jak wiatr pociąga innych za sobą. Jest wreszcie ludzkim pragnieniem posiadania skrzydeł, dzięki którym można pokonać przestrzeń. Tytuły te przyznajemy osobom, które w swojej pracy i działaniu charakteryzują się pasją – mówił prezes fundacji Stanisław Lis. Jego zdaniem z odnajdywaniem ludzi zaangażowanych w swoja działalność jest trochę tak, jak z pewnym angielskim przysłowiem. Jak mawiają Anglicy, można przejść przez cały las i nie znaleźć drewna na ognisko. Do tej pory „Uskrzydlonym” uhonorowano  ponad 200 osób. Wśród laureatów jest wiele osób wybitnych, zasłużonych dla kultury oraz rozwoju i promocji regionu. „Uskrzydlony” przyznawany jest osobom indywidualnym i zespołom twórczym, ale tylko wówczas, gdy osiągnięty sukces jest wynikiem twórczej pracy wielu osób i nie sposób indywidualnie go uhonorować. Sukcesu bowiem nie da się jednoznacznie definiować. Wydaje się to jednak zbyteczne, bo jak powiedział Napoleon Bonaparte „ Sukces jest największym mówcą świata”. Oto szczegóły tegorocznych nominacji wraz z wywiadem przeprowadzonym przez Józefa Komarewicza ze Stanisławem Lisem.

  

Aktualnie „Uskrzydleni” to:

W kategorii ORGANIZACJE POZARZĄDOWE:

- Amatorski Klub Filmowy „Szwenk”, wywodzący się z koła fotograficzno-filmowego założonego w 1983 roku w Dzielnicowym Domu Kultury w Tarnowie-Klikowej przez Tadeusza Koniarza i Tadeusza Stanisławskiego. Oficjalnie AKF „Szwenk” powstał 25 lipca 1986r jako inicjatywa Krzysztofa Borowca, Piotra Bricha, Dariusza Kuciewicza, Krzysztofa Głuszaka, Tadeusza Koniarza, Marty Tutaj, Wiesława Wójcika, Tadeusza Stanisławskiego, Haliny Wolak, Jerzego Świtka.

- Związek Dąbrowiaków, powstały w 1993 roku w Dąbrowie Tarnowskiej. 

W kategorii SAMORZĄD TERYTORIALNY:

- Józef Chudy, wójt gminy Czarna, samorządowiec od 1990 roku, radny powiatu dębickiego i wójt gminy Czarna nieprzerwanie od roku 1993. 

W kategorii FIRMY KREUJĄCE ROZWÓJ MAŁOPOLSKI I PODKARPACIA:

- Rafał Sonik - prezes Zarządu Gemini Holdings Sp. z o.o., prowadzący także aktywną działalność wychowawczo-charytatywną; sześciokrotny Mistrz Polski w Enduro i Motocrossie quadów. 

W kategorii PROMOCJA POLSKI W EUROPIE I ŚWIECIE:

- abp Józef Kowalczyk Prymas Polski-

Paweł Kowal - poseł do Parlamentu Europejskiego, urodzony w 1975r w Rzeszowie, zajmujący się w PE głównie stosunkami Unii Europejskiej z krajami byłego ZSRR, przede wszystkim z Ukrainą.

- Stefan Niedorezo - artysta, rzeźbiarz, twórca statuetki „Uskrzydlony”, absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Tarnowie i ASP w Krakowie. 

W kategorii KULTURA

- Miejska Biblioteka Publiczna im. Juliusza Słowackiego w Tarnowie, której początki sięgają 1908 roku.

- Wiesław Konieczny - animator kultury, kierownik Dworu w Dołędze (oddział Muzeum Okręgowego w Tarnowie)

- Wojciech Klich- muzyk jazzowy, bluesowy, tarnowski gitarzysta i kompozytor, założyciel zespołu Bardzo Orkiestra, długoletni gitarzysta ZIYO, twórca m.in. Zduszek Dżemowych, Wydmuszek Rockowych czy Rockowych Opłateczków. 

W kategorii ROZWÓJ I PROMOCJA REGIONU

- Paweł Chojnowski - dyrektor Dąbrowskiego Domu Kultury, kustosz Izby Pamięci Żydów i orędownik zbliżenia międzykulturowego kręgu chrześcijańskiego i judaistycznego.

- Jerzy Marciniak - prezes Zarządu i dyrektor generalny Zakładów Azotowych w Tarnowie-Mościcach S.A. 

Statuetka SUPERUSKRZYDLONY 2012

- prof dr hab. Jerzy Mikułowski-Pomorski, założyciel i wieloletni kierownik Katedry Studiów Europejskich na Akademii Ekonomicznej w Krakowie (obecnie Uniwersytet Ekonomiczny) 

 

   

  - Józef Komarewicz: Skąd zrodził się pomysł na "Uskrzydlonego" i jaka jest jego idea? 

- Stanisław Lis:"Uskrzydlony" to symbol pięknego człowieka, to statuetka zaprojektowana przez tarnowskiego rzeźbiarza - Stefana Niedorezo oraz nagroda przyznawana od 1988 r. z roczną przerwą. Pomysł zrodził się w Wojewódzkim Ośrodku Kultury. Początkowo dotyczył wyłącznie ludzi działających w kulturze i mediach.

- Jak zmieniała się formuła "Uskrzydlonego" na przestrzeni czasu? - Z czasem nagroda nabierała prestiżu i pojawiali się ludzie, firmy, instytucje, organizacje, którzy byli nią honorowani. Obecnie nagroda przyznawana jest w kategorii: kultura, samorząd terytorialny, media, rozwój i promocja regionu, organizacje pozarządowe, integracja europejska, firmy kreujące rozwój Małopolski i Podkarpacia oraz promocja Polski w Europie i na świecie. Początkowo nagrodę przyznawał dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Kultury, następnie, od 1995 r., misję kontynuowała Tarnowska Agencja Rozwoju Regionalnego. Od 2000 r. "Uskrzydlonym" honoruje Tarnowska Fundacja Kultury.

 - Kto tworzy rodzinę " Uskrzydlonych"?

 - W ciągu ponad 20 - letniej historii "Uskrzydlonego" statuetką wyróżniono ponad 200 osób. Wśród uhonorowanych osobistości są kompozytor Krzysztof Penderecki, ks. prof. Michał Heller, Marian Zalewski - wójt gminy Szczurowa, Stanisław Kusior - burmistrz Żabna, Jan Kulig - burmistrz Łapanowa, Stanisław Początek - burmistrz Dąbrowy Tarnowskiej. Ponadto zespoły pieśni i tańca: "Świerczkowiacy" i "Igloopolanie", chór "Puellae Orantes" pod dyrekcją ks. Władysława Pachoty. Uhonorowano także potężne firmy pod względem wielkości i doświadczenia, a jednocześnie zasłużone dla Tarnowa - Zakłady Azotowe i Zakłady Mechaniczne. "Uskrzydlonym" wyróżniono również Stanisława Noska, właściciela hotelu i restauracji "Bristol" w Tarnowie. 

- Czy są cechy wspólne, które wyróżniają "Uskrzydlonych" na tle innych?

 - Członkowie wielkiej rodziny "Uskrzydlonych" wyróżniają się poprzez trzy charakterystyczne cechy. Tworzą ją osoby, które potrafią łączyć działalność w dziedzinie kultury z prowadzeniem własnego biznesu bądź sprawowaniem odrębnych funkcji zawodowych. "Uskrzydleni" pracują nie tylko dla siebie, ale i dla innych. To, co łączy "Uskrzydlonych", to również umiejętność pociągania za sobą innych, przekonania do własnych pomysłów. "Uskrzydleni" tworzą również wartości trwałe, które pozostają po ich działalności. 

- Czy statuetka "Uskrzydlony" pomaga jej laureatom w życiu zawodowym? 

- Goszcząc w gabinetach "Uskrzydlonych", mogłem zauważyć, że statuetka i dyplom ulokowane są w pozycji uprzywilejowanej. Laureaci traktują nagrodę jako prestiżowe wyróżnienie, które podkreśla ich niebanalną, publiczną działalność. "Uskrzydlony" stanowi również rekomendację, podkreślającą rzetelność kupiecką, odpowiedzialność oraz profesjonalizm laureatów. To z kolei wzmacnia autorytet w przypadku prezentowania oferty i sprzedaży produktów. 

- A zatem, czy "Uskrzydleni" są bardziej odporni na światowy kryzys gospodarczy, dotyczący również Polski? 

- "Uskrzydleni" to ludzie, którzy potrafią sobie radzić w trudnych sytuacjach. Dotykający również i Polskę kryzys gospodarczy wymaga ponadprzeciętnych cech związanych z umiejętnością reagowania na trudne sytuacje, dokonywania wyboru, podejmowania trafnych decyzji, wspólnego działania. Sądzę, że "Uskrzydleni" takie cechy posiadają i będą sobie łatwiej radzić z różnymi przejawami kryzysu niż osoby, które również będą zmuszone skonfrontować się z tym problemem. 

- Czego Pan życzy tegorocznym laureatom nagrody "Uskrzydlony"?

 - Wysokich lotów, umiejętności patrzenia na swoją pracę poprzez pryzmat tego, co potrafimy zrobić dla innych. Życzę również, aby potrafili zachować triadę sukcesu marketingowego, tj. mieli pomysł, umieli go sprzedać i przekonać innych, aby też chcieli go kupić, czyli, aby umieli funkcjonować na rynku jako tzw. "uwodziciele". 

- dziękuję za rozmowę

    

Oprac. Ryszard Zaprzałka, Zdjęcia – Paweł Topolski


08:48, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

Najpierw zlikwidowano tarnowską „kablówkę”. Od miesiąca nie ma już tarnowskiego dodatku do „Dziennika Polskiego”. Teraz przyszła kolej na portal interMAKS, związany z tarnowskim oddziałem radia „Eska”. Mija właśnie siedem dni od momentu, kiedy portal nieoczekiwanie dla wszystkich zniknął z sieci. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, była to jednostronna decyzja „Warszawy”, czyli kierownictwa radia Eska, które nabyło kilka lat temu tarnowskie Radio MAKS. To na lokalnych materiałach dziennikarzy tej rozgłośni bazował interMAKS, promując z pewnym sukcesem, w dojrzalszych grupach wiekowych "nowe" radio, którego słucha (ze względu na prezentowaną w nim aktualną muzyczną "sieczkę") w przeważającej większości tylko jedna grupa docelowa - bardzo młodzi ludzie.


Wbrew pozorom, ze smutkiem zawsze żegnamy konkurencję, choćby z tego względu, że dzięki ko nkurencji jest się z kim porównywać. W przypadku niepłatnych serwisów internetowych trudno też mówić o takiej samej rywalizacji, jak w przypadku mediów tradycyjnych. Nasi użytkownicy nie muszą kierować się zasobnością portfela wybierając ten lub inny adres w internecie. Bardzo łatwo mogą uzupełnić interesujące ich zdanie przeczytane na jednym z portali, szerszym omówieniem w innym serwisie. W tym sensie trudno rywalizować o wolnych w swych decyzjach internautów, co najwyżej o czas, który spędzają u nas lub u konkurencji. Wystarczy bowiem jedno kliknięcie, aby przenieść się w dowolne inne miejsce w sieci. Pozwala to takim małym portalom jak nasz, skupić się na tematach, po które inne serwisy z różnych powodów nie sięgają. InterMaks, redagowany przez ludzi z bodaj najlepszej - pod względem warsztatowym - tarnowskiej kuźni radiowego dziennikarstwa "fleszowego", to jest Agencji Informacyjnej byłego Radia MAKS, przez kilka lat zdobywał a potem utrwalał swoją markę i decyzja o jego zamknięciu wszystkich bardzo zaskoczyła. Luki, która powstała, wcale nie będzie łatwo wypełnić ... 

Informacyjny portal podzielił tym samym los tarnowskiego dodatku „Dziennika Polskiego” oraz naszej lokalnej „kablówki”. Wszystko to stało się na przestrzeni kilku miesięcy i jest widomym znakiem tego, że rynek medialny w Tarnowie raczej się „zwija”, niż rozwija. Powstawanie co i rusz kolejnych lokalnych czy regionalnych internetowych witryn informacyjnych bynajmniej tej sytuacji nie zmienia. Co więcej obawiamy, że brak pełnego, w miarę pluralistycznego punktu odniesienia po stronie nie-wirtualnych mediów zepsuje również kadry licznych obecnie tarnowskich portali, choćby ze względu na brak miejsca do zdobywania dziennikarskiego doświadczenia w dużych zespołach redakcyjnych i w mediach z wieloletnimi tradycjami. 

Trudno dziś mówić o medialnym pluralizmie w Tarnowie. Mamy dziś de facto jedną lokalną gazetę codzienną, jeden tygodnik, jedno lokalne radio z prawdziwego zdarzenia i żadnej emitującej powszechnie dostępny program telewizji. Jak na ponad dwie dekady "wolnego rynku" i aglomeracyjne ambicje ponad 100- tysięcznego miasta - stolicy subregionu, prezentowany obraz jest obrazem już nawet nie mizerii, ale postępującego dramatu. Jest obrazem dziadostwa. Sytuacja na tarnowskim, regionalnym rynku medialnym ukazuje jak w soczewce, że proces degradacji naszego miasta postępuje w zastraszającym tempie. Likwidacja, czy restrukturyzacja gazet, rozgłośni radiowych lub portali, następuje zwykle (nie zawsze) jako wynik sytuacji gospodarczej i przestrzeni jaką stwarzają takie czy inne regulacje prawne, chroniące interesy tych, którzy w porę zadbali, aby obowiązywało właśnie takie prawo ...

Media są jednym z wyjątkowo czułych barometrów sytuacji gospodarczej. W okresie kryzysu, ubożejące społeczeństwo w pierwszym rzędzie rezygnuje z takich „luksusów” jak np. kupowanie gazet. Reklamodawcy – rezygnują z zamieszczania reklam, sponsorowania wydarzeń, lub też ograniczają swoją działalność w tym zakresie.Obecnie jeszcze wszystko toczy się siłą rozpędu, jednak skoro już teraz widać tak wyraźne oznaki zachodzącego procesu, to co dopiero dziać się będzie za parę lat, po roku 2013, gdy skończą się unijne środki, a obiecanych w kampanii wyborczej PO 300 mln (o czym wiadomo już teraz) – nie będzie? Gdy dotkną nas konsekwencje tego, co dzieje się ze strefą euro?Obawiam się, że Tarnów zsuwać się będzie dalej po równi pochyłej, tylko coraz szybciej, do rangi kolejnego powiatowego miasteczka „z aspiracjami”, którym to „miasteczkiem” nasze miasto niestety jest w istocie. Mówiąc i metaforycznie i dosłownie: nie zmienią tego żadne pozłacane fasady i fontanny, przesłaniające slums zasyfiałych podwórek. Co zostanie? Zostanie trochę mniej lub bardziej potrzebnych inwestycji, na które wydano – choćby z racji sposobu dofinansowania – zwykle niewspółmiernie więcej środków, niż gdyby to robić „własnymi siłami”, „gospodarskim sposobem”. Zostaną instytucje, zwłaszcza te kulturalne, którym coraz trudniej będzie się utrzymać. I pozostaną małomocarstwowe sny, podszyte iluzją rozmaitych „konwentów”, certyfikatów, strategii i analiz; małomocarstwowe sny sennego, powiatowego miasteczka, ze wspomnieniami „starych, dobrych czasów”, gdy było się ważnym ośrodkiem w regionie, a nawet miastem wojewódzkim...Aha - i może jeszcze, tak na otarcie łez – zostaną wielkomocarstwowe apanaże władz miejskich...

 

A co z mediami i ich pluralizmem? Będziemy mieli miejskie i gminne gazetki i portale, swoiste „reżimówki” serwujące jedyną słuszną linię. Wiszące „u klamki pana” w jeszcze większym stopniu niż dotychczas, bo dla wielu z nich zlecenie, zamówienie z urzędu, gminny informator, sponsorowana audycja – będą podstawowym źródłem utrzymania. Tak jak to miało i ma w rażący sposób miejsce w nieznacznie mniejszych ośrodkach miejskich. Będzie tylko gorzej. Dla niektórych dziennikarzy będzie to swoisty „powrót do przeszłości”, czyli do peerelowskich lub lekko jedynie postpeerelowskich korzeni.Istnieje więc poważne niebezpieczeństwo, że będziemy mieli „jeden przekaz”, może czasem tylko różnie ubrany przez pozostałe na rynku medialne podmioty, stwarzające pozory konkurencji – tak jak ma to miejsce na zoligarchizowanym rynku ogólnopolskim. Dziennikarstwo śledcze w Tarnowie jak wiadomo nie istnieje. Nietrudno sobie wyobrazić, że w takiej sytuacji, również dziennikarstwo „interwencyjne”, zredukowane zostanie do tematyki przysłowiowej „dziury w drodze” - ot, jakiś „pismak zaaranżowany”, ze struchlałym sercem będzie słuchał, a jakiś urzędnik, co to „Chciał czy Musiał” - będzie tłumaczył, że „jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej”. Że to tylko „przejściowe trudności”. Albo że – w zależności od „mądrości etapu” - ktoś powie panu redachtorowi, iż jest źle - bo Kryzys, bo Kaczor, albo inne Gradobicie; no a poza tym musimy zacisnąć pasa, by ratować naszych przyjaciół Greków, Włochów... „Wicie, rozumicie, odpowiedzialność na nas spoczywa, za caaałą strefę euro. A jeśli już nie macie o czym pisać, to ja wam powiem, że bardzo nam tu potrzeba kogoś, kto by pomógł ładnie zredagować...”Zanim jednak nawet medialne pytania w tej, czy innej sprawie padną, ktoś w redakcji, może redaktor naczelny, może właściciel, najpierw sprawdzi dokładnie trzy razy, z kim trzeba się liczyć, a kogo można sobie darować – i czy podjęta „interwencja” nie okaże się nadepnięciem na bijący wszystkich po oczach ogon Kogoś Ważnego. Jakiegoś „dobrodzieja”... A może nawet stać się i tak, że dobrodziej drobniejszego płazu zaproszony zostanie na rozmowę: „wicie, rozumicie, są na was skargi i różne kwity, ale my naprawdę nie chcemy się w tym grzebać, bo was szanujemy i przekonajcie nas proszę w jakiś sposób, żebyśmy nie musieli o tym pisać. A poza tym, ogłoszenia drobne to nie jest propozycja dla takich poważnych przedsiębiorców jak pan...”.Jeżeli już jednak „opinią publiczną” wstrząśnie w mediach jakaś afera, tylko wtajemniczeni będą wówczas wiedzieli, że jest to jedynie – że zacytuję „klasyka”: „walka buldogów pod dywanem” - o strefy wpływów. W końcu i obecnie nie brak ci u nas „pistoletów do wynajęcia”, a czas pokazał, że mamy lokalne klony „panów z Czerskiej”.Brzmi to wszystko znajomo? Może już teraz...? Czy może restytucja stosunków panujących w PRL nie postępuje ? 

A pozwalniani dziennikarze? Pozatrudniani dotąd na ułamkach etatów, po godzinach, lub „w godzinach” imający się różnych zajęć, co jest obecnie tajemnicą poliszynela ?A coście myśleli, drogie koleżanki i koledzy, redaktorzy, którzy jeszcze wczoraj byliście przekonani, że przynajmniej od czasu do czasu przekazujecie ważne informacje, lub że „kształtujecie” opinię publiczną? Dalejże, na zmywak, na pieczarki, na budowę, do fabryki, hurtowni, sortowni – do któregoś z bogatszych krajów, najlepiej spoza rozlatującej się strefy rozpadającego się euro – póki jeszcze jako tako można! Dalejże, na emigrację! Tam, gdzie być może niebawem wybrać będziemy się musieli razem z Wami ... 

MP, PD (Portal inTARnet.pl)


10:47, tarnowski_kurier_kulturalny , LITERATURA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 stycznia 2012
 
Kościół kopinistów liczy już ponad trzy tysiące wyznawców, a jego wspólnoty powstały w Rosji, Kanadzie, Francji, USA, Danii i Rumunii. Powstanie kościoła kopinistów w Szwecji zbiegło się w czasie z zaostrzeniem rządowej polityki zero tolerancji wobec zjawiska internetowego piractwa. Zamiast walki z pojedynczymi piratami, Szwedzi zamierzają skupić się na ogólnym zwalczaniu zjawiska i systemu, który...sprzyja piractwu. Wariatów i pomniejszych figlarzy zakładających kolejne "kościoły" nie brakuje w żadnym kraju - weźmy choćby "sukces" czeskich "wyznawców Jedi", których za południową granicą jest więcej niż Romów. Problem w tym, żeby z automatu nie nazywać czegoś takiego wyznaniem ani Kościołem. Dlatego właśnie pochwalaliśmy nową kościelną ustawę jaką przeforsował rząd Orbana na Węgrzech, wedle której jedynie 18 kościołów ma status prawny związku wyznaniowego. Państwo powinno mieć możliwość oceny co jest prawdziwym kościołem, a co tylko szopką bądź maszynką do robienia pieniędzy.
 
 
 
W Szwecji zalegalizowano nową religię – kopinizm (od słów „copy me”). Według liderów kościoła, kopiowanie plików jest obrzędem religijnym, informacja – największą świętością, zaś akt ściągania plików – sakramentem, stąd świętymi symbolami dla kopinistów(?) stały się skróty klawiaturowe ctrl+c oraz c...
12:35, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107





WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 240+201

Nareszcie i mieszkańcy naszego galicyjskiego miasteczka dali wyraz swojemu niezadowoleniu z nierządów ekipy Donalda Tuska, pokazali czerwoną kartkę arogancji i cynizmowi, niekompetencji i obłudzie warszawskiego rządu i jego terenowej agenturze – prezydenturze R. Ścigały. Według różnych szacunków blisko dwa tysiące, głównie młodych tarnowian wzięło udział w środowym, ulicznym proteście przeciw podpisaniu przez Polskę i UE kontrowersyjnej umowy międzynarodowej ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement). Uczestnicy Marszu zorganizowanego przez tarnowskich użytkowników popularnych portali społecznościowych (tylko na Facebooku zadeklarowało się poprzeć tarnowski protest 5 tysięcy osób), który przeszedł z tarnowskiego Rynku, ulicami Katedralną, Wałową i Piłsudskiego na plac przed budynkiem delegatury Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego, wznosili różne hasła i okrzyki: "NIE dla ACTA", "Wolność słowa", "Precz z cenzurą", "Donald, matole, skąd będziesz ściągał pornole ?", "Będzie afera, my chcemy zmienić premiera !", "Stop obłudzie" i wiele innych. Podczas kilkudziesięciominutowego happeningu wykrzyczano NIE podpisaniu umowy której wynegocjowaniem polski rząd chwalił się jako jednym z sukcesów swojej zakończonej niedawno prezydencji w UE. Niestety dzień później, we czwartek piórem polskiej ambasador, ekscelencji Jadwigi Rodowicz parafowano ją w Tokio. Dokument ten nie był konsultowany z organizacjami zrzeszającymi społeczności internetowe lub monitorującymi wolność słowa. Organizacje te alarmują, że zapisy Umowy wprowadzają drastyczne narzędzia służące ochronie własności intelektualnej (głównie interesów wielkich korporacji) i jednocześnie - również przez niejasność niektórych przepisów - mogą w znacznym stopniu ograniczyć wolność w internecie. Przypomnijmy, że ACTA to układ między Australią, Kanadą, Japonią, Koreą Południową, Meksykiem, Maroko, Nową Zelandią, Singapurem, Szwajcarią i USA, do którego ma dołączyć UE. Jest to umowa handlowa zobowiązująca jej sygnatariuszy do walki z łamaniem prawa własności intelektualnej oraz handlem podrabianymi towarami. Zdaniem obrońców swobód w internecie może prowadzić to do blokowania różnych treści i cenzury w imię walki z piractwem, stąd wiele sprzeciwów i protestów ze strony internautów. Z drugiej strony organizacje zarządzające prawami autorskimi zdecydowanie opowiadają się za przyjęciem ACTA, upatrując w tym możliwości skuteczniejszego egzekwowania prawa. Tyle, że sedno sprawy sprowadza się do jednego - piractwo w sieci należy zwalczać oferując legalny towar tanio i w dobrej jakości (!). Warte podkreślenia jest i to, że ta pierwsza, tak spontaniczna i młoda manifestacja, czy też demonstracja, odbyła się bez oficjalnej ochrony policji (trudno za taką uznać kilka przypadkowych radiowozów), które to zaniechanie władze miasta tłumaczyły zbyt późnym złożeniem stosownego wniosku przez organizatorów. Mimo to obeszło się bez jakichkolwiek ekscesów. Może właśnie dlatego… Nadrabiając czasowe zaległości odnotujmy londyński, acz także międzynarodowy sukces albumu poświęconemu naszemu W. Sasnalowi oraz otrzymanie Paszportu Polityki przez zaprzyjaźnionego z naszym BWA artysty wizualnego Nicolasa Grospierra. Poza tym w ostatnio „Uskrzydlonej” Galerii Geminii Park oglądać można Rajd Dakar w fotografiach Jacka Bonieckiego i Andre Chaco, a na dworcu PKP wystawę młodych gniewnych tarnowskich plastyków – NIETAKT z udziałem Huberta Czerepoka, reżysera „Powtórzenia pamięci”, artystycznego filmu poświęconemu Pierwszemu Transportowi Więźniów do KL Auschwitz, którego premiera odbyła się w Kinie „Marzenie” 24 stycznia wpisując się w tarnowskie obchody 67 rocznicy wyzwolenia tego obozu. A ponieważ karnawał w pełni więc noworocznie koncertowano i kolędowano…


Z cyklu - "o tym i owym 16 czyli ACTA zagrożeniem..."

Należy zwalczać ten akt prawny, należy zwalczać władze, które chcą ACTA wprowadzać. Już teraz pełno jest kamer w miastach, pełno śledzenia obywatela w internecie, w sklepie, w zbliżeniowej karcie kredytowej, w komórce, w odciskach palców na granicy, w skanerach całego ciała przed wejściem do samolotu, w tych numerach pesel i NIP, które nam nadają, w kolczykowaniu każdej krowy na Twoim polu, w numerowaniu jajek w sklepie, znacznikowaniu każdego telewizora i komputera w fabryce, w montowanych na stale GPSach, które śledzą ruchy Twojego auta zawsze, chcesz, czy nie, w czytnikach do oka, które mają zastępować klucze do drzwi, w identyfikatorach głosu, które mają być "ułatwieniem dla Ciebie", do obsługi "wyłącznie Twojego sprzętu"... Tęczówka, siatkówka, fale mózgowe, odciski palców, pomiary izometryczne głowy, kod kreskowy przypisany do obywatela... A piractwo w sieci należy zwalczać oferując legalny towar tanio i w dobrej jakości. Pirackiej płyty DVD w USA się już nie kupi. Dlaczego? Bo nie ma klientów. A nie ma dlatego, że można sobie za 9 dolarów miesięcznie wykupić usługę NETFLIX, podłączyć internet do telewizora i oglądać wszystkie filmy świata w ramach tych 9 dolarów miesięcznie.Odpalam laptopa, podłączam kabelek do telewizora i oglądam na co mi akurat przyjdzie chęć. Stare programy telewizyjne, stare filmy czarno-białe, najnowsze filmy z kina, wczorajszy mecz futbolowy... co tylko mi się podoba. - Wojciech Cejrowski (Gość Niedzielny)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -