poniedziałek, 21 maja 2012
Z cyklu znani i nie znani…

Scenarzystka, na stałe współpracuje z telewizją TVN. Autorka książki dla dzieci "Klątwa dżina", współautorka tekstu "Generacja" wystawianego w warszawskiej Akademii Teatralnej przez Piotra Łazarkiewicza. Prowadziła krakowską redakcję "Aktivista" i jako dziennikarka współpracowała z takimi pismami jak "Ha!art", "Uroda" czy "Cosmopolitan", współautorka scenariusza do filmu "Nad życie", który jest jej debiutem fabularnym. Pochodzi z Tarnowa.
Agata Mróz znana siatkarka, która mimo tego, że chorowała na białaczkę, zdecydowała się urodzić dziecko, pochodziła z Tarnowa, To Twoje rodzinne miasto. Czy miało to dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie podczas pisania scenariusza filmu opowiadającego o niej?
Początkowo w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Jednak podczas zgłębiania życiorysu Agaty zaczęłam odkrywać pewne rzeczy, które łączą mnie z Agatą. Znam na przykład księdza, który udzielał jej w Tarnowie ślubu.
Dziś historię miłości Agaty i jej męża możemy oglądać na dużym ekranie. Gdy zaczęłaś pracę nad scenariuszem od razu pomyślałaś o tym, by porozmawiać z Jackiem?
Oczywiście.Wraz z Michałem Zasowskim, współscenarzystą filmu, spotkaliśmy się z Jackiem Olszewskim w jego mieszkaniu w Warszawie, gdzie przywitała nas także Lilianka, jego i Agaty córka. Tam Jacek opowiedział nam historię swojego związku z Agatą.
Jak dokładnie wyglądało wasze spotkanie?
Odbyliśmy wtedy rozmowę, której długo nie zapomnę. Zrobiła ona na mnie duże wrażenie, podobnie jak nasz rozmówca. Jacek okazał się niesamowicie opanowanym, spokojnym człowiekiem. W niezwykle wyważony sposób opowiadał o historii, której doświadczył. Mówił o Agacie w sposób piękny i wzruszający, ale też bardzo prosty. To, jak opowiadał nam tę historię, miało zresztą wpływ na kształt scenariusza. Zrozumieliśmy, że filmowa historia też musi być prosta, daleka od patosu. Dzięki temu jest naprawdę poruszająca.
Wydaje Ci się, że rozmowa z Jackiem Olszewskim zbliżyła was do Agaty Mróz?
Oczywiście. Przeczytanie i zobaczenie wszystkich możliwych materiałów prasowych czy telewizyjnych nie zastąpi rozmowy z człowiekiem, który z Agatą był najbliżej, kochał ją i dzielił z nią każdy dzień. Bardzo wiele o Agacie i ich związku dowiedzieliśmy się dzięki Jackowi.
Mam wrażenie, że robiliście wszystko, by nie postawić Agaty na cokole.
Chcieliśmy tego uniknąć. Naszym celem było raczej odbrązowienie jej postaci i skonstruowanie realnej, zwyczajnej bohaterki, z którą mógłby się utożsamiać każdy. Wiedzieliśmy, że Agata była żywiołową dziewczyną z krwi i kości i że żaden pomnik nie byłby jej potrzebny. Ale jednocześnie podchodziliśmy do tej historii z ogromnym szacunkiem. Widzieliśmy, że spoczywa na nas naprawdę duża odpowiedzialność.
Zdecydowaliście się skupić na fragmencie jej życia - związku z Jackiem Olszewskim. Co takiego może widzów zaskoczyć w ich miłosnej historii?
Myślę, że wiele rzeczy. Czytałam wypowiedź internauty, który stwierdził, że scena, w której Agata zjawia się spontanicznie u Jacka w Warszawie o 2 w nocy, jest wymyślona przez scenarzystów. A takie odwiedziny miały miejsce naprawdę. Jacek nam o nich opowiadał.
Czy w scenariuszu znalazło się miejsce na fikcję?
Tak. Bez wprowadzenia elementów fikcyjnych nie udałoby się nam stworzyć scenariusza filmowego. Jacek na przykład przeżywa w filmie dylematy, które w rzeczywistości były mu obce. Wiemy, że gdy dowiedział się o ciąży Agaty, od razu zaakceptował jej decyzję o urodzeniu dziecka, mimo że liczył się z konsekwencjami. W filmie Jacek nie potrafi tego tak łatwo zaakceptować. Musi do tego dojrzeć.
Myślisz, że Michał Żebrowski jako Jacek i Olga Bołądź w roli Agaty dobrze oddali charakter postaci?
Sądzę, że zrobili to doskonale, a mieli przecież niełatwe zadanie. Michał Żebrowski powiedział zresztą, że zagranie roli Jacka wymagało od niego dużego taktu. Oldze Bołądź udało się z kolei odbrązowić Agatę Mróz. Włożyła w tę postać ogromne pokłady talentu i wrażliwości, uczyniła z niej po prostu zwyczajną dziewczynę, z krwi i kości, a jednocześnie nieprawdopodobnie dzielną, waleczną I niezwykłą. Udowodniła, że dramatyczna historia Agaty nie tylko wzrusza, ale daje też nadzieję.
Rozmawiała Urszula Wolak (Gazeta Krakowska)
niedziela, 20 maja 2012
Sejmowa wampiriada...

Apage satanas...
sobota, 19 maja 2012
Najpiękniejszy polski film o miłości…
To było chyba najbardziej tarnowskie z dotychczasowych spotkań w ramach popularnego cyklu "Goście Łukasza Maciejewskiego" organizowanego przez Centrum Sztuki Mościce. W czwartek, 16-ego maja, po pokazie filmu "Nad życie", opowiadającym historię tarnowskiej siatkarki, Agaty Mróz (w tej roli Olga Bołądź), Łukasz Maciejewski, również Tarnowianin, znany krytyk i dziennikarz filmowy, rozmawiał ze scenarzystami filmu: pochodzącą z Tarnowa Patrycją Nowak oraz z Michałem Zasowskim. Nasza Pati to scenarzystka, na stałe współpracująca z telewizją TVN. Jest autorką książki dla dzieci „Klątwa dżina“, współautorką tekstu „Generacja“ wystawianego w warszawskiej Akademii Teatralnej przez Piotra Łazarkiewicza. Prowadziła krakowską redakcję „Aktivista“ i jako dziennikarka współpracowała z takimi pismami jak „Ha!art“, „Uroda“, czy „Cosmopolitan“. „Nad życie“ jest jej debiutem fabularnym. Pochodzi ze znanej rodziny tarnowskich inteligentów: Jej ojcem jest Krzysztof Nowak, ceniony dziennikarz, a mamą Grażyna Nowak, przez wiele lat wicedyrektor tarnowskiego teatru. "Przeczytałem scenariusz i pomyślałem: Boże, ktoś wreszcie napisał tekst w sposób zrozumiały, wzruszający, przejrzysty. Liczyłem na to, że będzie można zrobić na tej podstawie dobry film. Graliśmy z Olgą te role, żeby powstała opowieść o miłości i nadziei. Film o zwycięstwie, a nie film pogrzebowy - powiedział Michał Żebrowski, grający filmowego męża Agaty. Już więcej nie będę, pozostawiam ten film swojemu życiu i ocenie, ale tak miło było to przeczytać, że musiałam." Jak należało się spodziewać wydarzenie to zgromadziło tłumy sympatyków Agaty, fanów siatkówki i koneserów dobrego kina. Agata Mróz była wybitną siatkarką, wielokrotną reprezentantką Polski, jedną ze "Złotek", które w 2003 i 2005 roku zdobywały pod wodzą trenera Andrzeja Niemczyka złote medale mistrzostw Europy - choć z chorobą walczyła od siedemnastego roku życia. - Wiem, że muszę to wszystko wytrzymać. Innego wyjścia nie mam. Dla mojej córki i męża muszę być zdrowa – mówiła Agata Mróz-Olszewska. To był jej ostatni wywiad, dla "Super Expressu", udzielony w klinice we Wrocławiu 30 maja 2008 roku, osiem dni po zabiegu przeszczepu szpiku kostnego. Siatkarka zmarła w wyniku infekcji 4 czerwca. – Zabrakło nam kilku dni – przyznał jeden z zajmujących się nią lekarzy. Ostatnim miesiącom życia Agaty Mróz przyglądała się cała Polska – trzymaliśmy kciuki, by wygrała z białaczką, wzruszaliśmy się jej heroiczną walką o życie nienarodzonej córki. Gdy odeszła, wszystkim nam pękło serce… Jej heroiczna postawa sprawiła, że na zawsze pozostanie symbolem tego, co w sporcie i w życiu najpiękniejsze. Liczyła, że kiedyś wróci… Teraz, cztery lata od jej śmierci (ceremonie: ślubna i pogrzebowa odbywały się w tym samym kościele księży Filipinów w Tarnowie) , jej poruszająca historia trafiła do kina. „Nad życie” – pisze Szymon Hołownia, znany publicysta i pisarz związany z TVP Religia – to jest film, który powinni zobaczyć wszyscy, którzy kiedyś słyszeli o Agacie Mróz. To jest film, który mnie poruszył. Który ze mną zostanie, bo mówi o prostych rzeczach, ale te proste rzeczy są najważniejsze. "Nad życie", który na ekranach kin możemy zobaczyć od 11 maja opowiada historię znanej siatkarki - Agaty Mróz (Olga Bołądź). Odnosząca międzynarodowe sukcesy dziewczyna zakochuje się bez pamięci w Jacku (Michał Żebrowski). Bajkowe plany dwojga - piękny ślub, dzieci i dom w górach przerywa jeden telefon. Po dramatycznej informacji Agata rozpoczyna wyścig z czasem. Zawalczy o siebie, o mężczyznę, którego kocha i o dziecko, którego pragnie nad życie. Jak mówi Szymon Hołownia - to wyjątkowy film, bo wykracza poza wszelkie znane kategorie. To film prawdziwy i równocześnie dotykający do cna. - To jest po prostu dobra, głęboka ludzka historia, którą każdy z nas powinien mieć z tyłu głowy i nosić w sercu. Agata Mróz zrobiła co mogła, żebyśmy o tej prostej prawdzie, o tym, że życie ma zwyciężyć śmierć, nie zapomnieli – dodaje. A Łukasz Maciejewski podsumowuje - to było bardzo udane spotkanie. Ponad 400 widzów na sali (!), rodzina i przyjaciele Agaty Mróz. Bardzo dziękuję.
 
Agata Mróz do samego końca wierzyła, że wyjdzie ze swojej choroby. Nie dopuszczała do siebie myśli, że może umrzeć. – Wierzę, że wszystko się uda. Nie ma innej opcji! – mówiła "Dziennikowi" tuż po urodzeniu swojej córeczki Liliany, 4 kwietnia 2008 roku. – Wiem oczywiście, że przeszczep szpiku grozi powikłaniami, że można nawet umrzeć. Liczę na to, że za miesiąc wyjdę ze szpitala i zacznę całkiem nowe życie. Z dzieckiem i mężem. Muszę być zmotywowana do walki, nie mogę się poddać. Wtedy będzie dobrze. Niestety, stało się inaczej. Wszystkie te dramatyczne wydarzenia przybliża wchodzący właśnie na ekrany film "Nad życie" w reżyserii Anny Pluteckiej-Mesjasz, z Olgą Bołądź w roli głównej. Dawno nie było tak dobrze nakręconego polskiego dramatu pokazującego zwykłą ludzką tragedię, bez martyrologicznego kontekstu czy banalizującego wszystko patosu.Agata Mróz ma trwałe miejsce w historii polskiej siatkówki. Dziś, po czterech latach od jej śmierci, często się o tym jakby zapomina, koncentrując uwagę na ostatnich miesiącach jej życia. A przecież była świetną siatkarką, wielokrotną reprezentantką Polski, jedną ze "Złotek", które w 2003 i 2005 roku zdobywały pod wodzą trenera Andrzeja Niemczyka złote medale mistrzostw Europy. Znacząco się do tych sukcesów przyczyniła. – Siatkówka dała mi poczucie wartości i pewności siebie – mówiła wtedy. Sam trener wspomina Agatę nie tylko jako jedną z najlepszych środkowych na świecie, ale także osobę ciepłą i bezpośrednią. – Niewiele dziewczyn miało odwagę przyjść do mnie, kiedy siedziałem za długo w barze, i powiedzieć: "Trenerze, idziemy spać". Potrafiła cieszyć się życiem. Wiedziała, co chce osiągnąć, i wiedziała, że aby do czegoś dojść, trzeba ciężko pracować.

Agata Mróz przyszła na świat 8 kwietnia 1982 roku w Dąbrowie Górniczej. Wychowywała się w Tarnowie, w mocno usportowionej rodzinie. Jak mówiła, od początku była niejako na sport skazana. – Mam go w genach – wspominała w 2006 roku w magazynie "Super Volley". – Siostra gra w siatkówkę w Bydgoszczy, brat jest koszykarzem Śląska Wrocław. Tata przez ponad dwadzieścia lat grał w koszykówkę, a mama w siatkówkę. Dorosła Agata miała 191 cm wzrostu, nie dziwi więc, że już jako dziecko była wyższa od rówieśniczek. Z tego względu mniej więcej w trzeciej klasie podstawówki zaczęła trenować koszykówkę. – Siatkówka zaczęła się później, ale od razu wiedziałam, że to jest właśnie to.Jako czternastolatka zapisała się do Szkoły Mistrzostwa Sportowego Polskiego Związku Piłki Siatkowej w Sosnowcu. Miała olbrzymi talent, trenerzy ją chwalili, wróżono jej wielką sportową przyszłość.Trzy lata później los zadał Agacie pierwszy cios – okazało się, że ma mielodysplazję szpiku, czyli chorobę nazywaną często stanem przedbiałaczkowym. – Bardzo to przeżywałam, chwilami myślałam, że już po mnie – wracała do tamtych dni w rozmowie z "Vivą". – Przede mną było całe życie. Miałam propozycje grania w najlepszych klubach. Byłam ambitna. I nagle na trzy lata musiałam przerwać karierę sportową. Dla sportowca, zwłaszcza nastoletniego, trzy lata to nie epoka – to cała era. Mimo to po pokonaniu choroby Agata zdecydowała się do sportu wrócić. Często podkreślała, że najbardziej pomógł jej w tym ojciec. – Mogłoby się wydawać, że to już koniec kariery, która na dobre się jeszcze nie zaczęła, a on nawet nie chciał o tym słyszeć. Podtrzymywał mnie na duchu, napawał optymizmem.

Po roku treningów 21-latka zdobyła z reprezentacją swoje pierwsze mistrzostwo Europy. – To mnie nauczyło, że warto walczyć do końca – cieszyła się. Pytana o swoje marzenie, odpowiadała: – Zamiast marzyć wolę mówić "chcę". Przejścia, które mam za sobą, dały mi siłę. Wolę mówić o celach do osiągnięcia. Zdobycie mistrzostwa sprawiło, że siatkarka – podobnie jak reszta dziewczyn tworzących drużynę Niemczyka – niemal z dnia na dzień stała się osobą znaną, popularną i lubianą, jedną z naszych "Złotek". Prasa, komentatorzy, kibice – wszyscy zachwycali się nie tylko ich umiejętnościami, ale także urodą.
Być może także z tego powodu w 2005 roku Agata zdecydowała się na sesję do męskiego magazynu "CKM". Nie wszystkim się to spodobało, choć zdjęcia były bardzo gustowne i w bieliźnie. – Sama się zgodziła – wspominała tamtą sesję w rozmowie z "Gazetą Wrocławską" siostra, Katarzyna Mróz. – To była dla niej przygoda, chciała spróbować.

Mimo popularności Agata nie zapominała o sporcie. Z powodu spustoszenia, jakie pozostawiła w jej organizmie choroba, musiała pracować na treningach ciężej od koleżanek. Osiągała imponujące wyniki, a zdobycie podwójnego mistrzostwa Europy nie było jej jedynym sukcesem. Dwukrotnie (2003, 2004) wywalczyła mistrzostwo Polski z BKS Stal Bielsko-Biała, sięgała z tą drużyną również po Puchar Polski (2004, 2006). W 2006 roku zdecydowała się na transfer do hiszpańskiego zespołu Gruppo 2002 Murcia, z którym zdobyła mistrzostwo i Puchar Hiszpanii oraz Top Teams Cup.
Gdy w listopadzie 2007 roku drużyna Niemczyka pojechała na Puchar Świata do Japonii, Agata została w domu. Kilka miesięcy wcześniej lekarze zdiagnozowali u niej białaczkę. Konieczny był przeszczep szpiku kostnego. O dalszej grze w siatkówkę nie mogło być mowy. W udzielnych wtedy wywiadach Agata przyznawała, że decyzja o przerwaniu kariery sportowej ogromnie ją bolała. – Siatkówka to moja pasja, coś, co kocham – mówiła "Gazecie Wyborczej". – Ale na tym nie można opierać całego życia. Zakładam rodzinę, nie mogę już myśleć tylko o sobie. A że nie mam zdrowia, nie mogę dalej ryzykować, bo mam dla kogo żyć. Podejmując tę decyzję, mówiąc o niej, mam łzy w oczach, ale jestem w sytuacji bez wyjścia. Liczę tylko na to, że kiedyś wrócę...
Znalezienie dawcy dla Agaty nie było łatwe – miała bardzo nietypowy szpik. Na tyle nietypowy, że wśród 13 milionów zarejestrowanych w bazie osób nie było nikogo idealnego. Rozpoczęły się dramatyczne poszukiwania, zakończone na szczęście sukcesem. Ale właśnie wtedy, w listopadzie 2007 roku, okazało się, ze siatkarka, która rok wcześniej wyszła za mąż za Jacka Olszewskiego, jest w ciąży. Agata nie ukrywała, że miała świadomość, iż istniała cała masa argumentów przeciwko urodzeniu dziecka. Lekarze wyraźnie dali jej do zrozumienia, jak wielkim będzie ta ciąża dla jej organizmu obciążeniem. Niektórzy wprost namawiali ją do aborcji. – Słyszałam, że mogę nie donosić ciąży, że mój stan może się drastycznie pogorszyć - mówiła w rozmowie z "Dziennikiem". – Przypominano mi, że cały czas dostaję jakieś leki, które mogą zagrozić dziecku. - Już miałam wyznaczony termin operacji: 22 listopada – mówiła "Vivie". – Pojechałam wcześniej na kwalifikację do Katowic po to tylko, żeby powiedzieć: "Niestety, muszę to przesunąć, bo jestem w ciąży". Komisja lekarska zamarła. Nikt nie był na to przygotowany.

Dlaczego Agata nie posłuchała lekarzy i zdecydowała się urodzić, odkładając plany przeszczepu o co najmniej pół roku? – Bo oprócz małżeństwa to była jedyna dobra rzecz, która mnie ostatnio spotkała – broniła swojej decyzji. – Wcześniej musiałam przerwać karierę, od kilku lat borykam się z chorobą, ciągle mi czegoś nie wolno, na coś muszę uważać. A wiadomość o dziecku sprawiła, że znowu poczułam się szczęściarą. Cieszyłam się, że poczuję, jak to jest być matką. I że dam mężowi coś dobrego z siebie.- Nie planowaliśmy tego, ale też nie broniliśmy się – tłumaczyła dalej, dodając, że po chemioterapii i przeszczepie nie miałaby już praktycznie szans na zajście w ciążę. – Przekonywało mnie to, że mielodysplazja szpiku nie jest chorobą genetyczną. Gdyby było inaczej, w ogóle nie byłoby mowy o dziecku. Nie zaryzykowałabym.
Córka Agaty i Jacka, Lilianka, przyszła na świat 4 kwietnia 2008 roku, przez cesarskie cięcie, jako siedmiomiesięczny wcześniak. – To moje dwa kilo szczęścia! – sportsmenka nie kryła radości.Agata mogła spędzić w domu z córką i mężem tylko dwa dni. Czas był tu kluczowy. Konieczna była natychmiastowa chemioterapia i całkowita izolacja siatkarki, w sterylnych warunkach. – Nie boję się – zapewniała dziennikarza "Przeglądu Sportowego". – Wiem, że muszę to przejść i wszystko będzie dobrze. Nie mogę się załamać. Nie teraz, kiedy przeszłam już jedną próbę, czyli urodziłam zdrową córkę. Cieszę się, że jest bezpieczna. Lekarze mogą się skoncentrować na mnie. Ufam im. Zabieg przeszczepu szpiku kostnego, przeprowadzony 22 kwietnia 2008 roku we wrocławskiej Klinice Hematologii, zakończył się pomyślnie. – Pacjentka czuje się dobrze - mówił przeprowadzający go profesor, Krzysztof Kałwak.
Agata Mróz zmarła w tej samej klinice 4 czerwca o 10 rano. Przyczyną śmierci nie było odrzucenie przez organizm szpiku kostnego, gdyż, jak mówili lekarze, było na to jeszcze za wcześnie. – To, co się stało, to dramatycznie przebiegająca, piorunująca infekcja, posocznica ze wstrząsem septycznym – tłumaczył profesor Kałwak.Do samego końca z Agatą byli najbliżsi. Jej mąż jeszcze ostatniej nocy pojechał samochodem do Katowic po lek osłabiający infekcję. Gdy wrócił, na pomoc było już za późno... – Nie mamy do nikogo żalu, tak miało być – mówił. – Agata urodziła córeczkę, która ma dzisiaj dwa miesiące. Do samego końca powtarzała, że jeśli miałaby jeszcze raz wybierać między dzieckiem a własnym zdrowiem, nie zmieniłaby decyzji. Córeczka była czymś najwspanialszym, co ją w życiu spotkało.

Agata Mróz-Olszewska już zawsze będzie symbolem tego, co w sporcie i w życiu najpiękniejsze. Jej heroiczna postawa sprawiła, że coraz więcej ludzi zostaje honorowymi dawcami krwi i trafia do bazy szpiku kostnego. Siatkarka, odznaczona pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, jest patronką fundacji "Kropla Życia", założonej w Mysłowicach między innymi przez jej ojca Ryszarda Mroza. Od czterech lat organizowany jest z udziałem naszej reprezentacji prestiżowy Memoriał jej imienia. "Dzięki Agacie Mróz-Olszewskiej dostrzegamy znaczenie najpiękniejszych humanitarnych gestów" – piszą na oficjalnej swojej stronie organizatorzy turnieju.- Agata nadal żyje w sercach i ludzkiej pamięci – podkreśla jej mąż Jacek Olszewski, który także występuje w filmie w scenach... swojego ślubu. Dobrze się stało, że świadectwo tego możemy teraz odnaleźć także w naszym kinie.

Oprac. Ryszard Zaprzałka Źródło – Onet.pl (Paweł Piotrowicz)
Foto ze spotkania w CSM - Joanna Solak
piątek, 18 maja 2012
Żacy przejmują władze w mieście. Wśród licznych atrakcji m.in. rock, reggae, rap, a także salwy śmiechu i filmowe hity oraz Festiwal Piwa – tak w skrócie przedstawia się program tegorocznych Juwenaliów Tarnowskich. W imprezie, która potrwa od 17 do 19 maja, wystąpią tacy artyści, jak: Happysad, HiFi Banda oraz Małpa. Imprezy odbywają się pod patronatem portalu Tarnow.net.pl Dni Kultury Studenckiej Juwenalia Tarnowskie 2012 organizowane są przez Państwową Wyższą Szkołę Zawodową w Tarnowie oraz Fundację Inicjatyw Społeczno-Akademickich. - Cykl wydarzeń kulturalno-rozrywkowych, to nasza propozycja dla studentów przed zbliżającą się sesją – mówi Grzegorz Sokołowski, Przewodniczący Rady Uczelnianej Samorządu Studentów PWSZ w Tarnowie. - Będzie filmowo, muzycznie i kabaretowo, nie zabraknie także imprez klubowych do białego rana – dodaje. Dlaczego w mieście, w którym działają trzy wyższe uczelnie, organizacją studenckiego święta zajmuje się wyłącznie Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa? – Trudno powiedzieć, dlaczego w tym roku organizacją święta studentów zajęła się tylko PWSZ – odpowiedział na pytanie dziennikarzy doktor Józef Węglarz, prorektor ds. studenckich i dydaktyki PWSZ w Tarnowie. – Zaproszenie i oferta z naszej strony wpłynęła i to w stosownym czasie, z dużym wyprzedzeniem – kończy. Słowa te potwierdza także Grzegorz Sokołowski. – Ja ze swojej strony, pod koniec 2011 roku, wystosowałem zaproszenie do samorządów dwóch innych tarnowskich uczelni wyższych w celu wspólnej organizacji Juwenaliów. Dowiedziałem się wówczas, że uczelnie te mają w planach organizację własnych, niezależnych imprez i nie włącza się w Juwenalia Tarnowskie 2012. W związku z powyższym, planowanie i organizację tegorocznego święta tarnowskich żaków wzięli na siebie studenci PWSZ. – Te ubiegłoroczne Juwenalia dały nam przekonanie i gwarancję, że organizatorzy z powierzonego im zadania wywiążą się znakomicie – podkreśla doktor Węglarz. Jak więc prezentuje się program imprezy?

Preludium Juwenaliów Tarnowskich 2012 była premiera studencka w Tarnowskim Teatrze im. L. Solskiego. We wtorek 8 maja o godz. 19.00 na Dużej Scenie można było zobaczyć „Trzy siostry” w reżyserii Eweliny Pietrowiak, nowej dyrektor artystycznej Teatru. Sztuka to współczesna interpretacja jednej z najsłynniejszych i najczęściej granych sztuk Antoniego Czechowa, to opowieść o niezrealizowanych marzeniach, planach, "przeciekającym przez palce" życiu.
Głównym wydarzeniem będzie Piknik Studencki z Festiwalem Piwa w sobotę 19 maja, który tradycyjnie odbędzie się na stadionie KS "Błękitni" przy ulicy Piłsudskiego 32. Od godziny 14.00 na studentów i mieszkańców czekać będą liczne atrakcje, m.in. paintball, byk rodeo, eurobungee. Ciekawym dodatkiem do piknikowego klimatu będzie catering oraz ogródek piwny z możliwością degustacji niszowego piwa – świeżo ważone i pochodzące z małych, polskich browarów. Dla osób nieprzepadających za smakiem goryczy serwowane będą piwa smakowe. Od godz. 16.00 rozpocznie się muzyczną część Juwenaliów. Na początek zaprezentują się dwa zespoły, które premiery swoich płyt będę mieć właśnie w maju: Reggeneracja grający reggae, ska i fun oraz alternatywno-rockowy kwintet z żeńskim wokalem – By Million Wires. Od godz. 18.00 na juwenaliowe scenie zapanuje hip-hop: raper Małpa (Łukasz Małkiewicz) z zespołu Proximite oraz HiFi Banda – czołowi reprezentanci polskiej sceny hip-hopowej. O godz. 20.00 występ gwiazdy wieczoru zespołu Happysad, którego rockowe brzmienia będą zwieńczeniem Juwenaliów Tarnowskich. – Zróżnicowanie muzyczne, festiwal piwa oraz liczne piknikowe atrakcje to ukłon w stronę mieszkańców miasta i regionu, których również zapraszamy do udziału w zaplanowanych wydarzeniach – mówi Arkadiusz Michalik, wiceprzewodniczący samorządu studentów.
Studenci Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Tarnowie za okazaniem ważnej legitymacji studenckiej mają bezpłatny wstęp na Piknik Studencki (19 maja), na którym odbędą się koncerty muzyczne. Na pozostałych studentów oraz osób niestudiujących czekają bilety w cenie 10 złotych (w przedsprzedaży od 4 maja w sklepie Al. Capone: Mościckiego 47, Targowa 5 oraz od 11 maja w Gemini Park na stoisku obok apteki). Wejściówki będzie można zakupić także bezpośrednio przed koncertem w kasie KS „Błękitni”.
Dzień przed Piknikiem Studenckim, w piątek 18 maja warto być wyspanym. Tego dnia o godz. 19.00odbędzie się Nocny Maraton Filmowy w Auli PWSZ (ul. Mickiewicza 8). Wstęp bezpłatny dla wszystkich. Na dużym ekranie będzie można zobaczyć takich aktorów, jak: Kevin Costner, Tommy Lee Jones, Clint Eastwood oraz Tom Cruise w projekcjach filmów takich, jak: : JFK, Gran Torino oraz Ostatni Samuraj, a w przerwie darmowy poczęstunek – kawa i herbata. Dla chętnych pizza za symboliczną opłatą. Równolegle na dziedzińcu PWSZ będzie odbywać się Wielkie Grillowanie stanowiące namiastkę sobotniego Pikniku Studenckiego.
W czwartek 17 maja o godz. 18.00, miłośnicy dobrego humoru będą mogli wybrać się na II Juwenaliowy Przedwieczór Kabaretowy w Tarnowskim Teatrze im. L. Solskiego, gdzie na Małej Scenie wystąpi kabaret JESTEŚ.MY z Piotrowa Trybunalskiego oraz Paweł Pałaszewski stand-upowiec i parodysta w jednej osobie. Człowiek o stu twarzach. Bilety w śmiesznie niskiej cenie 10 zł (5 zł dla studentów za okazaniem ważnej legitymacji studenckiej) dostępne będą w kasie tarnowskiego Teatru im. L. Solskiego od poniedziałku do wtorku w godz. 9.00-17.00.
Obok wspomnianego wyżej filmowego, muzycznego i humorystycznego akcentu, w ramach tegorocznego święta żaków w Tarnowie odbędą się również imprezy w studenckim klubie Alfa Club (ul. Staszica 3) w czwartek (17 maja) i afterparty w niedzielę po Pikniku Studenckim (19 maja). Patronat honorowy nad Juwenaliami Tarnowskim 2012 objął Prezydent Miasta Tarnowa oraz Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Tarnowie.
Ps.Z przyczyn niezależnych od organizatora, na Pikniku Studenckim (sobota, 19 maja) w ramach Juwenaliów Tarnowskich 2012, nie wystąpi raper Małpa. W jego miejsce pojawi się Ten Typ Mes. Nastąpiły także zmiany w przybliżonych godzinach poszczególnych koncertów.Poniżej oficjalny plan koncertów:ok. godz. 16.00 Reggeneracjaok. godz. 16.30 Ten Typ Mesok. godz. 18.00 Na Grubym Cieścieok. godz. 18.25 HiFi Bandaok. godz. 19.25 By Milion Wiresok. godz. 20.10 Happysad.
Poniżej oficjalne oświadczenie opublikowane na profilu Łukasza „Małpy” Małkwicza: Niestety, z powodu problemów zdrowotnych Łukasza jesteśmy zmuszeni odwołać dwa nasze najbliższe koncerty: w Warszawie na Gardenaliach i w Tarnowie na tamtejszych juwenaliach. Jednak, dzięki zaangażowaniu organizatorów i wsparciu artystów, którzy zgodzili się nas zastąpić (za co jednym i drugim serdecznie dziękujemy) liczymy, że wpadniecie i zrobicie dla nich i całej reszty wielki, wielki hałas. W Warszawie zastąpi nas nasz człowiek z Aptaun Tetris. Z kolei w Tarnowie zagra reprezentant Alkopoligamii Mes (uwaga: koncert Mesa już o godz.16.30!). Liczymy na Waszą wyrozumiałość i mamy nadzieję, że zobaczymy się jak najszybciej! Piona.
Organizatorzy
czwartek, 17 maja 2012
W dniach 17 i 18 maja, odbywa się w Tarnowie kolejna, 4 już dwudniowa edycja tarnowskiego święta jazzu. Pierwszego dnia, we czwartek, w Tarnowskim Teatrze zaplanowano koncert Jazz Band Ball Orchestra, który w tym roku świętuje 50 lat istnienia z udziałem Zbigniewa Wodeckiego i Harmonia Garden z Węgier. „Dawno, dawno temu, na początku lat sześćdziesiątych studenci krakowskiej Wyższej Szkoły Muzycznej założyli zespół. Tak zaczynałaby się bajka o jedynym europejskim zespole jazzowym, który koncertując w kraju i poza jego granicami, wygrywając festiwal jazzowy za festiwalem trafia do Stanów Zjednoczonych i odnosi tam prawdziwie oszałamiający sukces” – tym zespołem jest Jazz Band Ball Orchestra, który cieszy swoją muzyką miłośników jazzu już od 50 lat. W czwartek 17 maja, o godz.19.00, JBBO zagra jubileuszowy koncert na Dużej Scenie Teatru, przedstawiając swoje utwory łączące tradycyjny jazz z elementami m.in. swingu, boogie i bluesa. Podczas koncertu wystąpi również wspomniany wcześniej Zbigniew Wodecki oraz zespół Harmonia Garden. Muzyka tej węgierskiej grupy, przywołuje na myśl ogród, w którym odnajdują się dźwięki czardaszu, bossa novy, jazzu, swingu i tanga. W drugi dzień Tarnowskiej Wiosny Jazzowej, w piątek 18 maja, będzie można usłyszeć Funny Fellows ze Słowacji i zespół Leliwa Jazz Band. Muzycy rozpoczną występ o godz. 20.00 w Club Bombay Music w Tarnowie.

Jazz Band Ball Orchestra (JBBO), to niezwykle zasłużony dla jazzu europejskiego zespół, przechodził transformacje stylistyczną i nawiązuje do pięknej tradycji zarówno orkiestr tanecznych Harlemu lat trzydziestych z orkiestrą Duke’a Ellingtona na czele, jak i grup kierowanych przez Ray Nance’a, czy Bobby Hacketta, czy całe Kansas City. Czuje się znakomitą pracę aranżerską Wojtka Groborza, który potrafi rozróżnić wszelkie stylistyczne smaczki epoki. On też jest wyróżniającym się solistą, obok lidera JBBO trębacza Jana Kudyka, ale również wykrzykuje zza pianina w stronę partnerów polecenia dyrygenta typu „wściekłe piano”. Widać jak kieruje i słychać tego znakomite efekty, a w Krakowie i nie tylko, czołowym boperem jest właśnie Wojtek Groborz. Jest on od wielu lat stałym członkiem i aranżerem reprezentacyjnej krakowskiej orkiestry Jazz Band Ball Orchestra. Pod jego artystycznym kierownictwem JBBO przeszedł transformację stylistyczną w bardzo ciekawym kierunku, będącym wypadkową dotychczasowych fascynacji dixielandem jak i bardzo szczególnym rodzajem wczesnego bebopu i muzyki swingowej. Spontanicznym improwizatorem jest puzonista Marek Michalak i za jego przyczyną każdy ich występ staje się żywiołowym koncertem, opracowanym w stylu amerykańskich show. Jacek Mazur grający na klarnecie i saksofonie jest solidnym członkiem grupy, niezbędnym w tworzeniu jej brzmienia. Znakomite solówki wszystkich (chyba najbardziej stylowe te w wykonaniu Wojtka Groborza i Jana Kudyka), błyskotliwe aranżacje i radosny klimat, mówią o znakomitej formie jubilatów. Nie jest już hałaśliwym dixielendowym dżesbandem, ale elegancką orkiestrą , której znaczna część programu jest per excellence swingowa. Wybornie grają zrelaksowany i muzykalny repertuar z pod znaku Kansas City, a element ludyczny ich występów został zachowany i nadal jest to „balowa orkiestra jazzowa”. Swing i entuzjazm są przekazywane publiczności, która zjawia się zawsze licznie na koncertach.

„Nic dwa razy się nie zdarza” - dywaguje Grzegorz Tusiewicz, bo pięćdziesiąt lat to średnio prawie całe dorosłe, niepowtarzalne życie człowieka, nie wspominam tu o jazzfanach i muzykach, którzy bardziej się eksploatują. Wielu z Was czytających te słowa za pomocą lupy, WIE o czym piszę. Gorzej maja tylko rockmani. Ale to sprawa pokolenia. Przez całe dorosłe życie obserwowałem losy JBBO, aby teraz po 50 latach nadal z przyjemnością słuchać ich gry. W roku 1962 zacząłem chodzić na koncerty jazzowe. Jako licealista byłem na pierwszych koncertach JBBO i zakładaliśmy się wtedy czy w utworze „Na perskim rynku” Kajo Kwaśniewski, ówczesny klarnecista JBBO, skiksuje czy nie. Od czasu, gdy podczas pobytu w titowej Jugosławii ubrali się w czarne, skórzane marynarki oraz takież wąskie krawaty stanowili wzory mody środowiskowej męskiej. Występy w rożnych krajach, indywidualizm i skłanianie się ku modom liberalnym również w stylu ubierania miały wpływ na estradowy image zespołu. Ich kontakt z Zachodem sprawiał, ze uchodzili za arbitrów elegancji. Amerykańskie marynarki i spodnie dzwony, bajecznie kolorowe koszule, bikiniarskie skarpetki i eleganckie buty.Jazz Band Ball Orchestra towarzyszyła mojemu pokoleniu, i podczas Juwenali, na wieczorkach tanecznych w „Jaszczurach” czy „Zaścianku”, na koncertach w „Helikonie”. Jedynym muzykiem, który przeżył wszystkie burze stylistyczne i zmiany składów jest trębacz Jan Kudyk, Trzeba zauważyć w stałym rozwoju firmy JBBO dużą konsekwencję. Od imitacji Louisa Armstronga, poprzez wzorowanie się na wówczas popularnych, popjazzowych, angielskich zespołach dixielandowych Acker Bilka, Kenny Balla, czy Chrisa Barbera doszli do źródeł swingu i harlemowskich pierwocin jazzu nowoczesnego, co dowodzi niesłychanej otwartości i muzykalności. Zmiany osobowe w zespole zawsze wnosiły coś nowego, ale przez cały czas trzymano się ewolucyjnie pojmowanej zdroworozsądkowej estetyki jazzu, blisko prawdziwych jego źródeł.
Leliwa Jazz Band. Historia naszego flagowego zespołu sięga 1978 roku, kiedy to w nie istniejącym już dzisiaj klubie Zachęta powstał zespół pod nazwą Ragtime Kapela, założony przez grającego na banjo Edwarda Wnęka. Nieocenionym źródłem inspiracji były wówczas coroczne (od 1973 r.) wycieczki na festiwale "Old Jazz Meeting - Złota Tarka", odbywające się w warszawskiej "Stodole", gdzie zawsze obecna była cała czołówka polskiego jazzu tradycyjnego, a nie brakowało też gwiazd jazzu europejskiego i amerykańskiego. Nie bez znaczenia dla rozwoju zespołu była bliskość Krakowa, z czterema zespołami tradycyjnymi (Jazz Band Ball Orchestra, Old Metropolitan Band, Beale Street Band, Swing Orchestra Cracow). W pierwszych latach na fortepianie stylowy ragtime wykonywał Krzysztof Ożga. Z biegiem czasu RK bardzo konsekwentnie rozszerzała swój instrumentalny: od kwartetu 1978 (p, tu, tarka/dr, bjo) do nonetu 1985-89 (do pierwotnego zestawienia dodano fl, viol, cl, tp, tb). W happy-jazzowym podejściu do muzyki Scotta Joplina, Josepha Lamba, Jamesa Scotta i in. pomagało wzorowanie się na aranżacjach Turk Murphy Jazz Band, New England Ragtime Ensemble i naszego rodzimego Hagawu.

W 1989 roku zespół po raz pierwszy wziął udział w konkursie "Złotej Tarki"kwalifikując się do finałowej "piątki" w międzynarodowej obsadzie, co odnotowano jako duży sukces. Już parę lat wcześniej, równolegle z ragtimem, próbowano grać dixieland, wykorzystując zwłaszcza klezmerską wyobraźnię i wirtuozerię Edwarda Karwali (klarnet). Opcja dixielandowa przyjęła nazwę Leliwa Jazz Band, co nie zobowiązywało już do grania ragtimu. Obok klasycznych wzorców nowoorleańskich i chicagowskich (Hot Five, Hot Seven, Bix Beiderbecke) duży wpływ na stylistykę LJB miał wówczas zespół Old Timers. LJB z powodzeniem uczestniczył w OJM '98 w Iławie, w 2004 roku uzyskał wyróżnienie, a w następnym zdobył Nagrodę Główną "Złota Tarka 2005". W ślad za Złotą Tarką przyszły inne wyróżnienia: I miejsce w Konkursie im. Bohdana Styczyńskiego (Warszawa 2005), Złoty Skarabeusz dla zespołu LJB i trębacza Stanisława Stańczyka w Konkursie im. Henryka Majewskiego, i - co szczególnie cieszy - nagroda Miasta Tarnowa "Uskrzydlony 2005" przyznana za wkład w promocję miasta i regionu. LJB często występuje na estradach festiwalowych. Wymieńmy niektóre: "50 Zaduszki Jazzowe - Kraków 2005", "Hot Jazz Spring - Częstochowa 2006", "III Zakopiańska Wiosna Jazzowa - 2006", "Old Jazz Meeting 2006", "Mazurska Fiesta Jazzowa - Giżycko 2006", a także coroczny udział w regionalnej imprezie "Baszta Jazz Festiwal" w Czchowie. Zaszczytnym wyróżnieniem było wytypowanie LJB do reprezentowania polskiego jazzu tradycyjnego na "Euro Jazz Festivalu - 2006" w Paryżu.

Opracował na podstawie materiałów organizatorów – Ryszard Zaprzałka
środa, 16 maja 2012
Z cyklu znani i nieznani…

Rocznik 1988. Student. Prezes Stowarzyszenia Młodych Twórców Filmowych „Kicz”. Reżyser i scenarzysta, aktor z zamiłowania, laureat wielu nagród konkursów recytatorskich i aktorskich.
Wasze stowarzyszenie powstało bardzo niedawno, a jednak już osiągnęliście coś, na co inni, pracują latami. Czy mógłbyś powiedzieć coś o sukcesach?
Słowo sukces to może jeszcze zbyt poważne słowo. Nagranie filmu średniometrażowego jest sukcesem bo samo przedsięwzięcie jest bardzo trudne. Sukcesem jest to, że na starcie naszego stowarzyszenia jest co raz więcej zainteresowania nami, naszymi projektami. Kilkoro młodych ludzi już zgłosiło się do nas z propozycja nagrania filmu krótkometrażowego na francuski festiwal filmowy, co jest dla nas wielkim komplementem. A propozycji mamy co raz więcej. Więc na sukcesy dopiero przyjdzie czas.
Czy po nakręceniu pierwszego filmu, byłbyś w stanie jasno określić przyszłość waszej grupy?
Już teraz mogę szczerze powiedzieć, że wygląda naprawdę dobrze. Jesteśmy zwartą i gotową do działania grupą młodych ambitnych osób, które stawiają sobie co raz to trudniejsze zadania. Nigdy nie jest łatwo pogodzić życie prywatne oraz studenckie z pracą na planie filmowym. Ale mamy bardzo dużą motywację do pracy i bardzo dużo ciekawych pomysłów na rozwój naszego Stowarzyszenia.
Nakręcenie 40-stu minut filmu fabularnego sporo kosztuje. Kto wam pomaga finansowo?
Owszem, nie jest łatwo. Nakręcenie filmu już jest nie lada wyzwaniem, mimo tego, że film nasz nie był nastawiony na komercję to bez wsparcia innych osób, zwłaszcza wsparcia finansowego było by nam naprawdę bardzo ciężko. Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w znacznej mierze przyczyniła się do powstania tego projektu. Rada Uczelniana Samorządu Studentów PWSZ w Tarnowie. Lecz przy produkcji bardzo nas wsparły jednostki administracyjne takie jak TZDM w Tarnowie, Targowisko Miejskie, Komenda Miejska Policji. Z prywatnych przedsiębiorców dziękujemy również Klubowi Pretekst oraz firmie Al.Capone. Bez żadnych z tych instytucji niemożliwym by było stworzenie naszej produkcji filmowej.
Wiem, że macie w planie zrobienie reportażu o zyciu i problemach młodzieży. Czy możemy spodziewać się łamania stereotypów?
Tak, już za nie długo rozpoczynamy pracę nad 30-minutowym reportażem. Skupimy się w nich na uzależnieniach. Uzależnieniu od zakładów bukmacherskich oraz portalów społecznościowych a wspólnym tego mianownikiem będzie młodzież, w tym również młodzież tarnowska.
Jakie macie plany twórcze i organizacyjne na bieżący rok?
Planów na ten rok jest wiele. Obecnie zajmujemy się opracowanie, a raczej artystycznym konsumowaniem dwóch wydarzeń, które miały miejsce między 22 a 23 marca. Warsztaty Fotograficzne oraz impreza Imagination Day, które miały miejsce w Tarnowie a dokładniej na terenie PWSZ. Na przełomie marca i kwietnia rozpoczęliśmy zdjęcia do krótkometrażowego filmu w języku francuskim oraz pracy nad wcześniej wymienionym reportażem. Kolejne miesiące będą czasem przygotowań do kolejnej produkcji filmowej, w drugiej połowie roku rozpoczynamy nagrywanie filmu pełnometrażowego, który będzie walczył o nagrody w przyszłorocznych festiwalach. A za rok, na wiosnę mamy w planie zorganizowanie I -ego Festiwalu Filmów Niezależnych i Amatorskich w Tarnowie.
J. Ignarski, P. Brzozowski, K. Drogoś, E. Wrona – świadomie podaję nazwiska, by utkwiły w jakiś sposób w historii Tarnowa – to czołówka waszej grupy?
Czołówką naszej grupy jest każda osoba, która znajduję się w naszym stowarzyszeniu. Te osoby to zarząd, osoby odpowiedzialne za formalne przeprowadzenie wszystkich naszych projektów. Każdy w naszym stowarzyszeniu ma swoją dziedzinę za którą jest odpowiedzialny. Jest to między innymi, pisanie scenariuszy, montowanie filmu, scenografia, reżyserowanie oraz aktorstwo. Już teraz mamy pełne ręce pracy a dopiero zaczynamy naszą działalność.
Kogo chciałbyś zaprosić do współpracy?
Chcemy zaprosić każdego kto chce z nami tworzyć młodą tarnowską grupę filmową. Każdą osobę niezależnie od wieku, czy też doświadczeniu lub jego braku, której pasją jest film oraz jego tworzenie. Chcemy współpracować z każdym kto chce spróbować swoich sił, czy to przed kamerą czy za kamerą. Chcemy zachęcić młodych i zdolnych ludzi do przyłączenia się do naszej organizacji i razem z nimi zrobić coś co Tarnów będzie pamiętał przez wiele lat.
Jerzy Reuter (Gazeta Krakowska)
wtorek, 15 maja 2012
Namiętność, tragedia, poświęcenie.. Ponadczasowa opowieść o miłości… Poruszająca historia w jednym z najdoskonalszych i najbardziej wysmakowanych dzieł operowych!
Centrum Sztuki Mościce kolejny raz zaprasza na występ artystów Opery Śląskiej z Bytomia. Tym razem (wtorek 15 maja), dają tam „Madama Butterfly” Giacomo Pucciniego, jedno z najsławniejszych dzieł w repertuarze operowym. Opowiada ono dramatyczną historię związku japońskiej gejszy Cho-Cho-San – tytułowej Butterfly, która wychodzi za mąż za Pinkertona, pułkownika stacjonujących w Nagasaki wojsk amerykańskich. Młoda Japonka jest tak bardzo zakochana w mężu, że porzuca dla niego swoją religię, kulturę i tradycję, on jednak nie traktuje tego małżeństwa poważnie. Niedługo po ślubie Pinkerton wyjeżdża i wraca dopiero po trzech latach z nową żoną, by zabrać synka, którego urodziła mu gejsza. Butterfly popełnia rytualne samobójstwo… Premiera pierwszej wersji opery miała miejsce 17 lutego 1904 w mediolańskiej La Scali. „Madama Butterfly” składała się wtedy z dwóch aktów i została bardzo chłodno przyjęta. Cztery miesiące później wystawiono ją ponownie w Brescii, dzieląc nieproporcjonalnie długi drugi akt na dwie części i wprowadzając inne drobniejsze zmiany. Tym razem dzieło Pucciniego odniosło olbrzymi sukces, przenosząc się na deski Metropolitan Opera w 1907. Nic też dziwnego, że „Madama Butterfly” jest stale w żelaznym repertuarze każdej szanującej się opery. Także - nie licząc wznowień – prezentowana była w Operze Śląskiej w nowej, premierowej inscenizacji wielokrotnie. Premiera ostatniej wersji miała miejsce 30 stycznia 1988 r. Ze względu na liczne zmiany w składzie solistów dochodziło jednak do dłuższych przerw tego cenionego i oczekiwanego spektaklu. Opera Pucciniego powróciła na bytomską scenę 12marca 2011 r. A w obsadzie same gwiazdy, dobrze znane, lubiane i rozpoznawalne z wielokrotnych występów przed tarnowską publicznością. I tak: Madama Butterfly – Ewa Biegas, Pinkerton – Maciej Komandera, Sharpless – Paweł Kajzerski, Suzuki – Renata Dobosz. Reżyseria - Henryk Konwiński. Soliści, chór, balet i orkiestra pod dyrekcją Francesco Bottigliero. Spektakl prezentowany jest w oryginalnej wersji językowej - czytnik w języku polskim. I bardzo dobrze się dzieje, że to właśnie Centrum Sztuki Mościce, jako jedyna placówka w mieście, dba o regularny kontakt tarnowskich melomanów ze sztuką przez duże „S”, bo do takiej niewątpliwie należy, pomimo malkontenckich gderań, sztuka operowa. To wręcz niezbędny element ogólnej edukacji, szczególnie młodego pokolenia. Po raz kolejny okazuje się, jak trafne było powierzenie szefostwa tej wiodącej placówki kulturalnej Tarnowa Agnieszce Kawie. Tak trzymać!

Opera Śląska w Bytomiu stworzona przez Adama Didura istnieje od 1945 roku. Siedzibą Opery Śląskiej prawie od początku pozostaje gmach byłego Teatru Miejskiego, zbudowany w latach 1899-1901 według projektu berlińskiego architekta Aleksandra Böhma, w stylu neoklasycystycznym, na 423 miejsca, który od swojej inauguracji tj. 1 października 1901 roku służy sztuce teatralnej. Za oficjalną datę utworzenia Opery Śląskiej przyjmuje się dzień premiery Halki Stanisława Moniuszki (14 czerwca 1945 r.), którą wystawił zespół utworzony i kierowany przez artystę Adama Didura. W okresie pierwszych miesięcy uformował się pod jego pieczą krąg solistów złożony z utalentowanych młodych artystów. W tym czasie Opera Śląska została wzmocniona przez znaczną część zespołów repatriowanej Opery Lwowskiej. Zrealizowano tutaj w ciągu istnienia sceny około 250 premier oper i baletów. Zaprezentowano dzieła polskie obejmujące całokształt dorobku operowego Moniuszki, utwory Szymanowskiego, Różyckiego, Rudzińskiego, Maklakiewicza, Świdra,Twardowskiego i Bairda. Ponadto repertuar obejmuje znaczną liczbę oper Mozarta, najważniejsze dzieła Verdiego, niemal całą twórczość Pucciniego, wiele dzieł reprezentatywnych dla XX wieku, m.in. światowa prapremiera opery "Muzeum Histeryczne Mme Eurozy", której autorem jest interdyscyplinarny twórca Piotr Szmitke. Scena słynie również z koncertów galowych transmitowanych w radiu i telewizji. Od pierwszych lat prezentowane są także dzieła baletowe - właśnie na scenie bytomskiej odbyła się pierwsza w Polsce po roku 1945 premiera baletu Pan Twardowski w realizacji Stanisława Miszczyka. Opera Śląska znana jest również poza granicami kraju. Gościła w Niemczech i we Włoszech, Holandii, Belgii i Danii, Francji, Hiszpanii, na Ukrainie i w Czechach. Jako jedyna scena operowa w Polsce odbyła dwukrotnie tournée po kontynencie amerykańskim prezentując Halkę Moniuszki na scenach Stanów Zjednoczonych. Dobra frekwencja oraz specjalne spektakle pt. "Spotkania z Operą" dla młodzieży szkolnej wyróżniają ten teatr spośród innych w Polsce. Zespół Opery Śląskiej dokonał wielu nagrań koncertowych.

"Madama Butterfly" to dzieło Pucciniego cieszące się niesłabnącą popularnością od chwili premiery (jeśli nie liczyć artystycznej klęski prapremiery w mediolańskiej La Scali, w 1904 roku), zawsze oczekiwane przez operową publiczność. Nie inaczej było w Operze Śląskiej w Bytomiu, która postanowiła wznowić po latach nieobecności w repertuarze to arcydzieło sztuki wokalnej. Na deskach Opery Śląskiej ta opera Pucciniego miała trzy premiery (1946, 1952, 1988) i zawsze w najznakomitszej obsadzie. Najlepsze głosy, a wśród nich m.in. Wiktoria Calma, Lesław Finze, Andrzej Hiolski, Maria Vardi, Maria Kunińska, Bogdan Paprocki, Natalia Stokowacka, Stanisława Marciniak, Zbigniew Platt, Sławomir Żerdzicki, Elżbieta Mazur, Gabriela Kściuczyk, Zofia Rogala, Jerzy Mechliński, także znakomite kierownictwo muzyczne (Jerzy Sil-lich, Bolesław Lewandowski, Jerzy Salwarowski) czy inscenizacja autorstwa Bolesława Fotygo-Folańskiego - prawdziwej legendy bytomskiej Opery, gwarantowały powodzenie wśród melomanów i wielbicieli dzieł Pucciniego. Kolejne wznowienie okazało się również sukcesem. Wystawiając tak znaną operę, jaką jest "Madama Butterfly", łatwo otrzeć się o kicz, o zgrane chwyty inscenizacyjne czy scenograficzne. Zawsze więc aktualne pozostaje pytanie o sposób prezentacji dzieła. Spektakl, którego kierownictwa muzycznego podjął się Piotr Warzecha, a inscenizacja i reżyseria została powierzona artyście tej miary co Henryk Konwiński, spełnił oczekiwania publiczności, która tłumnie tego wieczoru wypełniła widownię. Sukcesu dopełnił znakomity dobór wykonawców: niezrównana w partii tytułowej Ewa Biegas stworzyła - zarówno pod względem wokalnym jak i aktorskim piękną postać tytułowej Butterfly. Przekonująca, dynamiczna, tragiczna a zarazem pełna liryzmu postać Butterfly wzruszała, dając poczucie autentyzmu przeżywanych sytuacji. Biegas znakomicie wyśpiewała dramat gejszy, lokując ją tym samym w rzędzie najlepszych wykonań bytomskiej sceny. Właściwie każda z postaci tego spektaklu zasługuje na uwagę: Magdalena Spytek w roli Suzuki, Stanisław Kuflyuk jako Konsul, Zbigniew Wunsch - Bonzo, Feliks Widera Góro czy jako Yamadori Włodzimierz Skalski. Także w następnych spektaklach zwrócili uwagę śpiewem i aktorstwem Hanna Wiśniewska Schop-pa - Butterfly, Maciej Komandera - Pinkerton i Włodzimierz Skalski - Sharpless. W spektaklu wyczuwalna jest ręka reżysera - Henryka Konwińskiego, który z właściwą sobie subtelnością, a przy tym ogromną precyzją, prowadził solistów - aktorów po kameralnie zaaranżowanym wnętrzu japońskiego domu. Bez przesadnych gestów (chociaż wyróżniają one Chocho-san jako niedawną gejszę), bez uzewnętrzniania emocji, stworzył spektakl bardzo osobisty, wyciszony. Wyczuwało się w nim ulotność motyla jego kruchość, niepowtarzalność, trwające zaledwie chwilę piękno. Narastające z aktu na akt napięcie przełamywane było chwilami wyciszenia, spokoju, podkreślanego przez wzorowo użyte światło, jego natężenie i kolorystykę. Motywom japońskim, które Puccini świadomie cytował w swoim dziele, odpowiadały elementy scenografii, której autorem był Jan Bernaś. To twórca, który posiada niebywałe wyczucie sceny, a jego projekty - funkcjonalne, nienachalne i dopełniające całości - zawsze są potwierdzeniem najwyższego kunsztu tego artysty. Przy pomocy symbolicznych elementów, współgrających ze światłem, wyczarował niepowtarzalny klimat i nastrój poszczególnych aktów. W tym spektaklu światło odgrywa ogromną rolę - wydobywa postać Butterfly z tła, nadaje jej indywidualny rys, kieruje uwagą widza, wtóruje scenom miłosnym i dramatycznym. Jest niemym bohaterem tego widowiska.
Butterfly popełniając harakiri jest jak motyl przekłuty szpilką dla zachowania na zawsze jego piękna ...
"Powrót Madamy Butterfly" Wiesława Konopelska (Miesięcznik Śląsk)

A oto szczegóły libretta Madame Butterflay:
AKT I W japońskim porcie zatrzymał się na czas dłuższy okręt amerykańskiej marynarki wojennej. Monotonny tryb życia przykrzy się młodemu porucznikowi Pinkertonowi; aby sobie uprzyjemnić życie, korzysta z usług japońskiego pośrednika Goro, który za opłatą ułatwia mu znajomość z młodziutką gejszą Cho-cho-san, zwaną także Butterfly (motyl). Pinkerton, zgodnie z japońskimi zwyczajami, ma zawrzeć z nią ślub, którego ważność rozciąga się na 999 lat. Goro wprowadza porucznika da wynajętego dlań domku na wzgórzu nad miastem i przedstawia mu służbę jego przyszłej żony. Wkrótce ma się odbyć ceremonia ślubna – jako pierwszy z gości zjawia się konsul Stanów Zjednoczonych w Nagasaki, Sharpless. Zapatruje się on na sprawę małżeństwa Pinkertona poważniej niż młody porucznik i ostrzega go, by nie łamał życia młodziutkiej, szczerze go kochającej Japonce. Nadchodzi Cho-cho-san w otoczeniu rodziny i licznego grona dziewcząt japońskich. Wyznaje ona Pinkertonowi, że rano była w domu misjonarzy, by przyjąć wiarę chrześcijańską i że dla niego gotowa jest zupełnie zerwać ze swą rodziną i środowiskiem. Urzędnik stanu cywilnego odczytuje akt ślubu. Weselną atmosferę mąci nagłe zjawienie się wuja panny młodej – Bonzy, który odkrył tajemnicę jej chrztu i za porzucenie wiary ojców oraz poślubienie cudzoziemca rzuca przekleństwo na jej głowę. W ślad za nim opuszczają pośpiesznie dom Pinkertona przerażeni goście weselni. Butterfly i Pinkerton zostają sami. Nadchodzi noc. Akt I kończy się wspaniałym duetem miłosnym, jednym z najpiękniejszych w światowej literaturze operowej (Bimba degli occhi).
AKT II Minęły trzy lata od ślubu Pinkertona. Butterfly wraz z małym synkiem każdej wiosny oczekuje męża, który odjeżdżając wkrótce po ceremonii zaślubin, przyrzekł jej, że na pewno powróci. Żyją w biedzie, a wierna służebnica Buttertly, Suzuki, obawia się gorszego jeszcze niedostatku, nie spodziewa się bowiem powrotu Pinkertona. Butterfly jednak niezachwianie wierzy jego słowom. Nieoczekiwanie zjawia się witany radośnie przez Butterfly konsul Sharpless. W trakcie jego wizyty przybywa też bogaty książę Yamadori, który przy pomocy pośrednika Goro zabiega o względy Cho-cho-san. Młoda Japonka odrzuca jednak stanowczo jego konkury. Uważa się nadal za żonę Pinkertona i nie uznaje rozwodowych zwyczajów japońskich. Na jej postanowienie nie wpływają nawet słowa Sharplessa, który w oględny sposób daje do zrozumienia, że Pinkerton nie zamierza do niej wracać. Cho-cho-san nie wierzy słowom konsula (aria Un bel di vedremo – Tam na wschodniej stronie). Pokazuje mu swego synka i prosi, by powiadomił Pinkertona, że oboje z dzieckiem stale go oczekują. Zakłopotany swą przykrą misją Sharpless opuszcza dom Butterfly, która w chwil potem wypędza natrętnego Goro, Wystrzał armatni zwiastuje przybycie okrętu Pinkertona. Uszczęśliwiona Butterfly przystraja wraz z Suzuki cały dom kwiatami (duet Schuoti quelle fronda) i ubrana w ślubną suknię oczekuje przybycia małżonka. Z wolna zapada zmierzch; w oddali słychać śpiew rybaków wracających z połowu. Na ścieżce wiodącej do domku Butterfly nie widać nikogo…
AKT III Minęła noc. Znużona oczekiwaniem, usnęła Butterfly. Teraz dopiero w ogródku przed domem zjawiają się Sharpless i Pinkerton. Suzuki ze zdumieniem patrzy na towarzyszącą im nieznajomą elegancką damę. To małżonka Pinkertona przybyła wraz z mężem, by zabrać jego synka. Cho-cho-san, która zjawia się po chwili, od razu domyśla się wszystkiego i wie, co ma teraz uczynić. Odprawia obecnych i wydobywa ze skrytki stary, rodowy sztylet, na którego klindze wyryte są słowa: „Niechaj z honorem umiera ten, komu los nie pozwolił żyć z honorem”. Pożegnawszy się z dzieckiem Cho-cho-san przebija się sztyletem. Ostatnim odruchem świadomości zwraca się w stronę Pinkertona, który wpada do pokoju z okrzykiem „Butterfly”! (Z „Przewodnika operowego” Józefa Kańskiego)

Na podstawie materiałów Opery Śląskiej i CSM opracował – Ryszard Zaprzałka Zdjęcia – Tomasz Zakrzewski
poniedziałek, 14 maja 2012
Był dziesiątym biskupem pomocniczym diecezji tarnowskiej, ma 49 lat, będzie szesnastym ordynariuszem tarnowskim.
Po raz pierwszy w dziejach diecezji, która ma 225 lat, nowy ordynariusz wywodzi się z duchowieństwa tarnowskiego. Decyzję Benedykta XVI ogłosiła Nuncjatura Apostolska w Polsce w sobotę 12 maja 2012 r. Uroczyście odczytano ją także podczas odpustu w Szczepanowie – miejscu narodzenia św. Stanisława – patrona Polski i diecezji tarnowskiej. Od listopada ubiegłego roku administratorem diecezji był bp Wiesław Lechowicz - po mianowaniu abp. Wiktora Skworca metropolitą katowickim. - Jest to olbrzymie zobowiązanie, gdyż diecezja tarnowska jest Kościołem wielobarwnym – powiedział bp Andrzej Jeż w rozmowie z KAI tuż po nominacji na biskupa tarnowskiego. Przyznał, że jest zaskoczony decyzją Benedykta XVI, gdyż „zawsze był przekonany, że praca w drugim szeregu jest jego szczególny powołaniem”. Bp Jeż do tej pory pełnił funkcję biskupa pomocniczego w diecezji tarnowskiej. Diecezja tarnowska jest Kościołem wielobarwnym, o różnych wymiarach, bardzo zobowiązującym ze względu na wspaniałą historię pracy duchowieństwa i dużą wiarę ludu Bożego – podkreśla bp Jeż. - Mam świadomość, że w różnych obszarach będzie mnie ta funkcja przerastać, ale ta świadomość jest potrzebna, trzeba się uczyć pokory. Jestem też zaskoczony, gdyż zawsze byłem przekonany, że praca w drugim szeregu jest moim szczególny powołaniem – przyznał. Bp Jeż jest pierwszym w historii diecezji biskupem tarnowskim wywodzącym się z grona księży tej diecezji. - Duchowieństwo tarnowskie oczekiwało takiej decyzji, wiem z rozmów z księżmi, że pragnęli by wreszcie ta diecezja miała biskupa, który będzie pochodził z szeregu prezbiteratu tarnowskiego – powiedział biskup. Przyznał, że pełnione przez niego do tej pory funkcje – wikariusza, ojca duchownego seminarium i proboszcza, a także biskupa pomocniczego, bardzo pomogą mu w pełnieniu funkcji ordynariusza. Zaznaczył, że diecezja do tej pory była dobrze prowadzona przez jego poprzedników. On sam chce się skoncentrować na tym jak nieść „skarbiec zbawienia” w konkretnej, zmieniającej się rzeczywistości. Dodał, że znajomość diecezji jest z jednej strony pomocna, ale i utrudnia „szybkie” decyzje. Będzie brał pod uwagę wiele okoliczności, które zna.

Ks. dr Andrzej Jeż urodził się 3 maja 1963 r. w Limanowej. Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego w Limanowej wstąpił do Seminarium Duchownego w Tarnowie. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk bpa Jerzego Ablewicza 12 czerwca 1988 r. Pracował jako wikariusz w parafii Krościenko n. Dunajcem (1988-1991) a następnie w parafii Wierzchosławice (1991-1993). W roku 1993 został skierowany na studia specjalistyczne w zakresie homiletyki na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Po uzyskaniu tytułu licencjata w roku 1996 został odwołany ze studiów i mianowany ojcem duchownym w Wyższym Seminarium Duchownym w Tarnowie. Ponadto podjął wykłady z homiletyki. W tym czasie rozpoczął również studia doktoranckie na Wydziale Teologicznym Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, które uwieńczył w roku 2001 obroną pracy doktorskiej z teologii dogmatycznej pt.: Christus communicator. Próba zbudowania modelu chrystologicznego o teorię komunikacji interpersonalnej.
Po zwolnieniu z obowiązków w Seminarium Duchownym, z dniem 21 sierpnia 2004 r. został mianowany proboszczem parafii pw. Matki Bożej Królowej Polski w Tarnowie-Mościcach. Jednocześnie pełnił urząd dziekana dekanatu Tarnów-Zachód oraz był członkiem Rady ds. Formacji Duchowieństwa Diecezji Tarnowskiej. Z kolei 29 lipca 2007 r. Biskup Tarnowski powierzył mu urząd proboszcza parafii pw. św. Małgorzaty w Nowym Sączu, a następnie urząd dziekana dekanatu Nowy Sącz – Centrum. Ponadto został mianowany kanonikiem gremialnym i prepozytem Kapituły Kolegiackiej w Nowym Sączu. W roku 2008 został powołany do Diecezjalnej Rady Duszpasterskiej.
W dniu 20 października 2009 r. Nuncjatura Apostolska w Polsce ogłosiła, że Ojciec Święty Benedykt XVI, mianował ks. dr. Andrzeja Jeża biskupem pomocniczym diecezji tarnowskiej, przydzielając mu stolicę tytularną w Tigillava (Północna Afryka). Biskup, który na hasło swojej pasterskiej posługi wybrał słowa: „Ad laudem Trinitatis et Deiparae” (Na chwałę Trójcy Świętej i Bogurodzicy), otrzymał sakrę biskupią w dniu 28 listopada 2009 r. w Bazylice św. Małgorzaty w Nowym Sączu. Głównym konsekratorem był ówczesny biskup diecezjalny tarnowski Wiktor Skworc, a współkonsekratorami arcybiskup metropolia krakowski kard. Stanisław Dziwisz i były nuncjusz apostolski w Polsce, a obecnie prymas abp Józef Kowalczyk
Zainteresowania naukowe biskupa to: homiletyka, dogmatyka, historia Kościoła, historia sztuki sakralnej. Ksiądz biskup lubi literaturę, poezję, górskie wędrówki. Interesuje się architekturą ogrodów. Zna języki francuski i włoski.

A oto mini wywiad, jakiego udzielił biskup Andrzej Jeż dwa lata temu, w pierwszą rocznicę swoich święceń biskupich, ks. Zbigniewowi Wielgoszowi z Gościa Niedzielnego.
Ks. Zbigniew Wielgosz: Minął rok od chwili święceń biskupich. Jaki ślad pozostał w pamięci Księdza Biskupa po dniu konsekracji?
Bp Andrzej Jeż: Czułem „tętno” Kościoła dzięki obecności wielu kapłanów i sióstr zakonnych, a także najbliższej rodziny i przyjaciół wiernych świeckich. Ich modlitwa była znakiem Bożej miłości i źródłem duchowej mocy do podjęcia czekających mnie obowiązków.
Co było nowością dla Księdza Biskupa? - Będąc wcześniej proboszczem w dwóch parafiach, patrzyłem z tej perspektywy na diecezję. Konsekracja to zmienia. Codziennie uczę się biskupiego, pasterskiego spojrzenia na jakże bogate życie Kościoła tarnowskiego i przez jego pryzmat chciałbym patrzeć na każdą parafię, jak na swoją własną. Mam nadzieję, że ta podwójna optyka pozostanie we mnie na zawsze, abym mógł lepiej rozumieć i wypełniać powierzoną mi misję.
Jakie zadania podjął Ksiądz Biskup jako wikariusz generalny? - Przede wszystkim wspólne dla biskupów pomocniczych: głoszenie słowa Bożego, udzielanie sakramentów, zwłaszcza bierzmowania, udział w uroczystościach kościelnych i wydarzeniach lokalnych społeczności. Koordynuję pracę Kurii Diecezjalnej, Komisji Sztuki Kościelnej oraz diecezjalnych podmiotów gospodarczych. Wspieram także duszpasterstwo młodzieży oraz duszpasterstwo trzeźwości.
A jaka jest nasza młodzież? - W diecezji tarnowskiej, według ostatnich badań socjologicznych, mamy najwyższy w Polsce procent osób zaangażowanych bezpośrednio w duszpasterstwo. Co piąty diecezjanin uczestniczy w życiu ruchów i stowarzyszeń katolickich. Cieszymy się z faktu, iż wielu młodych nie pozostaje na uboczu życia Kościoła, lecz włącza się w jego główny nurt.
Odczuwa Ksiądz Biskup jakiś dystans ze strony wiernych? - Biskupi tarnowscy wypracowali w ciągu lat styl posługi, polegający na promieniowaniu duchowego ojcostwa, stąd relacje z wiernymi są bardzo rodzinne, co buduje komunię Kościoła. Wierni nie mają barier, aby podchodzić do biskupa, traktując go jak ojca i przyjaciela. Tysiące spotkań z diecezjanami potwierdzają to doświadczenie.
Czy Ksiądz Biskup ma czas wolny na rozwijanie swoich pasji, np. ogrodnictwa? - Jest go coraz mniej. Poznaję diecezję, która zawsze mnie fascynowała swą różnorodnością: duchową, kulturową, etniczną, geograficzną. Mogę poznawać historię poszczególnych miejscowości, parafii. Cieszę się ze spotkań z ludźmi podczas wizytacji… Jest to dla mnie pewna forma wypoczynku (śmiech).
A ogrody?
Stają się coraz bardziej dzikie i zapuszczone, może dlatego piękniejsze. Im mniej interwencji ludzkiej, tym więcej Bożej…Podobnie jak w posłudze kapłańskiej i biskupiej.
oprac. Ryszard Zaprzałka
Źródło - Gość Niedzielny, KAI
niedziela, 13 maja 2012
Hołd marszałkini...
Oto najlepsza ilustracja aktualnego układu władzy...
sobota, 12 maja 2012
Zapomniana, odnaleziona, ocalona...
Wraz z wiosną nastał też czas kolejnej edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Odnalezionej. W tym roku już XIX. Jedynej tego typu imprezy na świecie, w dodatku wymyślonej i od początku, tj. od 19 lat organizowanej przez tarnowskich muzycznych Judymów - Teresę Kaban i Henryka Błażeja. Oboje są absolwentami Akademii Muzycznej w Krakowie w 1976 roku. Teresa - w klasie fortepianu prof. Ludwika Stefańskiego, Henryk – w klasie fletu doc .Wacława Chudziaka. Solistyczną działalność koncertową rozpoczęli jeszcze na studiach. W 2004 roku założyli TRIO INTER-ART , z którym występowali jako soliści i kameraliści na wszystkich niemal estradach Polski a także w ponad 40 krajach Europy, USA oraz na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Brali udział w licznych krajowych i międzynarodowych Festiwalach Muzycznych, regularnie także koncertują na organizowanych przez siebie kolejnych Międzynarodowych Festiwalach Muzyki Odnalezionej. Jego głównym założeniem jest przywracanie pamięci zapomnianym utworom kameralnym i symfonicznym, polskim i obcym. Powody zapomnienia są różne np. zamówienie utworów w celu uświetnienia szczególnie ważnych uroczystości (w XVIII, XIX w) z zastrzeżeniem przez zamawiającego, aby po premierze nie wykonywać ich przez najbliższe 30 - 50 lat. Utwory takie można obecnie odnaleźć w księgozbiorach pałaców i klasztorów, w antykwariatach lub muzeach. Organizatorzy imprezy: Teresa Kaban i Henryk Błażej przyznają, że z wieloma utworami czas i historia obeszły się brutalnie: nierzadko „leżakowały” one w wyniszczających je warunkach. Teraz zostały odnalezione i zdarza się, że są to kompozycje wyjątkowo cenne dla kultury narodowej i historii muzyki. W początkowych latach ta unikalna impreza odbywała się wyłącznie w Tarnowie, przysparzając mu splendoru i znakomicie go promując. Niestety, od 2000 roku, na wskutek różnych zawirowań polityczno – organizacyjnych oraz zwykłej zawiści ze strony tzw. środowiska i braku kompetencji połączonej z wyobraźnią lokalnych urzędników, Festiwal zmuszono do emigracji poza Tarnów. Mimo to, Festiwal przygotowywany przez impresariat państwa Błażejów z roku na rok z coraz większym rozmachem, przetrwał i ma się całkiem dobrze. Właśnie trwa jego XIX edycja, która rozpoczęła się w połowie kwietnia i potrwa do 4 czerwca. Swoim zasięgiem obejmuje jedenaście miast Małopolski i Śląska: Bielsko Białą, Kraków, Nowy Sącz, Ożarów, Radomsko, Skierniewice, Skoczów, Sosnowiec, Trzebinię i Włoszczową. W tym roku wszystkie z czterech zaplanowanych w Tarnowie koncertów odbędą się w Sali Lustrzanej o godzinie 19.

I tak pierwszy z koncertów odbył się wczoraj w piątek 11 maja, a wypełniła go muzyka Thomasa Tellefsena, norweskiego pianisty i kompozytora, uważanego za jednego z najzdolniejszych uczniów samego Fryderyka Chopina. A wykonają ją: skrzypek Michael Sussmann – członek norweskiej Orkiestry Symfonicznej w Kristiansand oraz Natalia Strelchenko, norweska pianistka rosyjskiego pochodzenia. Dzisiaj, w sobotę 12 maja, muzykę Clara Wieck Schumanna, Johanesa Brahmsa, Antonio Freschiego, Antonio Bazziniego zagrają Lucio Degani – włoski skrzypek, laureat wielu krajowych i międzynarodowych konkursów oraz Andrea Rucli – włoski pianista, występujący zarówno jako solista, jak i członek wielu zespołów kameralnych. Z kolei w niedzielę 13 maja będzie można posłuchać muzyki granej na dworze Austrii w XVII i XVIII wieku. Program koncertu „Muzyka na imperialnym dworze Austrii” Sacrum & Profanum obejmuje utwory: Johanna Heinricha Schmelzera , Giovanni Felice Sances, Johanna Philippa Kriegera, Andrea Falconieri, Giovanni Battista Bononciniego, Giovanni Battista Buonamente. W wykonaniu Armina Gramera – kontratenora oraz zespołu Pandolfis Consort Wien, wykonującego utwory starych mistrzów na nierzadko oryginalnych, historycznych instrumentach. Ostatni z tarnowskich koncertów XIX Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Odnalezionej zaplanowany został na sobotę 19 maja. Koncert „W kresowym salonie” wypełnią utwory Michała Kleofasa Ogińskiego, Fryderyka Chopina, Stanisława Niewiadomskiego, Ignacego Jana Paderewskiego i pochodzącego z Żytomierza Juliusza Zarębskiego, w wykonaniu duetu fortepianowego - Antoni Brożek i Piotr Oczkowski.

Festiwal odbywa się nieprzerwanie od 1994 roku. – Podczas koncertów prezentowane są utwory symfoniczne i kameralne, które zapomniane przeleżały czasem setki lat w rękopisach i starodrukach. Odnajduje się je dzisiaj w archiwach muzeów, klasztorów, pałaców a także w zbiorach prywatnych. Spośród wielu utworów o różnej wartości artystycznej przedstawiane są kompozycje wyjątkowo cenne dla kultury narodowej i historii muzyki – opowiadają Teresa Kaban i Henryk Błażej, dyrektorzy festiwalu. Podczas poprzednich edycji swoje premiery po latach miały utwory znalezione m.in. w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie, w Narodowej Bibliotece Muzycznej w Pradze, w Berlinie, w Wiedniu, w Brukseli, w Muzeum Okręgowym w Tarnowie, a także w prywatnych zbiorach w zamkach Kornwalii, Szkocji i Anglii. Podczas dotychczasowych koncertów rozbrzmiewała różnorodna muzyka. – Można było usłyszeć nieznaną dotąd muzykę królewskiego Wawelu, pisaną na potrzeby władców polskich, a także odnalezione perełki starocerkiewnych śpiewów liturgicznych z Ławry Kijowskiej – dopowiadają.

Prezentowane były też dziecięce utwory ze szkicownika W.A Mozarta oraz jego ojca Leopolda a także kompozycje austriackiego Cesarza Leopolda I, któremu Jan III Sobieski pospieszył z odsieczą pod Wiedeń. Dużym zaskoczeniem były nieznane „Improwizacje ze szkicownika weselnego” – A.Brucknera a także dotąd nie wykonywane fortepianowe sonaty F. Mendelssohna. Swoją prapremierę po latach miała salonowa muzyka dynastii Ogińskich a także fortepianowe dzieła włoskich mistrzów opery (Pucciniego, Verdiego, Leoncavallo, Belliniego…). Ciekawe okazały się pieśni Karola Stohla znalezione w Muzeum Okręgowym w Tarnowie oraz utwory napisane specjalnie dla Napoleona Bonaparte. Do niewątpliwych perełek trzeba zaliczyć Seikilovą pieśń z nagrobka w Trailleis w Azji Mniejszej” (pochodzącą z III w) a wykonaną przez słowacki zespól muzyki dawnej „Musa Ludens”.

Dzięki temu, że festiwalowe koncerty odbywają się w zabytkowych obiektach kilkunastu miejscowości – mówią nasi muzyczni Judymowie Teresa Kaban i Henryk Błażej - prezentowana muzyka może współgrać z architekturą wnętrz, do których była pisana. Cieszymy się, że dzięki festiwalowym prezentacjom wiele odnalezionych utworów zdobywa powoli sale koncertowe Europy i odzyskuje należne im miejsce w historii muzyki – konkludują nasi muzyczni Judymowie. Dodajmy, iż wiele z nich zostało też po raz pierwszy zarejestrowane przez polskie i zagraniczne rozgłośnie radiowe i telewizyjne a także wydane na płytach CD.
Ryszard Zaprzałka
|
WSPARCIE DLA MATYSKA
Pegazem po Tarnowie 240+217
Wprawdzie miniony tydzień aż iskrzył rozmaitością imprez kulturalnych, by wymienić tylko spotkanie Ł. Maciejewskiego – ze scenarzystami głośnego filmu „Nad życie”, 4 Tarnowską Wiosnę Jazzową”, „Juwenalia 2012” (o wszystkich piszemy obok), czy „ Noc Muzeów” – to bezsprzecznie dominantą była najnowsza premiera w Solskim. Otóż w sobotę 19 maja dano tam kameralny, dwuosobowy dramat „Blackbird” - reżyseria i scenografia Tomasz Gawron, otwierając tym samym nową, podziemną (dosłownie) scenę Undeground. Już samo miejsce jest intrygująco inspirujące, niezwykle klimatyczne, wręcz idealne do alternatywnych para teatralnych działań. I żal duszę ściska, że nie udało się tam zainstalować, jak ulał pasującemu do tego miejsca, bezdomnemu Teatrowi Nie Teraz, o co z determinacją walczył jego guru Tomasz Antoni Żak. Ale do rzeczy. „Blackbird” opowiada o miłości zakazanej, stawia pytania dotyczące seksualności i tożsamości. W tej psychoanalizie, sztuce o niemożności porozumienia, wystawianej z powodzeniem od Szkocji, przez Indie, po USA - wystąpili: Matylda Baczyńska i Ireneusz Pastuszak. Obsypany nagrodami tekst Harrowera (autora wielokrotnie wystawianego w Polsce i na świecie dramatu „Noże w kurach”) opowiada o spotkaniu 27-letniej Uny i 55- letniego Raya, których piętnaście lat wcześniej połączyło uczucie, a raczej jego erzac w postaci molestowania nieletniej wówczas bohaterki. I to wzajemne odkrywanie siebie dla siebie, oswajanie siebie na nowo, z nadzieją na odzyskanie wewnętrznej wolności jest główną wartością tej bardzo nierównej, tak pod względem reżyserskim, jak i aktorskim sztuki. Są w niej momenty ekscytujące, kiedy to „coś” co stanowi istotę sztuki teatru dzieje się, szczególnie w zróżnicowanym poziomie emocji obojga – Una rozedrgana, nihilistyczna; Ray wyciszony, wycofany–ale są też reżyserskie dziury, kiedy siada tempo i nie wiadomo co dalej. Poza fatalną widocznością z dalszych rzędów, skąd zupełnie nie widać scen parterowych, młody reżyser w bardzo denerwujący, wręcz manieryczny sposób zmusza aktorów do psychicznego boksu, serwując nam muzyczne przerywniki i pokazy multimedialne, co tylko pozornie porządkuje grę. I gdyby nie warsztat aktorski obojga wykonawców, którzy robią co mogą aby się wzajemnie ratować , klapa przedstawienia byłaby całkowita. Aliści całość tego nowego punktu G w artystycznej substancji Solskiego jest pomimo wszystko tyleż magiczno zmysłowa, co obiecująco undergroundowa... Jego istotę najlepiej oddaje znany utwór Beatlesów, którzy przyzywają Czarnego ptaka śpiewającego najciemniejszą nocą… aby Podniósł złamane skrzydła i nauczył nas latać…wszak Przez całe swoje życie Czekał tylko na tę chwilę
przebudzenia. Bohaterowie dramatu "Blackbird" kiedyś marzyli o tym samym. Uciec, wzbić się w powietrze i być wolnym poza prawem i moralnością. Chcieli wznieść swoją zakazaną miłość poza społeczeństwo, poza niemożliwość. Dziś spotykają się po latach. Podnoszą złamane skrzydła i na nowo chcą się uczyć latać. Po to by stać się wolnymi. Wolnymi od siebie…I gdyby nie reżyser pewnie by się im udało. Udał się za to nad podziw pożegnalny benefis przechodzącego na zasłużoną emeryturę Adama Bartosza, wieloletniego dyrektora Muzeum Okręgowego w Tarnowie, zorganizowany w piątek 11 maja w dworku mistrza I. J. Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Aliści karawana musi iść dalej więc i muzeum działać także. W piątek 18 maja odbył się tam blok imprez w ramach Międzynarodowej Nocy Muzeów. Otwarto Ratusz, Muzeum Etnograficzne, gmach Główny Muzeum w Rynku, Galerię Miejską BWA i zamek w Dębnie. Także tego dnia tarnowski Klub Odkrywców Historii zaprosił do klasztoru w Zbylitowskiej Górze na projekcję filmu z cyklu "Kroniki zapowiedzianej śmierci" cz. I. p.t. „Oni chcą mnie zabić”. Gościem honorowym był reżyser filmu Piotr Litka. Film to rekonstrukcja zabójstwa śp. ks. Stefana Niedzielaka w styczniu roku 1989, zbrodni do dziś niewyjaśnionej... Przypomnijmy, że ks. prałat Niedzielak był proboszczem parafii św. K. Boromeusza w Warszawie. Prowadził działalność upamiętniającą działalność Polaków poległych na Wschodzie. Odprawiał msze rocznicowe, był założycielem Rodziny Katyńskiej. Sympatyzował z opozycją solidarnościową. Został zamordowany na plebanii 20 stycznia 1989 r. Miał 75 lat. Wracając wstąpiliśmy do Centrum Sztuki w Mościcach, gdzie dzień wcześniej odbył się koncert Zespołu Reprezentacyjnego z udziałem m.in. telewizyjnych celebrytów J. Gugały i F. Łobodzińskiego. Na koniec powróćmy jeszcze raz do Muzeum, aby przekonać się, jakie niespodzianki może przynieść zwyczajny spacer z psem…
Z cyklu o tym i owym 46 czyli konferencja w Pałacu..
W związku z 70. rocznicą śmierci Janusza Korczaka, decyzją Sejmu RP, rok 2012 ogłoszony został Rokiem Korczakowskim.
Pałac Młodzieży, jako placówka miejska kontynuująca tradycje pedagogiczne Starego Doktora, realizuje w 2012 roku szereg inicjatyw, mających na celu kształtowanie postaw dzieci i młodzieży oraz wspieranie placówek wychowawczych o różnorodnym charakterze. Temu służy m.in. realizowany od początku roku Projekt Korczak, nad którym honorowy patronat objął Marek Michalak – Rzecznik Praw Dziecka Rzeczypospolitej Polskiej. Jedną z inicjatyw powołanych w ramach Projektu jest konferencja „Pytania do Janusza Korczaka", zaplanowana w Pałacu Młodzieży na 21 maja 2012 (poniedziałek) w godz. 9-14, w której uczestniczyć będzie Rzecznik Marek Michalak oraz Posłanka na Sejm RP, Urszula Augustyn, która również sprawuje patronat nad konferencją. Celem konferencji „Pytania do Janusza Korczaka...” będzie omówienie działań prowadzonych na rzecz dzieci i młodzieży oraz ich prawidłowego rozwoju, wychowania, opieki i pomocy w kontekście teorii i działań podejmowanych przez tego wybitnego Pedagoga. Szczególna uwaga zostanie skierowana na innowacyjne metody we współczesnej pedagogice: streetworking i outreach, które przedstawi Krystyna Bartel – Prezes Stowarzyszenia „AleJa” w Krakowie. W części prelekcyjnej Konferencji uczestniczyć będą również przedstawiciele miejskich placówek pracujących z dziećmi i młodzieżą. W części warsztatowej wezmą udział zarówno dorośli pedagodzy szkolni, pedagodzy z Pałacu Młodzieży, Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, Domów Dziecka, poradni specjalistycznych – tematyka oscylująca wokół współczesnych metod pracy z dziećmi i młodzieżą, w tym wspomnianego streetworkingu i outreachu oraz młodzież, która spotka się też z Rzecznikiem Praw Dziecka – poruszając problemy współczesnej młodzieży, ich oczekiwania i pytania.
Równolegle będzie się odbywał, realizowany przez młodzież, happening plastyczny „Drzewo Korczaka”, gdzie formułowane myśli, spostrzeżenia i wnioski zostaną zapisane na „liściach” i zapełnią puste dotąd drzewo. Całość zakończy podsumowanie wyników obrad i konferencja prasowa z udziałem Marka Michalaka - Rzecznika Praw Dziecka Rzeczypospolitej Polskiej. Zapraszam do wzięcia udziału w Konferencji „Pytania do Janusza Korczaka...”, która ma być również oryginalną lekcją historii oraz wiedzy o społeczeństwie. Szczególnie gorąco polecam konferencję prasową z udziałem Rzecznika Praw Dziecka RP, Marka Michalaka, która zaplanowana została w dniu 21 maja 2012 na godz. 14.10. Serdecznie zapraszam!
Marta Komorowska - Dyrektor Pałacu Młodzieży w Tarnowie.
NOWA ODSŁONA!
tarnowski kurier kulturalny:
- - - - -
|