Blog > Komentarze do wpisu

-> Puścić Żyda na zajączka (cz.2)

Kiedy zabrakło pieniędzy

Elżbieta Piądłowska, córka Padłów, martwi się, że jej rodziny nie uznano za Sprawiedliwych. Denerwuje się z tego powodu także Andrzej Borsa, syn Franciszka. Gromadzą papiery, siostra mieszkająca we Francji stara się coś załatwić.

Warunkiem uznania za Sprawiedliwego jest ratowanie życia nie dla korzyści materialnej. Ale jak chłop, któremu się nie przelewało, mógł bez zapłaty karmić jeszcze innych? To się zdarzało, ale nieczęsto. Problem w tym, jakie pieniądze za to brano, przyzwoite czy nieprzyzwoite, no i jak to mierzyć.

Elżbieta Piądłowska: - Z opowiadań tatusia to wnioskuję, że ci chowani Żydzi byli raczej majętni (pokazuje palcami ruch przeliczania pieniędzy).

Andrzej Borsa: - Wiem, że te Żydy miały majątek. Jeden zapłacił ojcu 40 morgów pola, a kamienicę w Tarnowie to Żydówka nie ojcu dała, tylko mamusi mojej, tam było 10-15 mieszkań, po 89 roku odzyskałem i sprzedałem.

Opowiada mi syn jednego z gospodarzy z Rudy (prosił o niepodawanie nazwiska): - Żydzi, którzy byli u ojca, byli bogaci. Zapisali mu w Tarnowie dom dwupiętrowy, w Dąbrowie całą kamienicę, którą zajmował szpital żydowski, i jeszcze dwa domy, dużo placów, 60 morgów lasu, dom jednorodzinny w Krakowie. Porozjeżdżali się do Izraela, do Ameryki. Póki mama żyła, pisali listy, przysyłali paczki z pomarańczami. Sąsiadka jeszcze wczoraj mi przypominała, jak ojciec przyszedł do nich w butach z cholewami, w których było napakowanych mnóstwo złotych dolarówek. Pytała: - Jak ty chodzisz? A on: - Ja tak chodzę, jak mi pasuje. Pasowało mu chodzić w kaloszach wypchanych dolarami. Przed domem stały bryczki, były służące, tak że mama nic nie musiała robić. W całej Dąbrowie, jak były wesela i chrzciny, to ojca pierwszego prosili, bo w prezencie dawał dolary. Hula-bula, kolegów dużo, bimberku dużo, lubił popijać, więc pewnie dużo ludzi go okradło. Wszystko przefujarzył. Zeszło mu tak, że nie miał na piwo.

- Polacy się wzbogacili na Żydach dość znacznie, ale też - Jezus Maria - o co chodzi, ryzykowali życie swoje - mówi dr Siudziński.

Trudno mu nie przyznać racji. Problem w tym, co było wtedy, gdy pieniądze się skończyły. W książce Jana Grabowskiego znalazłam dwie relacje, które o tym opowiadają.

Fela Grün pochodziła z jednej z bardziej zamożnych rodzin w powiecie. Po wojnie złożyła świadectwo: "Trwało to 2 i pół roku. Z początku płaciliśmy z własnej woli za ukrywanie się, ponieważ mieliśmy gotówkę przy sobie. A gdy po roku gotówka się wyczerpała, chcieliśmy przynieść majątek, który przechowywaliśmy u innych chłopów. Ponieważ w dzień nie można było wyjść na światło dzienne w obawie przed rozpoznaniem, w nocy zaś warta też nie odpoczywała, a chciwi chłopi, którzy chcieli zagarnąć nasz majątek, mogli nas w każdej chwili wydać Niemcom lub zamordować, Franciszek Sołtys kategorycznie zabronił nam oddalać się z ukrycia i pomimo że sam był biedny, utrzymywał nas".

Druga relacja: "W roku 1942 ukryła się u Michała Kozika w Dąbrowie Tarnowskiej (Ruda Zazamcze) Rywka Glückmann z dwoma dorosłymi synami. Gospodarz przetrzymywał ich od 1942 do 1944 (około trzech miesięcy przed wkroczeniem Armii Czerwonej), jak długo mu się opłacali. Gdy pieniądze się skończyły, Kozik zamordował wszystkich troje siekierami". Krzyki mordowanych słyszeli Żydzi ukrywający się obok, w piwnicy Adolfa Padły, i dzięki nim wiemy, co się stało.

Idąc do córki Padły, przechodziłam wzdłuż bliźniaczej części jej domu, dziś przez nikogo niezamieszkanej, gdzie ukrywali się Glückmannowie. Michał Kozik był jej wujkiem i ojcem chrzestnym. Pytałam, czy wie coś o losie przechowywanych przez niego Żydów.

- Nigdy przy nas się o tym nie mówiło, raz to było przeze mnie podsłuchane, jako dziecko, więc się nie liczy. Uważałam, że nie ma sprawy, choć sprawa pewnie była. To był człowiek bardzo chytry, a potem to się już postarzał. Wszystko jest teraz na boskim sądzie.

- Od czego to zależało, że jeden sąsiad przechował, a drugi zamordował?

- Od charakteru człowieka. Ojciec mój umiał się podpisać, pisać nie, ale wiedział i o Powstaniu Warszawskim, i o Katyniu. Jak byli komuniści, to 11 listopada u nas śpiewało się pieśni legionowe, były zasłonięte okna, bo też się bano sąsiadów.

- Z zeznań powojennych wynika, że mordercy nie mieli poczucia winy - mówi prof. Grabowski. - Żyda się dokańcza, tak jak chromego psa. Dopiero gdy mordowany jest Polak, pojawia się skrucha. Granatowy policjant na rozprawie sądowej usprawiedliwia się, że on przecież mordował tylko Żydów. Raz jedynie natknąłem się na zeznanie świadka, kobiety, która zerwała zaręczyny, jak się dowiedziała, że narzeczony mordował. Kiedy po wojnie zaczęły się procesy, listy w obronie oskarżonych podpisywała cała wioska.

Pytam w Rudzie o Michała Kozika. - Dożyli z żoną późnego wieku, spokojni ludzie, nikomu nie wadzili, tyle się ich widywało, co szli do kościoła.

Dwie listy doktora

Dr Siudziński pokazał mi swoją listę Sprawiedliwych, którą zaczął układać jeszcze w latach 50. Jest na niej 66 nazwisk. Poniżej adnotacja: "plus ci, którzy nie wyrazili jeszcze zgody na ich publiczne przedstawienie". Pytam: - A Kozika nie ma na tej pana liście? - Nigdy go tam nie umieszczę. To była bestia. On jest gdzie indziej umieszczony, bo ja mam też inną listę.

- Która jest dłuższa?

- Ta druga jest krótsza, ale przepodła. A to był mój pacjent, mogło się wydawać, że człowiek bogobojny. Ale niski, skryty, fałszywy, niepewny siebie, tacy są najgorsi.

- To prawda, że wymordował Glückmannów?

- Nie mogę potwierdzić na pewno. Ja tego nie widziałem. Ale słyszałem o tym. Wymordował ich w domu, puścił do wody, trzeba było ich potem wyciągać. Może 2 proc. katolików się tak zhańbiło.

Czyli te trupy w rzece, o których mi mówił Władysław Kurtyka, to pewnie byli pomordowani przez Kozika Glückmannowie. Gdy przerwała nam jego córka, pytałam właśnie, czy słyszał o Michale Koziku. Zachowywał się, jakby nigdy tego nazwiska nie słyszał. Jak wszyscy we wsi musiał wiedzieć, kto zamordował, ale - jak uspokajał córkę - on żadnych nazwisk nie rzuca.

O Żydach ukrywanych w Dąbrowie i okolicach najwięcej pisał Józef Kozaczka, nieżyjący już wieloletni przewodniczący miejscowego ZBOWiD-u, peerelowskiego związku kombatantów. Badał pomoc udzielaną przez Polaków i represje, jakie ich za to spotkały.

W 1968 roku, w apogeum antysemickiej nagonki, Kozaczka pisał w "Zielonym Sztandarze": "Ze zdumieniem i oburzeniem czytam o potwarzach rzucanych przez różne środowiska żydowskie za granicą na nas, Polaków, jakobyśmy pomagali faszystom w mordowaniu Żydów. Trudno o coś bardziej wstrętnego, bardziej krzywdzącego nasze społeczeństwo. Nie zamierzam z tak oczywistymi bredniami polemizować, pragnę tylko przytoczyć nieco znanych mi faktów z terenu powiatu Dąbrowa Tarnowska" (14 kwietnia 1968 r.).

Jan Grabowski, który cytuje ten tekst, zwrócił uwagę, że na opublikowanej przez Kozaczkę liście ratujących jest Michał Kozik, który rzeczywiście przechowywał rodzinę Glückmannów, tyle że ją później zamordował.

Przyjął imię Michał

W ziemiance za domem Padły i jego szwagra Kozika ukrywał się Żyd z Dąbrowy Jakub Naftali Stieglitz. Z ziemianki do stajni Padły wykopano tunel, żeby przekazywać jedzenie. Po wojnie Stieglitz ochrzcił się - chrzestnym był Adolf Padło - i przyjął imię Michał. Ożenił się z Julią, córką Michała Kozika.

Wspominano go w każdym domu, do którego zapukałam. Musiał być barwną postacią.

- Po wojnie handlował. Ile razy była milicja na niego, ale on ten handel miał we krwi.

- Handlował czym popadło, krowy, konie; świnie - nie, i trafiał do aresztu. Ale to był grzeczny człowiek, katolik, mogę wskazać jego grobowiec na naszym cmentarzu.

- Wciąż przychodzili do niego na rewizje szukać tego złota, ziemniaki mu rozwalali. Posadzili go, a jak wyszedł na wolność, zaraz zmarł.

W rzeczywistości Stieglitz siedział w latach 60., a zmarł w 80. Jego wnuczka Ewa Sztiglic-Balasa opowiada: - Dziadek rzeczywiście jako Żyd miał smykałkę do handlu, był pierwszym handlarzem Dąbrowy. Wciąż krążą mity, że są w domu pieniądze. Szukaliśmy, ale nie znaleźliśmy. Dziadek nie lubił opowiadać, co przeżył. Wiem, że uciekł z transportu, gdzie zabili jego matkę, ukrywał się u babci, czyli swojej przyszłej żony, w ziemiankach, i miał dobre kontakty z kimś z Dąbrowy, kto wiedział, kiedy będą organizowane łapanki.

Udało mi się porozmawiać tylko z wnuczką Michała Stieglitza. Jego syn stanowczo odmówił, a córka powiedziała, że niewiele wie, bo rodzice nie lubili wracać do tamtych czasów.

Sprawiedliwy, trochę obcy

Jadę do innej wsi, Gruszowa Wielkiego. Jak przeczytałam w książce Grabowskiego, tu mieszkał Stanisław Pagos, jeden z ośmiu mieszkańców powiatu, którym Yad Vashem przyznał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Chcę porozmawiać, jak go we wsi pamiętają. Ale większość dzisiejszych mieszkańców Gruszowa wprowadziła się tu po wojnie i niewiele wiedzą.

Pagos uratował dwóch braci Weitów. Rodziny przyjaźniły się od dwóch pokoleń, ich pola ze sobą sąsiadowały. Przychodził kilka razy do getta i mówił Weitom, że jak będzie źle, mogą przyjść do niego, on ich ukryje.

"Pagos się bał ludzi i bał się Niemców, a jego siostra Zofia jeszcze więcej się bała - opowiadał po latach Awigdor Weit. - Gdy spojrzała czasem na nas, to widziała swoją śmierć przed oczyma. A jednak blisko dwa lata prała dla nas i gotowała. Nie zapłaciliśmy mu nic".

We wsi mieszka syn Sprawiedliwego Jan Pagos. Z drugim synem, Pawłem, który wyemigrował do USA, rozmawiałam przez telefon. Z opowieści Pawła wynika, że ojciec, jak to często się zdarza wśród Sprawiedliwych, był trochę obcy:

- W czasie pierwszej wojny był w austriackim wojsku, wzięli go do niewoli, był długo na zesłaniu na Syberii. Wrócił, nie zdążył się zaaklimatyzować i przyszła druga wojna. Ożenił się dopiero po wojnie, jak miał 51 lat. Ojciec miał dwóch braci, żaden brat nie wiedział, że przechowuje Żydów.

Awigdor Weit: "Dom Pagosów stał na uboczu, czasem jednak przyszedł jakiś sąsiad do chaty i wtedy słyszeliśmy, że o niczym innym się nie rozmawia, tylko o Żydach, że jedną rzecz Hitler dobrze zrobił, że wygubił Żydów. Pagos potakiwał, bo musiał".

- Tak trzeba było mówić - przytakuje dziś syn Pagosa Jan.

Weit: „Gdy Pagos ożenił się w 1945 roku, koniecznie chciał, byśmy byli na jego weselu, a wtedy wieś polska nie była bezpiecznym miejscem dla Żydów. Zorganizował całą swoją rodzinę dla naszej obrony, dwaj jego bracia stali przy nas z rewolwerami i pilnowali. ( ) Po wojnie cierpiał za nas, bo mu docinano we wsi od »żydowskiego wujka « i nieraz wracał sam z kościoła, bo inni unikali go, dlatego że przechowywał Żydów”.

Paweł Pagos: - Ojca chcieli zabrać Żydzi do siebie, do Izraela, i ojciec chciał jechać, bo po wojnie miał dość już słuchania: "Przetrzymałeś Żydów, to powinieneś być z Żydami".

Dr Siudziński uważa, że z tym dokuczaniem to przesada. Pagos był jego pacjentem i nic takiego mu nie mówił. Ale żeby ktoś we wsi Pagosa za ukrywanie Żydów pochwalił, tego synowie nie pamiętają. Gdy pytam Jana i jego córkę, czy kiedyś zostali zaproszeni do szkoły, żeby opowiedzieć, co robił Stanisław, przyjmują to z rozbawieniem.

Jan Grabowski pisze, że gdy pomoc niesiono z powodu współczucia, nie dla pieniędzy, łamano konsensus społeczny, w którym nie było miejsca na pomaganie Żydom. "W ogólnym rozrachunku strat i zysków zagrożenie wspólnoty z racji ukrywania Żydów było niewspółmiernie większe od trudnych do ocenienia, niewymiernych, nie do końca akceptowanych imperatywów moralnych".

A bezinteresowna pomoc była dużo bardziej skuteczna. Jak obliczył Grabowski, w powiecie Dąbrowa Tarnowska przeżyło 48 proc. Żydów, którzy byli przechowywani z pobudek altruistycznych. I tylko 6 proc. przechowywanych dla pieniędzy.

Tajemnica księdza

Słyszę, że wielu Żydów w okolicy zginęło zabitych w lesie czy wydanych przez partyzantów z AK.

Przechowywanie Żydów i polowanie na Żydów, działanie w AK i "zdawanie" sąsiadów, którzy Żydów przechowują - to wszystko splątane jest w supeł sąsiedzkich więzi - wiele wsi w Polsce ma pewnie swoją historię z Żydami, trudną do zrozumienia dla kogoś z zewnątrz.

Każdy z moich rozmówców pamięta lub słyszał o Engelbercie Guzdku. Był komendantem posterunku żandarmerii niemieckiej w Dąbrowie, mówił po polsku, z zawodu był rzeźnikiem. Wsławił się dziesiątkami mordów i na Polakach, i na Żydach. Odznaczał się wyjątkową gorliwością, bezwzględnością i okrucieństwem. Zabiło go polskie podziemie.

Dr Siudziński: - W latach 50. rozmawiałem z wieloma ludźmi z Gruszowa, którzy mi opowiadali o przyjaźni tamtejszego księdza, Władzia Okońskiego, z Guzdkiem. Był codziennie na plebanii, razem pili, mówili sobie na ty. Ksiądz przechowywał Żyda i Żydówkę. Guzdek wiedział, ale go nie zdał z racji przyjaźni. Raz ktoś inny ich zdał, Żydzi byli uprzedzeni, uciekli, a Guzdek wpadł na plebanię i pomyłkowo zabił polską kucharkę i jej chłopaka, potem po rękach całował Okońskiego i go przepraszał. Były wypadki, że na prośbę księdza wyciągał ludzi z rąk gestapo w Tarnowie, raz wyciągnął nawet kogoś, kto już był w Auschwitz, skazany. W 1945 roku Władzia Okońskiego za kontakty z Guzdkiem zamknęli w więzieniu księżowskim na krakowskich Bielanach. Ale też ma tabliczkę w Yad Vashem, bo Żydówka, którą przetrzymał, zadbała, żeby go uhonorować.

- Jak to możliwe, żeby jedno i drugie łączyć?

- No właśnie - odpowiada dr Siudziński, pozostawiając mnie z tą tajemnicą, jak to wszystko było możliwe.


Anna Bikont
źródło: Duży Format Gazety Wyborczej




piątek, 06 maja 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -