Blog > Komentarze do wpisu

-> Puścić Żyda na zajączka (cz.1)

W kwietniu, po raz dziewiąty w Dąbrowie Tarnowskiej odbyły się Dni Pamięci o Holokauście i Przeciwdziałaniu Zbrodniom Przeciwko Ludzkości. Z tej okazji przypominamy postać Jana Grabowskiego, profesora historii z Kanady, związanego z warszawskim Centrum Badań nad Zagładą Żydów, który na przykładzie jednego powiatu - Dąbrowy Tarnowskiej - zbadał, co się stało z Żydami, którzy podczas likwidacji gett w 1942 roku podjęli decyzję ucieczki. W czasie wojny chłopi bali się Niemców, bali Żydów, ale głównie bali się siebie nawzajem. Przyjechałam do Rudy Zazamcze, jednej z wsi wymienianych przez Jana Grabowskiego w książce "Judenjagd. Polowanie na Żydów, 1942-1945. Studium pewnego powiatu". Ruda, dziś przedmieście Dąbrowy Tarnowskiej, w czasie wojny była idealnym miejscem do przechowania Żydów - stało tam z dziesięć chałup, jedna daleko od drugiej, na skraju lasu. I też wielu Żydów się tu przechowało.
Dzień dobry. Jestem z gazety, z Warszawy. Chciałam się dowiedzieć o czas wojny, jak Polacy tu Żydów przechowywali. Otworzyłam furtkę z napisem "Zły pies" i stoję przed skromnym domem z czerwonej cegły. Mieszka w nim kobieta, która żyła tu w czasie wojny. To z nią rozmawiam. - Odejdzie pani, puszczę psy na panią. Ja wiem, o co pani chodzi, i nic tu nie będę mówić. Już słyszeli o książce Grabowskiego dokumentującej los Żydów z Dąbrowy Tarnowskiej i okolicznych wsi po likwidacji gett. Jeszcze zanim się ukazała, mówiono o niej w telewizji. Przyjechałam zobaczyć, jaka przetrwała pamięć tamtego czasu. Ale nawet pytaniem o ratowanie Żydów wzbudzam nieufność i lęk. Od wszystkich słyszę, że najwięcej wie doktor Mieczysław Siudziński z Dąbrowy Tarnowskiej. Odwiedzam go w jego domu, w prywatnym gabinecie, gdzie Siudziński, rocznik 1931, wciąż przyjmuje pacjentów. Na zawalonym papierami sekretarzyku stoi maszyna do pisania. Kończy trzeci tom historii Żydów dąbrowskich, zaczął od XIII wieku, teraz dochodzi do wojny. Siudziński jest prezesem Związku Dąbrowiaków, wielkim kolekcjonerem lokalnych dokumentów i społecznikiem - koordynuje pomoc z UE dla najbardziej potrzebujących. Doktor Siudziński mówi, jakby był na scenie: - W samej Dąbrowie niemal wszystkie domy były żydowskie. Przed wojną żyło tu 4,5 tys Żydów. Przez wiele godzin opowiada o ich życiu i zagładzie. Oddaje dramatyzm wydarzeń, zawieszając głos, powtarzając zdania. Mówi o tych nielicznych, którzy ocaleli, i krzyczy: - Żadne dziecko nie przeżyło. Może ten, kto ratuje pamięć, też powinien mieć swoje drzewko? Siudziński jako 11-latek biegał po całym mieście z chłopakami, gdzie tylko słyszał jakieś strzały. Okna jego domu w Dąbrowie wychodziły na getto. Mówi: - Ja wszędzie byłem i wszystko widziałem. Widział, jak tworzono getto. Jak w 1941 roku Niemcy kazali wyrywać macewy z cmentarza i brukować nimi drogę od ulicy Szawarskiej do mostu - dwa i pół tysiąca macew leży na drodze po dziś dzień. Po akcji gestapo w lipcu 1942 roku Siudziński pobiegł w stronę cmentarza żydowskiego i patrzył zza ogrodzenia na zwożone tu ciała zabitych Żydów, którzy barykadowali się w domach, by uniknąć wywózki. Oglądał głowy poobcinane siekierą, łomem, ręce, nogi oddzielnie.
Pobiegł z kolegami, jak tylko usłyszał strzały i krzyki podczas ostatniej akcji, we wrześniu 1942 roku, gdy wywożono Żydów do Bełżca. - Nie było dość wagonów, by wszystkich załadować, więc na ulicy Kościuszki Niemcy strzelali do Żydów. Mama tam przyszła po mnie i wracałem z nią, a na drzewach i po jezdni rozsypane były mózgi ludzkie, kawałki rozłupanych czaszek. Opowiada, jakby to miał przed oczyma. Pokazuje mi przez okno, kto gdzie mieszkał, kto którędy przechodził, zanim został zastrzelony, kto gdzie się ukrył i jak go spotkała śmierć.


- Na wprost nas mieszkał Pinek Ziiser, miał fiakier i woził lekarza Henryka Wejsbergera, który 3 zł brał za wizytę, a Pinek brał złotówkę za przewóz tam i z powrotem. Wejsberger z żoną Różą i dwoma synkami Pawełkiem i Michałkiem przed wojną mieszkali nad apteką w rynku, on pierwszy wprowadził analityczne badanie moczu i krwi w Dąbrowie. Uciekli do Lwowa i tam popełnili samobójstwo, jeszcze za Sowietów. Pinek z rodziną ukrywał się w Dąbrowie, na Szkolnej ulicy. Ktoś doniósł, że są Żydzi. Policjant granatowy ich ostrzegł. Gestapowcy zabili tych, którzy nie zdążyli uciec, zakopali babkę na miejscu, pod oknem, tak że lewa ręka wystawała niezasypana. Syn Pinka, Józef, uciekł, potem, w 1945 roku, chodził ze mną do szkoły. Miał takie przykurcze przez to, że nie mógł się ruszać w czasie ukrywania, że był pokrzywiony jak paragraf.

Przytaczam mu dane z książki Grabowskiego: siedmiu Żydów zabitych przez samych Niemców, 232 - z udziałem Polaków.

- Ja tego nie widziałem, ale to się mniej więcej zgadza z tym, co słyszałem. Dąbrowscy gestapowcy siedzieli u polskich kochanek, nie angażowali się w sprawy żydowskie i polskie, tylko jak musieli.

Statystyka śmierci

W większości ukrywali się w wiejskich zabudowaniach, w ziemiankach i bunkrach w okolicznych lasach. Ich życie było w rękach miejscowej ludności, to okoliczni gospodarze ich karmili, to oni wydawali, a nawet zabijali. Grabowskiemu udało się prześledzić los 277 Żydów, którzy ukryli się na terenie powiatu. Informacje znalazł w zeznaniach składanych przez świadków i oskarżonych w powojennych procesach o kolaborację z Niemcami, w relacjach ocalałych Żydów i w dokumentach niemieckich. Według tych świadectw przeżyło tylko 38 Żydów. Zabito 239. O 49 osobach nie wiadomo, jak zginęły. Okoliczności śmierci pozostałych: 84 Żydów zabiła niemiecka żandarmeria, wydali ich miejscowi. 6 zamordowali chłopi. 11 znaleźli i zabili granatowi - czyli polscy - policjanci.
82 wydali miejscowi, a zabili granatowi policjanci. 7 zginęło bez udziału miejscowych, zostali zabici przez niemiecką żandarmerię. Większość zatem wpadła i poniosła śmierć w wyniku zdrady Polaków.

Sołtys zarządza obławę

Powiat Dąbrowa Tarnowska to rozrzucone wśród pagórków wioski, zagajniki, duże lasy - dobre tereny dla partyzantki i do ukrywania się. Aby zapanować nad takimi obszarami bez dużego nakładu własnych sił, Niemcy musieli zorganizować i sterroryzować miejscową ludność. Wójtów dobierali głównie wśród folksdojczów. Wójtowie przekazywali niemieckie rozkazy sołtysom, w większości wybranym przed wojną. Sołtysi, wraz z granatową policją, byli odpowiedzialni za zapewnienie bezpieczeństwa okupantom przebywającym w ich wiosce, ściąganie kontyngentów, przymusowe wyjazdy na roboty do Niemiec, dostarczanie wozów konnych do wywózki Żydów, a po likwidacji gett - za wyłapywanie uciekinierów.

Sołtysi organizowali tzw. samoobronę wiejską, skomplikowany system, w którym mniej czy bardziej uczestniczyli wszyscy. Byli tam wartownicy, straż pożarna, straże wiejskie, gońcy gminni, zakładnicy. Niektórzy wartownicy - tzw. dziesiętnicy - dostawali zapłatę i mieli karabiny od Niemców. Zakładnicy mieli odpowiadać głową za wykonywanie rozkazów okupanta. Gospodarze musieli rotacyjnie pełnić warty nocne, które miały zatrzymywać podejrzane osoby - obcych, partyzantów, Żydów.

Ten system - obowiązujący w całej Małopolsce w różnych wariantach - odegrał złowrogą rolę w wyłapywaniu resztek Żydów ukrywających się w okolicy. - Wiedziałem wcześniej z relacji żydowskich - opowiada mi Grabowski - że miejscowi wyciągali Żydów z kryjówek, ale stopień zorganizowania społeczności był mi nieznany. Oni działali w prawie i w sile. Szerokie rzesze, świadomie lub nieświadomie, przyczyniły się do wymordowania Żydów, wpisując się w politykę ludobójstwa. Szansa ukrycia się na terenie wiejskim wychodzi mi jak 1:20.

Dzięki strukturom samoobrony wiejskiej - gońcom, zakładnikom, dziesiętnikom - można było sprawnie skrzyknąć chłopów, gdy pojawiło się doniesienie, że gdzieś są Żydzi, i zrobić obławę.

Grabowski: - W obławach brały udział setki ludzi z okolicy ze strachu przed Niemcami, ale czasem były one organizowane spontanicznie, bez niemieckiej zachęty.

W książce opisuje jedną z takich obław, w której wzięło udział około trzystu osób, czyli prawie cała dorosła ludność wioski Wólka Mędrzechowska. Zaczęło się od tego, że Mieczysław Soja zauważył w polu "pięciu obywateli narodowości żydowskiej, a mianowicie: matkę i trzech synów oraz jednego ob. narodowości żydowskiej nazwiskiem Fałek". O swoim odkryciu poinformował niezwłocznie sołtysa Władysława Trzepacza, zwanego w okolicy "Trzepaczkiem", który zarządził obławę. Ruszyła, nie czekając na pojawienie się niemieckich żandarmów. "Jedni poszli na polecenie Trzepaczka, gdyż napędzał ich sam chodząc po domach, inni zaś byli z ciekawości" - zeznawał po wojnie jeden z chłopów. Pięcioro ciężko pobitych Żydów przekazano w ręce mędrzechowskich żandarmów, którzy ich zaraz rozstrzelali.

Strzelali Żydów

Gdy używam słów: warta, dziesiętnicy, obława, każdy mój rozmówca w Rudzie Zazamcze wie, o co chodzi.

Władysława Bomba, rocznik 1926: - Zrywali o piątej rano, że trzeba iść, bo łapanka. Chodzili po domach, żeby z nimi ścigać po lasach, po krzakach. Mój tatuś w te obławy nie chodził. Mówił: "Jak macie, to szukajcie, ja nie pójdę, bom jest chory". Ale byli tacy, co sam przechował, a u innych szukał.

Podaje mi dwa nazwiska gospodarzy, którzy ukrywali Żydów, a jednocześnie uczestniczyli w obławach. I dalej wyjaśnia:

- Jestem w wieku pogrzebalnym, to nie cyganię: ja nie miałam zamiłowania, żeby ich ścigać ani żeby ich zdawać. Ale ja się Żydów bałam jak nie wiem czego. Dlaczego się bałam? Bo jak u kogoś znaleźli Żyda, to ich ścigali Niemcy, więc lepiej było nie zobaczyć. Polacy ich ścigali, bo się bali. Jak Niemcy wiedzieli, że są, to strzelali Żydów. Mordowali też Polaków. Zastrzelili na Gruszowej babkę i dwójkę dzieci za to, że chowali Żydów. To każdy się bał, że Żyda zobaczy. A potem ktoś zda, że zobaczył, a nie powiedział.

Moi rozmówcy mówią o „zdawaniu Żydów”, to eufemizm, za którym kryje się i doniesienie, i odstawienie Żyda na posterunek. Przetrwało też określenie „strzelali Żydów”, o którym Grabowski pisze, że przyjęło się podczas orgii mordowania Żydów bezpośrednio po likwidacji gett, i komentuje: „Rzecz symptomatyczna: »strzelano « wyłącznie Żydów - w stosunku do mordów na ludności polskiej świadkowie używali innych czasowników”.

- Czy mieszkańcy wsi byli zagrożeni, jeśli w pobliżu znajdowali się w ukryciu Żydzi? - pytam Grabowskiego.

- Według niemieckiego rozporządzenia z 15 października 1941 roku kara śmierci groziła Polakom bezpośrednio udzielającym pomocy Żydom. Ale praktyka zależała od widzimisię szefa żandarmerii, od jego stosunków z sołtysem. Znalazłem list jednego z wójtów: "Odpowiedzialność za przebywanie Żyda na terenie gromady spada na sołtysa i w razie zaniechania grozi mu kara śmierci". Ale nie spotkałem się ani razu z tym, żeby sołtys był za to karany. Co nie znaczy, że tak się nie zdarzyło i że nie było tego strachu, że kara za ukrywanie Żydów spadnie na wszystkich. Ale wieś się głównie bała samej siebie. Był potworny strach przed sąsiadami.

Ja nazwisk nie rzucam

Bali się wszyscy, począwszy od sołtysów, którzy często rządzili pod przymusem, bo Niemcy rezygnację ze stanowiska traktowali jako sabotaż. Ale oprócz strachu była też chciwość.

Niemcy wprowadzili karę śmierci za pomoc Żydom i jednocześnie nagradzali za ich wyłapywanie. Trzeba powiedzieć, że skromnie. Grabowski cytuje: „Gestapowiec nazwiskiem Haman pytał nas: »co wam się za zabicie tych żydów należy? «, więc Koza odpowiedział »co łaska - ja przystałbym na jakiś przyodziewek «”.

Niektórzy mieszkańcy - pisze dalej Grabowski - nie licząc na niemiecką hojność, sami pobierali z góry nagrodę. Michał Witkowski z Luszowic schwytał w swojej stodole żydowską dziewczynkę, po drodze na posterunek odebrał dziecku trzymane w rękach zawiniątko i schował pod mostem. Dziewczynka została z miejsca rozstrzelana przez żandarmów, a Witkowski wyciągnął spod mostu paczuszkę, znalazł w niej "dwa swetry i skrzyneczkę, w której były igły i nici".

Jeden z takich rabunków jesienią 1942 roku, w czasie gdy likwidowano getto w Dąbrowie, zapamiętał Władysław Kurtyka mieszkający w Oleśnicy sąsiadującej z Rudą Zazamcze. Opowiada mi: - Żydzi w naszym lasku siedzieli, tym, co za oknem widać. Jak się nazywali, nie pamiętam. Była jesień, ale już zimno. Miałem dziesięć lat. Nosiłem im mleko w bańce i śniadania, które mama przygotowywała. Aż tu tragedia straszna. Świtem stoją pod naszym ogrodzeniem, nago całkiem. Wszystko to płakało. Razem z dziesięć osób, kilku dorosłych, babcia, która woreczek pieniędzy nosiła na szyi i jak zanosiłem mleko, to mi dawała z tego woreczka pieniążek, a ja go oddawałem mamie, pięcioro dzieci. Malutkie, też nagie, stały w zimnie, te skurczybyki wszystkim nawet majtki zdjęły. Zrobiło to dwóch Polaków, jeden zaraz kipnął, a drugi niedawno. Nie będę mówić nazwisk, bo jeszcze ktoś po mnie przyjdzie. Żydzi mówili: - Zabrali nam wszystko, idziemy z powrotem do getta. Ojciec poszukał im jakichś starych ciuchów i odeszli na śmierć.

Druga tragedia to widziałem kilka trupów w mule, w rzece, gdzie chodziłem ryby łowić. Była wiosna, roztopy, Niemców już wtedy nie było i Niemcy tego nie zrobili.

Interweniuje córka pana Kurtyki. Pokrzykuje ostro: - Co on dużo wie, jak on dzieckiem był. Po wylewie, on ma z głową nie tak, niech pani wyjdzie. Zwraca się do ojca: - Tata nic nie wie, a nagada głupot. I po co to robi?

Ojciec: - Ja żadnych nazwisk nie rzucam.

Dobra sąsiadka wydała

Odwiedzam gospodarstwa, w których ukrywali się w Rudzie Zazamcze Żydzi.

W domu, w którym 21 Żydów - najwięcej w powiecie - przechował Franciszek Borsa, rolnik i AK-owiec, mieszka jego córka z mężem. Wszystko jest jak dawniej. Drewniany budynek z gankiem, przylega do niego stajnia. Między kuchnią a stajnią Borsa zbudował jeszcze jedną ścianę, która odgradzała przestrzeń dwa na pięć metrów, bez drzwi i okna. Wejście było na stryszku, nad stajnią, ukryte pod podwójną podłogą. Schodziło się stamtąd do kryjówki drabiną. Oglądam w stajni to wejście, klapa z desek bielonych wapnem, zardzewiałe zawiasy.

Opowiada córka Franciszka Borsy: - Oni tam nie spali, bo jak, ledwo mogli stać stłoczeni jak śledzie. Ojciec wyciągał raz dziennie z dołu wiaderko z odchodami. Ściana jest cienka, to pani widzi, musieli być cicho. Niemcy się schodzili u ojca. Za tą starą szafą był kontakt i jak miało przyjść ważne towarzystwo gestapowców z miasta, to tym kontaktem dawał im znać, że mają być cicho. Jak było spokojnie, wychodzili na pole, nocą chodzili do rzeki się kąpać.

Do rzeki jest dobrych trzysta metrów. Okolica musiała być bardzo odludna, skoro kilkunastu Żydów mogło niezauważonych chodzić w tę i z powrotem, a kiedy nie było mrozów, często spać na zewnątrz. Takie ukrywanie się w mieście byłoby niemożliwe.

Innym gospodarstwem nietkniętym przez czas jest dom Elżbiety Piądłowskiej, której rodzice, Rozalia i Adolf Padłowie, też przechowywali kilkunastu Żydów. Piądłowska opowiada mi, że Żydzi ukrywali się w piwnicy, wejście było równo z podłogą, pod kanapą.

- Sąsiadka zdała, że są u nas Żydzi i że mamy złoto. Ja byłam mała, mama w ciąży z bliźniakami. To musiało być z donosu, bo folksdojcz Matylski od wejścia wiedział, gdzie iść. Rodzice byli uprzedzeni i Żydów wcześniej wyprowadzili do lasu. Matylski powiedział: "To ja przez pani dobrą sąsiadkę jestem". Adela się nazywała ta sąsiadka. Po wojnie, jak się tata z nią pokłócił, że mu przegania krowy z pastwiska, a ona zaczęła podskakiwać, to dostała od mojego taty manto.

Andrzej Borsa, syn Franciszka, mieszka w Dąbrowie: - Kto mógł zdać, jak oni wychodzili tylko w nocy? Obcy by nie zobaczył, tylko sąsiad najbliższy. Ojciec mówił, że go sąsiad wydał. Gestapo przyjechało, ale Żydzi już byli wyprowadzeni. Ojciec z Niemcami dobrze żył, bił świnie, bimber pędził, wpadali do niego na libację. I uprzedzali: ktoś cię zdał, będziesz miał rewizję gestapo. Ojciec wtedy Żydów wyganiał nad rzekę. Nic nie znaleźli. Już nie żyje ten sąsiad. Mówili sobie po wojnie dzień dobry, dlaczego mieli nie mówić?

Z moich rozmów wynika, że w Rudzie Zazamcze takich gospodarstw, gdzie za pieniądze przechowywano większe grupy Żydów, było kilka. Wymagało to układów z granatową policją. Gospodarze dostawali od niej cynk, kiedy przyjedzie na inspekcję jednostka gestapo, i na ten czas wyprowadzali Żydów do lasu czy, w jednym wypadku, do zaprzyjaźnionego sąsiada.

- Kosztowało to ojca dużo, ale też dużo od Żydów dostawał - mówi jeden z moich rozmówców.

- Niemcy wiedzieli dobrze, bo nie był to głupi naród, że Dąbrowa to miasteczko żydowskie i Żydzi muszą być gdzieś ukryci - opowiada mi inny mieszkaniec Rudy. I opisuje mechanizm tzw. puszczania Żyda na zajączka: - Gospodarz ukrywający Żydów dostawał cynk, że będzie obława, wyganiał jednego ze swoich podopiecznych do lasu. Na niego ruszała obława, tak jak goni się zająca. Miejscowi uczestniczący w obławie mogli się w ten sposób wykazać jakimś sukcesem.




piątek, 06 maja 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -