Blog > Komentarze do wpisu

-> Młyn i krzyż

Lech Majewski to niepodlegający wpływom i modom outsider. Ze swobodą przemierza w swoich utworach kolejne dziedziny sztuki, bada różne środki ekspresji i alternatywne wymiary narracji. Twórczość polskiego reżysera wysoko cenią m.in. Werner Herzog, a także Charlotte Rampling, Michael York i Rutger Hauer, którzy zagrali w jego najnowszym filmie Młyn i krzyż. To oryginalne przedsięwzięcie filmowe niemal fizycznie wprowadza widza w jeden z najsłynniejszych obrazów Bruegela, a także pozwala – podobnie jak inne filmy tego twórcy – doświadczyć alchemii kina. Światowa prapremiera „Młyna i krzyża” odbyła się w końcu stycznia na Festiwalu Filmowym Sundance w USA, zaś oficjalna premiera miała miejsce 2 lutego 2011 r. w paryskim Luwrze. Polską premierę filmu zorganizowano 18 marca, w Tarnowie obraz pokazano w ramach jubileuszowej 25 Tarnowskiej Nagrody Filmowej we wtorek 10 maja. Najnowszy film Majewskiego "Młyn i krzyż" to próba autorskiego odczytania słynnego dzieła Pietera Bruegla pokazującego w niezwykły sposób mękę Chrystusa. Majewski ożywił martwy obraz a XVI-wieczni bohaterowie "Drogi Krzyżowej", namalowanej przez Bruegla w 1564 roku, jakby na nowo stają się świadkami męki Chrystusa. Na pierwszym planie przedstawione jest życie zwykłych ludzi, natomiast w tle autor umieścił drogę krzyżową Chrystusa. - Byłem Brueglem zafascynowany od szczenięcych lat. Jeździłem wtedy do mojego wujka w Wenecji przez Wiedeń. Najpierw nocnym pociągiem z Katowic do Wiednia, gdzie spędzałem cały dzień i potem wsiadałem w nocny pociąg do Wenecji - wspomina reżyser. - Dnie wiedeńskie spędzałem w Kunsthistorisches Museum w Sali 10. przed Brueglem. I on mnie zawsze fascynował, był bardzo tajemniczy. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale miał jakiś magnes, przyciągał mnie. Teraz po wielu latach widzę, że ten magnes owocuje "Młynem i krzyżem", i widzę, że ludzie go odbierają i przeżywają bardzo silnie, co jest dla mnie niesamowite, bo to trudny film - dodaje Majewski. Twórca zaznaczył, że pomysł na "sfilmowanie" "Drogi na Kalwarię" podsunął mu kilka lat temu historyk sztuki Michael Gibson, autor książki o tym dziele Bruegla. Według Majewskiego malarstwo Bruegla pełne ukrytych znaczeń przypomina misternie utkaną pajęczynę, w którą próbuje się złapać widza. - Dla mnie oglądanie dawnego malarstwa, szukanie i odkrywanie znaczeń, chodzenie tym śladem ma w sobie coś z pracy detektywa. Niejeden zarobił na tym ogromne pieniądze jak Dan Brown (autor bestselleru "Kod Leonarda da Vinci"), który podszedł do tego w sposób bardzo uproszczony, ale skuteczny. (...) Wydaje mi się, że on zrobił dobrą robotę, intrygując ludzi, wciągając ich w ten świat - zaznaczył Majewski. Praca nad "Młynem i krzyżem" zajęła ekipie aż trzy lata. Zdjęcia do filmu kręcono aż w czterech krajach: w Polsce, Czechach, Austrii i Nowej Zelandii oraz w…Tarnowie. Jeden dzień zdjęciowy realizowany był w najstarszej części naszego miasta, czyli wokół tarnowskiej bazyliki katedralnej oraz w samej świątyni. Następnego dnia ekipa filmowa przeniosła się na zamek w Dębnie, gdzie filmowano kolejne sceny. Kilka tygodni przed przyjazdem filmowców do miasta u stóp Góry św. Marcina w Tarnowskim Centrum Kultury zorganizowano casting, który cieszył się niezwykle dużym zainteresowaniem ze strony mieszkańców naszego miasta. Dotychczas takiej produkcji jeszcze nie realizowano w naszym kraju, gdyż na potrzeby filmu przygotowano ponad półtora tysiąca elementów scenograficznych oraz kostiumów. Do stworzenia zdjęć wykorzystano zdobycze technik komputerowych oraz efekty 3D a w realizacji wzięły udział setki statystów. W filmie zagrały gwiazdy kina: Rutger Hauer, Michael York, Charlotte Rampling. Dorota Lis, druga reżyserka "Młyna i krzyża", a prywatnie żona Majewskiego, mówi, że wszystkie castingi dla statystów, grających role niderlandzkich wieśniaków z XVI wieku, organizowano w Polsce, m.in. w okolicach Olsztyna, pod Częstochową, w Tarnowie, Katowicach. Sam dobór obsady trwał dwa miesiące. Z około tysiąca osób, które zgłosiły się z ogłoszeń w parafiach czy urzędach gminy, wybrano ostatecznie do udziału w filmie około dwustu. - Nie było wśród nich dziewczyny o urodzie Dody ani Miss Polonii, ale osoby o charakterystycznym wyglądzie - mówi Lis. - Niegdyś na reżyserii łódzkiej filmówki istniało nawet powiedzenie "Znajdź mi Bruegla!", czyli twarze niczym z obrazów niderlandzkiego malarza. W "Młynie i krzyżu" wątek cierpienia Chrystusa splata się z cierpieniem Flandrii uciskanej politycznie i religijnie przez Hiszpanów w XVI wieku. Na ekranie pojawia się sam Bruegel, nazywany najwybitniejszym filozofem pośród malarzy. Najnowszy film Lecha Majewskieo jest w opinii krytyków jednym z najbardziej innowacyjnych oraz oryginalnych obrazów, łączący w sobie elementy kunsztu mistrzów malarstwa z nowinkami technik cyfrowych. Film „na pniu” kupiły największe światowe muzea: Rijksmuseum w Amsterdamie, Kunsthistoriches Muzeum w Wiedniu, londyńska National Galery oraz paryski Luwr.


Na nowy film Lecha Majewskiego – mimo ruchu i gry aktorów – patrzymy niczym na płótno. W jednej z nowelek filmu „Sny” (1990) Akiry Kurosawy student historii sztuki zafascynowany pejzażem namalowanym przez Vincenta van Gogha w cudowny sposób przekracza ramy obrazu. Po drugiej stronie, pośród ozłoconych letnim światłem pól, spotyka samego mistrza, zagranego zresztą przez innego artystę, reżysera Martina Scorsese. Dwie dekady później w „Straży nocnej” Peter Greenaway ożywia postacie i konteksty ze znanego płótna Rembrandta, by rozwiązać kryminalno-obyczajową intrygę, sprytnie zaszyfrowaną przez artystę na płótnie. Lech Majewski w najnowszym swoim filmie „Młyn i krzyż” wkracza z kamerą „na plan” obrazu Pietera Bruegla Starszego „Droga na Kalwarię”, starając się pozostawić w tyle eksperymenty swoich poprzedników.

W namalowanym przez renesansowego artystę pejzażu „ożywia” z pomocą techniki obrazu trójwymiarowego ciężkie flamandzkie niebo i surrealistyczny młyn na skale, skąd młynarz, figura samego Boga, przypatruje się ludzkiej krzątaninie. W charakterystyczne Brueglowskie figurki wcielają się gwiazdy, aktorzy, statyści. Obraz z czasów hiszpańskiej okupacji u Majewskiego potraktowany zostaje niczym palimpsest, w który prócz scenek rodzajowych, sytuacji historycznej czy biblijnego kontekstu, wpisany zostaje dyskurs z pogranicza teologii i filozofii sztuki. Oglądając to ambitne przedsięwzięcie, trzeba jednak zadać sobie pytanie: co tego rodzaju eksperymenty, pomijając aspekt edukacyjny w dziedzinie deszyfrowania dawnego malarstwa, wnoszą dzisiaj do samego kina?

Przede wszystkim przypominają o jego genezie, o mimetycznych pragnieniach ludzkości wyrażanych przez wieki coraz bardziej kunsztowną kreską, coraz bardziej realistyczną plamą, wreszcie fotograficznym zapisem, od którego już tylko krok do wynalazku kinematografu. Przypominają też o wyrażającej się na różne sposoby wyobraźni symbolicznej, poszukującej nośnika dla tego, co ukryte i niewypowiedziane. Bruegel był akurat malarzem wyjątkowo „filmowym”. Jego obrazy, pełne zgiełku i ruchu, wibrujące od natłoku postaci i wątków, stosujące wiele połamanych perspektyw, dzisiaj przypominają stopklatkę, zatrzymują codzienność jak w kadrze. Majewski w swoim filmie cofa młyńskie koło czasu, by umownie, w granicach jednego dnia, zrekonstruować zdarzenia, jakie złożyły się na obraz finalny. Oczyma samego Bruegla (Rutger Hauer), robiącego właśnie szkice do wiadomego obrazu, oglądamy chłopską rodzinę budzącą się o świcie, miejscowego piekarza, który miesi ciasto, dokazującą dzieciarnię, a pośród tego wszystkiego – chłopaka poddanego przez hiszpańskich najeźdźców okrutnej egzekucji, zasypywaną w ziemi żywcem dziewczynę czy samego Chrystusa, krzyżowanego na oczach obojętnej gawiedzi.

Przywołana w filmie filozofia Bruegla nie pozostawia nam złudzeń: żywioł życia zwycięża wszystko. Męczeństwo Flamandów pod jarzmem katolików hiszpańskich, choć przypomina Chrystusową Pasję, jest tylko ulotnym epizodem na tle toczącego się wokół festynu codzienności. To właśnie artysta ma za zadanie upomnieć się o krzywdzonych, ocalić ich od naszej nieuwagi i ślepej woli życia. Nie jest w stanie zatrzymać rozpędzonych, ułożonych w ironiczny kształt krzyża ramion młyńskiego wiatraka, bo to jest domeną wyłącznie Boskiego Młynarza. Może natomiast, gdziekolwiek toczy się życie niesprawiedliwe i zapomniane – czy pośród siedemnastowiecznych flamandzkich pól czy przykładowo na Campo di Fiori – wyłuskać je z labiryntu drobnych zdarzeń, z roztańczonego korowodu postaci. W przeciwnym razie jest niczym obserwowany przez malarza pracowity pająk, chwytający krople rosy w misterne, acz wiotkie sieci.

Lech Majewski, z wykształcenia malarz i filozof, zdobył światową renomę głównie za sprawą prac z dziedziny wideo artu (jak „Pokój saren” czy „Krew poety”). W Polsce znany jest przede wszystkim jako twórca filmowy – zafascynowany światem innych artystów reżyser „Wojaczka”, „Angelusa” czy „Basquiata”. W filmie „Młyn i krzyż” pod wieloma względami bliżej mu do tych pierwszych osiągnięć. Pomimo zawartej w nim filozofii i krytycznego komentarza do instrumentalnego traktowania religii, pozostaje wydarzeniem przede wszystkim z terytorium sztuk plastycznych. Przekonują o tym zatrzymujące uwagę mistrzowskie światłocienie Adama Sikory, rzeźbiące przaśne ludzkie twarze i fakturę rzeczy, czy stworzona na ekranie kolorystyczna uczta dla zmysłów, kiedy na tle ziemistego krajobrazu Flamandii tak pięknie odcinają się karminowe tuniki katolickich oprawców.

Film poprzez ruch i aktorów potrafi ożywić obraz, ale mimo wszystko patrzymy nań niczym na płótno. Zapatrzony w dawnych mistrzów malarz-reżyser stara się benedyktyńskim wysiłkiem swojej ekipy odtworzyć dawny proces twórczy, wzbogacając go o najnowsze technologie. Jednocześnie znać w tym zmagania artysty, który nie chciałby poprzestać na samym tylko odtwarzaniu, którego cisną ramy samego obrazu. To napięcie dobudowuje kolejny stopień w wielopiętrowej konstrukcji „filmu o sztuce”, jakim jest „Młyn i krzyż”.

Biorąc pod uwagę wszystkie emanujące z ekranu subtelności, niejeden widz kinowy poczuje się podczas seansu trochę jak barbarzyńca w ogrodzie. Być może tego rodzaju kino powinno zawisnąć raczej w galerii sztuki i tam, w formie interaktywnego przewodnika, pomagać nam w odsłanianiu kolejnych warstw Brueglowskiego dzieła. Kto wie, czy następnym krokiem w obcowaniu ze sztuką nie będzie nasze wirtualne wejście w ramy płótna. Lecz Majewski najwyraźniej tą drogą nie chce podążać. Nie interesuje go przemienienie obrazu w wielofunkcyjny disneyland, ale raczej pogłębianie ukrytych w nim znaczeń. A przez to wymaga od widza o wiele więcej niż niejeden twórca czysto filmowy...


Mam brueglowską duszę

Bruegel mówi nam, że najważniejsze wydarzenia w historii świata - upadek Ikara albo ukrzyżowanie - toczyły się gdzieś poza wiedzą społeczeństwa. Dopiero post factum stawały się początkiem legendy, mitu, religii. Dziś też nie zauważylibyśmy ukrzyżowania - mówi o swoim nowym filmie Lech Majewski. Scenariusz do filmu "Młyn i krzyż" powstał na podstawie obrazu Pietera Bruegla "Droga na Kalwarię". Brueglista Michael Gibson zanalizował dzieło w obszernym eseju i po obejrzeniu filmu "Angelus" Majewskiego zaproponował reżyserowi, by nakręcił dokument na podstawie swojego tekstu. Majewski uznał, że to materiał na film fabularny. Pietera Bruegla zagrał Rutger Hauer, bankiera i kolekcjonera Jonghelincka - Michael York, a Marię - Charlotte Rampling. Oto rozmowa Danuty Majki z reżyserem Lechem Majewskim zamieszczona na łamach Gazety wyborczej, „na gorąco”, jeszcze w trakcie prac nad filmem.

Danuta Majka: Kiedy wreszcie zobaczymy "Młyn i krzyż"?
Lech Majewski: Na przełomie jesieni i zimy. Bezustannie trwają prace postprodukcyjne. To niezwykle skomplikowany proces budowania pejzaży i przestrzeni obrazów Pietera Bruegla, w której zatopieni są główni bohaterowie. Później będziemy przenosić to wszystko na taśmę filmową. Mija już drugi rok pracy nad postprodukcją filmu, bowiem zdjęcia skończyliśmy w listopadzie 2008.
Pewno gdyby film miał większy budżet, to moglibyśmy zatrudnić więcej osób, uruchomić więcej komputerów, gdyż potrzebujemy wielkich mocy przeliczeniowych - żeby przeliczyć ujęcie, które ma 6 tysięcy klatek i 147 warstw, potrzeba wielu dni.

Co się teraz dzieje ze zdjęciami?
- One już żyją własnym życiem, spotykają się tam ze sobą, romansują, reprodukują (śmiech).
Poszczególne warstwy są ze sobą stapiane za pomocą technik komputerowych. Bruegel namalował swój obraz, używając sześciu perspektyw. My, żeby zbudować tło, kręciliśmy różne fragmenty pejzażu, które odpowiadały danej perspektywie w danym punkcie obrazu. Potem te pejzaże są ze sobą wiązane tak, żeby nie było to widoczne dla oka. A w dalszych planach używane są elementy prawdziwego obrazu Pietera Bruegla.
Z kolei niebo nakręciliśmy w Nowej Zelandii, dlatego że chmury tam są niezwykle piękne, malarskie, takie, jakby malował je Bruegel. Mieszamy te chmury z Nowej Zelandii z tymi, które są na obrazie Pietera Bruegla, w różnych proporcjach i animujemy je. Więc każda z tych warstw plus ich oświetlanie, dodawanie lub odejmowanie światłocienia wydłuża czas obróbki komputerowej.

Jaki będzie ten film? Czego widz ma się spodziewać po masie zabiegów technicznych i nowych technologii, które zostały użyte?
- Widz pomyśli przede wszystkim, jak wiele życia kryje w sobie obraz wiszący w muzeum.
Jaką zawiera kondensację, skroplenie przestrzeni, ilość wiedzy, pracy, którą malarz musiał zmieścić na małej powierzchni zamkniętej w ramach.

Mówi pan o plastyczności filmu "Młyn i krzyż", a jaką opowieść on w sobie zawiera?
- Ta opowieść ma wiele wymiarów. Obraz Pietera Bruegla przedstawia drogę na Kalwarię, czyli temat znany, ale ujęcie tematu jest wyjątkowe. Zwykle mamy na pierwszym planie postać Ukrzyżowanego, a cała reszta gubi się gdzieś tam w tle. Tu jest odwrotnie i na pierwszym planie wagi nabierają sceny codzienne, przez które trzeba się długo przedzierać, wejść w ten labirynt, żeby odnaleźć Chrystusa.
Bruegel filozof mówi nam, że najważniejsze wydarzenia w historii świata, jak śmierć Saula czy upadek Ikara albo właśnie ukrzyżowanie, toczyły się gdzieś w ukryciu i dopiero post factum wypływały na światło dzienne. Stawały się przyczyną legendy, mitu, religii; uzyskiwały swoją pomnikowość. Natomiast w momencie, w którym się zdarzały, nie były widoczne.
Nie zauważylibyśmy też dziś kolejnego ukrzyżowania, upadku Ikara Lecz nie chciałbym za wiele ujawniać, bo kto będzie chciał, to dotrze do głębszych warstw. Miałem już serię wstępnych projekcji i publiczność odczytywała kody filmu. Dyskusja była bardzo gorąca, więc myślę, że film pobudzi widzów do odczuwania i rozmyślań.

Pierwszą inspiracją dla pana był tekst Michaela Gibsona czy obraz Bruegla "Droga na Kalwarię"?
- Obraz Bruegla widziałem wcześniej, ale nie dostrzegłem w nim tego, co zobaczył w nim Gibson. Esej Gibsona to głęboka analiza, która teraz ukazała się w Polsce pod tytułem "Bruegel - Młyn i krzyż" w wydaniu albumowym, a niedawno jej angielski odpowiednik miał premierę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku.
Tekst Gibsona jest tak piękny, lancetowy, chirurgiczny, że otworzył mnie na wielość wymiarów jednego obrazu, jednego malarza i na tyle uruchomił moją wyobraźnię, że podjąłem się znalezienia jego ekwiwalentu wizualnego, kinowego.

Zaskoczył mnie pan, że inspiracją było słowo, a nie obraz.
- Ale słowo opisujące obraz. Ten obraz Bruegla jakoś mi wcześniej umykał. Mój zachwyt nad Brueglem to były zawsze "Wieża Babel", "Zima", "Wojna postu z karnawałem", "Upadek Ikara". Dopiero lektura Gibsona sprawiła, że "Droga na Kalwarię" wyskoczyła na mnie z całą mocą.

Pamięta pan pierwszy obraz Bruegla, który zrobił na panu wrażenie?
- Wydaje mi się, że pierwszy kontakt z Brueglem miałem poprzez szkolną czytankę.

A kiedy zobaczył pan obrazy Bruegla w muzeum...
- ...byłem zachwycony. Jako młody człowiek często jeździłem do Wenecji, miałem tam wuja, który uczył w konserwatorium, i na wakacje mieliśmy jego weneckie mieszkanie. Zawsze jechałem pociągiem z Katowic do Wiednia, tam spędzałem cały dzień w Kunsthistorisches Museum, głównie w sali X, czyli w sali Bruegla, i wieczorem wyjeżdżałem pociągiem do Wenecji.

Co pana w "Zimie" tak zafascynowało?
- Wystarczy patrzeć i słyszy się chrzęst śniegu. To jest poza słowami i na tym właśnie polega tajemnica wielkiej sztuki. Chrzęst śniegu, ta jaskółka zatrzymana na zielonkawym niebie. Ludzie w oddali na zamarzniętych stawach. Kwintesencja zimy. Tarkowski to potem świetnie oddał w "Zwierciadle". Zresztą w "Solaris" też używał tego obrazu.

Gibson powiedział, że ma pan brueglowską duszę. Jak pan to rozumie?
- Kiedy Gibson oglądał "Angelusa", dostrzegł w nim estetykę, klimaty, które on znajduje w Brueglu.

Dlaczego wybrał pan plenery w Polsce?
- Bo Jura Krakowsko-Częstochowska najlepiej się do tego nadaje, a szukaliśmy tych plenerów w różnych miejscach. Polska w ogóle ma niesamowite plenery. Nie zapomnę, jak szukaliśmy pustyni do "Ewangelii według Harry'ego" w Arizonie, Utah, braliśmy pod uwagę pustynie Nowego Meksyku, Newady, a skończyłem na kręceniu koło Łeby. Bo to była najlepsza i najprawdziwsza pustynia.

Dlaczego do roli malarza wybrał pan Rutgera Hauera?
- Sam fakt, że jest Holendrem, więc z pobliża tego świata. Poza tym ma teraz taką wyrzeźbioną twarz - zacząłem go kojarzyć z Brueglem - to był pierwszy strzał i on od razu się zgodził.

Choć nie znał pańskich filmów.
- Ale przeczytał scenariusz. Natomiast Michael York i Charlotte Rampling znali moje filmy i już wcześniej chcieli ze mną współpracować. Charlotte Rampling jest wielką fanką "Pokoju saren", po obejrzeniu mojej wideoinstalacji w muzeum Jeu de Paume w Paryżu napisała do mnie, żebym o niej pomyślał przy następnym projekcie. Natomiast York razem z żoną, uznaną fotograficzką, widzieli moją retrospektywę w USA.

A muzyka?
- Zwykle komponuję z Józefem Skrzekiem. Od czasów naszej wspólnej opery "Pokój saren" jesteśmy tandemem kompozytorskim, toteż razem napisaliśmy muzykę do filmu "Młyn i krzyż". Pewne elementy skomponowałem wcześniej sam, kiedy przygotowywałem inscenizację "Snu nocy letniej" w Niemczech i na sceny chłopskie narzuciłem estetykę Bruegla. Wtedy skomponowałem również chłopski motyw muzyczny, który teraz zacytowałem w "Młynie i krzyżu".


oprac. na podstawie materiałów Gazety Wyborczej
Ryszard Zaprzałka




środa, 11 maja 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> MACIEJ STUHR – część I

    Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało mi

  • -> Maciej Stuhr - część II

    Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysła

  • -> Łukasz Maciejewski

    Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży. Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskie



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -