Blog > Komentarze do wpisu

-> Dwie Polski

Okiem Poświatowskiego

Komentując cuda i cudactwa minionego tygodnia, na wstępie chciałbym zauważyć rzecz może oczywistą, ale istotną – otóż mamy dzisiaj „dwie Polski”, a pęknięcie między nimi powiększa się do rozmiarów Rowu Mariańskiego. Z ostatnich wydarzeń pęknięcie to najwyraźniej uwidacznia histeria rozpętana wokół wypowiedzi znakomitego reżysera Grzegorza Brauna na temat nieżyjącego arcybiskupa Józefa Życińskiego. Choć nieprzemyślana wypowiedź ta padła na spotkaniu ze studentami Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ponad miesiąc temu, a podobne opinie G. Braun głosił jeszcze za życia „kontrowersyjnego” hierarchy, „Gazeta Wyborcza” w przyrodzonym sobie, pałkarskim stylu, przypomniała sobie o niej akurat teraz, tuż przed zapowiedzianą emisją telewizyjną świetnego filmu „Eugenika – w służbie postępu” tegoż reżysera. Rozkaz poszedł i świętym oburzeniem w obronie czci arcybiskupa, zarejestrowanego swego czasu jako TW „Filozof”, zareagowała cała nasza „katolewica” z postępowymi katolikami na czele. Na rodzimym, tarnowskim gruncie wystosowany został spontaniczny „list protestacyjny” - i kogóż tu nie mamy: jest niezatapialny polityczny „ojciec chrzestny”, stręczycielka sześciolatków (wkrótce w jednym z tarnowskich przedszkoli organizuje konferencję prasową), niestrudzony tropiciel „antysemityzmu” i gloryfikator komunistycznych aparatczyków – słowem: sama śmietanka autorytetów moralnych na odcinku katolicyzmu. Sygnatariusze listu konieczność obrony arcybiskupa uzasadniają m.in. stwierdzeniem, że jako zmarły – nie może się on sam bronić (w naszej kulturze staramy się mówić o zmarłych – dobrze albo wcale). Wobec powyższego pytam: gdzie byliście panowie oraz panie: A. Grad, U. Augustyn, R. Ścigała, A. Bartosz, R. Ciepiela, M. Bień, Z. Janik, H. Słomka-Narożański, gdy np. w ordynarny sposób Wasz polityczny, partyjny kolega J. Palikot, i to nie na uczelnianym spotkaniu, ale w publicznych mediach w godzinach najwyższej oglądalności, szargał osobę nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego? Gdzie była wówczas wasza wrażliwość, cześć dla pamięci zmarłych, gdzie była wasza moralność i wasze święte oburzenie?

Z pewnością nazwanie abp. J. Życińskiego „kłamcą i łajdakiem” przekraczało granice dobrego smaku. Szkoda tylko, że w medialnym rwetesie pomija się zupełnie pozostałą część wypowiedzi G. Brauna, gdzie uzasadnia swoją opinię na temat działalności arcybiskupa i stwierdza np. że jego zdaniem, „w ostatnich dwudziestu latach swojego uczestnictwa w życiu publicznym (J. Życiński) opowiedział się po stronie wrogów kościoła i wrogów państwa polskiego”. Reżyser nie jest odosobniony w swej ocenie publicznej działalności arcybiskupa, jego „pięknych lekcji ewangelii” oraz zaciekłego sprzeciwu wobec lustracji, zwłaszcza gdy rzecz dotyczyła innych TeWu-rzyszy, którzy wraz ze swymi oficerami prowadzącymi nadają ton życiu politycznemu, społecznemu, ekonomicznemu – i najwyraźniej również religijnemu w Rzeczpospolitej Polskiej Trzeciej i Pół, co widać jak na dłoni od polityki zagranicznej, aż po wyrokowanie „niezawisłych sądów”. I pogląd ten podziela bardzo wielu Polaków. Zastanawiające jest jednak to, dlaczego akurat teraz i akurat ta wypowiedź została nagłośniona, skoro stało się to ponad miesiąc temu, a podobne opinie G. Braun wyrażał już wcześniej, jeszcze za życia arcybiskupa? Wydaje się że „Salon” chciał upiec w ten sposób co najmniej dwie, czy nawet trzy pieczenie przy jednym ogniu: z jednej strony zdyskredytować i zniszczyć reżysera, tak jak niszczono wcześniej np. niezależnych, niepokornych publicystów i historyków, a z drugiej, cóż – stało się to tuż przed zapowiedzianą emisją telewizyjną świetnego filmu „Eugenika – w służbie postępu”; filmu demaskatorskiego, ukazującego m.in. że aborcja czy eutanazja to po prostu już od swego zarania narzędzia eugeniki, narzędzia służące hodowli ludzi, gdzie ostatecznym celem jest stworzenie „rasy panów”, a przy tym skazanie na uśmiercenie ludzi nie dość doskonałych, niepełnosprawnych, posiadających jakieś ułomności. To wszystko w tym wstrząsającym filmie zostało doskonale udokumentowane, natomiast stanowisko reprezentowanego przez „GW” „Salonu”, w kwestii chociażby aborcji jest jednoznaczne i wszystkim wiadome... No i wreszcie po trzecie – abp Józef Życiński, TW „Filozof”,  jest ikoną, bez mała świętym dla reprezentantów tzw. katolewicy, czyli „postępowych katolików” i rozmaitych umoczeńców, którzy gładką nogą, z podniesionym czołem i z czystym „sumieniem” (także dzięki abp. Życińśkiemu) przeszli od PRL-owskiego donosicielstwa, do czasów obecnych, by będąc beneficjentami słynnej transformacji ustrojowej, „kiedy to socjalistyczny reżim upadł, by przekazać władzę samemu sobie”, móc dziś próbować innym wyznaczać standardy moralne. O zaletach odwracania uwagi od problemu zrujnowania finansowego Polski przez kolejne rządy, a zwłaszcza obecny - rząd Platformy Obywatelskiej - już nie wspominając. Nic więc nic dziwnego że „swoi bronią swego”. Aż chciałoby się rzec: jaki autorytet, tacy obrońcy, jacy obrońcy – taki autorytet.

Iście PRL-owskie znamię nosi też histeryczna reakcja tzw. „środowisk”. Prócz głosów potępienia i moralnego oburzenia, posypały się także represje i prześladowania, samokrytyki i dymisje, a nawet msze przebłagalne (czy doczekamy się tego, że nasi radni w ramach pokuty nazwą imieniem arcybiskupa którąś z głównych tarnowskich ulic?). Ukarani zostali, w ramach odpowiedzialności zbiorowej, studenci KUL – za to, że wysłuchali tego, co zaproszony przez nich reżyser powiedział (dobrze że nie obcięto im uszu) – studenckie koło historyków zostało rozwiązane (zawieszone według innych źródeł), jego kurator zdymisjonowany. Z mediów dowiadujemy się, że grupa absolwentów KUL spontanicznie zaapelowała by ci, którzy organizacyjnie byli odpowiedzialni za to spotkanie „przeprosili i podali się do dymisji”. Sypią głowy popiołem również sami studenci, którzy jeszcze bardziej „spontanicznie” „przyznają”, że „nie byli w stanie zapanować nad spotkaniem” i zapewniają, że ich oklaski „miały jedynie na celu przerwanie wystąpienia” G. Brauna. Toż to PRL jak za dawnych lat! Brakuje jeszcze procesów pokazowych – niektórzy „postępowi katolicy” mieli okazję brać w takich stalinowskich procesach udział, choćby „tylko” piętnując piórem „wrogów ludu”. Sądzę więc, że „przeczołgani” studenci KUL bardzo dobrze zapamiętają tę lekcję demokracji i wolności słowa, zarówno w całym swoim przyszłym życiu, jak i przy wyborczej urnie, podczas najbliższych wyborów.
Ale w tyle awangardy postanowili nie pozostawać również i tarnowianie, tym bardziej, że do kompletu brakuje jeszcze „spontanicznych”, zbiorowych głosów potępienia ze strony kleryków i proboszczów, co pod przewodem kolejnego w naszej diecezji TW (Dąbrowskiego) – biskupa W. Skworca, przetestowano przy okazji książki ks. T. Isakowicza Zaleskiego, której wówczas nikt jeszcze nie czytał. Jak za dawnych lat powstał więc spontaniczny list protestacyjny oburzonego „społeczeństwa” w osobach: posłanki PO Urszuli Augustyn, dyrektora Muzeum Okręgowego Adama Bartosza, byłego prezydenta Mieczysława Bienia, wicemarszałka województwa Romana Ciepieli, ministra Aleksandra Grada, prezydenta Tarnowa Ryszarda Ścigały, Zdzisława Janika i Henryka Słomki-Narożańskiego. Ów swoisty „list ośmiu” w pierwotnej wersji sygnowanej na 18 maja, zawierał pewne manipulacje w zakresie wypowiedzi G. Brauna, wytknięte przez portal inTARnet.pl. Wobec powyższego, zaraz następnego dnia ukazała się „skorygowana” „na prośbę” sygnatariuszy wersja listu, tym razem datowana na... 17 maja. Ale tak to już jest, gdy wybucha popłoch, bo prymusi muszą być pierwsi i gesty słusznego oburzenia należy wykonać „w podskokach”.

Kogóż więc wśród sygnatariuszy listu odnajdujemy? Mamy parlamentarzystów, głosujących i wypowiadających się niekoniecznie zgodnie z nauczaniem Kościoła: jest niezatapialny, polityczny „ojciec chrzestny”, którego po aferze ze stoczniami, wbrew swym wcześniejszym buńczucznym zapowiedziom, nie był w stanie odwołać ze stanowiska sam Premier Donald Tusk, rakiem wycofujący się później ze swych zapowiedzi; widocznie inna zapanowała wówczas „mądrość etapu” i inne wydano namiestnikowi rozkazy; jest i doskonale znana wszystkim rodzicom „stręczycielka sześciolatków”(wkrótce w jednym z tarnowskich przedszkoli organizuje konferencję prasową), jest gloryfikator komunistycznych aparatczyków („skwer Opałki”), jest wreszcie niestrudzony tropiciel „antysemitów”, których przybywa ci u nas i przybywać będzie coraz więcej, odkąd szef MSZ Radosław Sikorski, zaniepokojony spadkiem wyroków skazujących za „antysemityzm” w Polsce, wydał dyspozycje „niezależnej” „prokuratorii generalnej”, czyli Andrzejowi Seremetowi, by bardziej ochoczo ścigał owe zbrodnie, choć wydawałoby się, że jeśli już, to nasze „organa” winny być raczej zainteresowane ściganiem zbrodni antypolonizmu i szkalowania Polski i Polaków, w czym szczególnie celują środowiska żydowskie właśnie.
Nie od rzeczy będzie tu dodać, że niedługo po wydaniu tych dyspozycji, miał miejsce słynny skandal, gdy szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski, skutecznie interweniował u prezesa Polskiej Agencji Prasowej, by jego dziennikarz podczas konferencji prasowej towarzyszącej wizycie premiera Donalda Tuska w Izraelu, nie pytał o ustawę reprywatyzacyjną. Tymczasem Żydzi szacują swoje roszczenia na 65 mld dolarów; nic więc dziwnego że zaraz potem radca generalny Światowego Kongresu Żydowskiego wezwał społeczność żydowską do „pozbawienia Polski „dolarów z turystyki i innych źródeł” - dopóki nie zostanie u nas uchwalona ustawa czyniąca zadość roszczeniom „narodu wybranego”. Podobne naciski wywiera rząd amerykański, wzywający rząd polski do „restytucji mienia żydowskiego, choćby w formie rekompensat rozłożonych w czasie”. Dodajmy że chodzi tak naprawdę nie o zwrot mienia spadkobiercom, bo od tego są właściwe drogi prawne, tylko o uznanie, że wszystko co należało do Żydów, ma być w takiej czy innej formie „oddane”, tym którzy uzurpują sobie prawo bycia spadkobiercami.
W tym kontekście wcześniejsze „dyspozycje” wydane przez ministra Sikorskiego niezależnej „Prokuratorii”, ów brak proporcji i starania, by baczniejszą uwagę niezawisły wymiar sprawiedliwości w Polsce zwracał akurat na tę jedną, żydowską nację, czyniąc z „narodu wybranego” - „rasę panów”, bardziej wartościową od „gojów” - wszystko to jawi się jako działanie mające na celu zawczasu spacyfikowanie tych, którzy mogliby podnieść larum, gdy pełną parą ruszą już zapowiadane „odszkodowania” i „zwroty mienia” na rzecz żydowskiego ohydnego „przedsiębiorstwa holokaust”, albowiem w maju b.r. ruszyła „Grupa Zadaniowa ds. Restytucji Majątku z Okresu Holokaustu”. Rzecz bowiem w tym, że Niemcy się już wypłaciły i pojawiła się potrzeba, by od kogoś jeszcze podoić gigantyczną kasę; kogoś, na kogo można by zrzucić współodpowiedzialność za zagładę Żydów. Stąd też i po dawno temu zaistniałych szantażach ze strony przedstawicieli Światowego Kongresu Żydów, że póki Polska się nie wypłaci, póty będzie upokarzania na arenie międzynarodowej, w ostatnich latach najpierw mieliśmy „judzenie” o „obojętności Polaków” wobec zagłady, do którego to określenia prawo ma jedynie naród żydowski, a obecnie mamy przesunięcie ciężaru oskarżeń na „współudział” naszego narodu w mordowaniu Żydów.
Tak więc „antysemitów” musi u nas przybywać wedle rozdzielnika, bo jak się okazuje, nie tylko niezawisły Prokurator Generalny, ale nawet i Radosław Sikorski też ma swoich przełożonych.

I tak powracamy do naszego „najcieplejszego z miast”. Na tarnowskim rynku do zaszczytnego grona „antysemitów”, do których zdaniem Adama Bartosza również i ja się zaliczam, dołączył ostatnio, o ironio, Ryszard Lis – który miał czelność zwrócić uwagę dyrektorowi Muzeum Okręgowego, że tenże upamiętnił czterech Żydów, ofiary pierwszego transportu do niemieckiego obozu zagłady Auschwitz, „zapominając” o pozostałych ofiarach tego transportu; ofiar tych było zaś łącznie 728 i wszyscy, włącznie z Żydami, trafili tam jako Polacy. Z powodu swej uwagi i braku zachowania „rewolucyjnej czujności”, R. Lis został więc antysemitą, tracąc z oczu tę perspektywę, że ci czterej Żydzi reprezentują widać nację bardziej wartościową od pozostałego „nawozu historii”. I w tym przekonaniu utwierdzać się będą żydowskie wycieczki oprowadzane po Tarnowie. Mnie osobiście nie dziwi, że zwrócenie uwagi na ów fakt jest „antysemityzmem” - tak wszakże właśnie wygląda u nas oblicze współczesnego faszyzmu i nacjonalizmu – z „Ubermanschen” w postaci Żydów, których statusu pilnują rodzimi kolaboranci tropiący i produkujący wśród polskich „Untermanschen” zbrodnie „antysemityzmu” na polityczne zamówienie. Jeżeli mówienie o tym wszystkim jest „antysemityzmem”, to postawę dyrektora Adama Bartosza z pewnością można nazwać „antypolonizmem” i życzę Dyrektorowi dalszych sukcesów na tym odcinku, zwracając przy okazji uwagę na fakt, iż rosnąca liczba antysemitów sprawa, że jakoś ten rodzaj pałki – anatemy, świeckiej ekskomuniki, nie za bardzo chce w Polsce działać, co z kolei tylko podkreśla konieczność zakładania jakichś obozów reedukacyjnych, pogłębienia procesów indoktrynacji w szkołach – no i uczulenia prokuratorów na problem „wyssanego z mlekiem matki” „polskiego antysemitzymu” właśnie.
Tak czy owak, w kontekście powyższego – o ile nie wiemy, kto jeszcze w Tarnowie do getta „antysemitników” dołączy, o tyle wiemy przynajmniej, że kandydat na jego „dozorcę” już jest...

Mam nadzieję że tę dygresję mi Państwo wybaczą, dygresję podyktowaną bieżącym spiętrzeniem wydarzeń, ale też zamiarem pokazania tego, jak bardzo różnią się od siebie te „dwie Polski” w których żyjemy - stąd też może nazbyt wiele uwagi poświęciłem jednemu tylko z sygnatariuszy „listu”. W każdym razie: takie to grono autorytetów zaprotestowało w obronie pamięci zmarłego arcybiskupa Józefa Życińskiego.
Sygnatariusze listu konieczność obrony arcybiskupa uzasadniają m.in. stwierdzeniem, że jako zmarły – nie może się on sam bronić (w naszej kulturze staramy się mówić o zmarłych – dobrze albo wcale). Wobec powyższego pytam: gdzie byliście panowie oraz panie: A. Grad, U. Augustyn, R. Ścigała, A. Bartosz, R. Ciepiela, M. Bień, Z. Janik, H. Słomka-Narożański, gdy np. w ordynarny sposób Wasz polityczny, partyjny kolega J. Palikot, i to nie na uczelnianym spotkaniu, ale w publicznych mediach w godzinach najwyższej oglądalności, szargał pamięć nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego? Gdzie była wówczas wasza wrażliwość, cześć dla pamięci zmarłych, gdzie była wasza moralność i wasze święte oburzenie? Owe podwójne, zaprezentowane przez Was standardy moralne – inne dla „swoich”, inne dla „obcych”, owa swoista „mentalność Kalego” odbierają jakąkolwiek wiarygodność Waszemu, trzeba to przyznać, politycznemu i politpoprawnemu apelowi. Wstyd! Osobiście sądzę, że niektórzy z Was w skrytości ducha tego podpisu żałują i najchętniej by go wycofali, ale cóż robić, kiedy taka jest „mądrość etapu”, z jednej strony umożliwiająca bezkarne opluwanie zmarłego prezydenta, także z pomocą stron internetowych i gier komputerowych, a z drugiej - pozwalająca robienie o 6 rano nalotów przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego na autora strony AntyKomor.pl, bo obśmiewanie tego akurat prezydenta stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Podczas gdy na Krakowskim Przedmieściu obsikiwano krzyż przy kompletnej bierności Policji (gdzie wówczas były wasze protesty?), podczas gdy o zmarłym prezydencie mówiono że „ma krew na rękach”, a jego rodzina „powinna przeprosić”, podczas gdy oglądaliśmy inne chamskie występy Palikota czy Niesiołowskiego - teraz kibiców demonstrujących przeciwko Donaldowi Tuskowi aresztuje się pod zarzutem „demonstracyjnego okazywania w miejscu publicznym lekceważenia narodu polskiego, Rzeczypospolitej Polskiej lub jej naczelnych organów”.

Ironia losu polega też nie tylko na nieuchronnie nasuwających się skojarzeniach z „wolnością słowa” made in PRL. Otóż w normalnych warunkach nad takimi wypowiedziami, jak ta pana Brauna, wypowiedziami niepotrzebnymi i nieprzemyślanymi, wypowiedziami jakich wiele – spuszcza się zasłonę milczenia. Jednak sprawę tę w wiadomych okolicznościach nagłośniono. Wystosowano „list protestacyjny”. I w tych normalnych warunkach pod listem tym zapewne podpisałoby się o wiele więcej osób. Niestety, otwierające go nazwiska sygnatariuszy są dla społeczeństwa swoistym „znakiem firmowym” - a dla niemałej części tego społeczeństwa znakiem, nakazującym daleko posuniętą ostrożność w angażowaniu się w tę, muszę to przyznać – hucpę.
Wasz „list protestacyjny” ma bowiem jeszcze jeden wymiar. Bierzecie drogie Panie i Panowie udział w klasycznej nagonce, w typowym szczuciu, czy może raczej należałoby rzec „judzeniu”, w jakim specjalizuje się „Gazeta Wyborcza”, pełniąca w wolnej ponoć Polsce funkcję „Ministerstwa Prawdy”. Po czymś takim pan Braun będzie miał szczęście, jak znajdzie posadę ciecia. Tych nagonek na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat było wiele – zaszczuwano niezależnych historyków, zaszczuwano dziennikarzy i publicystów, a nawet poetów i pisarzy, włączając w to „potwora Minotaura” Zbigniewa Herberta. W nagonkach tych wielokroć brały też udział organy wymiaru sprawiedliwości. Tak mszczono się na Wojciechu Sumlińskim, za jego książkę o morderstwie ks. Jerzego Popiełuszki, w której podał nazbyt wiele szczegółów. Na śmierć zaszczuty został historyk Dariusz Ratajczak, znaleziony martwy w samochodzie, w którym musiał zamieszkać – tylko za to, że w jednej ze swoich książek przedstawił poglądy osób negujących komory gazowe jako możliwe do użycia celem „przemysłowego” mordowania ludzi w obozach zagłady (zawierają się w tym poglądy kwestionujące podawaną dotąd liczbę osób uśmierconych drogą „zagazowania”). To tylko przykłady pierwsze z brzegu. Więc może pan Braun znajdzie po tym wszystkim, jak będzie miał szczęście, jakąś posadę „ciecia” - ale o nakręceniu kolejnych filmów w rodzaju „Eugeniki” może zapomnieć, a już na pewno zapomnieć może o ich wyświetlaniu w kinach, telewizji, czy na festiwalach filmowych. Dzięki takim waszym listom, przed takimi jak on zamykają się drzwi uczelni; wobec tych, którzy podpadną „Gazecie Wyborczej”, wspartej „listami otwartymi”, stosuje się najrozmaitsze represje, z odwoływaniem spotkań w miejscach wydawałoby się tak otwartych na dyskusję i prezentowanie rozmaitych poglądów, jakimi są uczelnie. Po takich nagonkach zamykają się wszystkie drzwi; żadna uczelnia nie chce zostać „rozsmarowana” przez dziennikarzy polskojęzycznej gazety, a każda drży ze strachu, że może potem stracić dotację, czy nie wygrać konkursu. Z drugiej strony – w mury katolickich uczelni bez problemów wpuszcza się osoby, głoszące poglądy sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Obok cenzury prewencyjnej i wykluczania „niezależnych”, także metodami administracyjnymi z przestrzeni publicznej (swego czasu ofiarą takich działań padł Waldemar Łysiak), pistolet przy głowie trzyma wewnętrzny cenzor.
Jednak prócz pisania o salonowych środowiskach, sterroryzowanych przez „GW”, można by jeszcze długo pisać o próbach ustawowego kneblowania wolności słowa, o eskalacji procesów wytaczanych niezależnym dziennikarzom, publicystom o prawicowych poglądach (sale sądowe to ulubione dla „GW” miejsce do uprawiania „publicystycznej polemiki”); można by pisać o kuriozalnych wyrokach sądów, nakazujących np. przeprosić L. Wałęsę za nazwanie go „TW”, mimo iż udokumentowano, że był on TW w istocie; można pisać o dyskredytowaniu historyków, o całej tej „recydywie PRL”; i oto coraz bliższy jest bowiem moment, w którym ci, którzy nie ulegają dyktatowi „politycznej poprawności”, którzy nazywają rzeczy po imieniu w myśl zasady „niech mowa wasza będzie tak – tak, nie - nie, zwyczajnie będą karani (a nawet już są) – pod najrozmaitszymi pretekstami, w których poczesne miejsce zajmuje „mowa nienawiści”, „antysemityzm” czy inne błazeństwa, zgodnie z nieśmiertelną praktyką zasady „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”.

Żyjemy w Polsce, w której coraz trudniej mówić o jakiejkolwiek demokracji, prócz jej pozorów; w Polsce, której władza boi się już każdej nie kontrolowanej przez nią grupy, potrafiącej samodzielnie i - o zgrozo! - bez dotacji się zorganizować (włączając w to kibiców). Żyjemy w Polsce, w której ludzie dzielą się na lepszych i gorszych, w której pewnych tematów nie wolno poruszać i w której stosuje się zasadę odpowiedzialności zbiorowej. W Polsce, w której przeprowadza się medialne nagonki i lincze, a przestrzeń wolności słowa kurczy się coraz bardziej i coraz bliżej jej do okresu PRL. A teraz Wy, Panowie oraz Panie, właśnie się do kolejnej takiej nagonki przyłączyliście. Stając w jednym szeregu obok tej wolności słowa grabarzy...

I na koniec może już „luźniejsza” refleksja. Oto tarnowski magistrat, w drugiej połowie maja zorganizował konferencję prasową mającą być podsumowaniem „sezonu narciarskiego”. Czy zatem w środku zimy doczekamy się podsumowania „sezonu letniego”? Wbrew pozorom osobiście jednak myślę, że owo „podsumowanie zimy” wcale nie nastąpiło za późno. Ono nastąpiło zbyt wcześnie. W kontekście tego wszystkiego, co wyżej napisałem, wydaje się, że prawdziwa zima dopiero nadciąga. Pora przypomnieć sobie stosowne hasła, póki „jeszcze można”. Jak to było? „Zima wasza, wiosna nasza...”


Mirosław Poświatowski
22.05.2011




piątek, 27 maja 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -