Blog > Komentarze do wpisu

-> Tajemnice Kabotynowa: „Boom Gospodarczy”

Okiem Poświatowskiego

W Kabotynowie trwał w najlepsze „boom gospodarczy”. Szczególnie dotyczył on rynku kredytów i pożyczek, po które zgłaszali się coraz liczniej Kabotynowianie, którym pracodawcy zalegali z wynagrodzeniem, co znakomicie stymulowało rozwój banków i różnych innych instytucji finansowych, o czym z kolei zaświadczało cudowne przemienienie ciągu Wałowa – Krakowska, w ulicę „Bankową”. Nic w tym zresztą dziwnego – w nowoczesnych czasach i w rozwiniętych cywilizacjach, to właśnie „inżynieria finansowa” jest wiodącym producentem dobrobytu, nie zaś przedsiębiorcy, drobni wytwórcy, handlowcy, usługodawcy, czy – nie daj Boże – jacyś rolnicy.

Ów trend boomu gospodarczego rozszerzał się zresztą na inne usługi oraz dobra – na „Burku” widziano nawet jegomościa, który od takiego jednego publicysty i spekulanta próbował wyłudzić portki „z wydłużonym terminem płatności” zaplanowanym na wrzesień. „Trzeba myśleć perspektywicznie i długofalowo” - argumentował ów mężczyzna, powtarzając jak mantrę słowa wyniesione ze szkolenia odbytego w ramach programu aktywnego przeciwdziałania bezrobociu.
Objawem boomu gospodarczego było również i to, że ulubioną tezę dyrektora kabotynowskiego „pośredniaka”, zwanego nie wiedzieć czemu Powiatowym Urzędem Pracy – tezę o „dawaniu wędki, a nie ryby”, tezę tak twórczo wykorzystywaną przez rozmaite instytucje i firmy szkolące za pieniądze przepuszczane w ramach „Kapitału Ludzkiego”, znakomicie przyswoili sobie również wszyscy mieszkańcy „najpiękniejszego z miast”. „Jestem zwolennikiem dawania wędki, a nie ryby” - tak pewien kabotynowianin wyjaśniał stojącej pod supermarketem kobiecie, dlaczego nie kupi jej chleba. „To niech pan jej da tę wędkę” - odezwał się przechodzący obok młodzieniec. Niestety, dalszy przebieg tego incydentu wskazywał, że o ile w najpiękniejszym z miast na odcinku ryb trwał potencjalny „boom”, o tyle na odcinku wędek panowała bessa, której wytłumaczyć nie umieli nawet wytrawni „wędkarze”, zasiadający w radach nadzorczych miejskich spółek nieprzerwanie od połowy lat dziewięćdziesiątych.
Istny boom panował za to na rynku szkoleń i strategii – dopiero co wizję Kabotynowa mlekiem i miodem płynącego przedstawił tutejszy magistrat i wszyscy się po cichu zastanawiali, pod wpływem czego znajdowali się owi wizjonerzy, skoro sklepy z dopalaczami zamknięto, no a poza tym miłościwie nie panująca nad niczym w Lechistanie Pogarda Obywatelska zapowiadała drakońskie ograniczenie możliwości zadłużania się przez samorządy – i to już od przyszłego roku.
Poza tym wizję własnego rozwoju opracował również MOPS, co oznaczało, że na rynku przeciwdziałania bezrobociu należało spodziewać się kolejnego boomu, nawet jeśli z braku kończących się unijnych pieniędzy zabranych wcześniej podatnikom, owo przeciwdziałanie ograniczy się do przewalania z miejsca na miejsce papierów. Jak widać, wizjonerów w Kabotynowie nie brakowało – i jak boom, to boom!

„Boom, boom, boom, boom!” - podśpiewywał sobie Żbik Śmigły znany szlagier sprzed wielu lat. Śpiewowi temu wtórowały odgłosy rozstrzeliwanych przeciwników i malkontentów, wyżynanych w pień na planie najnowszej wersji gry komputerowej „Total Monopoly”, już samą nazwą odzwierciedlającej doskonale stosunki społeczno-polityczno-gospodarcze panujące w kraiku nad Wisłą. Grę tę, o twarze lokalnych malkontentów wzbogacił nowo przyjęty do pracy kolejny „doradca” - tym razem od informatyki - i Żbik Śmigły nie posiadał się ze szczęścia. „Boom, boooom!” - dobiegające z komputera odgłosy wtórowały śpiewanej przez Żbika piosence, stanowiąc doskonały akompaniament dla trwającego w Kabotynowie boomu gospodarczego. Jednym z jego mierników była właśnie zwiększająca się liczba doradców w kabotynowskim magistracie – ilość zadań, z którymi zmagał się ów urząd sprawiała, że dotychczasowi kierownicy, dyrektorzy i naczelnicy działów okazywali się nie dość kompetentni, stąd też trzeba było dublować ich funkcje „doradcami”. Zwolnienie wobec tego dyrektorów dotychczasowych, nie przychodziło jednak nikomu na myśl, gdyż przeszkadzałoby to we wdrażaniu tego specyficznego programu przeciwdziałania bezrobociu.
Zresztą, liczba urzędników w całym kraju w końcówce ubiegłego roku wzrosła – o mniej więcej 10 procent, jako efekt zapowiedzianej przez Donalda Premiera redukcji etatów w administracji o... 10 procent. Urzędy zabezpieczyły się w ten sposób przed ową redukcją, w razie czego podstawiając do potencjalnego odstrzału świeżo przyjętych urzędników. Jednak wszystko wskazywało na to, że do owej redukcji nie dojdzie, a nowo przyjęci pracownicy pozostaną na swoich stanowiskach, albowiem pomysł Donalda Premiera był niekonstytucyjny. Poza tym, jak orzekły najtęższe głowy w państwie – urzędnicy pomnażają, produkują i zdobywają pieniądze, a więc przyczyniają się do boomu gospodarczego i ożywienia rynku, któremu nic tak dobrze nie robi, jak stymulacja kredytami i obligacjami oraz urzędnikami właśnie. W dobie XXI wieku i zaawansowanych technologii łupienie podatników przybierało bowiem nowe formy, lub przynajmniej otrzymywało nowe nazwy – najpierw Ministerstwo Wielkiego Złodzieja rabowało mienie Lechistańczykom, potem przekazywało pieniążki do kasy Wielkiego Złodzieja w Brukseli, ten zaś rozdysponowywał je na powrót, a na końcu o środki te rywalizowali urzędnicy różnych miast, gmin i instytucji - i takie właśnie ukradzenie dla własnego środowiska jak największej puli ukradzionych wcześniej pieniędzy, poczytywano sobie za wielki sukces i nazywano „pozyskiwaniem środków zewnętrznych”, za co urzędnicy byli nagradzani.
Reasumując: w zakresie rozrostu biurokracji w imię jej odchudzenia,  kolejny więc raz wykazała swą nieśmiertelność ta oto prawda, że jak partia mówi, że zrobi, to mówi – no a poza tym wyszło przy tej okazji na jaw, że rządząca ekipa nawet jak coś obniża, to przecie jednak podwyższa – i owo obniżenie przez podwyższenie stanowiło dobry prognostyk na przyszłość, utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że jaki tam kryzys, mamy jednak boom gospodarczy, jest wzrost, no i zima nam nie straszna, wiosna nasza, a lato Muminków.

Tymczasem z apartamentu Śmigłego dobiegały dobrze już znane nam odgłosy. „Boom, „Boooom! Badabadam!!!” - potężny subwoofer pozwalał w pełni rozkoszować się grą „Total Monopoly”, z pomocą której Żbik rozładowywał stres, tocząc zwycięską walkę ze swymi prawdziwymi i urojonymi przeciwnikami, błyskawicznie rozwiązując wszystkie piętrzące się przed nim, a więc przed miastem, problemy. I podczas gdy tak (p)rezydent Kabotynowa problemy personalne i gospodarcze rozwiązywał wirtualnie, możni tego świata w identyczny sposób podobne problemy rozwiązywali – tyle że „w realu”. Boom. Boooom!! Badabam!!!
Boom gospodarczy trwał więc w najlepsze, czego w Kabotynowie wyrazem było również - zgodne podniesienie przez rajców miejskich wynagrodzenia Żbika Śmigłego, i to do maksymalnego poziomu. Radni liczyli bowiem, że w podzięce Śmiglasty podniesie diety również im, co – przynajmniej na jakiś czas – scementować miało wielką koalicję dwóch ugrupowań koalicyjnych, jednej małej przystawki i jednego ugrupowania opozycyjnego, w miejskiej radzie. Decyzja ta doskonale komponowała się zresztą z uprawianą polityką gospodarczą – oto parę miesięcy wcześniej włodarz najpiękniejszego z miast wynagrodził prezesa Miejskiego Dosiębiorstwa Komunikacyjnego nagrodę wyższą, niż całoroczny zysk osiągnięty przez to przedsiębiorstwo, w pocie czoła wypracowany wyprzedażą majątku, redukcjami, obniżaniem standardów i wynagrodzeń – dlaczegóż więc i sam Żbik miałby pozostać nie doceniony? W dodatku dopiero co Bronisław Gafa-Komorowski podniósł uposażenie byłym prezydentom Lechistanu, z których tylko pierwszy, znany Człowiek Honoru, nie był agentem – cóż więc dopiero mówić o prezydentach obecnych? Tak więc również i na tym odcinku sprawdzała się ta biblijna zasada, że „jako na górze, tako i na dole” (no, przynajmniej do pewnego stopnia „dołu”).
„Żbiku – choć na dół, obiad na stole” - ze schodów dobiegł nagle głos żony. „Nie przeszkadzaj, nie widzisz że pracuję!” - warknął (Booom!) (p)rezydent Kabotynowa. Śmigły odreagowywał właśnie dylemat przed którym stanął. Otóż dopiero co koalicjant, tyle że ze szczebla ogólnopolskiego, wyznaczył kolejny standard, podkreślając, jakie wartości Pogardzie Obywatelskiej są najbliższe i najmilej widziane – słowem, jakie wartości stanowią o tożsamości PO, pełniąc przy tym funkcję rodowych klejnotów, obok świętych ikon ludzi honoru i takiego jednego stowarzyszenia zrzeszającego byłych funkcjonariuszy WSI i SB. Okazało się bowiem, że żaden grzeszek, a nawet żadna afera i żadne dochodzenie prokuratorskie, a nawet ciąg działań doprowadzających do śmierci prezydenta Lechistanu i najważniejszych osób w państwie, o sposobie prowadzenia późniejszego „śledztwa” nie wspominając - nie mogą być podstawą wykluczenia z PO. Podstawą taką tym bardziej nie może być również dziwny lęk przed krzyżami ze strony elit Pogardy, o ile nie są to krzyże posadowione w miejscu „stosownym” i „wyegzyrcozmowane” w ekumenicznym obrządku przez Ojców Konfidencjuszy, pod czujnym okiem Strasznych Braci w Wierze z „Gadziny Wyrodnej” - co nawiasem mówiąc, stanowiło wśród Ciemnogrodzian, czyli obywateli Lechistanu drugiego sortu, owych prymitywnych tubylców zwanych także „goim”,  wdzięczny przedmiot dociekań, czy przed „polityką miłości” owych meżusiów stanu z PO, obok krzyża dobrze nie chroniłby też czosnek, srebrne kule, a najlepiej osinowy kołek.
Ale do rzeczy: otóż okazało się, że podstawę do wykluczenia z tego najbardziej światłego politycznego ugrupowania, stanowić może dopiero niewłaściwe wyrażanie się o gejach i lesbijkach. Wprawdzie nie wiadomo było, którą częścią swojej wypowiedzi nieszczęsny poseł Węgrzyn przekroczył granice, naruszył tabu i zamachnął się na jeden z fundamentów tożsamości Pogardy Obywatelskiej – tą częścią, która była niechętną gejom, czy może tą życzliwą lesbijkom, na które poseł ów chętnie by sobie „popatrzył”? Pytanie to było tym istotniejsze, że przecie niektóre z pań już się kiedyś reklamowały przedwyborczo, występując na plakatach bez żadnego przyodziewku i twierdząc, że „nie mają nic do ukrycia”. Żbik Śmigły zastanawiał się więc, czy zachowując rewolucyjną czujność wypadałoby mu powołać kolejnego doradcę – ds. ochrony mniejszości seksualnych, czy też, żeby się przypodobać, należałoby raczej znaleźć i ukarać jakiegoś własnego Węgrzyna? „Mam!” - krzyknął Żbik Śmigły. „Zadzwonię do Mauzoleum Odkrywkowego, oni cięgiem tam mają różne konszachty z Węgrzynami, może by mi jakiegoś znaleźli” - pomyślał. „Albo nie! Zatelefonuję do mecenasa Włebdy, on przecież chwalił się, że w swej piwniczce trzyma niejednego węgrzyna! Przy dwóch, albo trzech węgrzynach, to będzie trzysta procent normy!” - Śmigły uśmiechnął się w myślach, wyłączył grę „Total Monopoly” i położywszy się na kozetce, pogrążył się w marzeniach, by nareszcie, utrudzonym będąc, zasnąć...

W swym śnie, pełnym wizji i oszałamiających sukcesów, Śmigły pochylał się właśnie nad swym najukochańszym dzieckiem trwającego w najlepsze w Kabotynowie boomu gospodarczego. Żbik zachwycony patrzył na makietkę CAPu, czyli Centrum Administracyjnego Prezydenta, co to miał powstać na gruzach miejskiego targowiska. Wprawdzie co poniektórzy dziwili się temu przedsięwzięciu, skoro rzeczywisty Sanhedryn był już wyrychtowany, w takiej jednej wyremontowanej kamienicy na Starówce – ale nie rozumieli oni tego, że przecie każda władza potrzebuje należytej oprawy, a już zwłaszcza władzy tej pozór. Tak więc CAP, zwany też PAC-em, co to wart pałaca, stanowić miał wzorcowy kompleks, energooszczędny, inteligenty, wybudowany w najnowszej, „pasywnej” technologii. „Tu będą wieżyczki, a tu most zwodzony” - Śmigły wodził palcem po trójwymiarowej makietce, mimowolnie przemieniając ową najnowszą technologię, tyle że obronną, z „pasywnej”, w „aktywną”. „Centrum dowodzenia zlokalizujemy w blokhauzie C, gdzie dostęp będzie specjalnie chroniony przez inteligentny system, strażników z psami i ciecia na bramce” - Żbik przez chwilę zastanawiał się, którego z dyrektorów szkół obsadzić w tej roli. Tymczasem w jego wizji CAP rósł i rósł z każdą minutą, przerastając swoją kubaturą nawet zakład karny. Kompleks roił się mrowiem urzędników – uwagę przyciągały oddalone od głównej budowli, supernowoczesne baraki Biura Obsługi Mieszkańców, do którego (p)rezydent, wzorem prezydentów wszystkich miast, zsyłał niepokornych urzędników którzy mu podpadli, ale z różnych względów mogli jeszcze być przydatni. W niebo wzbijała się niezdobyta wieża, którą szturmowali jacyś mężczyźni, zdyszani, czołgający się po schodach - na szczycie widać było widmową postać Luli Hawgustyn, którą to „białą damą” nie bez kozery dorośli straszyli swoje niegrzeczne, sześcioletnie dzieci. Ówdzie w niebo celował las anten, zapewniających łączność satelitarną w carem Olkiem Opadem. W samym zaś centrum tego Bizancjum, po najwyżej położonym tarasie przechadzał się On, Żbik Śmigły... Całości dopełniał kogucik na dachu, specjalnie nastrojony do wyczuwania wiatrów historii, gdyby gorąca linia z Ordynatem Kwarcem nie okazała się wystarczającym zabezpieczeniem. Centrum było samowystarczalne, miało własną gazetę, własną telewizję, własne piekarnie i sklepy, zaś konieczność spotykania się Najwyższego Kierownictwa z gawiedzią została ograniczona do minimum. Komunikacji z dziennikarzami służyła sala konferencyjna, którą centralną częścią był ogromny, telekonferencyjny ekran.
I kiedy tak Żbik Śmigły śpiąc snuł swoje wizje, nim jeszcze sen ów nie przerodził się w koszmar z CAP-em rozpadającym się jak domek z kart, w tym samym czasie po ulicach Kabotynowa przetaczał się ciężko Boom Gospodarczy. Kto mógł, uciekał spod kół tego walca, niektórzy jednak przechodnie nie zdążali usunąć się w porę i coraz więcej było takich, co to Boomem dotknięci wałęsali się już to wokół pośredniaka, już to wokół MOPS, po drodze żebrząc na ulicach lub pod supermarketami, tudzież grzebiąc po śmietnikach, o ile nowoczesność i tu nie zatrzasnęła przed nimi drzwi, nowymi, zamykanymi na klucz drzwiami śmietnikowych altan. Postęp wymaga jednak ofiar i wyrzeczeń, a każdy „boom gospodarczy” i każda „śmiała wizja” roztoczona przez „sfery wyższe”, wymaga przecież odpowiedniego, przenoszącego się wciąż w dół, ze sfery biedy do sfery ubóstwa - „nawozu historii”...


M. Poświatowski




środa, 13 kwietnia 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P

Komentarze
Gość: , *.star.net.pl
2011/04/13 15:57:46
fajny styl :) szkoda tylko, ze o tak smutnej rzeczywistości


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -