Blog > Komentarze do wpisu

-> Ludzie Boga w Tarnowie (cz.3)



Czym jest dla was śpiew?

- Kultura łacińska to kultura pieśni gregoriańskiej, śpiewu unisono, tzn. śpiewamy hymny, psalmy, antyfony, responsoria jednym, dobrze zgodzonym głosem. To jest śpiew pozbawiony ozdobników, posługują się nim również dominikanie. Gregorianka, chorał gregoriański, ma nieść słowo, tu nie melodia jest najważniejsza, ale właśnie słowo, które ta melodia podtrzymuje.

A jak ktoś fałszuje?
- I to siedem razy na dzień, wierz mi - myśli są wtedy krwiożercze, mówiąc delikatnie. Nic tak nie niszczy spokoju jak fałszujący brat. Wtedy cała mistyka idzie na bok, mówimy sobie: "Chwała Bogu, że już skończyliśmy". Tak, czasami nasz śpiew to prawdziwa "chała na wysokościach", śpiew to również ogromna asceza.

W tym stałym rytmie dnia jest jakiś rozwój czy to tylko rusztowanie?
- To rusztowanie przygotowuje nas na otrzymywanie objawienia. Kiedy się śpiewa, to Pan Bóg mówi, przez psalmy. Czasami pozornie nic z tego śpiewu nie wynika, a czasami człowiek jest wezwany przez słowa psalmu. To jest bardzo mocne wezwanie, kierowane do ciebie. Śpiew ułatwia przekaz tego wezwania, jest lepszy niż recytacja, jest lżejszy, zatracamy w nim nasze indywidualne głosy, charaktery, regionalny akcent, jesteśmy razem w sposób, powiedziałbym, perfekcyjny mimo fałszowania niektórych.

Siedem modlitw, ile to trwa?
- To zależy, czy mnisi się śpieszą, godzinę, pół godziny każda. Pierwsza o 3.30, wstaje się o 3.15, ale to w zimie, w lecie wstajemy o 3.30, 15 minut dłużej śpimy, pełny wypas.

Zdążysz się umyć?
- Nie myję się, lekko się tylko otrzepuję i wygładzam. Trzeba się bardzo śpieszyć, wstajemy, ubieramy się szybko. Za św. Benedykta było łatwiej, bo on mówił, że mnisi mają spać w tunice, nie odpinając pasów, gotowi na alarm jak żołnierze, mają tylko odpiąć noże, żeby się podczas manewrów przewracania z boku na bok nie poranili. Tak stoi w jego Regule.

A koniec dnia, ostatni modlitwa?
- To kompleta, która zbiera, zamyka to wszystko, wtedy śpiewamy "Salve Regina", czyli witaj, królowo, bo mamy bardzo duży kult Matki Boskiej. To jest element kobiecy w naszym życiu, który nas zmiękcza i cywilizuje.

W jakim sensie element kobiecy?
- W takim, że w męskim klasztorze jest kobieta.

Hm…
- No tak, że są jej wizerunki. To ważne. Ale to nie wszystko - wierzymy, że nas słucha i rozumie.

To ma znaczenie, myślisz?
- Tak, ma. Mnisi to mężczyźni. Mam teorię, że dopiero wtedy nabożeństwo do Matki Boskiej może w nas mądrze zakwitnąć, kiedy stajemy się mężczyznami, kiedy dojrzewamy, umiemy docenić, kto do nas przyszedł, my, nieokrzesani, próbujemy, powiedziałbym, dość kowalską metodą, stać się wobec niej szarmanccy. Dzięki temu nie wszystko jest takie ostre.

Kobiecy wizerunek was kształtuje, tak?
- Oczywiście. Jeśli się mówi do kogoś mamo, matko, dziewico najświętsza, to zmienia człowieka.

A jak ktoś jest gejem?
- To nie przeszkadza. W naszym sensie to jest matka, ktoś, kto nam pokazuje na Chrystusa, to jest ktoś z nas i ma dla nas bardzo ważne przesłanie: "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam każe". Czasem jakiś straszny uparciuch tylko od Matki Boskiej jest w stanie coś przyjąć.Myślę, że dla gejów kobiety też są ważne, tylko w inny sposób. Choć w moim klasztorze nikogo takiego nie spotkałem.

Z czego żyjecie?
- Z produkcji różnych maści, napojów bezalkoholowych składających się z 52 ziół, robimy aperitify.

Produkujesz jeszcze nalewkę antydepresyjną?
- Już nie, to był właśnie aperitif, który podnosił morale, nie szkodził - być może nie pomagał.

Dlaczego mnisi tak często produkują i sprzedają alkohol, kartuzi np. słynny likier?
- Bo rozwesela serce ludzkie, w ilościach słusznych - wszystko jest dla ludzi. To cała mistyka, wyważenie smaku, zapachu, czysta poezja i konkret zarazem.

Można robić perfumy.
- No tak, ale mężczyzna nie będzie przecież robił perfum, to jakby produkował mgłę, mężczyzna chce konkretu, chce dotknąć, poczuć efekt.

Są zakony żeńskie. Co robią trapistki?
- Perfumy, mydełka, szampony.

Widzę, że jesteś za tradycyjnym podziałem ról.
- Tak, bo wtedy rzeczy są na tych miejscach, które lubią, i wszystkim to na zdrowie wychodzi. Mniszki robiące alkohol, no nie Bez obrazy. Nie jestem seksistą, ale są domeny, gdzie potrzeba kobiecej ręki, i są takie, gdzie trzeba kubków smakowych męskich.

Próbowaliście odtworzyć wspólnotę w Tibhirine. Dlaczego się nie udało?
- Po pogrzebie braci arcybiskup Algieru wystosował apel do całego zakonu trapistów, żeby przysłali nowych braci na miejsce męczenników. Zgłosili się Chilijczyk, Hiszpan, Francuz - po roku przyjechał drugi i ja, był też z nami ojciec Amadeusz, ten ocalony.  Wyjechałem do Algierii jesienią 1998 roku, ale było wciąż niebezpiecznie i nie mogliśmy zamieszkać w Tibhirine. Władze lokalne, ale podejrzewam, że było to kierowane centralnie, nie zgadzały się na powrót mnichów do klasztoru.
Mieszkaliśmy więc w Algierze, nad brzegiem Morza Śródziemnego, przy sanktuarium maryjnym, bazylice Notre Dame d'Afrique. Mieszkaliśmy w apartamencie legendarnego kardynała Duvala, Francuza, który w czasie wojny o niepodległość potrafił bronić torturowanych przez francuskie siły specjalne Algierczyków. Francuzi nazywali go złośliwie "Mohamed Duval". Żyliśmy nadzieją, że na powrót zagnieździmy się w klasztorze, a tak naprawdę przez trzy lata byliśmy ściśnięci w apartamencie w środku miasta. Życie monastyczne w takich warunkach wymaga raczej wielkiego heroizmu, a młodzi ludzie to przecież wulkan. Mieliśmy prawo raz w tygodniu z solidną eskortą - ile to kosztowało państwo algierskie! - jechać w góry, żeby przypilnować upraw, zbiorów, podremontować dachy. Już o szesnastej musieliśmy wracać, bo droga prowadziła przez wąwóz Shifa, gdzie o zmroku i wczesnym rankiem zdarzały się ataki na autobusy, napady. To trwało i trwało, byliśmy rozdarci. Ale co innego nas przełamało.

Co takiego?
- Bardzo trudno jest zająć miejsce po silnych osobowościach, odczuwaliśmy ogromną presję Kościoła, ludzi przyjeżdżających do Algieru. Wszyscy oczekiwali, że musimy być tacy jak ci, co zginęli, a my byliśmy całkiem inni, młodzi, chcieliśmy chronić nasze indywidualności. Wydawało mi się, że jeśli tam zamieszkamy, to spędzę życie na oprowadzaniu wycieczek po historycznym klasztorze i pokazywaniu grobów, a to nie za bardzo mi duchowo odpowiadało. Kiedy rząd po trzech latach obietnic i naszego kiszenia się w Algierze powiedział wreszcie ostatecznie, że zamieszkanie w Tibhirine jest niemożliwe, powiedzieliśmy: "Zabieramy się stąd".

Teraz mieszkasz we Francji, w Notre Dame d'Aiguebelle, ale przedtem w Afryce. Dużo ci to dało?
- Ogromnie. Wiesz, jak jesteśmy sam na sam z kimś, to cała kultura, tamtejsza i moja monastyczna, europejska, tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Istnieje coś, co nazywa się ludzkością. Są różnice kulturowe, ale jak się pogrzebie głębiej, to mama jest mama, tata jest, radość jest radość, miłość jest miłość, u wszystkich. Może to banalne, co mówię, ale naprawdę istnieje rodzina ludzka. I to jest wspaniałe.

A nie chciałbyś być trapistą w Polsce?
- Może bym i chciał, gdyby tu byli trapiści, ale nie ma powołań z Polski. Zresztą jestem już chyba trochę ponad tym, że tylko w Polsce, albo tylko we Francji, albo tylko w Afryce. Christian ofiarował mi kiedyś karteczkę z cytatem z jednego z muzułmańskich mistyków: "Twoją ojczyzną jest Bóg". Jestem, gdzie Bóg chce, żebym był.

Jak to jest z tymi powołaniami? Tyle ich było za czasów słynnego trapisty Thomasa Mertona, że to zjawisko zyskało miano "mertonki". Są powołania fałszywe? Mody?
- Oczywiście. Mnichów nie musi być dużo, trzeba jednak dbać, żeby było choć kilku. Powołania mertonowskie spowodowało jego pisarstwo, a w pisarstwie zawsze trochę się buja. Ktoś lub coś jest ładnie, sugestywnie opisane, ale ten, co to przeczytał i przychodzi z tego powodu do klasztoru, już tak tego nie widzi. Oczywiście nie od razu otwierają mu się oczy, ale przychodzi taki dzień, kiedy zaczyna porównywać smaczną literaturę z siermiężną i trudną rzeczywistością. Np. wyobrażał sobie kogoś, polegając na opisie mnicha-pisarza, a potem spotyka tego opisywanego w realu i mówi: "I to ma być ten człowiek?! To jest właśnie on? Przecież to chodzący banał". W tym sensie literatura kłamie, to nie jest rzeczywistość, choć próbuje rzeczywistości dosięgnąć, jak mówił Miłosz. "Mertonka" grasowała najbardziej w USA, mimo światowej sławy książki Mertona nie są aż tak bardzo popularne np. we Francji, tu rządzą inne autorytety monastyczne, a Merton jest przyjmowany tu jako jeden z wielu. Dla Francuzów jest on zresztą mnichem "zbyt amerykańskim", cokolwiek to znaczy.
Trzeba pamiętać, że kiedy Merton odnosił sukcesy pisarskie, trwała wojna w Wietnamie, z której później powróciło do domu wielu pokiereszowanych psychicznie żołnierzy. Taki młody człowiek po Wietnamie myślał, że w klasztorze znajdzie wreszcie psychiczną przystań, dostanie książkę, a nie karabin do ręki, będzie miał ciszę i spokój. Może nawet zostanie drugim Mertonem? Nie zdawał sobie sprawy, jak ogromnym ciśnieniom psychicznym i duchowym poddawani są ludzie w klasztorze. Klasztor trapistów jest jak sowiecki okręt atomowy, jak "Kursk", tzn. jak się zanurzy, to się już nie wynurzy i trzeba tam żyć. Człowiek jest ograniczony, osaczony, wychodzą z niego różne złe rzeczy, np. autorytaryzm, "samowolka", mówię też o sobie. I trzeba sobie z tym radzić, nie tylko żyć z tym, ale i próbować to złe zmieniać. Życie pod pokładem jest trudne również dlatego, że ten drugi jest bardzo i stale blisko i znamy się jak łyse konie, żaden fałsz czy poza na dłuższą metę się nie ostoi. Wiele ofiar "mertonki" opuściło klasztor.

Kiedy wyjeżdżasz, żyjesz inaczej, np. w Polsce tęsknisz za swoim klasztorem?
- Tak. Brakuje mi codziennego rytmu. Tęsknię za swoim miejscem, za tym światem, który stał się mój, wszedł we mnie, tam jestem bardziej sobą.

Myślałam, że tęsknisz za ciszą.
- Nie Cisza to jest coś, co jest w człowieku. Niekoniecznie musi temu towarzyszyć cisza na zewnątrz, choć podejrzewam, że bracia by się ze mnie śmiali, że popadłem w antynomię - tak sobie tutaj z tobą siedzę i gadam wcale głośno o ciszy.

Kiedy rozmawiasz z niewierzącymi, co myślisz? Można nie wierzyć w Boga, a mieć duże potrzeby duchowe, to chyba skomplikowane.
- To akurat jest klasyczny przypadek. Posługuję się na własny użytek - co nie jest odkrywcze, może nawet jest niesłuszne - kategoriami religii i wiary. Religia to zawsze są moje potrzeby napełniane albo przez Boga, albo przez przeżycia z nim związane lub też przez obcowanie z sacrum, ale to są moje potrzeby. A wiara to jest pytanie, jakie potrzeby ma Bóg. Wychodzę bardziej ku niemu, pytając: "Czego potrzebujesz ode mnie?". Mogę być niewierzący i fascynować się sferą ducha w sposób niezwykły, ale to w człowieku jest naturalne, tak jest stworzony. Wiara rozpoczyna się w momencie, kiedy staję przed wyborem - zaufać lub nie zaufać Komuś, pójść za Nim lub zostać. Wiąże się to z ryzykiem, ciemnością niezbyt komfortową. Bo ten Ktoś prowadzi z nami grę - pojawia się i znika, kiedy chcemy Go zatrzymać, odchodzi. Na furtę klasztorną przychodzą oczywiście ludzie z różnych horyzontów duchowych.

Co dają tobie te wizyty?
- To jest spotkanie, jest to ogromne, ludzie są fascynujący. Np. spowiedź ma to do siebie, że ludzie, nawet jeśli na początku trochę udają czy chcą się jakoś lepiej sprzedać, bo to jest odruch naturalny, to po chwili wszystko z nich odpada i rozmawiamy szczerze, lekko, bez zasłon. Spowiadam bez konfesjonału, siedzimy sobie, jak my teraz, przy stole. Ludzie opowiadają historie z życia. Pytają: "Co ksiądz o tym myśli?". Przychodzą mamy, których synowie popełnili samobójstwo. "Co ojciec o tym myśli?". Przychodzą ludzie z pokolenia '68, byli rewolucjoniści, którzy ścinali platany w Paryżu, i mówią mi: "Teraz czas na Boga - co ojciec o tym myśli?". Ludzie są bardzo mądrzy, sami znajdują odpowiedzi, wystarczy ich posłuchać.

Czy obraz życia mnichów w filmie "Ludzie Boga" jest prawdziwy?
- Prawidłowy. Odczuwam niedosyt z powodu nieco uproszczonego przedstawienia sytuacji w Algierii - sytuacji politycznej, religijnej i ludzkiej.

Czego brakuje?
- Komplikacji. Np. nie wszyscy mnisi byli wielbicielami dialogu z islamem, niektórzy mieszkali tam dlatego, bo kochali miejscowych ludzi, ale w oddzieleniu od ich wyznania. Brat Łukasz na przykład mówił, że jak czyta Koran, to ma wrażenie, że czyta kolejowy rozkład jazdy Inni byli zafascynowani islamem jako religią, która prowadzi do spotkania z innym człowiekiem. Odnoszę też wrażenie, że mnisi z filmu trochę paternalistycznie traktują mieszkańców Tibhirine. Nie można wszystkiego pokazać, ale zabrakło mi też w filmie tej ogromnej a niedocenianej pracy, jaką mnisi dokonali w swoich sercach - mówię o wyborze Algierii jako swojej nowej ojczyzny. To byli Francuzi, którzy latami wyzwalali się z kulturowej wyższości, dojrzewali do tego, żeby uznać w drugim partnera.

Film robi wielką karierę, zdobył Grand Prix w Cannes, we Francji obejrzały go ponad 3 mln ludzi.
- Nie chcę mówić za Francuzów, mimo że od lat mieszkam we Francji, ale na sukcesie filmu zaważyło pewnie i poczucie winy za okres kolonialny w Afryce, za tortury w Algierii, kiedy to francuscy spadochroniarze mieli carte blanche i mogli robić, co chcieli, z bojownikami o niepodległość. Teraz jest też moment, kiedy Francja, w której mieszka 6 mln muzułmanów, zastanawia się, co dalej, a film pokazuje, że można żyć wspólnie. Jest wiele spraw, które składają się na sukces filmu, bo nie sądzę, żeby zlaicyzowana Francja nagle zapałała ogromną miłością do mnichów, którzy na co dzień w jej świadomości nie istnieją. W filmie została pokazana lepsza strona Francji. Choć kto wie? Może jest to również wyraz tęsknoty za Bogiem?

Co się teraz dzieje z klasztorem w Tibhirine?
- Do klasztoru dojeżdża raz w tygodniu ksiądz z Mission de France, z wykształcenia agronom, który już od dziesięciu lat wszystko to, co myśmy w ogrodzie zasadzili, utrzymuje, pielęgnuje i sprzedaje. Oczywiście podróżuje z eskortą policyjną.

Po co istnieje ktoś taki jak mnich?
- A któż to wie?! Jak w wierszu Gałczyńskiego: "Po cholerę toto żyje, nie wiadomo, czy ma szyję". To o bożej krówce, ale o mnichu też, bo chyba zostali powołani z tej samej bożej puli. To się fachowo nazywa zasadą bożego nadmiaru. Jednak mnich posiada pewne obowiązki - np. powinien coraz bardziej stawać się człowiekiem wolnym, wolnym również od wszelkich wzniosłych opinii o sobie i swoim powołaniu. Nie powinien dać się zamknąć w świętych zdaniach, z którymi nie ma dyskusji. Nie on jest ważny, ale Bóg, którego szuka. To jest fascynujące zajęcie dopiero! Często mówię o bezużyteczności mnichów, już się ze mnie śmieją. No bo po co jest mnich? Ja mówię, że jest po nic.

Kilka lat temu Peter Gröning, reżyser filmu "Wielka cisza" o zakonie kartuzów, powiedział mi w wywiadzie, że klasztor jest jak latarnia morska. Swoim istnieniem przypomina, że zawsze jest taki wybór. Głównym zadaniem, a zarazem pracą klasztoru kontemplacyjnego jest modlitwa, utrzymywanie kanału między Bogiem i ludźmi.
- Klasztor zazwyczaj na coś czeka i mnich też na coś czeka. Życie mnicha tak naprawdę jest czekaniem. To taki wieczny adwent. Pisał o tym zamordowany brat Łukasz z Tibhirine. Mówiłem ci, że ja czekam na to, żeby zrozumieć, dlaczego oni zginęli, co to ma znaczyć dla mnie, konkretnie. I czekam, żeby Bóg mnie popchnął. I na Boga czekam. Ale Pan Bóg to nie jest maszyna do wyrzucania coca-coli, to jest osoba, z którą łączy nas silny związek, związek miłosny. Trzeba uszanować Jego wolność. Staram się być spokojny w tym oczekiwaniu, bo na pewno coś jeszcze On wywinie. Tak mi się wydaje.

Co można wywinąć w zakonie kontemplacyjnym, w którym prawie się nie mówi i zamiata liście?
- Nie wiem, to są rzeczy, które przychodzą nagle, z niespodziewanej strony, wszystko jest możliwe. Kiedyś widziałem fotografię podpisaną "A może coś się wydarzy?". Ale co, nie było odpowiedzi.

A co było na tym zdjęciu?
- Jak to co? Mnich.


Źródło: Duży Format – Gazeta Wyborcza




poniedziałek, 21 lutego 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> MACIEJ STUHR – część I

    Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało mi

  • -> Maciej Stuhr - część II

    Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysła

  • -> Łukasz Maciejewski

    Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży. Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskie



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -