Blog > Komentarze do wpisu

-> Ludzie Boga w Tarnowie (cz.2)



Ludzie różnie odczuwają swoje życie, los, motywacje do działania.

- Ja jestem wyraźnie powodowany, poruszany. Pamiętam, jak powoli stając się trapistą, szukałem opactwa, do którego mógłbym się udać i tam już żyć. Nie chciałem, żeby to było duże opactwo z krowami i produkcją serów, tylko coś bardzo ubogiego, skromnego. Do Poznania przyjechał Krzysztof Śliwiński, wtedy ambasador Polski w Maroku. Powiedział: "Wiesz, mam coś dla ciebie", i dał mi adresy do Maroka i Algierii. Dlaczego z nim rozmawiałem? Dlaczego opowiedziałem mu o moich pragnieniach? Do tej pory nie wiem. Wymieniam go, bo zawdzięczam mu spotkanie z braćmi z Tibhirine. Poznałem go przez Maćka Ziębę, ale czegoś takiego nie mówi się komuś ot tak, z drogi, nawet jeśli jest superinteligentny, duchowy. Opowiadając to, chcę pokazać, jak jestem powodowany, spotykam człowieka i nagle otwiera się przede mną nowa rzeczywistość. Jestem mediumiczny, czuję, że powoduje mną Bóg. To nie znaczy, że jestem święty, mam tylko wyostrzony słuch.

Takie rzeczy się zdarzają. Ktoś inny powie: przypadek, traf, może intuicja.
- A ja, że zostałem wysłany do niego, a on do mnie. Tak uważam, to jest moje prawo. Ciekawe, że często szlachetnie i z dużą dozą obiektywizmu używamy właśnie tych słów - przypadek, traf, intuicja, żeby nie powiedzieć, że Bóg nas kocha i nami się opiekuje.

Maroko, Algieria, rok w Kamerunie jako szef nowicjatu. Dlaczego Afryka?
- To jeszcze pasja chłopięca, interesował mnie Czarny Ląd, marzyłem, żeby go dotknąć. Nasza sąsiadka miała kolekcję słoni z brązu, jako chłopiec przychodziłem, żeby się na nie pogapić, byłem pełen uwielbienia. Jej mąż - jeśli byłem grzeczny albo on tak uważał - stawiał przewodnika tych słoni na ziemi i mogłem go dotknąć, adorować. Do tego lektury, w tym wszystkim było coś pociągającego i mistycznego. A może to dlatego, że mój pradziad był flisakiem, człowiekiem ogromnej siły i niespokojnego ducha, pływał z Sandomierza do Gdańska, a wracał, jak wszyscy flisacy, na piechotę.

Taki kawał?
- Tak, to z 800 km. Był za biedny, żeby opłacić sobie jakąś podwodę. Ojciec opowiadał, że po dopłynięciu wszyscy sprzedawali za kilka groszy tzw. drygawkę, drąg, najczęściej z młodego dębu, którym się kieruje tratwy. Pradziad nie sprzedawał go, tylko niósł z powrotem na południe. Widocznie uważał, że nie należy kupczyć narzędziem pracy. Uratowało mu to życie, kiedy w lesie napadł go pewnego razu jakiś zbój i chciał odebrać sakiewkę. Zbój poległ od tej drygawki. Takie przygody nie gasiły podróżniczego entuzjazmu pradziada.
Urodziłem się w 1961 roku, w 1974 po raz pierwszy zobaczyłem polskie morze i Polski Hak, gdzie pradziad cumował swoje tratwy, od razu była to ogromna miłość. A jeszcze trzeba dodać, że jestem wychowany w staroświeckich sentymentach kolonialnych, Liga Morska i te rzeczy oraz "Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec, mamy rozkaz cię utrzymać albo na dnie twoim lec etc., etc.", wiesz, ludzie z południa mają czasami takiego bzika. Morze mnie fascynowało, byłem jak ten Żyd z fragmentu powieści, który czytałem w "Kulturze" paryskiej, który mówił: "Trzymać się morza, wtedy ocaleję". Potem, kiedy byłem duszpasterzem w Gdańsku, pływałem jachtem z przyjaciółmi, byliśmy w Sztokholmie i jeszcze wyżej.

Ale Afryka jest niżej.
- Tak, ale w tej samej logice - wyruszyć, żeby spotkać coś nowego, powiedziałbym: spotkać Innego, ale może to zabrzmieć głupio, pod Kapuścińskiego. Wyruszyć, żeby w duszy otworzyło się okno na świat. Żeby przewietrzyć duszę i wygnać z niej etnicznego zadufka. Dużo też o Afryce czytałem i wydawało mi się na przykład, że ludzie w Afryce są piękniejsi ode mnie, w sensie fizycznym, co potem, w Kamerunie, okazało prawdą, bo Kameruńczycy są naprawdę piękni.

Nie masz na koncie młodzieżowej przygody - muzyka rockowa, polityka?
- Nie mam. Dlatego nasza przyjaźń z Maćkiem Ziębą jest dziwna, on był opozycjonistą, słuchał też wszystkich rockowych zespołów. Ja byłem domatorem, bo musiałem na osobności przetrawić to, co widziałem od czasu do czasu na moich dziecięcych wyprawach, byłem typem bardziej wsobnym, nie lubiłem krzyku i mocnego uderzenia, kochałem np. robić modele statków, samolotów. Podejrzewam, że w tych modelach umieszczałem, miniaturyzowałem moje pragnienie podróży. Nie byłem nigdy rozrywany kryzysami wiara - niewiara, zawsze miałem dziecięcą ufność wobec Boga.

A wobec ludzi?
- Wobec ludzi nie. Byłem wycofany, ostrożny, bo miałem intuicję, która do dziś mnie nie zawodzi.

Jeszcze jako dominikanin zajmowałeś się dziećmi autystycznymi. Co myślisz o autyzmie?
- Autyzm to stan, kiedy wielkie duchowe bogactwo, źródło życia, indywidualność i inteligencja są chronione, są głęboko zakopane, otulone przez często nieskoordynowane i biedne ciało, męczące dla otoczenia. Kiedyś odprawiałem mszę dla dzieci autystycznych, siedząc na ziemi, było dużo krzyku, ruchu. Jeden z chłopców stoi sobie z boku, nie patrzy na ołtarz, zdaje się nieobecny. Po mszy podchodzi do ołtarza, na którym stoi flakonik z kwiatami, bierze go i naśladuje gesty księdza podczas konsekracji, kiedy to m.in. ksiądz podnosi do góry kielich. Po takim podniesieniu chłopiec wyrzucił z wazonika kwiaty, a wodę uroczyście wypił. Powiedziałbym, że było to osiągnięcie. Inny moment - po wielu latach jedna z mam mówi: „Wiesz co, Michał, mój syn, który prawie się nie odzywa, wieczorem nagle mówi: »Ojciec Michał «”. No to ja mówię: „To jest ogromna zapłata, za nic właściwie”.

Porwanie mnichów w Tibhirine w 1996 roku poprzedziła wcześniejsza próba zastraszenia czy wręcz już porwania ich w Wigilię 1993 roku. Mamy to w filmie. Czy rozmawiałeś o tej sytuacji z mnichami, kiedy byłeś w Maroku?
- Nie. Trzeba znać mnichów, nie są specjalnie wylewni.

Nie opowiadali, że ich napadli, bo trapiści mają mało mówić?
- Chodzi o styl, który po latach staje się drugą naturą. Niektórzy ludzie uważają nawet, że mnisi okazują innym poczucie wyższości, nie rozmawiają albo nie dają odpowiedzi na stawiane im pytania, w rozmowie potrafią raczej delikatnie skręcić i wywinąć się od zadawanego pytania. Taką już mają trudną naturę. Kiedyś czytałem o podróżniku, który miał zaszczyt skosztować pijawek moczonych w miodzie. Na pytanie: "Jak smakują?", odpowiedział: "Tak jak pijawki moczone w miodzie". To jest właśnie ten styl. Irytujący oczywiście.

Mieli przyjąć nową osobę z Polski, a wcześniej grożono im śmiercią.
- Załatwili to bardzo prosto, mówiąc: "Jeśli będzie niebezpiecznie, to cię wyślemy do Francji". Kropka. Pijawki moczone w miodzie.

Byłeś świadom niebezpieczeństwa?
- No pewnie, ale tutaj wychodzi mój charakter, który odziedziczyłem po ojcu - nie będę uciekał.

W tę Wigilię w 1993 roku dwóch mnichów się ukryło.
- O tym też się nie mówiło, to wyszło dopiero po śmierci mnichów. Jeden z nich, Filip, nie złożył jeszcze ślubów wieczystych, wystąpił później z zakonu. Drugi, Krzysztof, który pełnił funkcję mistrza nowicjatu, przygotował sobie kryjówkę. Wydrążył dziurę w suficie, miał drabinę, którą wciągał przez tę dziurę do kryjówki, wszystko było doskonale przygotowane. Myśmy do tej kryjówki nawet wchodzili, kiedy już regularnie odwiedzaliśmy Tibhirine, jeżdżąc z Algieru pod eskortą żandarmów. Byłem chłopakiem spod Sandomierza, więc sytuacja w Tibhirine nie mogła nie kojarzyć mi się z XIII--wieczną historią męczeństwa 49 sandomierskich dominikanów. Zabili ich Tatarzy, kiedy zakonnicy śpiewali "Salve Regina". Jeden z zakonników zdołał się ukryć na chórze, skąd widział, jak zabijają braci. W końcu jednak zszedł na dół i zginął z innymi. Znałem tę historię od dziecka.

Inni bracia w Tibhirine o kryjówce wiedzieli?
- Myślę, że nie. Wiedzieli, że istnieją dwa prądy we wspólnocie: "Nie damy się zabić, to nie ma sensu, musimy być realistami", i drugi: "Zostajemy, bo przyrzekaliśmy". W filmie po pierwszym najściu przez terrorystów jest dyskusja - zostać czy wyjechać. To jedna z lepszych scen. Krzysztof potem mówił, że ta drabina to były schody do piekła, i że on już więcej tego nie zrobi - bo wiesz, co się stało? Kiedy terroryści po tej wizycie wigilijnej wyszli, to on nasłuchiwał, czy usłyszy głosy braci, ale była kompletna cisza. Myślał, że wszyscy zginęli, zszedł po drabinie i wtedy zobaczył, że żyją.

Co o tym myślisz?
- Nie powinien był tego robić. Sam jestem słabym człowiekiem, ale myślę, że jak już jesteśmy razem, to musimy być razem do końca.

Jak on z tym żył?
- Przyznał się, że się schował, i powiedział: "Nigdy więcej tego nie zrobię". Musiał to przetrawić, żyjąc wśród braci. A jak przyszli po nich w marcu 1996, to już się nie chował, poszedł ze wszystkimi.

A oni?
- Wiesz mnisi nie są agresywni, ale swoje myślą.

Dowiadujesz się we Wrocławiu, że zamordowano mnichów, i co? Jakoś to tłumaczysz? Nadajesz znaczenie faktowi, że ocalałeś?
- Moją pierwszą reakcją był potworny gniew na tych, co ich zabili, myślałem, że bym ich rozszarpał, gdybym mógł. To było mniej ze względu na miłość do braci, a bardziej na to, że mordercy zniszczyli moje życie.

Nie tłumaczyłeś tego wolą Boga?
- Nie. Byłem wściekły. I wciąż brakuje mi dystansu, oddechu, wiedzy, co ta śmierć znaczy dla mnie. Myślę, że dalej jestem w stanie gniewu. Gniewu, że zabrali mi kogoś, z kim bym się dogadał.

Rozmawiałeś z dwoma mnichami, którzy ocaleli?
- Tak. Jeden przez trzy lata był moim przełożonym, z drugim byłem później w Algierze. Amadeusz - ten starszy, bardzo szybko się pozbierał.

Jak przeżyli? Jean-Pierre - w filmie - schował się pod łóżko.
- W rzeczywistości mieszkał na furcie, pełnił w nocy dyżur, gdyby ktoś stukał, prosił o nocleg, lekarza itd. Ocaliła go zepsuta klamka, terroryści nie mogli otworzyć drzwi, on obserwował ich przez dziurkę od klucza. Bardzo mocno przeżył śmierć braci, nie mógł pogodzić się z tym, że ocalał. Amadeusz spał w swoim pokoju, który był na parterze, nie w głównym ciągu cel na piętrze. Porywacze śpieszyli się, nie zauważyli go.

Uważasz, że Jean-Pierre powinien otworzyć drzwi i solidarnie wyjść, jak zakonnik w Sandomierzu?
- Nie. Został za drzwiami i to jest jego prawo. Nie przygotowywał przecież w tajemnicy kryjówki, tak jak wcześniej Krzysztof. Obaj ocaleni bardzo potem cierpieli psychicznie.

Co myślisz o nowych faktach ujawnionych w 2009 roku? O wersji, że wprawdzie mnichów porwali terroryści, ale zabiło, przypadkowo, wojsko algierskie, ostrzeliwując z powietrza obozowisko? Potem odcięli głowy i podrzucili, pozorując winę porywaczy. Celem było ukrycie ostrzelanych ciał.
- Trzeba dochodzić prawdy i jest to oczywiście obowiązek żyjących, ale dla nas, mnichów, niewiele to zmienia w wymowie śmierci. Zgadzam się z tym, co Christian, przeor Tibhirine, mówił do Krzysztofa: „Śmierć czy męczeństwo czy nie-śmierć i nie-męczeństwo nie mają aż takiego znaczenia. Powiedziałeś »daję życie Bogu « i tego nie da się odwołać”. Można oczywiście zrzucić habit i trzasnąć drzwiami, jesteśmy wolni, nikt nas nie będzie zatrzymywał. Ciągle zastanawiam się, jaki sens ma ta śmierć dla mnie. Muszą być głębsze powody niż te dostępne w mediach, książkach.

Doszedłeś do czegoś?
- Mam taką ścieżkę, coś mi majaczy na horyzoncie Że to jest wezwanie dla każdego z nas, żeby oddać życie, to mnie trochę przeraża.

Umrzeć czy poświęcić się czemuś?
- Umieramy zawsze, kiedy się poświęcamy, coś w nas umiera, to, co było moje, moje ego, umiera, moja wygoda umiera, moja ambicja umiera.

Dlaczego zostałeś właśnie trapistą?
- Jeszcze się nie dowiedziałem. Ludzie pytają: "Lubisz pewnie medytować?". I co ja mam im odpowiedzieć? Nie, ja nie mam w sobie nic kontemplacyjnego, jestem zwykłym człowiekiem.

Co dla ciebie jest istotą bycia trapistą, co jest ważne?
- Rozbrojenie.

Co to znaczy?
- Że człowiek opuszcza gardę, wiesz, jak faceci się boksują, to trzymają gardę.

Co robisz w klasztorze oprócz rozmyślań i modlitw?
- Zamiatam, zbieram liście, opiekuję się zielenią, odpowiadam za nią - chyba ma ze mną ciężko. Kiedyś karczowałem las. Nie jesteśmy zakonem, który wymaga superspecjalizacji, nie jesteśmy intelektualistami, choć są bracia, którzy zajmują się księgowością czy sklepem. My, prości mnisi, wykonujemy rzeczy manualne. Każdy, kto ma trochę sił, pomaga w pogrzebach braci. Kiedyś pracowałem też w infirmerii, szpitalu zakonnym.

To prawda, że mnichów chowa się bez trumny?
- Tak. Mają tabliczkę z imieniem i datą śmierci, którą my nazywamy datą narodzenia się dla Nieba, wiesza się ją na krzyżu. Po 30 latach rozkopuje się mogiłę i składa następnego zmarłego. Na początku ta praktyka trochę mnie przerażała.

To prawda, że witacie się słowami "Memento mori", żeby nie zapominać o śmierci? W Wikipedii przeczytałam.
- Nie. To jakieś głupoty. Jest taki zwyczaj, że kiedy się widzimy, należy albo bez słów pochylić głowę na dzień dobry, albo uśmiechnąć się, nie wolno minąć się obojętnie. Starsi uchylają kaptura.

A milczenie? Kiedy możecie rozmawiać?
- My cały czas rozmawiamy, tylko bez słów. A tak konkretnie to po tercji - jednej z siedmiu godzin kanonicznych, podczas których odmawiamy psalmy - jest tercja, nona, seksta itd. Po tercji jest zebranie całego klasztoru, wtedy rozdziela się pracę, ale też rozmawiamy, jest dużo humoru, czasem też go nie ma, bo się klimat zakwasił, ale tak czy owak to ważny moment. Od czasu do czasu organizujemy dyskusje, co zmienić, co poprawić, każdy ma prawo się wypowiedzieć. I wtedy okazuje się, że mieszkają z nami prawdziwe gaduły.





poniedziałek, 21 lutego 2011, tarnowski_kurier_kulturalny



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -