Blog > Komentarze do wpisu

-> Ludzie Boga w Tarnowie (cz.1)

„Ludzie Boga" nie są kolejną wersją "Wielkiej ciszy" słynnego filmu Philipa Gröninga z przed kilku lat. Xavier Beauvois, autor znakomitego filmu "Pamiętaj, że umrzesz" z 1995 roku, zrealizował moralitet o poświęceniu niewolnym od zwątpienia i rozterek. To historia, o której swego czasu głośno było w mediach. Akcja filmu dotyczy wydarzeń z marca 1996 roku. W Algierii, w miejscowości Tibhirine w Górach Atlas, porwano siedmiu mnichów z zakonu trapistów. Dwa miesiące później znaleziono ciała zamordowanych zakonników, a wydarzenia z okresu pięćdziesięciu sześciu dni ich uwięzienia, a także moment ich śmierci, okryte są tajemnicą. Film Xaviera Beauvois to absolutne arcydzieło - skromny, cichy, ale potężny w wymowie. Tym potężniejszy, że oparty na prawdziwej historii prawdziwych ludzi. Ascetyczny film Xaviera Beauvois - zdeklarowanego ateisty(!) o katolickich mnichach, zrobił niesamowitą furorę w laickiej do szpiku kości Francji, gdzie bijąc rekordy kina europejskiego sprzedał 3 miliony biletów oraz wygrał Złotą Palmę w Cannes.  Klasztor trapistów jest jak sowiecki okręt atomowy, jak "Kursk". Człowiek jest ograniczony, osaczony, wychodzą z niego różne złe rzeczy, mówię też o sobie. Nas w tym "Kursku" jest 26" - mówi ojciec Michał Zioło, polski trapista, autor książki „Inne sprawy”. O filmie Xaviera Beauvois "Ludzie Boga", Algierii i byciu mnichem rozmawia z nim  Katarzyna Bielas z Gazety Wyborczej.



Trumna albo waliza

Muszę zwracać się "proszę ojca"?
- Jestem Michał. Potem może pani… potem możesz sobie - jeśli chcesz - tego "ojca" w tekście dopisać.

Jaki masz związek z filmem "Ludzie Boga", który opowiada o porwaniu siedmiu mnichów, trapistów, z klasztoru Notre Dame d'Atlas w Tibhirine w Algierii w 1996 roku?
- Mój związek polega na tym, że noszę taki sam habit jak zamordowani. W 1996 roku moja historia zaczęła nagle przyśpieszać. Pamiętam, jak 26 marca Maciek Zięba wszedł do zakrystii - byliśmy wtedy we Wrocławiu - i powiedział: "Porwali mnichów".

W niecałe dwa miesiące później zostali zamordowani.
- 21 maja dowiedzieliśmy się, że przypadkowy człowiek natrafił na ich odcięte głowy, ciał do tej pory nie odnaleziono.

Miałeś w tym czasie być w Tibhirine. Jak ocalałeś?
- To był przypadek. W Tibhirine miałem odbyć mój drugi nowicjat. Wcześniej przez 15 lat byłem w zakonie dominikanów. Żeby dostać się do Tibhirine, musiałem porozmawiać z tamtejszym przeorem, ojcem Christianem. Wyznaczył mi spotkanie w Maroku. Poznałem tam także ojca Brunona. Obaj są bohaterami filmu, obaj zginęli. Po spotkaniu musiałem wrócić do Polski po algierską wizę. W tym czasie porwano mnichów.

O klasztorze Tibhirine mówi się jako o chrześcijańskiej wyspie pośród muzułmanów. A o śmierci mnichów, że zginęli w imię dialogu.
- Bardzo nie lubię tych wszystkich zbyt szybkich interpretacji. Mówiono, że to wydarzenie ma zacieśniać przyjaźń między narodami, że śmierć mnichów buduje przyszłość w kontaktach chrześcijańsko-islamskich. Albo odwrotnie. To wszystko oczywiście jest prawdą. Ale dajmy temu ziarnu najpierw obumrzeć, temu winu dojrzeć, wydestylować się prawdzie z ich życia i śmierci. Czasami odnosiłem wrażenie, że komentując świadectwo mnichów z Tibhirine, mówiliśmy to, co chcieli usłyszeć dziennikarze.

Podkreśla się dobre stosunki między trapistami i muzułmańską ludnością w Tibhirine.
- Trzeba powiedzieć, że klasztor został postawiony wcześniej, niż te stosunki się zawiązały. Często ludzie wyobrażają sobie, że mnisi tam pojechali, żeby uprawiać dialog, a to była przecież wspólnota kolonialna. Algieria przez ponad 100 lat była kolonią francuską, a mnisi kształtowani byli w szkole kolonialnej - czyli my z Europy przynosimy sposób uprawy roli, całą kulturę.

Ale nie ewangelizację, tego nie ma chyba w regule trapistów.
- Nie myśleli o ewangelizacji, bo żyli w środowisku francuskim. Rdzenni Algierczycy byli zepchnięci na margines.
Na początku, w czasach kolonialnych, Tibhirine to nie była żadna wyspa. W Boże Ciało po głównej ulicy Medei, najbliższego miasta, chodziły procesje. Ojciec Amadeusz, który pamiętał jeszcze tamte czasy, opowiadał: "A ja to z Najświętszym Sakramentem po ulicy szedłem, o tak, przed sobą", i wyciągał ręce w przód, jakby dalej go trzymał. Tibhirine to stary klasztor, założony w 1938 roku, ale mnisi przez lata zmieniali się mentalnie. Kiedy Algieria w 1962 roku zyskała niepodległość, to Kościół, który właściwie był Kościołem dla Francuzów, zadał sobie pytanie: "Co dalej? Zostajemy? Odchodzimy?". To dotyczyło zresztą wszystkich Francuzów.

Jak to wyglądało? Co zdecydowali?
- Popularne było wtedy złowrogie hasło lansowane przez ekstremę algierskich niepodległościowców: "Trumna albo waliza" - czyli wyjeżdżajcie albo dostaniecie kulę w łeb. Odbył się ogromny exodus pełen tragedii ludzkich. Ludzie mieszkali z dziada pradziada na tamtym terenie, 100, 150 lat, i nagle muszą jechać do Francji, której czasem wcześniej na oczy nie widzieli. Na miejscu spotykała ich wrogość rdzennych Francuzów, którzy przyjmowali uchodźców algierskich jak obcych, bo to konkurencja, zabiorą miejsca pracy. Klasztor ewoluował wraz z Kościołem algierskim. Najpierw mieli potężne winnice, kulturę rolną, byli samowystarczalni. Francuzi traktowali.  Algierczyków jak robotników sezonowych, myślę, że mnisi nie byli inni w tych sprawach. Po odzyskaniu niepodległości zaczęło się to zmieniać. To była ogromna praca, również intelektualna, żeby wszystko przewartościować, zdecydować, że się zostaje, i znaleźć sobie sens bycia tam.

Dlaczego ty zostałeś trapistą? Jako dominikanin miałeś znaczący dorobek - działalność duszpasterza akademickiego w Gdańsku, książki, telewizja. Dlaczego zrezygnowałeś z kariery, postanowiłeś zacząć wszystko od początku, w klasztorze kontemplacyjnym, o ścisłej regule, daleko stąd?
- Otrzymałem - jak ja to nazywam - powołanie w powołaniu. W terminach, których my używamy - było to wezwanie, żeby prowadzić życie mnisze, bardziej zamknięte, odizolowane od świata. Chociaż byłem bardzo szczęśliwy u dominikanów, głos, który usłyszałem, był tak silny, że należało za nim pójść. Byłem wtedy na drugim roku filozofii w Krakowie, miałem 21 lat. Pamiętam jak dziś, spacerowałem sobie pod jabłonką i nagle spadł na mnie ten głos. Jako początkujący dominikanin postanowiłem skonfrontować go z autorytetem mojego spowiednika, słynnego ojca Joachima Badeniego. Na kolanach przed nim mówię: "Ojcze, pójdę do trapistów", a on zaciera ręce i woła: "Zmęczony kleryk, zmęczony". A więc żyłem dalej po staremu, złożyłem śluby i - muszę powiedzieć - bardzo lubiłem swoją pracę. Jednak  po pierwszym roku w miesięczniku "W Drodze" w Poznaniu napisałem do prowincjała o moich planach. Odpowiedział, że jak odpracuję osiem lat, będę wolny. I tak się stało.

Czym się różni zakonnik od mnicha?
- Przez słowo zakonnik rozumiemy człowieka, który żyje we wspólnocie podlegającej pewnym prawom kościelnym. Ta grupa zbiera się, wiąże i żyje w jakimś celu, często jest to cel apostolski, tzn. głoszenie słowa, zajmowanie się biednymi, praca na uniwersytetach, w szpitalach. Są zakony apostolskie, np. dominikanie, i kontemplacyjne, które nie mają takich zadań, np. trapiści, kartuzi, którzy oddają się modlitwie chóralnej i pracy fizycznej, żeby przez te praktyki i życie we wspólnocie dokonać wyzwolenia z grzechu i zjednoczyć się z Bogiem. Każdy mnich jest zakonnikiem, ale nie każdy zakonnik jest mnichem. Monastycyzm nie jest zjawiskiem zarezerwowanym dla chrześcijaństwa, znają go i inne religie, ale zawsze chodzi o jedno - otwarcie duszy na bezgraniczną wolność. My, chrześcijańscy mnisi, dodajemy: na wolność Boga, Który Święty i Nieznany.

Nie wydaje ci się dziwne z tym głosem?
- Nie, bo jestem wierzący i potrafię odróżnić głos Boga od swojego zmęczenia i jakichś, powiedziałbym, fluidów psychologicznych.

Jak odróżnić go od głosu wewnętrznego?
- To bardzo proste. Ten głos przychodzi z zewnątrz, nie wychodzi ze mnie. Odbieram go wewnętrznie, ale on jest z zewnątrz. Głos, który nie zależy ode mnie, jest zawsze bardzo jasny, prosty, wolny - albo lepiej: niezależny, zapraszający.

Mówi słowami czy przekazuje treść inaczej?
- W moim przypadku są to zawsze słowa.

Jakie to były słowa?
- Powiedziałbym: biblijne. Nagle usłyszałem: "Wyjdź!". Często mówił przez tekst, który czytałem. Słyszę to wewnętrznym uchem, ale naprawdę słyszę. Mówi się: "powołanie", czyli sytuacja, w której ktoś mnie woła, wzywa.

To jest męski głos? A może nie ma płci?
- Jest męsko-żeński.

A twoje pierwsze powołanie? Pewnie jeszcze w Tarnobrzegu, skąd pochodzisz.
- Nie chciałbym zaszokować czytelników, ale miałem raptem pięć lat. I niezbyt lubiłem chodzić na msze dziecięce, podczas których ksiądz podchodził z mikrofonem do dzieci i kazał coś tam mówić albo się modlić. Mnie się wydawało, że jestem starszy i poważniejszy niż ta smarkateria przy ołtarzu, taka dziecięca pycha. Ponieważ miałem poważną astmę, nie musiałem w tej zabawowej liturgii uczestniczyć. Zresztą byłem dość dziki i zawsze stałem daleko od ołtarza, w bocznej nawie. Stoję więc sobie tak kiedyś w kościele z moją niewiele starszą siostrą, ksiądz mówi: "Idźcie, ofiara spełniona", wszyscy się odwracają, ja też, i wtedy poczułem.
Coś takiego na mnie spadło, otuliło mnie i powiedziałem sobie, a właściwie powtórzyłem to, co usłyszałem: "Będę księdzem". Po mszy pobiegłem do ojca i powiedziałem: "Tato, ja będę księdzem". A ojciec: "To bądź". Rozmowa urwała się na długo, a ja dojrzewałem z tą myślą.

Dlaczego twój wiek miałby szokować?
- Powołania są różne, na ogół jednak późniejsze. Bardzo się wstydziłem mojego, myślałem, że to jakieś nienormalne. Kiedy przyjechałem do Poznania odbyć nowicjat, zobaczyłem, że bracia podejmowali decyzję czy usłyszeli ten głos o wiele później, np. ktoś miał dziewczynę i nagle stwierdził, że to nie to, albo planował studia, a miesiąc później już był w nowicjacie. A ja w wieku pięciu lat! No to mówiłem, że ja też w ostatniej chwili.

Czyli kłamałeś.
- Kłamałem. Opowiadanie o powołaniach to jest też trochę targowisko próżności, to, że otrzymałem je tak wcześnie, i do tego w małym miasteczku Wstydziłem się, w każdym razie mówiłem, że stało się to później.

Rodzice byli religijni?
- Bardzo. Mieszkaliśmy naprzeciwko kościoła dominikanów, widziałem przez okna wieże i klasztor. Oboje byli urzędnikami, pracowali na poczcie, ojciec był człowiekiem zdecydowanym, czasem cholerycznym, a matka stanowiła piorunochron, potrafiła wszystko załagodzić. Ojciec zawsze mówił: "Potrafisz, stać cię na to", a mama: "Zrobisz, jak będziesz chciał". To dopełnianie się uważam za piękne.

Gdyby porównać głos w kościele z tym spod jabłonki?
- To ten sam głos, głos rodzący we mnie ogromne przekonanie, że zrobię to, o co mnie prosi.

Tibhirine uważa się za miejsce pojednania religijnego, ale ty nad ideą pojednania pracowałeś już wcześniej. Jako dominikanin jeździłeś z młodzieżą do byłego obozu Birkenau. Tę ideę wyniosłeś z domu, z zakonu, a może to przypadek?
- Powiem tak: miejsce Holocaustu w mojej rodzinie, przestrzeń, którą zajmował, były ogromne.

Co masz na myśli?
- Mama opowiadała nam - mam troje rodzeństwa, młodszy brat też został dominikaninem - o ruszających się mogiłach, w których leżeli rozstrzelani Żydzi. To były zbiorowe groby, pokazywała nam te miejsca. Jako dziewczynka słyszała strzały, opowiadała nam o prześladowaniach Żydów, strasznie to przeżywałem. Mieszkaliśmy blisko synagogi, którą zamieniono w bibliotekę publiczną, ale zanim to zrobiono,
straszyła wybitymi oknami. Dziecko nie myśli w kategoriach Holocaustu, myśli po prostu, że tu przede mną byli i zginęli jacyś ludzie. Ten ruszający się piasek robił niesamowite wrażenie. Mama mówiła o sklepikach, że kupowała ze swoją siostrą u Żydów chleb, jakieś wstążki. Domeczki przy rynku były żydowskie, a my tam zamieszkaliśmy. Mieszkaliśmy w ich domu.

Jakie to uczucie?
- Trudno zamknąć w słowa to, co czuje dziecko, a nie chcę narzucać dzisiejszej perspektywy. Wiem, że intuicyjnie łączyłem ten ruszający się piach zbiorowych mogił z faktem zamieszkiwania w domu pomordowanych.
Pamiętam, jak wszedłem na strych - byłem małym berbeciem - i znalazłem książkę w szarej okładce, po polsku. Zniosłem ją z ogromnym pietyzmem na dół: „Mamo, zobacz, znalazłem żydowską książkę”. A mama: „To jest »W pustyni i w puszczy «”. Oni byli ciągle obecni, ci mieszkańcy, ci rozstrzelani.

Duchy?
- Ludzie. Żydów wpędzono w nurty Wisły i tam do nich strzelano, pływały kapelusze po wodzie. To się opowiadało. Do dworca szło się trzy kilometry, po lewej stronie był kirkut, dziecko odwraca głowę i widzi gwiazdy Dawida, ręce wyrzeźbione na macewach, jest zafascynowane, ciekawe treści napisów wykutych na sterczących w niebo kamieniach. Ta inność mnie pociągała. Nie racjonalizowałem tego, to była ogromnie niepokojąca obecność, wręcz agresja ze strony kamieni. Żeby być uczciwym - mnie to nie przerażało. Jeśli żyje się wśród tych kamieni, tu synagoga, tam cmentarz, po drodze do mojej babci, w lasku, miejsca, gdzie rozstrzeliwano, dziecko przeżywa to dziesięciokrotnie. Ale to nie był strach, lęk, tylko ogromna fascynacja, jak to jest, że coś było i tego nie ma. A może jednak jest? Tylko inaczej? Wtedy tak tego nie określałem, ale duch tych pytań unosił się w powietrzu, podobnie jak ich wołania.

Jak wyglądały wyjazdy z młodzieżą do Birkenau?
- To były rekolekcje, w listopadzie, spotykaliśmy się tam, a potem ich zostawiałem, ale nie w grupie, tylko samotnych, na zimnie, mrozie. Każdy miał być sam w obozie przez wiele godzin, nie widzieć drugiego. Potem spotykaliśmy się w rozebranym baraku, odmawialiśmy psalmy.

Buddyści w połowie lat 90. też w listopadzie przyjeżdżali do Auschwitz i siedzieli na rampie.
- Wtedy jeszcze nie siedzieli.

Listopad, bo to najgorsza pora, pogoda? Żeby źle się czuć, doświadczyć zimna jak więźniowie?
- Byliśmy tam, żeby dopuścić do siebie bezradność, własną bezradność w tym miejscu. W miesiącu, w którym przyroda nie opowiada się za człowiekiem. W listopadzie, w którym zwyczajowo wspominamy zmarłych.

Bezradność wobec problemu, wobec zła?
- Bezradność wobec tego, co się stało. Ja i to miejsce, konfrontacja. Co dalej z tym zrobić? A może nic nie robić, tylko być? Może wtedy łatwiej przemówi do nas nasze sumienie, które dostrzegło już w nas zawiązki dużego zła, skrywaną przemoc, skłonność do eliminacji drugiego, bo jest inny? Ale to jest już kaznodziejstwo, my podczas tych oświęcimskich rekolekcji ofiarowywaliśmy temu miejscu naszą obecność, tylko tyle. Nie troszczyliśmy się o tzw. owoce tej obecności.

Później rozmawialiście?
- Tak, ale nie gadaliśmy zbyt wiele i długo. Były momenty, w których można było z drugą osobą parę słów zamienić. Odczucia były dla mnie lekko szokujące. Młodzi ludzie, dziewczęta, chłopcy, ja sam nie byłem stary, zbieramy do kupy nasze przeżycia, ja pytam: "I co?". A oni: "Ogromne ciepło i łagodność". Wszyscy. Ja mówię to samo. Czuliśmy obecność tych ludzi, ale nie krzyki, rozdarcia, które niektórzy - jak opowiadają - słyszą, tylko ogromne ciepło i opiekę ludzi, którzy zginęli. Bardzo mocno to czułem.

Pomysł na rekolekcje w Birkenau to z twoich dziecięcych przeżyć?
- Nie zastanawiam się nad tym, nie psychologizuję, bo człowiek jest poruszany, powodowany przez Stwórcę, posyłany, ma zrobić to albo tamto. Przeżycia z dzieciństwa mogą nam pomóc rozwijać tę dyspozycyjność, ale bez nich możemy być równie dynamiczni, to On posyła.





poniedziałek, 21 lutego 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> MACIEJ STUHR – część I

    Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało mi

  • -> Maciej Stuhr - część II

    Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysła

  • -> Łukasz Maciejewski

    Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży. Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskie



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -