Blog > Komentarze do wpisu

-> Wigilijna kolacja z filozofami i teologią

Dla jednych po prostu... wariaci, dla innych wielcy ludzie. Ludzie pełni wiary i pokory, ludzie, którzy swoje życie postanowili poświęcić na modlitwę, pracę, kontemplację. Psychologowie nie mają najmniejszych złudzeń: przesłanki, które kierują eremitami, bywają różne. Tak na dobrą sprawę każdy przypadek jest inny, tak jak każdy ma inną osobowość, psychikę. Wybór takiego życia jest zazwyczaj największym problemem dla rodziny: dla matek, ojców, rodzeństwa. Matki zazwyczaj próbują zrozumieć postępowanie swoich synów, usprawiedliwiają ich, pomagają. Ojcowie "wpadają" w furię, niektórzy nawet gotowi są wyrzec się swoich dzieci, synów, którzy wybrali inną drogę i są szaleńcami. Jeszcze inne postawy prezentuje rodzeństwo: jedni się wstydzą, inni opowiadają o swoich bliskich eremitach z niekłamanym zachwytem. A zadania zwykłych ludzi są różne. Dla jednych to najzwyczajniej w świecie... szaleńcy, dla innych po postu słudzy "boży".


Brat Grzegorz od blisko 16 lat wiedzie żywot pustelnika Fot. Mirosław Kowalski

Starszy Marian, młodszy Grzegorz - pustelnicy z Melsztyna ciągle budzą emocje, zachwyt, zainteresowanie...
Przez przyciemnione, zabrudzone, małe okienko dostrzec pierwszą gwiazdkę niepodobna. Brat Grzegorz doskonale o tym wie. Wszak na melsztyńskim niebie wypatruje betlejemskiej gwiazdki od kilkunastu lat. - Trzeba wyjść na dwór. Tak, przed zmrokiem, kiedy na polu robi się szarówka. Aut wtedy na pobliskiej szosie coraz mniej, cicho się robi. O tutaj, z tego miejsca widzę najlepiej, na wschód od tego drzewa, zazwyczaj pojawia się pierwsza - pokazuję ręką.

Karp też będzie?
Gdzieś, w oddali, na horyzoncie widać zabudowania Zakliczyna. W tym roku betlejemskiej gwiazdki będzie szukał po raz szesnasty. Po raz szesnasty tutaj, nad Dunajcem, w swojej pustelni. Na szukanie znaku, że do wigilijnego stołu czas zasiąść, ma sporo czasu. Od wielu lat wigilii nie przygotowuje. I nie dlatego, że tradycji wigilijnej nie chce dochować, ale przez to, że dobrzy sąsiedzi znoszą mu różne "frykasy".
- Nigdy nie wiem, co będzie na wigilię. Co będę miał na swoim pustelniczym stole wigilijnym. Mogę się domyślać tylko. Moi sąsiedzi zawsze miło mnie zaskakują. Ja im ciągle powtarzam, że do życia wiele nie potrzebuję. Ot, taki jest żywot starego pustelnika - mówi brat Grzegorz. Sianko, opłatek, biały obrus i świeca z betlejemskim światełkiem pokoju już czkają w pogotowiu. Nawet tutaj, w pustelni trzeba zachować tradycje ojców i dziadów.
- Jakaś rybka, karp najczęściej, może śledzik, no i oczywiście barszcz czerwony z uszkami, albo kapuścianym krokiecikiem. Do tego kompocik z suszonych śliwek, czy innych owoców i kawałek ciasta, drożdżowego, czasem makówka. A to wszystko na jednym talerzu musi być podane. To taka tradycją, którą z domu rodzinnego wyniosłem - wspomina pustelnik.
W maleńkim pomieszczeniu pustelni, które służy za sypialnię, kuchnię, łazienkę i garderobę jednocześnie, wielkiego przyjęcia wigilijnego wydać się nie da. Zresztą i tak nigdy nikogo tutaj na wieczerzy wigilijnej nie było. - Ale tradycje ojców i dziadów naszych zachować trzeba. Dlatego przygotowałem miejsce dla gościa, który w tę jedyną, wyjątkową noc w roku, by do mnie zawitał. Ugoszczę go czym będę miał. Jedzenia, wody nikomu nie żałuję - zapewnia pustelnik.
Jak już gwiazdka na niebie się pojawi, brat Grzegorz wróci do swojej pustelni. Spokojnie poda pierwsze, drugie i kolejne dania na stół. Dwunastu nigdy nie było. - Raz, kilka lat temu może cztery - pięć potraw miałem - wspomina. Wcześniej jednak weźmie do ręki opłatek, przeczyta ewangelię o narodzeniu Chrystusa, pomodli się za bliskich, za papieża, za znajomych, za cały świat. - Nigdzie się mi przecież nie spieszy. Ja mam czas, dużo czasu - mówi pół żartem, pół serio.
Po kolacji zaintonuje kilka kolęd. Te, które pamięta, że śpiewano w jego domu rodzinnym, oddalonym o kilkaset kilometrów od tutejszej pustelni. Kiedyś próbował w tym dniu świętować wspólnie z sąsiadem, drugim pustelnikiem, bratem Marianem, ale nic z tego nie wyszło. - Nasze relacje.... Cóż prawie ich nie ma. Ja tam urazy do nikogo nie mam, wszystkim życzę jak najlepiej, bratu Marianowi również. Modlę się za niego także - tłumaczy.
Od początku, kiedy brat Grzegorz pojawił się w Melsztynie, nie był tolerowany przez drugiego pustelnika. Zresztą, o Marianie ludzie nie mają dobrego zdania. - Gbur, małomówny, zamknięty w sobie, odizolował się od ludzi, rodziny, świata. Rzadko wychodzi z pustelni, tylko jak po jakieś sprawunki do miasta idzie. Inaczej jest z Grzegorzem. Miły, serdeczny, uczynny. Po prostu: nasz - mówi starsza kobieta. Czasem przyniesie mu jakąś ciepłą strawę, poprosi o modlitwę. - Brat Grzegorz nigdy nie odmawia, dziękuje serdecznie. Ciepło i miłość do drugiego człowieka widać na rysach jego twarzy, w jego oczach, uśmiechu - zapewnia.
- Ja tam nic wyjątkowego nie robię. Jestem sobą, czasem, jak każdy miewam gorsze dni. Modlę się wtedy o siłę, o spokój. Pomaga - mówi brat Grzegorz. Po kolędowaniu, porozmyśla co nieco, może poczyta jakąś literaturę i położy się, odpocznie... Spał nie będzie, bo przed północą, tradycyjnie, założy habit i pojedzie swoim rowerem na pasterkę. Gdzie? - Najprawdopodobniej do klasztoru w Zakliczynie, do franciszkanów, a może do Matki Boskiej Domosławickiej. Nie wiem. Obydwie świątynie mają w sobie jakiś urok, tak jak tajemnica Bożego Narodzenia - mówi.

Święta, święta...
- Oczywiście święta Bożego Narodzenia, ze względu na swój urok, ze względu na swój mistycyzm, są czymś wyjątkowym. Ale święta w wymiarze duchowym... Tę tajemnicę trzeba rozmyślać. To co pojawi się na naszych stołach ma mniejsze znaczenie. Ten szał zakupów, prezentów, jest mi obcy. Nie rozumiem tego. Dla mnie nie ma to znaczenia. Najważniejszy jest spokój, wyciszenie. Ja tam kontemplacyjnej natury nie mam. Czasem jednak zadumam się... - przyznaje brat Grzegorz.
Święta, pod względem oprawy, nie będą różniły się niczym, od innych niedziel w roku. Może nieco lepsze jedzenie. - Rano wstanę, pewno zaraz o świcie, zjem jakieś śniadanie, poczytam nieco, posłucham radia. Mam takie małe, na baterie. Ktoś mi je podarował. Słucham: rozgłośni świeckich i katolickich. Nie za dużo: bo ja wolę ciszę, przyrodę, spokój. Jak święty Franciszek, założyciel zakonu franciszkanów - mówi.
Potem pojedzie do kościoła, na sumę do Domosławic. Lubi ten kościół, atmosferę tego miejsca, lubi ludzi i śpiewy chóralne. Pod kościołem z ludźmi pogada, wróci do siebie, potem jakiś obiad, kolacja, może spacer w pobliżu pustelni. - Jak tu planować, jak nie wiadomo jeszcze, jaka pogoda będzie. Co Bóg ześle trzeba z pokorą przyjąć - tłumaczy.
Wiele razy był zapraszany w gości. Z takich zaproszeń nie korzysta. Boże Narodzenie to święta rodzinne, brat Grzegorz woli spędzać je w swojej samotni, tutaj czuje się najlepiej, a innym nie chce sprawiać kłopotu. - Jak coś od ludzi dostanę, przyjmuję, cieszę się. Ja tam wiele nie potrzebuję. Sam dzielę się chętnie tym co mam. Taką mam już naturę - puentuje. - Menu świątecznego nie znam. Coś tam mam swojego: jakieś ziemniaczki, sałatkę. Ludzie przynoszą jakieś puszki z konserwami, z rybami, pieczywo, słodycze. Pewno, podobnie jak w latach poprzednich, będzie coś ciepłego - to sobie odgrzeję. Jak będzie mięsko to sobie ugotuję, jak nie... zjem ziemniaki z ogórkiem kiszonym i też będzie.
Oczywiście nie zabraknie kolęd. Ponuci sam sobie, powspomina stare czasy, dzieciństwo, pomodli się za bliskich: tych żyjących i tych zmarłych. Bo życie pustelnika to na przemian: praca i modlitwa. A wszystko po to, by do końca poświęcić się Bogu. - Pewno coś poczytam. Ale nie za dużo. Był moment, że podobały się mi książki Edyty Stein, jest... trudna, nie do końca przez wszystkich zrozumiała.
Edyta Stein, jako karmelitanka bosa o niezwykle bogatym życiu wewnętrznym dała wyraz pięknu i wartości przeżyć mistycznych pisząc pracę poświęconą św. Janowi od Krzyża. - Ja tam wolę Marię Valtortę. Też mistyczka, ale ten sposób pisania, ten sposób widzenia świata, człowieka i Boga bardziej mi odpowiada. Czytam wszystko, co napisała, chociaż pewno nie ze wszystkim się zgadzam - mówi. Brat Grzegorz jest pod wielkim wrażeniem "Poematu Boga - Człowieka", ale też innych utworów tej pisarki.

Wigilia w namiocie
Brat Grzegorz do Melsztyna przyjechał trochę przypadkowo. Kiedy po raz pierwszy usłyszał o pustelniku, sąsiedzie, bracie Marianie - nie pamięta. Pewno w Zakliczynie, podczas jednego z wielu pobytów w tutejszym klasztorze. Sam, przez kilka lat był zakonnikiem, franciszkaninem. - Z zakonu zostałem wyrzucony, za drobne przewinienie, nieposłuszeństwo - mówi szczerze. O powodach tej decyzji przełożonych nie chce jednak rozmawiać. - Było, minęło - macha ręką. Miał wtedy 33 lata. Tyle, ile Chrystus, kiedy umierał na krzyżu. To był jakiś znak? Symbol? - Nie, na pewno nie - mówi wprost.
Kiedy opuścił mury klasztorne, pomyślał co dalej? Oczywiście do świeckiego życia powracać nie chciał. - Bóg zapisał mi co innego: służenie mu, szukanie takiej drogi do zbawienia, do życia wiecznego - wspomina. Z plecakiem, namiotem pojawił się pod ruinami zamku na melsztyńskim wzgórzu. Zabiwakował niedaleko pustelni brata Mariana. Temu drugiemu nie spodobało się to. Próbował wyrzucić Grzegorza. Tak na dobra sprawę nigdy brat Marian nie pogodził się z tym, że brat Grzegorz zamieszkał koło niego. Dlatego relacje między nimi, poza drobnymi wyjątkami, są raczej chłodne. Zima była wtedy sroga. Los pustelnika, śpiącego na styropianie, martwił nie jednego. Niektórzy namawiali go nawet, by zamieszkał gdzie indziej, porzucił taki tryb życia. Na próżno. - Oj było zimno. Ale miałem gruby styropian, bodaj trzy koce, ciepłe ubrania. Dało sie wytrzymać jakoś, a i człowiek był znacznie młodszy, to inaczej znosił trudy tego życia - wspomina.
Pierwszą wigilię spędził w namiocie, z dala od rodziny, od znajomych, od przyjaciół, od braci zakonnych. Szczegółów nie pamięta, nie przywiązuje do nich wagi. To był jego wybór, jego droga krzyżowa, jego ofiara za siebie, za innych... Pewno była jakaś rybka, pieczywo, ciepła herbata, kolędy, pasterka w miejscowym kościele. Takie same były święta. Wiele osób dziwiło się mu, zastanawiało się, jak długo wytrwa w sowim postanowieniu i będzie wiódł żywot pustelnika. Hart ducha, upór i wierność zasadom, od lat niezłomny charakter sprawiły, że przetrwał, budując swoją pustelnię.

Ukradł drzewo?
Pustelnia od samego początku stała się kością niezgody. Ni z gruchy ni z pietruchy, zaraz po rozpoczęciu przez niego prac, pojawili się pracownicy Nadleśnictwa w Brzesku. Uznali, że brat Grzegorz nie ma prawa wznosić budynku (to duże słowo, zważywszy na gabaryty pustelni) w tym miejscu - bez pozwolenia, na terenie Lasów Państwowych, z drzew, które należą do Skarbu Państwa. Pojawiła się policja, sprawą zainteresowała się prokuratura, media. Z czasem sprawa ucichła.
Do tamtych wydarzeń brat Grzegorz wraca niechętnie. Żalu do nikogo nie ma. - Było, minęło - znowu powtarza. Prokuratura umorzyła sprawę, a Lasy Państwowe, w pewnym sensie pod ostrzałem mediów, wycofały się z oskarżeń o kradzież drzewa. Co prawda brat Grzegorz trafił nawet do psychologa, zawieziony na wniosek nadgorliwego prokuratora, ale... nic z tego nie wyszło, bo - jak celnie ktoś zauważył - granica pomiędzy wielkim szaleństwem, próbą wyobcowania się, błędem w socjalizacji (nie ważne jak to nazwać), a mistycyzmem jest płynna i ustalić jej, nawet największe sławy psychologiczne świata, nie są w stanie.
Koniec końców drzewo na zbożny cel trafiło. Kilka lat później, brat Grzegorz postanowił się zameldować. Miejscowa władza obiecywała nawet, że może się da, ale w końcu spełzło wszystko na niczym. Odpuścił. - Szkoda czasu. Najgorzej jak do lekarza trzeba pójść, ale...Bóg dał zdrowie nie najgorsze, chociaż nie jest takie, jak przed laty, więc... jakoś to dalej będzie - mówi.

Zgiełk cywilizacji
Co pcha ludzi do eremów? Powoduje, że porzucają dotychczasowe życie i wiodą pustelniczy żywot? Marian, sąsiad brata Grzegorza, to stary stoczniowiec, opozycjonista, któremu władza ludowa nie dawała spokoju. Zabrał więc kilka swoich przedmiotów, jakieś ubrania, kilka książek, wrzucił to do marynarskiego worka i opuścił Pomorze. Na zawsze. Zamieszkał w zbudowanej przez siebie chatce i od blisko trzydziestu lat stroni od ludzi. Nie lubi rozmawiać z nikim. Jest nieufny, unika kontaktu nie tylko werbalnego. Unika ludzkich spojrzeń. Jego pustelnia to twierdza, niezdobyta przez nikogo.
- Raz tylko udało się nam nawiązać bliższy kontakt, ale nie trwało to długo. Poczęstowałem go wtedy winem z czarnego bzu, takim, które sam przygotowałem. Było miło, ale na drugi dzień znowu zapadło milczenie - ubolewał przed laty, brat Grzegorz. On ma inny charakter. Lubi ludzi. Praca, modlitwa nie przeszkadzają mu żyć w pobliżu drogi, gdzie wszyscy gdzieś pędzą, gdzie auta jeżdżą na oślep. Czy jest... nowoczesnym pustelnikiem? - Nie. Ja po prostu wewnętrznie jestem wyciszony, a ludzie mnie nie przeszkadzają - ucina szybko rozmowę na ten temat.
Mała chatka, o wymiarach dwa na niewiele ponad dwa metry i przedsionku o szerokości... 50 centymetrów, jest całym jego dobytkiem. No, nie mówiąc o wąskim łóżku, kilku kocach, książkach, małej szafce i piecyku, opalanym drewnem, który służy to ogrzewania i przyrządzania posiłków. O wygodach: typu woda, energia elektryczna czy jakichś urządzeniach technicznych, można tutaj zapomnieć. To, co przypomina tutaj cywilizację to małe radyjko na baterie, ofiarowane przez kogoś. Książki starannie dobrane, wyselekcjonowane. W tej selekcji nie ma jednak ukrytej głębi, to pragmatyka. - Miejsca mam tyle co mam - pokazuje. Na maleńkim stoliczku lampa naftowa.
A w przedsionku słoiki, pod łóżkiem ziemniaki, fasola. W tym roku niewiele. Bo zbiory były kiepskie, poletko uprawiane przez brata Grzegorza zostało kilka razy zalane przez wezbrane fale Dunajca. - A i ryb w rzece coraz mniej - mówi brat Grzegorz. Ziemniaki, kapusta, fasola, chleb i ryby to najczęstsze menu na stole melsztyńskiego eremity. Czasem ktoś podaruje mu kawałek mięsa. - Ludzie wiedzą, że wiele nie potrzebuję, a skoro nie mam lodówki, nie mam elektryczności to większa porcja by się zmarnowała. A jedzenia marnować nie wolno: bo to dar Boży, a tyle ludzi na świecie głoduje - mówi.
Każdy dzień podobny jest do siebie. No może z wyjątkiem środy i niedzieli. Brat Grzegorz wstaje codziennie o piątej rano. Krótka modlitwa, poranna toaleta. Ubiera się, nakłada brązowy habit i wsiada na rower. Ma do pokonania kilka kilometrów, jedzie do Zakliczyna, do klasztoru na poranną mszę. To tutaj spędził jakiś czas w nowicjacie.
Wraca koło godz. 8 - 9. Wtedy je śniadanie: chleb, z margaryną, albo powidłem własnego wyrobu, czasem sam. Potem praca, modlitwa, praca. W południe znowu jakiś suchy posiłek. - Staram się przygotowywać ciepłą kolację. Prawie zawsze: jedno danie. Jest to zazwyczaj zupa lub ziemniaki z warzywami. Bywa, że mam czasem jakieś mięso czy ryba. Do tego herbata z lipy, albo jakiś sok - mówi. - I tak życie mi płynie: dzień, za dniem...


Mirosław Kowalski
(Dziennik Polski)





sobota, 15 stycznia 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -