Blog > Komentarze do wpisu

-> Mistrz Mowy Polskiej (cz.1)

Nieszczęście - to szczęście, lecz na razie inne…

Ks. Jan Twardowski

Niedawno odeszła Gabriela Kownacka, kilka dni temu pożegnaliśmy Bogusia Wojtowicza, a wczoraj 7 stycznia, o świcie odszedł kolejny pokonany przez raka Człowiek Kultury Krzysztof Kolberger, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów. Pochodził z Gdańska, był absolwentem warszawskiej PWST. Miał zaledwie 61 lat, tyle ponoć przepowiedziała mu wróżka. Aktor prawdziwy, wielki romantyk, arystokrata ducha, jeden z ostatnich mistrzów słowa. Jego charyzmatem było mówienie wierszy. Pięć lat temu przyznano mu tytuł Mistrza Mowy Polskiej. Najbardziej pamiętany z ról w „Dziadach” i „Weselu”, przez wiele sezonów był jedną z gwiazd Teatru Narodowego w Warszawie, za czasów dyrekcji Adama Hanuszkiewicza. Grał u Wajdy, Holoubka, Zanussiego, Kutza, Łomnickiego, Wójcika, Morgensterna, Prusa. Gościł także w Tarnowie. Był wielkim  mistykiem, człowiekiem głęboko wierzącym, pełnym światła… Sztukę traktował jak drogę do Boga. Nic też dziwnego, że za swoje najważniejsze dokonanie aktorskie uważał pamiętne odczytanie testamentu Jana Pawła II, którego uważał za swojego mistrza w cierpieniu i odchodzeniu…Artysta od ponad dekady heroicznie zmagał się z chorobą nowotworową - rakiem nerki, udowadniając, że choroba też jest częścią życia, wpisaną w człowieczy los. Z nieodłącznym uśmiechem powtarzał, że sposobem na walkę z chorobą są spotkania z ludźmi i aktywność zawodowa. – Pracuję, spotykam się. W ten sposób zapominam o chorobie. Odpoczywam psychicznie. Ludzie z reguły uciekają od choroby, śmierci… To normalne. Ale trzeba się nauczyć z nimi żyć. Nie wolno się izolować. Chorzy na raka muszą się czuć potrzebni. Nie traktujmy tej choroby jak wyroku śmierci, lecz jak wyzwanie. Trzeba się zaprzeć, nie załamywać – mówił w jednym z ostatnich wywiadów. Poniżej publikujemy przejmujący tekst o Nim Jolanty Ciosek z sobotniego wydania Dziennika Polskiego oraz wspomnienia przyjaciół...



Przenosił nas w lepsze rejony życia

Podczas jednego z naszych krakowskich spotkań Krzysztof Kolberger powiedział mi: "Jestem człowiekiem szczęśliwym, spełnionym. Przy całej świadomości tego, co się nie spełniło i było nieszczęśliwe. Szczęściem jest to, że mogę nadal walczyć, nadal żyć, intensywnie pracować, i że życie nie kręci się tylko wokół choroby, ale biegnie swoim torem. Jeśli miałbym czegoś żałować, to może tego, że nie zostałem muzykiem. Jednak ten brak rekompensuje mi reżyserowanie oper. Także koncerty poetyckie, bo łączenie słowa z muzyką smakuje mi najbardziej. Co do przyszłości, to przede wszystkim chciałbym, aby los pozwolił mi jeszcze w ogóle grać. W obecnej sytuacji, kiedy w jakiś sposób jeszcze to darowane mi życie trwa, nie ma co sobie stawiać ogromnych wymagań. Najważniejsze, aby móc jeszcze dawać siebie innym, przekazywać swoją wiedzę, zostawić po sobie jak najwięcej dobrego. Mimo przeciwieństw losu zawsze starałem się uśmiechać. Szczególnie wtedy, kiedy nie ma ku temu powodów. Bo nie jest sztuką się śmiać, gdy jest wesoło".

Już nie porozmawiamy w zaciszu krakowskiej kawiarni czy w jego pięknym biało-kremowym warszawskim apartamencie. Wczoraj nad ranem odszedł Krzysztof Kolberger, jeden z najbardziej lubianych polskich aktorów, twórca wielu znakomitych ról, znany i podziwiany także z powodu swej heroicznej walki z chorobą nowotworową. Przez osiemnaście lat walczył w sposób bohaterski i cichy.

Artysta o łagodnym spojrzeniu, spokoju wewnętrznym i nieprzeciętnym głosie w sierpniu skończył 60 lat. Zaledwie 60. Miał plany, był pełen nadziei, że wyjdzie zwycięsko z tej walki. Nadziei i wiary. Bo też wiara stanowiła dla niego istotny punkt odniesienia. - Są momenty, kiedy wydaje mi się, że jestem najbardziej wierzącym człowiekiem na świecie. Ale są i takie, w których nie potrzebuję kościoła, by się modlić. Wolę wziąć do ręki "Modlitwę na co dzień" księdza Malińskiego, którą podarował mi przed trzydziestoma laty i z którą się nie rozstaję. W trudnych momentach po nią sięgam, bo tam niejednokrotnie znajduję odpowiedzi na zadawane sobie pytania. Poprzez twórczość, także księdza Malińskiego, rozmawiam z Bogiem. Dla mnie modlitwa jest rozmową z Nim w różnych sytuacjach i okolicznościach - zwierzał się podczas naszej rozmowy.

Zaraz po ukończeniu warszawskiej PWST dane mu było przeżyć najpiękniejszą przygodę romantyczną. Zagrał szekspirowskiego Romea oraz mickiewiczowskiego Gustawa-Konrada. Ta gorączka romantyczna, która długo go trawiła, właściwie nie wygasła w nim do końca. Był jednym z najlepszych uczniów Ignacego Gogolewskiego, w owych latach profesora warszawskiej PWST. Razem z grupą kolegów, m.in. Ewą Dałkowską i Jerzym Radziwiłowiczem, poszedł po studiach za swym profesorem do Katowic, kiedy ten obejmował dyrekcję Teatru Śląskiego. Gdy jednak dostał z Warszawy propozycję zagrania Romea, dyrektor wypuścił go spod swych skrzydeł, by mógł zrobić karierę. I zrobił. Wszechstronną: teatralną, filmową, radiową. Karierę człowieka, który kochał życie i sztukę. I o jedno, i drugie potrafił walczyć. Był wiele lat związany m.in. z Teatrem Narodowym prowadzonym przez Adama Hanuszkiewicza, dziś Jana Englerta, warszawskim Teatrem Ateneum, gdzie zagrał wiele znakomitych ról. Często występował gościnnie, np. na Scenie Prezentacje, gdzie widziałam jego brawurową rolę, obok świetnej Marii Pakulnis, w "Scenach z życia małżeńskiego" Bergmana.

W filmie debiutował w 1974 roku w serialu "Ile jest życia" według powieści Romana Bratnego. W 1980 roku pojawił się w telewizyjnym "Kontrakcie" Krzysztofa Zanussiego. Zagrał Piotra Ostoję-Okędzkiego - młodego chłopaka buntującego się przeciwko układom - rola ta przyniosła mu nagrodę "Jantara".

Była też postać psychologa Maćka w "Jeśli się odnajdziemy" Romana Załuskiego i Anonimusa w "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny" w reżyserii Janusza Majewskiego. Jednak najważniejszą rolą w tym czasie był Janek Klimza z obrazu Kazimierza Kutza "Na straży swej stać będę" - filmu będącego swoistym epilogiem do śląskiej trylogii reżysera. Kolberger zagrał skomplikowaną psychologicznie rolę młodego chłopaka z podziemnej organizacji, który przeżywa tragedię zdrady.

Po tytułowej roli blokowego Kornblumenblau w filmie Leszka Wosiewicza, reżyserzy odkryli nowe oblicze aktora i coraz chętniej obsadzali go w postaciach mrocznych: np. Jerzego Bergmana, sekretarza Komitetu Wojewódzkiego w czasach stalinizmu w filmie "Kuchnia polska" Jacka Bromskiego czy Jerzego Szawłowskiego, szefa UOP w telewizyjnym serialu "Ekstradycja".

A jednak dla wielu pozostawał niezastąpionym interpretatorem poezji romantycznej. Stąd też Andrzej Wajda obsadził go w swoim "Panu Tadeuszu" w roli Adama Mickiewicza.

W czasach stanu wojennego Kolberger był znanym wykonawcą poezji Miłosza, Wojtyły, Goethego, Iwaszkiewicza, Eliota, Norwida, Słowackiego i Mickiewicza. Nagrał płyty: "Piękna pani" z wierszami Jana Pawła II, z udziałem Jerzego Treli, Joanny Szczepkowskiej, Anny Seniuk i z podkładem muzycznym Janusza Strobla oraz "Pater noster", interpretację "Tryptyku rzymskiego". Swego głosu użyczył tytułowemu bohaterowi filmu "Jan Paweł II", granemu przez Johna Voighta. Jednym z najbardziej wzruszających momentów w życiu aktora było czytanie przed kamerami Testamentu papieża Polaka.

Dla milionów Polaków był nie tylko świetnym aktorem, ale wzorem jasnego, dobrego człowieka, który czynnie brał udział w pracach Komitetu Prymasowskiego Pomocy dla Internowanych w czasie stanu wojennego. Jego głos - jak podkreślali słuchacze - przenosił ludzi w inne, lepsze rejony życia. On sam zaś, zwłaszcza w ostatnich latach, dawał wielu ludziom nadzieję, tocząc ciężką walkę z chorobą. Ta wspaniała postawa wypływa też z książki "Przypadek nie-przypadek", będącej rozmową z aktorem. Jak wyznał mi kiedyś, sztuka była dla niego także dążeniem do Boga:- Jak ktoś powiedział, a powtarzał to Ojciec Święty, piękno jest elementem tworzenia. A człowiek na każdym odcinku swojego życia staje się twórcą, a więc ma obowiązek wykorzystywać talenty, którymi został obdarowany. Tak też traktuję swoją pracę, bo cóż po talentach, jeśli nie potrafimy dzielić się nimi z innymi?

"A nieszczęście - to szczęście/ lecz na razie inne" - te słowa księdza Jana Twardowskiego stanowiły jedną z dewiz życia Krzysztofa Kolbergera. - Dzięki księdzu Twardowskiemu zrozumiałem, że nieszczęście to tylko chwilowy brak szczęścia, na którego powrót trzeba po prostu zaczekać - mówił.

Jolanta Ciosek
(Dziennik Polski)



Jego domeną było mówienie wierszy, uczył go tego Ignacy Gogolewski. W latach 70. recytował w "Lecie z radiem" poezję miłosną, co uczyniło go bożyszczem romantycznych młodych Polek. Pięć lat temu został uznany za Mistrza Mowy Polskiej. W czasie żałoby po śmierci papieża Jana Pawła II odczytał jego testament. Pochodził z Gdańska, był absolwentem warszawskiej PWST (1972). Karierę zaczynał w katowickim Teatrze im. Wyspiańskiego, a w 1972 r. wylądował w warszawskim Narodowym u Adama Hanuszkiewicza. Potem występował m.in. w Powszechnym, Współczesnym i Ateneum.

W kinie popisywał się wszechstronnością. Jako Adam Mickiewicz rozpoczyna "Pana Tadeusza" (1999) Andrzeja Wajdy, zastanawiając się: "O tym że dumać na paryskim bruku,/ Przynosząc z miasta uszy pełne stuku/ Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,/ Zapóźnych żalów, potępieńczych swarów!", a w "Mazepie" (1975) Gustawa Holoubka jest zakochanym w Amelii (Magda Zawadzka), nowej żonie swego ojca (Mieczysław Voit), Zbigniewem.

Był też młodym inteligentem, który mimo buntowniczych skłonności wżenił się w nomenklaturową rodzinę, w "Kontrakcie" (1980) Krzysztofa Zanussiego, organizatorem wojennego podziemia na Śląsku w "Na straży swej stać będę" (1984) Kazimierza Kutza, reżyserem przeżywającym kryzys twórczy w "Przyspieszeniu" (1984) Zbigniewa Rebzdy, nieudanym polskim odpowiedniku "Osiem i pół", tchórzliwym zbiegiem z tajnego węgierskiego obozu pracy w "Ucieczce" (1986) Livii Gyarmathy, rodzimym Indianą Jonesem, w "Klątwie doliny węży" (1987) Marka Piestraka, obozowym blokowym w "Kornblumenblau" (1988) Leszka Wosiewicza, i nauczycielem wysłanym 12 grudnia 1981 r. na Zachód w tajnej misji "Solidarności" w "Ostatnim promie" (1989) Waldemara Krzystka.

Telewizja zaoferowała mu m.in. rolę wielkopolskiego hrabiego Dezyderego Chłapowskiego (grał bohatera od wieku dwudziestu paru lat aż do dziewięćdziesiątki) w serialowej "Najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy" (1979) Jerzego Sztwiertni, Karola Chłapowskiego, męża tytułowej bohaterki w "Modrzejewskiej" (1990) Jana Łomnickiego, przyjaciela komisarza Halskiego będącego szefem UOP w trzech częściach "Ekstradycji" (1995-98) i gangstera w "Sforze" (2002, oba seriale w reżyserii Wojciecha Wójcika).

Pod koniec życia pokazał się w kinie w drobnych rolach księży - w "Katyniu" (2007) Wajdy, "Popiełuszce. Wolność jest w nas" (2009) Rafała Wieczyńskiego i "Mniejszym złu" (2009) Janusza Morgensterna.

Od lat 90. reżyserował spektakle operowe - "Krakowiaków i górali" Wojciecha Bogusławskiego we Wrocławiu i Warszawie i "Nędzę uszczęśliwioną" Macieja Kamieńskiego w Poznaniu.

Ostatnią ważną kreację teatralną stworzył w Szekspirowskim "Wiele hałasu o nic" (2008) Macieja Prusa w Teatrze Narodowym w Warszawie. W spektaklu, w którym jedną z ostatnich ról zagrał także zmarły w maju Maciej Kozłowski.

Jacek Szczerba
(Gazeta Wyborcza)





sobota, 08 stycznia 2011, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -