Blog > Komentarze do wpisu

-> Pejzaż tarnowski

Świat według Poświatowskiego

Już dawno już nauczyłem się dzielić ludzi na dobrych i na złych. Dobrzy to ci, którzy pożyczają mi pieniądze, a niedobrzy to ci, którzy odmawiają. Klasyfikacja ta pozwala mi jednocześnie zachować wyniosłą moralną wyższość nad tymi, którzy za dobrych ludzi uważają tych, którzy coś od nich kupują, a za złych którzy nie kupują (w tym sensie że jestem mniej interesowny) – a już nie wspominając o tych, którzy za dobrych ludzi uważają tych, którzy dadzą im wyżebrane pieniądze, a za złych tych, którzy odwrócą się na pięcie i nie dadzą złamanego grosza.

„Hej, ziomuś, jest taka bajera, daj zełkę na piwo” - z rozmyślań wyrywa mnie pytanie, jako żywo przypominające „kup pan cegłę” z filmu „Ewa chce spać”, gdzie autorem dialogów był Jeremi Przybora („cegła tańsza od kapoty, kup pan cegłę od sieroty”, „odpalasz pan stówkę, ocalasz pan główkę”). No cóż, przynajmniej uczciwie postawiona sprawa. Niestety zaliczam się do grona osób, które najwyraźniej na plecach mają napisane, że można od nich wyrwać „zełkę” i marna to pociecha, że ten sam niewidzialny napis nosi na plecach również wicedyrektor Muzeum Okręgowego. Zanim dojdę do Rynku rytualnie wypatrzy mnie stojący w bramie kamienicy zamieszkałej przez Cyganów, pewien mężczyzna, który z kolei wysępi ode mnie papierosa – i to z miną, wedle której to on wyświadcza mi przysługę (postawa „należy mi się”). W zasadzie to znam chyba wszystkich żebrających – a to „brakuje nam do dzbana”, a to „na jedzenie zbieram” - proszalna postawa i oczy wołające o litość, ówdzie „brat łata” spod czoła spoziera, taki niewinny, do rany przyłóż, podziękuje i jeszcze pobłogosławi. Prawie nigdy nie wiem, na ile mam do czynienia z rzeczywistą potrzebą, na ile z syndromem wyuczonej bezradności, kiedy człowiek taki, sympatyczny, towarzyski, miły, przez los pokrzywdzony, niby trujący bluszcz potrafiłby się wokół ciebie szczenięcia skamlaniem owinąć. Ale daję jednemu, daję drugiemu, przy trzecim i następnych przyśpieszam kroku, okazuję nagłe zainteresowanie tym, co jest po drugiej stronie ulicy, własnym telefonem komórkowym lub udaję że na słuchawkach właśnie słucham muzyki. Czają się, a ja czuję to energetyczne pchnięcie - „ten” - i już z kolejnej bramy wysuwa się kolejna postać proszalna, którą przyśpieszywszy wymijam. Nie inaczej traktuje ulicznych handlarzy „z ręki” w garniturach, którzy rozmowę zagają pytaniem o drogę do „Świtu”, a zaraz potem zapytają ile moim zdaniem wart jest „prezent” który chcą mi za darmo wręczyć. No, oczywiście, praaawie za darmo...

Wcześniej po drodze jeszcze mogę natknąć się na chorą psychicznie kobietę, która wychodzi na ulicę z przystrojonym w różne kokardki i szmatki pieskiem, gadającą do siebie i w złe dni zaczepiającą ludzi, celem naubliżania im. Znam jednak paru schizofreników, funkcjonujących aktywnie na co dzień, których nikt by nie posądzał o tą przypadłość. Jak w każdym mieście są i osoby z lekkim upośledzeniem umysłowym, częstokroć zdolne do bardzo ciętych i inteligentnych uwag; bezcennych pod względem rozszyfrowywania i dosadnego przecinania słuchanego właśnie politycznego bełkotu czy innego nawijania makaronu na uszy. „A czemu nie było pana u nas” (na warsztatach) - i już ucinamy sobie pogawędkę.

Dochodzę wreszcie do Rynku. Zadumany nad „kolorytem lokalnym” i tą częścią życia miasta, która choć widzialną jest, to jakby niezauważalną, przypominam sobie pewną alkoholiczkę, też wpisaną w pejzaż – od jakiegoś czasu nie widać tej rozrywkowej kobiety, a ja wciąż mam przed oczami dawną kampanię wyborczą, śpiew „Trubadurów”: „Polskę trzeba zLepperować” i wspomnianą, pijaną niewiastę, która tańczyła na płycie rynku i wymachującą niepotrzebnymi jej kulami inwalidzkimi, by wreszcie efektownie paść na bruk na tle wyborczego hasła „każdy człowiek jest ważny”. Mam nawet z tego zdarzenia zdjęcie. Ale rozglądam się wokół czy nie spotkam bywającego tu często jegomościa z lekkim upośledzeniem, który bardzo lubi ludzi zagadywać, a nawet pojawia się na różnych kulturalnych spotkaniach – i oto jest i kłaniamy się sobie z uszanowaniem, a on, brudny, z łachmanem ręklamówki w ręce, dostojnie przyjmuje mój hołd. Wiem że mieszka tu w okolicy, ale jak się spacerkiem znudzi, to chętnie zagada z okupującymi nieodległy skwer bezdomnymi, skwer zlokalizowany w miejscu strategicznym, albowiem opodal „Biedronki”.

Bezdomni, pijacy, żebracy... Czasem chodzą po domach; niegdyś regularnie odwiedzała nas starsza kobieta. Nie zawsze proszą o pieniądze, czasem wołają aby dać im coś do jedzenia. Sporadycznie ponoć trafi się jakiś złodziej. Daję cukier, mąkę, jajka, to co jest. Czasem tylko odnajduję cukier ten porzucony na skrzynce na listy... Inni zbierają puszki, choć o to coraz trudniej, odkąd większa liczba śmietników osiedlowych zaopatrzonych została w zamki na klucz – to z kolei następstwo podrzucania nocą śmieci przez „obcych”.

Ale pozostawiam to wszystko za sobą na chwilę, bo przecie są i inne elementy pejzażu. Skręcam w ulicę Wałową – tamże, zawsze w tym samym miejscu i zawsze bez względu na pogodę, na gitarze grał i piosenki „Dżemu” śpiewał młody chłopak. Nie wiem jak na mrozie wytrzymywały to jego zgrabiałe ręce, a i sama gitara, zawsze była „strojna”. Nie tak dawno widziałem tam dziadka w sombrero na głowie, który pitolił coś cicho na dziecięcym syntezatorze, obecnie od jakiegoś czasu jest inny dziadunio, grający przyśpiewki na harmonijce ustnej. Lepsze to niż fałszujący na akordeonach „muzycy”, wciskający się do krakowskich tramwajów, choć pamiętam z wrocławskiego dworca cygańskie (pardon - romskie) dziecię, które grać na akordeonie w ogóle nie umiało – dziecko wciskało wszystkie możliwe klawisze, ciągając miech w te i wewte tak długo, aż któryś z umęczonych podróżnych wysupłał z kieszeni parę groszy – wówczas akordeonista oddalał się w inną część dworca, by dręczyć swoim „koncertem” innych. Gdybym zresztą zszedł niżej, w stronę tarnowskiego dworca, również miałbym szansę natknąć się na, tym razem wróżącą Cygankę – jeśli byłaby tutejsza, to wiedziałaby, że ja sobie powróżyć nie dam. Ukłonilibyśmy się sobie.

Ach, jest i mężczyzna sprzedający rysunki i różne święte obrazki – zwykle pełni swoją wartę albo pod katedrą, albo pod kościołem księży Misjonarzy. Od czasu do czasu wyśpiewuje głośno pobożne pieśni; Boży szaleniec – nieufny wobec obcych, całkiem słusznie podejrzewający że ktoś mógłby próbować go obśmiać – ale chyba w Tarnowie nie ma znowuż tak wielu „młodych, wykształconych z wielkich miast”, którzy „bez kompleksów” zabawiali się krzyżem z puszek na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, przy całkowitej obojętności służb mundurowych oraz Prokuratury, która to nie potrafiła odnaleźć sprawców profanacji, mimo dostarczenia materiałów filmowych, a nawet profili na facebooku. Cóż, panowie prokuratorzy też są „młodzi, wykształceni”...
Ale powróćmy do Tarnowa. Mimo „Galicjaner Sztetl”, archetypicznego „Żyda wiecznego tułacza” tu nie spotkamy. Spotkałem go za to w swoim rodzinnym mieście, siedząc w taniej knajpie. Otworzyły się drzwi i nam, oniemiałym, ukazał się ubrany na czarno stary mężczyzna z długą brodą i wielkim worem na plecach. Potoczył wzrokiem po wnętrzu, wzrokiem z którego wionęła przepaść czasu, odwrócił się i wyszedł. Rozmowy przygasły, nawet powietrze zmieszane z gęstym papierosowym dymem jakby zamarło. Otrząsnąwszy się ze zdumienia wraz z przyjacielem wybiegliśmy z lokalu, by zaprosić mężczyznę na piwo. Jak okiem sięgnąć Żyda wiecznego tułacza już jednak nie było...
W Tarnowie za to widziałem niedawno, w okolicy ulicy Goldhammera mężczyznę na rowerze, całego obwieszonego krzyżami, w tym jednym takim półmetrowym, który z ciepłym uśmieszkiem na twarzy co jakiś czas pokrzykiwał coś zdaje się o nawróceniu i o szatanie. Jednak bardziej niż on sam, zainteresowały mnie wówczas reakcje ludzi. Zwłaszcza wyraz twarzy mijającej mnie elegantki – zakładam, że zacięta i pełna oburzenia jej twarz rozpromieniłaby się, gdyby zamiast „krzyżowca” zobaczyła paradę obściskujących się „tęczowych” młodzieńców czy niewiast – sodomitów i gomorytek obojga płci... Ech, młodzi, wykształceni, z wielkich miast...

Wędrując najpiękniejszą starówką świata (dla mnie) dochodzę do Placu Sobieskiego – tu znów ku swojej zgrozie widzę Indian południowamerykańskich. Z dyskietki sączą się wygrywane na samphoniach śliczne, kojące melodie, które wszakże nie mają nic wspólnego z muzyką andyjską, podobnie jak leżąca na walizce „samphonia”, która jest raczej fletnią pana, niż tym, czym być powinna. Cóż, widocznie takie fifulenie europejskich melodii najlepiej się sprzedaje. Ech, dziś prawdziwych Indian już nie ma...

Wędrując okolicznymi uliczkami mam jeszcze szansę natknąć się na sunącą powoli postać znajomego artysty malarza, moim zdaniem znakomitego – nie tylko jako artysta, ale także jako człowiek, co nieczęsto idzie w parze. Artysty który ostatnimi czasy miewał problemy ze sprzedażą swoich prac, z którymi za nic rozstawać się nie chciał, gdy miały wzięcie – a apokaliptyczne obraz te powstawały do kolejnych płyt zespołu „Armia”. Podobny problem ma wielu innych artystów, malujących dziś na zlecenie różowe pudelki pod kolor zasłon, a wszystko to odkąd wzięcie mają warte kilkadziesiąt tysięcy złotych „dzieła”, polegające na tym, że „wzięty” „artysta” z rozpędem parę puszek farby na płótno ciepnął. Cóż, „Salon” premiuje, nagradza dziś tfu-rców cenionych za polityczną poprawność i lewicowość, nie zaś za to, co tworzą, czego przykładem może być chociażby popularność Wilhelma Sasnala.

Wędrując okolicznymi uliczkami mógłbym też natknąć się na Habiego, postać barwną, o której chętnie powiedziałbym że to „stary satyr”, gdyby nie to, że Habi stary nie jest. Artysta grafik, w przecudowny sposób wiecznie złośliwy, z pasją obrażający ludzi wymyślnym, plastycznym i niezwykle barwnym językiem, artysta, którego towarzystwo bardzo sympatycznym jest, jeśli tylko nie trwa zbyt długo. Oto człowiek, który z wysokości kufla piwa przyglądając się jak jego kolega konsumuje obiad w restauracji, głośno czyni uwagi na temat tego, jak w lokalu „o takich aspiracjach” powinien być na talerzu ułożony kotlet względem ziemniaków. Wciąż mam w pamięci sytuację z miejskiego targowiska – opodal stragan ze spodniami, na którym sprzedaje Rysio i drący się w niebogłosy Habi: „ech wy, dziennikarzyny (takie i owakie). Widzisz tego dziadygę za ladą? Przypatrz się uważnie: to jest właśnie k... twoja przyszłość”. Dziadyga za ladą relacje te nazywał „szorstką przyjaźnią”.

Ale idę dalej i spotykam kolejną postać, dla mnie najmocniej chyba wpisana w pejzaż miasta, postać której sam widok, w całej tej pogoni, w całym tym pośpiechu, jest jakby wezwaniem do zatrzymania się i refleksji. Oto w niebywale ślimaczym tempie, krok po kroku, noga za nogą, z dziwnym półuśmieszkiem na twarzy przesuwa się na wpół ociemniały stary ksiądz, ponoć niegdyś postrach seminarzystów na odcinku łaciny. I oczami wyobraźni widzę rozpędzoną kamerę, która z przepięknego świata czerwonych dachów starówki spływa na ulicę, biegnie mijając ludzkie twarze, biegnie jak i one, śpieszy, się pędzi, na chwilę tylko tu i ówdzie liznąwszy jakiś grymas – i wreszcie świat cały i czas cały zatrzymują się, wraz z kamerą utkwioną w postać starego księdza z półuśmieszkiem, w niebywale ślimaczym tempie, krok po kroku wędrującego dokądś tam. I w ujęciu tym chciałbym w jakiś magiczny sposób zamknąć cały pejzaż, z emerytowaną nauczycielką która nie przepuszcza żadnej, nawet młodzieżowej imprezie („nie było pana na wczorajszym koncercie!”), z żebraczką stojącą wraz z dzieckiem na wózku inwalidzkim (kamera się zatrzymuje na ułamek sekundy, widać jak ukryte pod kocem nogi dziecka poruszają się z nudów) – i w ujęciu tym byłby i żebrak z walizką, też na wózku, okresowo z upodobaniem z niego wypadający, aby inni musieli go podnosić, i artyści, i pijacy, uczniowie, starcy, rowerzyści, i biznesmeni może też, choć oni zwykle najmniej na to zasługują, i kostka brukowa, kałuże, kamienice, słońce, dachy, ludzkie stopy – cały ten tętniący życiem, malowniczy pejzaż: widzialny – ale nie widziany, dostrzegalny – ale nie dostrzegany, jakże żywy – ale jakże ulotny, odchodzący w przeszłość wraz z deszczem, co zmywa wszystkie ślady, odchodzący z każdym uderzeniem serca, będący często na wyciągnięcie ręki, ale przesłonięty kurtyną naszego pośpiechu i skupienia na samym sobie...


M. Poświatowski



czwartek, 21 października 2010, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P

Komentarze
wg108
2010/10/21 23:11:25
Świetny tekst.


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -