Blog > Komentarze do wpisu

-> Bilans życia, czyli napędza mnie gniew (cz.2)

Najważniejsze pisma muzyczne uznają Behemotha za najlepszy zespół koncertowy świata. Wasz utwór jest wysoko na liście metalowych utworów wszech czasów, a ostatnia płyta była jedną z najlepiej sprzedających się w Stanach. Sądzi pan, że zainteresowanie panem w Polsce wywołuje muzyka, czy kobieta, z którą się pan zaręczył?
- Doda to dobro narodowe. Jest piękna i utalentowana. Patrząc na to, co się sprzedaje w mediach - ten brak charyzmy, szarość i miałkość - nie dziwię się, że ludzie są jej ciekawi. Wystaje ponad tłum. Jest wielobarwna. Poza tym w biznesie, w którym pracuje, zainteresowanie serwisów plotkarskich czy tabloidów jest jej potrzebne. Mnie niekoniecznie.
Taka popularność nie przekłada się ani na sprzedaż moich płyt, ani tym bardziej na liczbę świadomych fanów. Nie jest nam zwyczajnie potrzebna. Behemoth nie stanie się z dnia na dzień zespołem dla gospodyń domowych. No, ale skoro jestem z Dorotą, to godzę się na to, że mamy ograniczoną prywatność. Gdybym uważał, że moja muzyka nie jest nic warta, to może bym czuł pewne skrępowanie i obawiał się, że postrzegają mnie tylko jako tło partnerki.
Irytuje mnie natomiast to, że Polacy nie doceniają wkładu Behemotha w promocję rodzimej kultury na świecie. Po koncertach za granicą ludzie często pytają nas, skąd jesteśmy. Polska? A gdzie to? Co to za kraj? Takie są niestety fakty. Nie oczekuję orderu od ministra, ale miło by było, gdyby nie wylewano na nas tylko jadu i nie rzucano kalumnii. Przeciętny Norweg wie, czym jest Dimmu Borgir i co ten zespół zrobił dla promocji swojego kraju w świecie. Nie musi być fanem muzyki metalowej, ale zna temat i docenia.

Kto pana docenia prócz fanów?
- Rodzice od zawsze mnie wspierali. Tato ze znajomym rymarzem kilkanaście lat temu szył mi pierwsze kostiumy ze skóry. Kiedy gramy w moim rodzinnym Gdańsku, mama przychodzi na koncerty. Wzrusza mnie ich bezwarunkowa miłość. Wiem, że cokolwiek bym zrobił, i tak będę dla nich najlepszy. Czasami to nawet irytujące, że nie potrafią dostrzec, że zdarza mi się postępować niesłusznie. I tak bez względu na okoliczności stoją po mojej stronie. Poza tym to typowa polska rodzina. W domu wiszą jakieś krzyże, ale wątpię, czy ktokolwiek zastanawia się nad ich rolą (śmiech). W każdym razie przed nimi nie muszę się tłumaczyć ze swojego stosunku do wiary i tradycji. O właśnie, to jest strasznie irytujące, że w naszym kraju artysta musi się tłumaczyć ze swojej twórczości. Nie jestem przecież politykiem, nikim nie rządzę, nikt mnie do niczego nie wybierał i nikogo nie zmuszam do obcowania z moją sztuką. Wolność wypowiedzi to jest moje święte prawo i będę go bronił do końca.

A obowiązek?
- Wierzę, że artysta ma obowiązek wobec samego siebie. Mówię o szczerości przekazu. Poza tym nic go nie ogranicza, sam wytycza sobie granice. A najpiękniej jest, jeśli ich w ogóle nie ma. Wtedy sztuka ma największy sens, bo tworzy coś, zamiast wypełniać jakieś schematy. Nie wszyscy to rozumieją, niestety. Szczególnie samozwańczy stróże moralności, którzy nie widzą belki w swoim oku, za to widzą igłę w moich tekstach. Takich ludzi trudno mi uznać nawet za wrogów. Wroga się szanuje, ja dla nich mam w zanadrzu jedynie pogardę. Oni nie chcą dyskutować, chcą mnie siłą wtłoczyć w swój kwadratowy świat i zakuć w światopoglądowe dyby. Nie rozumieją, że sztuka nie daje odpowiedzi, a jedynie zadaje pytania. Nie mogę więc brać odpowiedzialności za tych, których swoją sztuką pytam. Parę lat temu w Chile po koncercie blackmetalowego zespołu Dark Funeral jakiś maniak wpadł do świątyni i zamordował księdza. Czy to wina muzyki, czy raczej kwestia warunków, w jakich dorastał ten człowiek, jego wychowania, setki innych czynników? Nawet jeśli muzyka była katalizatorem bezsensownego zabójstwa, problem musiał leżeć gdzie indziej. To tak, jakby przy każdym morderstwie taksówkarza rozpatrywać przed sądem, czy przypadkiem winny nie jest Krzysztof Kieślowski, bo nakręcił "Dekalog" ze szczegółową instrukcją dla mordercy taksówkarzy. Absurd!
Sztuka to metafora, czego większość zakutych łbów nie rozumie. Dlatego skarżą do sądu wystawy w galeriach, happeningi, koncerty.
Nie szukam idylli, potrzebuję pikanterii.

Pan na scenie tak dziwnie charczy. Śpiewa przeponą, a nie gardłem. Nie może pan normalnie?
- Może nie umiem normalnie? Jestem naturszczykiem. Gram na gitarze i śpiewam intuicyjnie. Nut uczyłem się kilka razy w swoim życiu, ale mój mózg wypiera tę wiedzę (śmiech). Jestem muzycznym analfabetą, ale mam ten luksus, że w muzyce rockowej komponowanie nie polega na zapisywaniu nut i idealnym ich odgrywaniu. Gram emocjami, sercem, wyobraźnią. Często nucę sobie pomysły pod nosem i nagrywam na dyktafon. Potem transponuję to na gitarowe riffy i tak powstają fundamenty poszczególnych utworów. Muzyka, którą gramy, wymusza taką, a nie inną manierę wokalną. Pies szczeka, kot miauczy, a deathmetalowi wokaliści growlują. Nie ma się tu nad czym zastanawiać. Uprzedzając pani kolejne pytanie, czy moje malowanie się na scenie jest niemęskim pajacowaniem, zaznaczę od razu, że nie lubię podziałów na czynności męskie i niemęskie. Denerwują mnie zarzuty - a słyszę je nawet od mojej narzeczonej - że zachowuję się niemęsko.

Kiedy?
- Kiedy w dyskusji nie stanę w jej obronie, bo moim zdaniem nie ma racji. Ona zaś uważa, że mężczyzna powinien stawać za kobietą murem zawsze. Ma być jak rycerz. Na śmierć w imię honoru swojej ukochanej (śmiech). Odpowiadam wtedy, byśmy rozdzielili wszystko, co robimy w życiu, na czynności męskie i niemęskie, i konsekwentnie trzymali się swoich ról. Niech zapomni, że będę prał, sprzątał, robił zakupy itd. To przecież bardzo niemęskie czynności.

Czy pana narzeczona jest wojownikiem?
- Potrafi być potwornie silna, w ogóle niewzruszona, wręcz zimna. Nie bierze jeńców. Ma bardzo jasno określone cele, osiąga je, i to mi imponuje. Nie dostała niczego na tacy. Bardzo w niej to cenię. Ja też nie pochodzę z zamożnej rodziny i wszystko, co w życiu osiągnąłem, zawdzięczam samemu sobie. Od zawsze szalenie inspirowali i pociągali mnie ludzie, którzy stanowili za siebie i żyli odważnie. Patrząc, jakie modele zachowań są powszechnie lansowane, coraz trudniej spotkać jednostki, które żyją według własnego kodeksu, których nie przeraża ostracyzm społeczny. W inności drzemie prawdziwa moc i Doda ją ma. Jednocześnie wzrusza mnie, kiedy przeobraża się w bezbronną kobietę. To sytuacje między nami, często intymne, kiedy rozmawiamy ze sobą własnym językiem zrozumiałym tylko dla nas dwojga.

Wtedy budzi się w panu instynkt opiekuńczy?
- Tak. To chyba normalne. Ale to niezależna kobieta, więc moja troska sprowadza się głównie do dbania o jej komfort psychiczny. Np. nie daję jej powodów do zazdrości. Wie, że nic złego nie spotka jej z mojej strony. W ludziach pokutują stereotypy o artystach, uważają, że nie jesteśmy stworzeni do stałych związków. To typowe generalizowanie. Można mieć swoją etykę i się jej trzymać, można mieć charakter i nie poddawać się każdej pokusie, która czeka nas po koncercie. Być uczciwym i szczerym to podstawa. No i wyrozumiałym.

To znaczy?
- W swoim związku staram się przyjmować rolę "tego dojrzalszego". Kontroluję swoje emocje, ale też ogarniam emocje mojej kobiety. Czasem trafiają się takie sytuacje, że trzeba dać sobie na przeczekanie, przestać naciskać, odpuścić. Jeżeli druga strona bywa niedojrzała, manipuluje, stosuje rozmaite emocjonalne gierki, czasem nawet wybucha, to... nie odpłacam jej tym samym (śmiech). Mam nadzieję, że stwierdzi wówczas, że nie można stawiać wszystkiego na ostrzu noża, że emocje można kontrolować. Tak więc, jak często bym sobie twarz malował, to pozostaję dla mojej kobiety bardzo męski (śmiech).

Imponuje jej pan?
- Swoją muzyką na pewno, mimo że nie jest jej fanką. Nie chcę jej katować ani na siłę zmieniać (śmiech). Nie potrzebuję też od niej poklasku czy dowartościowania. Czuję się kompletny. Ona mi kibicuje, ja kibicuję jej, nie tylko w kwestiach zawodowych. Do szczęścia potrzebuję symbiozy. Niech mnie pani źle nie zrozumie - nie szukam idylli, potrzebuję pikanterii w związku. Dobrze jeśli ogień płonie, ale wspaniale jest, jeśli po bitwie przychodzi upragniony spokój i ukojenie.

Co jej pan ostatnio podarował?
- Tunikę na nadrukiem Behemotha. Wygląda w niej pięknie, ale wątpię, czy będzie nosić. Louis Vuitton to to nie jest (śmiech). Co wieczór robię bilans życia

Jest pan taki silny czy tylko udaje?
- Umówmy się, trafiło na silnego skur... (śmiech). Większość tak poważnych chorób jak moja leczy się mocą pozytywnego myślenia. Dlatego nie mam wiary, a niezachwianą pewność. Biorę chorobę jako dobrą monetę, dzięki której zrozumiem, nauczę się czegoś więcej. Przypomniał mi się właśnie cytat z Arystotelesa, nauczyciela Aleksandra Macedońskiego: "Im krwawsza bitwa, tym słodsze zwycięstwo". Z tymi słowami i zaciśniętymi pięściami wchodzę na ring. Co wieczór robię bilans swojego życia, oceniam, co i dzięki czemu osiągnąłem. To mi daje wspaniałą perspektywę i jest źródłem mocy. Mam 33 lata, a przeżyłem już prawdopodobnie trzy życia przeciętnego człowieka (śmiech). Żyję bardzo intensywnie, jestem hiperaktywny, bardzo kreatywny, i to jest sens mojego jestestwa.
No i mam przy sobie Dorotę (jest taka silna), rodziców, wspaniałych przyjaciół, kolegów z zespołu i całą armię ludzi, dla których moja twórczość jest sensem życia. Krótko mówiąc, mam wszystko (śmiech).


Dorota Wodecka
(Gazeta Wyborcza)




poniedziałek, 30 sierpnia 2010, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> WENUS Z KRAJU TULIPANÓW (felieton nr 99)

    Było to 42 lata temu. W styczniu 1970 roku piosenka Venus mało znanej w Ameryce holenderskiej grupy Shocking Blue weszła na listę bestsellerów singlowych magaz

  • -> Skład Kultury

    14 grudnia odbędzie się kolejny koncert z cyklu Skład Kultury, którego organizatorem jest Tarnowskie Centrum Kultury. Gospodarzem imprezy będzie tarnowski zespó

  • -> PROWOKACYJNY DEBIUT (felieton nr 98)

    16 czerwca minęło 40 lat od dnia, w którym ukazał się pierwszy album Roxy Music - zespołu, który w dziejach rocka był uważany za glamrockowy, progresywny, artro



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -