Blog > Komentarze do wpisu

-> Moja krew (część druga)

ds

A oto wywiad z  Marcinem Wroną przeprowadzony przez Marię Szmagaj:

Eryk Lubos w roli podobnej do Igora z „Mojej krwi” sprawdził się wcześniej w teatrze - w spektaklu „Nakręcana Pomarańcza”. Czy od początku wiedział Pan, że to właśnie ten aktor zagra główną rolę w Pańskim pełnometrażowym debiucie?
Tak, to była przemyślana decyzja. Zależało mi na utalentowanym aktorze, którego polskie kino nie zdążyło jeszcze wyeksploatować. Eryk już na pierwszym roku PWST we Wrocławiu zapisał się do sekcji bokserskiej. Żartujemy sobie, że przygotowywał się do tej roli trzynaście lat, czyli od kiedy zaczął regularnie uprawiać pięściarstwo. Z boksem związane są pewne rytuały oraz konieczność prowadzenia specyficznego trybu życia. Wiedziałem, że osoba, która zna świat tego sportu, doda wiarygodności postaci. Sam zainteresowałem się tematyką bokserską i w związku z tym zapisałem się do sekcji, gdzie ćwiczy Eryk. Poza tym chciałem go poznać z innej strony, nie tylko jako aktora przychodzącego na casting.

Jak już powiedzieliśmy, tematyka boksu odgrywa w „Mojej krwi” bardzo istotną rolę. Czy w prywatnym życiu także przywiązuje Pan szczególną uwagę do sportu?
Trenowałem koszykówkę. Byłem nawet w kadrze narodowej, ale w wieku 20 lat musiałem zakończyć karierę z powodu kontuzji. Tak jak główny bohater w pewnym momencie straciłem to, czemu poświęcałem całe dotychczasowe życie. Większość głównych rozdziałów w filmie wynika z moich doświadczeń, obserwacji czy potrzeb, które miałem w momencie powstawania scenariusza. Jeden z najszybciej wychwytywanych wątków to historia człowieka, chcącego mieć dziecko. W wyniku tego, co się dzieje z Igorem – chodzi o zakończenie kariery, nieudany związek - pojawia się pragnienie pozostawienia po sobie śladu, zachowania pamięci. To staje się priorytetem głównego bohatera. Do scenariusza wprowadziliśmy też kwestie społeczne: życie imigrantów z Wietnamu i fikcyjnych małżeństw polsko-azjatyckich, licznie zawieranych w okresie likwidacji Stadionu Dziesięciolecia. Nie chciałem, żeby film do końca był odbierany jako pesymistyczny, stąd pozytywne aspekty – przemiana Igora i odkrycie przez niego na nowo świata uczuć.

Powróćmy na chwilę do wątku wietnamskiej dziewczyny (Yen Ha), granej przez Luu De Ly. Jak układała się współpraca z aktorką?
To było bardzo ciekawe doświadczenie. Pojechaliśmy do Hanoi w Wietnamie, zrobiliśmy casting. Okazało się, że Luu świetnie pasuje do roli. Dla niej przyjazd do Polski był pierwszą zagraniczną podróżą. Obawiałem się szoku kulturowego, jednak okazało się, że jest bardzo odporna psychicznie. Słabo zna angielski, polskiego tekstu nauczyła się fonetycznie. Czasem sprawiało nam to problem - gdy chcieliśmy coś zmienić w scenariuszu, musieliśmy uczyć ją nowych słów polskich. Z drugiej strony pozwalało nam to budować relację między Igorem a Yen Ha za pomocą obrazów, poza tekstem.

Postać kreowana przez Eryka kipi energią, jest wciąż nabuzowana. Pomimo że pod koniec ulega pewnemu wyciszeniu i uspokaja emocje, zapamiętujemy go jako bohatera, który bardzo łatwo poddaje się negatywnym emocjom.
Zależało mi na przedstawieniu dwóch różnych światów. Dwójki postaci, które w bardzo jaskrawy sposób uosabiają cechy swoich płci. Igor na początku filmu jest facetem nie posiadającym właściwych narzędzi do komunikacji ze światem. Porozumiewa się pięścią. Działa instynktownie, ale jednocześnie nie szuka usprawiedliwień. Wyraża siebie za pomocą walki – co może być odczytywane jako metafora życia. Zwłaszcza, że na przykład wschodnie sztuki samoobrony czy walki opierają się na filozofii, człowiek powinien być czujny, by zawsze podjąć nowe wyzwanie. Drugą ważną postacią dla filmu jest, w dość przewrotny sposób poznana, Wietnamka. Igor skazany na jej towarzystwo, na początku nie akceptuje dziewczyny i traktuje ją przedmiotowo. Jednak dochodzi w nim do przełomu i zaczyna sobie uświadamiać, że w błyskawicznym tempie musi przeżyć życie na nowo. Przestaje myśleć tylko o sobie, odnajduje poczucie troski czy odpowiedzialności za innych. Dojrzewa, a nawet doświadcza miłości. Stacza ostatnią walkę, zarówno metaforyczną – w życiu, jak i tę na ringu.

Podsumowując, jest to film pełen emocji, napiętych relacji, kontrastów…
Wszystko za sprawą pary skrajnych bohaterów. Moim ulubionym filmem jest „La strada”. Jako niesamowite odbieram to, że dwójka dziwolągów się spotyka i żyje ze sobą. „Moja krew”, mimo, iż jest szorstkim filmem, to w strukturze można dostrzec nawiązanie do melodramatu. Kontrast pojawiający się pomiędzy Igorem a Yen Ha był zamierzony, on wprowadza chaos, pęd, ciemne obrazy, a dziewczyna wycisza, spowalnia rytm, pojawiają się panoramy, światło. Istotne jest to przejście, przemiana z negatywnego stanu emocji w ukojenie.


Maria Szmagaj


df

I na koniec recenzja Artura Cichmińskiego zamieszczona na Stopklatka.pl, 20 czerwca 2009

Jeśli mamy pokazywać coś Europie to warto sobie życzyć takich realizacji, jak film Marcina Wrony pod tytułem"Moja krew". Mocne, wyraziste, chwilami szalone kino aż kipi od emocji. Uniwersalna historia o nawróceniu została zrobiona z pasją i niemałym rozmachem, co zdecydowanie wyróżnia ją na tle niemrawych, bladych produkcji o wszystkim i o niczym. Projekt noszący na początku jeszcze tytuł "Tamagotchi", ostatecznie "Moja krew", to jeden z najbardziej oczekiwanych debiutów tego roku. Film w reżyserii Marcina Wrony powstał na podstawie scenariusza nagrodzonego w polskiej edycji konkursu Hartley-Merrill i zdobywcy trzeciej nagrody w jego międzynarodowej odsłonie. Jego autorami są Marcin Wrona, Grażyna Trela oraz Marek Pruchniewski. W efekcie powstała śmiała, osobista, a przy tym efektownie uwodząca widza fabuła. Obraz debiutanta ma w sobie pokaźny ładunek energetyczny, jest chwilami gwałtowny, ostry, niepohamowany zupełnie jak jego główny Bohater - Igor, z idealnie zrekrutowanym do tej roliErykiem Lubosem. To co zwraca szczególną uwagę na to przedsięwzięcie to jakość filmu. Produkcja, którą bez kompleksów można pokazywać na świecie i słusznie oczekiwać związanych z tym profitów, tak artystycznych, jak i czysto marketingowych. Tytuł ma już zresztą francuskiego dystrybutora, a jego przyszłość na europejskich ekranach pozostaje sprawą zupełnie otwartą.

Problem "Mojej krwi" polega na ładunku gatunkowym, wadze poruszanego przez projekt tematu. Mamy oto historię boksera, człowieka bez zasad moralnych, dla którego jedyną treścią życia jest walka. W pewnym momencie, po jednym z pojedynków, Igor musi jednak zakończyć karierę i definitywnie uporządkować swoje życiowe sprawy. Czyni to w dobrze sobie znany sposób, impulsywnie, z dziką furią, bezwzględnie dążąc do obranego celu. I tu rodzi się konflikt natury moralnej. Żeby bohater grany przez Lubosa mógł zrealizować swój plan zmusza on młodą Wietnamkę, wykorzystując jej sytuację nielegalnego imigranta, do tego aby ta urodziła mu dziecko. Praktycznie bezbronna dziewczyna z jednej strony ulega mu ze strachu, z drugiej jednak szuka też swojej szansy na lepsze jutro. Igor oferuje jej bardzo wiele, łącznie ze ślubem, a tym samym obywatelstwo. I jak to w filmach bywa sprawy zaczynają przybierać (nie)oczekiwany obrót.

Marcin Wrona zrobił film osobisty. Tak, jak go czuł i jak go widział. A miał pomysł odważny i kontrowersyjny. Pokazać historię osoby, która wobec opinii "lepszego" świata na to nie zasługuje, jest rzeczą zaiste bezkompromisową. Taki jest też ten obraz, który czerpie swoją siłę z tego antybohatera, ale mimo wszystko postaci na swój przewrotny sposób interesującej. Najwyraźniej o to chodziło reżyserowi, żeby opowiedzieć o potrzebie człowieczeństwa w każdym, nawet najbardziej zdeprawowanym osobniku. Igor nie grzeszy kulturą osobistą, taktem i obyciem. Jest niebezpieczny dla innych, co w równym stopniu dla siebie. Rani ludzi, łącznie z tymi najbliższymi. Kiedy musi coś naprawić robi to tak, jak umie - bez finezji, intuicyjnie, nierzadko karykaturalnie. Można się zżymać: po co to wszystko? Jaki jest sens robić film o zwyrodnialcu, który przyciśnięty do muru, wykorzystuje biedną Azjatkę, praktycznie ją przez pewien czas gwałcąc? Potem rodzi się jednak uczucie i znów ktoś powie, co za banał. Pytanie czy dla Igora oznacza to dokładnie to samo?

Różna ekranowa rzeczywistość przekonuje bardziej lub mniej. W "Mojej krwi" widzimy rzeczy, z którymi trudno jest się zgodzić czy je zaakceptować. Ten nieokrzesany, bandycki bokser raz zniechęca, innym razem zatrważająco pociąga. Odczuwa się wręcz nad tym wszystkim pewną brzydką fascynację, ale cały film gra na tej właśnie ostrej, szorstkiej i brudnej nucie. To kino o potrzebie uczuć, któremu daleko do baśniowych, zaprawionych romantycznym syropem opowiastek. Tu rządzi chaos, dzikość, ludzka, nie zawsze zdrowa, podświadomość. To wszystko niezwykle wyraziście, chwilami wręcz spektakularnie, pokazuje z kolei Wrona. "Moją krew" doskonale się ogląda, czekając z nieukrywanym zainteresowaniem na każdy kolejny kadr czy scenę. Jeśli nawet trzydziestosześcioletni dziś filmowiec sprzedaje nam sprawnie nakręconą iluzjonistyczną sztuczkę, to czyni to perfekcyjnie, podając na tacy krwisto soczyste, rasowe kino.

Mówi się, że każdy powinien dostać drugą szansę O tę szansę walczy w filmie Igor i może warto też dać takową samemu tytułowi. Zwłaszcza, że smakowitych kąsków trochę się w nim znalazło. Po pierwsze rola Lubosa, mającego tyleż entuzjastów swego aktorskiego emploi, co wrogów. Sukces aktora w tym przypadku to idealnie pasująca do niego rola. Jeśli jednak ktoś Lubosa nie "kupuje", to chyba wyjątku tutaj też nie zrobi. Mimo to on w tym filmie jest i bierze go na swe barki bez ceregieli. Czymś osobliwym jest też udział w obsadzie byłego mistrza świata, Marka Piotrowskiego. Jego osobiste przeżycia, postępująca choroba - skutek uprawianego sportu, stają się aż nadto wymowne w kontekście rozgrywającej się na ekranie opowieści. Wreszcie debiutująca wietnamska aktorka Luu de Ly, która w ten męski brutalny świat wprowadza coś niewinnego i bezcennie pozytywnego.

Powstał naprawdę dobry, solidny film. Porywająca, wciągająca ekspozycja pewnego gorzkiego ludzkiego przypadku. Jest w tym moc, jest i magia.


oprac. Ryszard Zaprzałka
przy pisaniu tego tekstu korzystałem w materiałów nadesłanych przez MCK



piątek, 12 lutego 2010, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> MACIEJ STUHR – część I

    Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało mi

  • -> Maciej Stuhr - część II

    Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysła

  • -> Łukasz Maciejewski

    Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży. Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskie

Komentarze
Gość: Redakcja portalu G-punkt, *.chello.pl
2010/02/13 19:45:16
Witam,

Proszę o podanie linku do źródła lub niezwłoczne usunięcie wywiadu, do którego zamieszczenia nie mieli Państwo prawa.
-
Gość: autor, *.xdsl.centertel.pl
2010/02/14 09:34:49
Tak jak napisałem w postcriptum przy przygotowywaniu powyższego tekstu korzystałem w materiałów nadesłanych przez organizatora imprezy do wszystkich lokalnych mediów czyli Mościckiego Centrum KJultury. Pozdrawiam. Ryszard Zaprzałka.


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -