Blog > Komentarze do wpisu

-> Requiem dla Galerianki (część pierwsza)

And now you want some understanding,
what's my point of view?
Then I'll just fade away...
Paradise Lost, Fader


A więc otworzono galerię. W ogóle to był burzliwy i obfitujący w wydarzenia tydzień. Żyd Kotlarczyk, od kilku miesięcy heroicznie konkurujący z Biedronką i Liderem, teraz poczuł pismo nosem i zamknął swój osiedlowy sklepik, pan Pit, który kupował u niego fajki i piwo na krechę, chodził nabuzowany po ulicy, a jeszcze wprowadziła się Krycha.
Krycha to fajna kobiecina. Pomagałem jej znosić rozmaite sprzęty, ona poczęstowała mnie w zamian tym i owym, i nasze sąsiedzkie stosunki układają się póki co wyśmienicie. Ale to tak na marginesie tylko, bo Krycha, choć to, jak mówię, kobiecina bardzo fajna i do rzeczy, nie jest interesującym tematem na jakiś dłuższy wywód, zwłaszcza teraz, gdy Żyd Kotlarczyk zwinął swój majdan i przestało istnieć forum, gdzie pokrewne wywody co niektórzy z zapałem podejmowali. A więc Krychę póki co zostawmy w spokoju. Niech się kobiecina urządza.

*

Moje osiedle nie miało szczęścia do nazw czy też – antropomorfizując – do własnej, nawet nie unikatowej, lecz odrobinę wyróżniającej tożsamości. Administracyjnie to zachodni skrawek Strusiny, ale kto tu identyfikowałby się ze Strusiną? Żyd Kotlarczyk? A może pan Pit? Nie, nie – Strusina to kościół Misjonarzy, a do kościoła są trzy przystanki dziewiątką, czyli co by nie mówić kawałek drogi. Nikt od nas piechotą na sumę nie chodzi. Ani Żyd Kotlarczyk, ani pani Drużbicka. A pan Pit w ogóle nie chodzi, bo nie znosi czarnych. A więc żadna Strusina, Strusinie mówimy nie! Za Białą były Koszyce, parę kroków na wschód zaczynała się Kolonia Kolejowa, nawet kilka uliczek po drugiej stronie Krakowskiej nosiło zwyczajową nazwę Rudów - a tutaj, u nas? Nie wiadomo. Nikt nie wiedział i z tego, co z rosnącą irytacją zauważałem, nikogo z wyjątkiem mnie zbytnio nie trapiło, że tworzymy bezimienną enklawę. Pamiętam, jak próbowałem w wieku kilku lat raz na zawsze sprecyzować swoją lokalizację i jak byłem zawiedziony, gdy nic się w tej lokalizacji, tylko szczątkowo określonej, nie kleiło. Na przykład nie mieściło mi się w głowie, że miasto jest zarazem województwem (tak właśnie, błędnie, przekazała mi matka, próbująca uciąć czym prędzej nic dla niej nieznaczącą, a dla mnie newralgiczną kwestię). O nazwie dzielnicy czy osiedla oczywiście nikt z rodziców nie miał bladego pojęcia i chyba wtedy pierwszy raz zrozumiałem, że rodzice nie są wszechwiedzący. Ale to nie był największy zawód dzieciństwa. Byłem skłonny do wszelkich lokalnych patriotyzmów, z tym elementarnym, osiedlowym włącznie (a nawet na czele), lecz trudno przywiązywać się do osiedla bez nazwy, podobnie jak – choć o tym miałem dowiedzieć się, rozsypując szczęśliwie sentymenty po innych, odległych i nazwanych miejscach –  niełatwo pokochać dziewczynę bez imienia.
Brak nazwy stwarzał problemy, ale stanowił też poletko dla inwencji. Mogliśmy wprawdzie przystać na patronów podkowiastej ulicy, przy której mieszkałem i która zakreślała fragment osiedla, lecz nazwa Braci Żmudów brzmiała nieładnie, a dodatkowo prowokowała antysemickie docinki. Na potrzeby meczów, jakie toczyliśmy na korytarzu w trakcie śródlekcyjnych przerw z chłopakami z Kolonii (piłkę zastępowała zazwyczaj gąbka), tworzyliśmy fantazyjne nazwy, zaczerpnięte głównie z popularnej wówczas ligi NBA. Osiedle Kings, osiedle Magic, i tak dalej. Oczywiście, żadne z tych mian nie miało szans na szerszą akceptację. A nasza inwencja skończyła się nawiasem mówiąc dość makabrycznie, bo w trakcie zapisów osiedlowego zespołu na wakacyjny turniej piłkarski, jeden z kumpli na pytanie o nazwę ekipy wystrzelił: Czarne Orły! Zdumienie pozostałych chłopaków było tak potężne, że nikt nie zdołał w porę zaprotestować. Szczęśliwie odpadliśmy w pierwszej rundzie, przegrywając, jeśli pomnę, dziewięć do zera, a osiedle jak było, tak pozostało bezimiennym.

*

To chyba jeden z bardziej drastycznych przejawów upływu czasu: ujrzeć, że po twoim dziecięcym placu zabaw, nie pozostało już śladu.
Nie powiem, żebym wszedł do galerii ot tak, jak wchodzić obytemu w dziesiątkach galerii światowcowi przystało. Nie. Jakieś emocje były. Ba, emocje, przyznaję z lekkim zażenowaniem, niemałe.
Między Camaieu a Reserved, a może między New Yorkerem a Sizeerem, albo też między Gattą a Ravelem – to w sumie dla mnie, zwykłego chłopaka z Tarnowa, bez różnicy, bądź co bądź między jednym szajsem a drugim przypomniałem sobie, jak Bobek wpada w wątoczane bagno i chciało mi się śmiać tym sentymentalnym śmiechem, kierującym do oczu łzy.
„Płynie Wątok, płynie...” - nie pamiętam już treści coveru piosnki, śpiewanej często po lekcjach, ale powtarzały się w niej słowa „gnój”, „smród” i „syf”. Kanalizacja była na osiedlu pojęciem abstrakcyjnym, a co za tym idzie strumyk – jak go pan Bóg, podobno, stworzył – był cuchnącym ściekiem o jednolicie czarnej barwie. Świat widziany oczami dziecka wydaje sie zawsze światem istniejącym niezmiennie, więc zakłopotały mnie nieco wspomnienia rodziców, jak to kiedyś Wątok był czysty i pełen drobnych rybek, nawet jeśli przywołane obrazy poświadczały boską mądrość.
Wątok, ten synonim ścieku, miał niby nie być ściekiem od zawsze? W tym syfie coś kiedyś żyło?
Zakłopotały to mało powiedziane, drastyczne wspomnienie nieistniejącego już świata rodziło  ponury wniosek: kiedyś wszystko było czyste, a teraz jest brudne, odrażające i martwe. Rodzice, idealizując swoją młodość i rozprawiając z rozrzewnieniem, jak to kiedyś było lepiej, nie zdają sobie sprawy, jaki bunt rodzi się w dzieciach – za to, że przekazano im zupełnie inny, gówniany świat. I jeszcze mieli czelność zabraniać nam bawić się nad zdewastowaną rzeczką, przywołując ku przestrodze na poły legendarną historię chłopaka zapadającego się w bagno. Zbiegło się rzekomo całe osiedle, lokalni zwyczajni-niezwyczajni podsuwali mu różne przedmioty, tyki, grabie, sznur, by mógł się złapać i wydobyć z grząskiego dna, lecz wszystko na marne – bagno pochłaniało go, i pochłaniało, powoli, z okrutną cierpliwością.
Za przyzwoleniem chodziliśmy nad Wątok tylko raz w roku, by utopić marzannę w pierwszy dzień wiosny. Tuż poniżej kładki uchodził kolektor i odrażająca woń intensyfikowała się, a wokół fruwały dziesiątki mew, nieznośnym skrzekiem wyrażając zachwyt dla ciągłych dostaw posiłku.
Zakodowałem – znienawidzoną kukłę topi się w ścieku, a powitanie wiosny odbywa się z zatkanym nosem. Dopiero w późniejszych latach zrozumiałem, że tylko u nas marzanna miała tak drastyczną (względnie: tak gównianą) śmierć.

*

Rewind, bo pobłądziłem w dygresjach.
A więc gdzieś między Vanessa Lingerie a Czasem na Herbatę, przypomniałem sobie Bobka z nogą w wątoczanym bagnie i sentymentalne łzy wdzierały się mimowolnie do oczu.
Chyba wszyscy (a przynajmniej wszyscy faceci, bo dziewczyny są jednak bardziej rozsądne) pamiętają z dzieciństwa tę zabawę w ekstremalne wyzwania. Jeśli to zrobisz – jesteś Rambo (dziś: masz na dzielni szacun), jeśli nie – jesteś zwykłą ciotą i wszyscy będą tobą poniewierać. Zmieniają się bohaterowie dzieciństwa, zmieniają się wyzwania, ale sam sens, potrzeba zaimponowania i pokazania swego męstwa, pozostają niezmienne.
Tuż nad Wątokiem, przy wiecznie zakorkowanej Krakowskiej (obwodnica miasta była perspektywą odległą jak kanalizacja) rosła czereśnia. Znajdowała się na posesji pani Jaśkowskiej, samotnie mieszkającej staruszki, i aby dostać się do owoców, musieliśmy pokonać wysokie ogrodzenie, okalające posiadłość. Dodatkowo, pani Jaśkowska miała wilczura, lecz cały dzień uwiązany był na łańcuchu, a uwalniała go dopiero po zmroku, więc prawdopodobieństwo zagryzienia przez psa było nikłe.
- Przy-smak kle-ni – nucił Bobek z uśmiechem na twarzy, i te słowa, i ta melodia, odwzorowana chyba z jakiejś popularnej wówczas  piosnki (za nic w świecie nie pomnę, jakiej), stanowiły niby porozumiewawczy sygnał, inicjujący kolejną eskapadę.
Bobek był zwinny i łaził po drzewach jak małpa. Ja natomiast posunąłem się w ewolucji dalej i wspinaczkowymi wyzwaniami nie zyskiwałem szacunu, a na domiar złego miałem (mam zresztą do dziś) akrofobię. Moim wspinaczkowym rekordem pozostanie wdrapanie się na rozgałęzienie dogorywającej, ogrodowej jabłonki. Bobek wspinał się zatem na czereśnię i zrzucał mi co chwila „przesyłki” - ułamane gałązki pełne owoców, a ja stałem na czatach. Na grandę do pani Jaśkowskiej  chodziliśmy przez kilka lat, aż wreszcie, chyba po kolejnej spowiedzi i mocnym postanowieniu poprawy, stwierdziliśmy, że należy zapytać ją o zgodę na sezonowe ogołacanie drzewa z owoców. Zapukaliśmy do drzwi, oceniając wcześniej, czy łańcuch nie pozwoli ujadającemu wściekle psu na atak. Staruszka otworzyła po kilku chwilach, wysłuchała prośby Bobka i z radością dała przyzwolenie.
– Ale uważajcie, dzieci, bo drzewo przy tej ulicy stoi... Sama nie wiem, czy jadalne te czereśnie...
Wszelkie kwestie public relations stanowiły domenę Bobka, bo z niejasnych względów był on bardziej niż ja lubiany przez dorosłych. Irytowało mnie to, nie powiem, bo Bobek był młodym chuliganem i w perspektywie złodziejem recydywistą, a ja, pomijając grandy i inne drobne delikty, grzecznym, wzorowym uczniem i... no cóż, ze mnie też nic dobrego nie wyrosło, ale, jak mówię, jeśli mam szukać gdzieś przyczyny późniejszych, dorosłych zawirowań, to właśnie w tej jawnej niesprawiedliwości krzywdzącej mnie w latach dziecięcych.
Oczywiście, po uzyskaniu zgody, musieliśmy znaleźć sobie inne wyzwania i inne czereśnie.
Niemniej jednak okolice owianego złą sławą wątoczanego bagna wciąż pozostały częstym celem eskapad. W ramach misji przedzieraliśmy się po skarpie przez chaszcze porastające brzeg, przez zwalone drzewa przechodziliśmy na drugi brzeg, pod sklep z meblami, w którym po szkole w chuligańskim akcie przestawialiśmy ceny na sofach i kanapach. Sklep z meblami zamknięto i blaszany pawilon przemianowano na salon Fiata, a potem zburzono i zrównano z ziemią zarośla nad cuchnącym Wątokiem – nasz dziecięcy plac zabaw.
– Nie przeskoczysz, Bobek. Nie dasz rady.
– Zakład?
– Zakład.
Bobek rozpędził się i hop! – pierwsza noga dotarła na drugi brzeg, lecz odchylił się, stracił równowagę i wdepnął drugą w bagnistą, śmierdzącą, jednolicie czarną maź.


Maks Fila



piątek, 04 grudnia 2009, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -