Blog > Komentarze do wpisu

-> „Operacja Dunaj” według Glomba (Nasz wstyd w czeskim stylu cz. 2)


Nasz wstyd w czeskim stylu

Część druga


Postać Oskara grana przez Menzla w "Operacji " jest wśród Czechów najbardziej propolska. Każe Czechom brać przykład z Polaków, którzy w przypadku podobnej interwencji na pewno by się nie poddali.
- I słyszy w odpowiedzi, że jak się szaleje tak jak niektórzy podczas ostatniej wojny, to się ma potem kraj zrównany z ziemią. Myślenie Oskara jest rzeczywiście bliskie myśleniu Menzla, choć ta postać wcale nie była pisana z myślą o nim.
Było oczywiste, że Czechów w "Operacji" zagrają Czesi?
- Kiedy proponowałem role wielkim czeskim aktorom: Evie Holubovej, Jarkowi Duškowi, Rudolfowi Hrusinskiemu, Jir`´iemu Menzlowi, Bolkowi Polivce i jeszcze paru innym, reagowali bardzo dobrze. Nie mieli wątpliwości, czy zagrać, a Eva Holubová powiedziała wręcz, że traktuje to jako swój obowiązek narodowy. A potem na planie bardzo pilnowali czeskiego ducha w filmie.
Wspominali rok 1968?
- Owszem, ale to były raczej wspomnienia towarzyskie niż kombatanckie. Spory dotyczyły postaw bohaterów filmu, tego, czy określona postać, na przykład sekretarz partii Gustav, mogła zachować się w taki, a nie inny sposób. Dlatego jestem przekonany, że niezależnie od tego, co powiedzą krytycy, nie ma w tym filmie centymetra kłamstwa, jeśli chodzi o jego "czechizm".
Polak zrobił czeski film?
- Czeski, ale w tym dobrym rozumieniu Po pierwsze, film nie miał kłamać ani w przedstawianiu Polaków, ani Czechów, a po drugie, miał zachować czeski sposób opowiadania. O wizję naszego bohaterskiego, choć czasem nie całkiem, narodu byłem spokojny, do Czechów musiałem znaleźć klucz. I tym kluczem okazało się właśnie zaangażowanie czeskich aktorów na planie. Oni autentycznie tym filmem żyli i bardzo chcieli, żeby to był film prawdziwy.
Udało się?
- Pewne pomysły zostały bardzo zabawnie potwierdzone. Byliśmy już po miesiącu zdjęć, gdy zadzwonił do mnie Tadeusz Oratowski, pułkownik w stanie spoczynku, który brał udział w interwencji w 1968 roku i chciał mi przysłać swoje wspomnienia, bo może się przydadzą.
Przysłał?
- Przysłał. One nie mogły już specjalnie zmienić scenariusza, ale potwierdziły pewne tezy scenarzystów, które wydawały się od początku do końca efektem ich wyobraźni. Jest w tych wspomnieniach zepsuty czołg T-34, a więc sytuacja podobna do filmowej, do którego ów późniejszy pułkownik jedzie z żołnierzami wozem naprawczym. Przyjeżdżają i widzą tłum tłoczących się i coś głośno pokrzykujących. Przekonani, że to antypolska demonstracja, odbezpieczyli broń i zaczęli rozpędzać Czechów. Wtedy zobaczyli żołnierza w akcie erotycznym z czeską dziewczyną, któremu kibicowała cała wieś Wcześniej spotkaliśmy się z zarzutem, że podobne rzeczy zawarte w scenariuszu, choć bez kibicującego tłumu, były wtedy niemożliwe. Okazało się, że jak najbardziej były.
Trochę jednak poprawia pan historię. Załoga polskiego czołgu, która atakuje czołg radziecki w obronie "swoich Czechów", to wizja piękna, ale mocno nieprawdziwa.
- Film pozwala na takie zabiegi. Wyznajemy zasadę - autorem jest Bartek Straburzyński, nasz "nadworny" kompozytor muzyki - "niech prawda nigdy nie stanie na przeszkodzie opowiedzeniu ciekawej historii". I kiedy tylko robimy to prawdopodobnie, to znaczy nie pojawiają się na przykład kosmici, wszystko jest dopuszczalne, a prędzej czy później może nawet okazać się prawdą. Przecież historia składa się z wydarzeń po latach wyglądających na całkowicie nieprawdopodobne. Ile osób wie, że po II wojnie światowej o mały włos doszłoby do konfliktu polsko-czeskiego o Kotlinę Kłodzką? Czeskie i polskie pułki szły już na siebie i rozdzielili je dopiero Rosjanie.
Podział aktorów w filmie powtórzył w sposób naturalny tamten podział z 1968. Polacy byli agresorami, Czesi zostali napadnięci.
- Rywalizacja na planie polegała na czym innym. Odbyło się coś w rodzaju polsko-czeskiego meczu aktorskiego, konkurencja stylów gry, sposobów kreacji. Byli głośni aktorzy czescy, a z naszej strony Zbyszek Zamachowski, Maciek Stuhr, Tomasz Kot, Przemysław Bluszcz, aktorzy legniccy. Przyglądanie się temu było bardzo intrygujące, bo czasem, zwłaszcza w wypadku Bolka Polivki, do końca nie miałem pewności, czy on jeszcze "robi sobie jaja", czy już gra. Aktorstwo Polaków jest bardziej racjonalne.
Film nie będzie dubbingowany?
- Będą napisy. W Polsce na czeskich dialogach - polskie, w Czechach na dialogach polskich - czeskie. Uważam, że czasy, kiedy Hermann Brunner mówi po polsku: "Rączki, rączki, Hans", powinny się skończyć. Dzięki temu nie straciliśmy nic z wdzięku i uroku nieporozumień wynikających z różnic między naszymi językami, pozornie podobnymi, a jednak bardzo różnymi.
"Operacja Dunaj" była na początku spektaklem w Teatrze im. Modrzejewskiej w Legnicy.
- Bez spektaklu nie byłoby filmu.
Ale spektakl recenzje miał średnie.
- Powiedzmy, że były różne. Spektakl był pęknięty z paru powodów. Po pierwsze, dlatego że nie do końca udało nam się w nim przeprowadzić metafory snu, której zresztą w filmie nie ma. A trochę dlatego, że do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość i postulat budowy państwa porządnych ludzi, jaki zgłasza jedna z postaci spektaklu, która w akcie ekspiacji za polskie winy postanawia stanąć na czele państwa polsko-czeskiego, nagle stał się bliski programowi PiS. Ludzie zaczęli dziwnie na ten spektakl patrzeć.
Od razu pan wiedział, że to historia na film?
- Nic nie wiedziałem, to był splot okoliczności. Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych szukała nowych tekstów, z naciskiem na komediowe i nieromantyczne. A my właśnie taki tekst mieliśmy. Włodek Niderhaus, dyrektor Wytwórni, zaryzykował i za to mu chwała. A poza tym ja jestem z pokolenia "Czterech pancernych" i zawsze strasznie chciałem przejechać się czołgiem. Nigdy nie byłem w wojsku (mam wywalczoną za pierwszej "Solidarności" kategorię E), nie udało mi się w teatrze, gdzie czołg był drewniany, więc nakręciłem film.
Fan "Czterech pancernych"? Przecież to komunistyczna propagitka, fałszująca historię. Nie słucha pan historyków występujących w telewizji?
- Mam to gdzieś. Nie oglądam tego filmu, żeby uczyć się z niego historii, tylko żeby zobaczyć, jak po raz kolejny dobro zwycięża zło, a Gustlik ratuje Honoratę i bije przeważnie wroga.
"Czterej pancerni" to był czeski film?
- Nie, ale był zgrabnie opowiedziany i dobrze zmontowany. Owszem, absurdalny, ale zarzut fałszowania historii mogą mu stawiać tylko ci, którzy naprawdę wierzą, że jeden czołg może wygrać wojnę światową.
W teatrze stworzył pan sposób mówienia o historii nazwany już stylem legnickim.
- Od początku wiedziałem, że muszę zrobić "Operację" z "moją" legnicką drużyną: scenografem Małgorzatą Bulandą, Robertem Urbańskim i Bartkiem Straburzyńskim. Stąd też legniccy aktorzy i świetne debiuty filmowe Magdy Biegańskiej, Joanny Gonschorek i Bogdana Grzeszczaka. Ale ta opowieść jest związana z Legnicą także dlatego, że rozkazy w 1968 szły właśnie z Legnicy, bo tu stacjonowało radzieckie dowództwo. I to tu na lotnisku przetrzymywano Aleksandra Dubc`´eka i innych czeskich przywódców przed wysłaniem ich do Moskwy.
Legnica jest tematem najgłośniejszych pana spektakli: "Ballady o Zakaczawiu", "Wschodów i zachodów miasta" czy "Łemka". Co takiego jest w tym mieście?
- Jadąc do Legnicy na początku lat 90. po raz pierwszy, wyobrażałem sobie garnizonowe miasteczko pełne Rosjan, w którym dominuje beton. To była przecież "mała Moskwa". Tymczasem mimo deszczu, który lał tamtego dnia, Legnica urzekła mnie swoją urodą. Oczywiście widać było różne industrialne koszmarki, ale im bliżej centrum, tym bardziej objawiało mi się piękne XIX-wieczne miasto, o zdewastowanej, ale fascynującej architekturze.
Nie wiedząc nic o Legnicy, zaczął pan opowiadać legniczanom o ich mieście. To dość bezczelne.
- Ja nie opowiadam o Legnicy takiej, jaka była naprawdę. Oczywiście biorę z historii elementy prawdziwe, ale na ich podstawie układam własną opowieść. Buduję legendę tego miasta, bo teatr jest od tworzenia mitów. Najważniejsze dla mnie jest, żeby ludzie chcieli to, co robię, oglądać. I jeśli tak będzie z moim filmem, jeśli ludzie odnajdą w nim swoje własne historie, to mi to zupełnie wystarczy.
Zaczęło się od spektakli, w których wykorzystywał pan różne zapomniane miejsca Legnicy. Najpierw "Pasja" w starym kościele ewangelickim, potem "Zły" wg Tyrmanda w hali fabrycznej.
- W Legnicy akurat zaczęła się wojna mafii, były gangsterskie porachunki, wybuchały bomby, ginęli ludzie. Postanowiłem zrobić spektakl o tym, że pojawia się ktoś, kto miasto ratuje. Ale nie mogłem tego zrobić w budynku teatru. Chciałem, żeby były pościgi i prawdziwe samochody. W taki sposób trafiliśmy na fantastyczną starą halę na Jagiellońskiej.
Po co chodzić do teatru w fabrycznej hali, gdzie można się tylko ubrudzić?
- Chciałem przekonać ludzi, że teatr nie musi być nudną akademią. Pomyślałem, że jeśli wprowadzimy go w inną przestrzeń, to ludzie przyjdą nie tylko na spektakl, ale także zobaczyć nieznane miejsce. Na dziedziniec zamku, żeby obejrzeć "Don Kichota nocą", do rosyjskich koszar, żeby zobaczyć "Koriolana". Byliśmy pierwszymi, którzy po wyjściu z Legnicy Rosjan "zdobyli" zamknięte przez pół wieku pruskie, a potem ruskie koszary.
Najgłośniejszy pana spektakl, "Ballada o Zakaczawiu", był grany w zamkniętym od dawna kinie Kolejarz.
- Ktoś opowiedział mi historię o Benku Cyganie, złodzieju i kulturyście, postaci w Legnicy legendarnej. Najpierw chciałem o nim napisać tekst do gazety, potem postanowiłem zrobić spektakl. Ale kiedy poszedłem na Zakaczawie, zrozumiałem, że to nie będzie spektakl o Benku, ale o całym Zakaczawiu, zniszczonej i skazanej na zapomnienie "złej" dzielnicy miasta.
Krytycy długo krzywili się na pana teatr.
- Powiedzmy wprost, pisano, że robię teatr słuszny, ale artystycznie do dupy. Polska krytyka najpierw nas pomijała, potem zaczęła zauważać, ale krytykowała, dopiero na koniec, kiedy zaczęły się sypać na nas nagrody, zaczęła chwalić. Nawet ojciec polskiej krytyki teatralnej Jacek Sieradzki, który kiedyś napisał, że teatr legnicki pachnie słomą, zaczął mówić o legnickim stylu teatralnym.
To znaczy?
- Ktoś napisał, że robimy w Legnicy "teatr do śmiechu i do płaczu". I tak właśnie jest. Bo teatr jest od opowiadania takich historii.
Pana legnickim spektaklom zarzucano, że PRL wypada w nich zbyt ciepło, sentymentalnie i bez IPN-owskiej dociekliwości. Nie boi się pan, że film też spotka się z takimi zarzutami?
- PRL to przecież był świat, w którym wszyscy żyliśmy. Większość z nas go pamięta i nie obraża się na to, jaki był. Panowie prokuratorzy niech sobie dłubią, gdzie chcą, nie obchodzi mnie to.
Pisano nawet, że komunistyczna Polska w wydaniu Głomba ma wdzięk retro. To brzmi jak oskarżenie.
- Ja nie piszę podręczników do historii. Patrzę na świat, który nie ma jednej historii, dobrej albo złej. Bo nie ma ludzi tylko dobrych albo tylko złych. Właśnie tacy są moi bohaterowie. Mają zalety, ale mają też mnóstwo wad.
Debiut filmowy w wieku 45 lat, po kilkudziesięciu spektaklach w teatrze, to trudne doświadczenie?
- Przygotowując się, kupiłem sobie amerykańską książkę "Jak kręcić filmy", na okładce której pewien bardzo poważny reżyser mówi, że gdyby przeczytał ją wcześniej, robiłby jeszcze lepsze filmy. Nie wymienię jego nazwiska, bo rady w tej książce są mniej więcej takie, że jak się jedzie na dokumentację filmu, to trzeba włożyć ciepłe spodnie i skarpety, a do plecaka wodę mineralną i kompas, na wypadek, gdyby zgubiło się w lesie drogę. Uznałem, że moja filmowa dziewiczość i teatralne doświadczenie są warte więcej niż kupienie kompasu i zmiana skarpetek.
Potwierdziło się?
- Starałem się nie zawieść zaufania moich współpracowników, na czele z Jackiem Petryckim, operatorem. A prywatnie chciałem sprawdzić, czy reżyseria filmowa to rzeczywiście tak poważny zawód, jak mówią, czy jednak trochę kuglowanie. Bo nie ma co ukrywać, że artyści teatralni mają do filmu stosunek dość ironiczny.
Może zazdroszczą?
- Nie, to wynika z tego, że reżyserom teatralnym udaje się w kinie częściej niż odwrotnie.
Premiera "Operacji" odbyła się 4 sierpnia w Nowej Rudzie. Dlaczego tam?
- To było moje marzenie. Nie wielka sala w jakimś multipleksie, nie żadne Złote Tarasy, tylko dom kultury w mieście blisko granicy, przez które jechały czołgi w 1968 roku. A w Nowej Rudzie jechały prawie koło domu kultury. Spotkałem tam świetnego faceta, dyrektora ośrodka kultury Wojtka Kołodzieja, który wszystko zorganizował. I tam było to prawdziwe wydarzenie.


źródło: Gazeta Wyborcza
(Duży Format)


foto by Michał Stańczyk



piątek, 21 sierpnia 2009, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> MACIEJ STUHR – część I

    Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało mi

  • -> Maciej Stuhr - część II

    Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysła

  • -> Łukasz Maciejewski

    Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży. Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskie



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -