Blog > Komentarze do wpisu

-> „Operacja Dunaj” według Glomba (Nasz wstyd w czeskim stylu cz. 1)

To zdarzyło się naprawdę. Fabuła debiutu filmowego wytrawnego reżysera teatralnego wywodzącego się z Tarnowa, Jacka Głomba – dyrektora teatru im H. Modrzejewskiej w Legnicy, oparta jest na historii polskiego czołgu o zgoła nie militarnej nazwie „Biedroneczka”, który zaginął w czasie inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku. I chyba rodzinnym sentymentom należy zawdzięczać, iż reżyser Jacek Głomb zdecydował się pokazać swoje dzieło 12 sierpnia w tarnowskim kinie „Marzenie” na dwa dni przed oficjalnym wejściem filmu na ekrany polskich kin, o czym wzmiankujemy w Pegazie obok. Budżet filmu wyniósł 8 mln zł, co jak na polskie warunki jest kwotą znaczącą, zaś zdjęcia trwały 30 dni. W gwiazdorskiej czesko – polskiej obsadzie filmu znaleźli się m.in. zdobywca Oscara Jirii Menel, a także Jan Budar (czterokrotny zdobywca Czeskiego Lwa), Marta Issova (laureatka nagrody dla najlepszej aktorki w Karlowych Warach 2008), Jaroslav Dusek, Monika Zoubkowa, Vojtech oraz Maciej Stuhr, Tomasz Kot, Zbigniew Zamachowski. Jak dywagował na ciekawym spotkaniu zorganizowanym po tarnowskiej premierze „Operacji Dunaj” reżyser Jacek Glomb – zrobił film dla widza powszechnego, nie dla salonu czy krytyki. Zrealizowany w konwencji ludowej, ku pokrzepieniu serc, ale można go odczytać głębiej. Taki też jest i legnicki teatr, który Jacek Głomb chciał w jakimś stopniu za pośrednictwem tego filmu pokazać. Jednak sama komedia ma mieć niewiele wspólnego ze spektaklem pod tym samym tytułem, który tarnowska publiczność miała okazję oglądać podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii „Talia” w 2006 roku. Właśnie popularność sztuki „Operacja Dunaj” skłoniła J. Głomba do spróbowania swoich sił w filmie. Jednakże, jak się zastrzega, debiut na dużym ekranie nie oznacza końca przygody z teatrem. – Zdecydowanie bardziej cenię sobie pracę w teatrze. Przez film chciałem jeno upowszechnić legnicki sposób mówienia o świecie. Podczas wspomnianego wyżej spotkania w kinie „Marzenie” J. Głomb opowiadał m.in. o różnicach i związanych z nimi problemach pomiędzy procesem powstawania filmu, a powstawaniem teatralnej sztuki – w końcu „Operacja Dunaj” była dla niego filmowym debiutem - Zostałem otoczony wieloma ludźmi, którzy mieli zabezpieczyć producentowi tyły - gdybym zwariował i uciekł z planu, ten film mieli dokończyć - żartował Jacek Głomb. Jego zdaniem dziesięciokrotnie montowany podczas realizacji film jest z ducha „Hrabalowski” i spełni przynajmniej jedno zadanie – rozśmieszy – co wydają się obiecywać reakcje publiczności podczas prezentacji „Operacji Dunaj” na festiwalu w Kazimierzu. Okazuje się też, że znakomicie komedię przyjęła publiczność czeska min w Karlowych Varach, w odróżnieniu od krytyki, która przyjmowała ją źle z uwagi na... powielanie „kalki”, „schematu” według jakiego Czesi są postrzegani, a od jakiego w swych europejskich aspiracjach chcieliby się uwolnić. Z kolei odpowiedzialna za kostiumy, a wraz z partnerami za scenografię Małgorzata Bulanda opowiadała o kłopotach ze zdobycie odpowiednich drobnych rekwizytów właściwych dla tamtych czasów – okazuje się, że chętnie rozstajemy się z banalnymi wydawałoby się atrybutami przeszłości, jak chociażby paczka zapałek czy puszka po kawie... A oto obszerny wywiad, jakiego reżyser „Operacji Dunaj” udzielił Mariuszowi Urbankowi w Dużym Formacie weekendowym dodatku Gazety Wyborczej z 16 sierpnia 2009 r.


Nasz wstyd w czeskim stylu

Część pierwsza

Jiri Menzel, opiekun artystyczny i aktor mojej komedii, nie chciał wierzyć, że polskie wojsko wracające z inwazji na Czechosłowację witało na ulicach Wrocławia 100 tysięcy ludzi.

Rozmowa z Jackiem Głombem, reżyserem filmu "Operacja DUNAJ", o inwazji polskiej armii na Czechosłowację w 1968 roku, zgubionym czołgu i poczuciu winy.

Z tym czołgiem zgubionym gdzieś na granicy polsko-czechosłowackiej to prawda?
- Opowiedział mi o tym Michał Sabadach, właściciel Muzeum Ludowego Wojska Polskiego i Armii Czerwonej w Uniejowicach pod Złotoryją. W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 roku na swoim podwórzu usłyszał nagle ogromny huk. Wyskoczył z domu, a tam pluton czołgów polskich i radzieckich.
Polacy i Rosjanie razem?
- Tak. Okazało się, że rosyjski oficer, znajomy Michała, wpadł do niego po drodze na Czechosłowację. Nie chciał oczywiście powiedzieć, dokąd jadą, ale w końcu wódka osłabiła jego rewolucyjną czujność i w głębokiej tajemnicy zdradził, że czołgi idą na pomoc czeskim komunistom. Michał postanowił powstrzymać inwazję, czyli postawił wódkę i pili trzy dni. Na czwarty dzień w Uniejowicach zjawiły się specsłużby i okazało się, że jednego czołgu brakuje. Tyle opowieść Michała Sabadacha, co do której nie mam już dziś pewności, czy taką ją usłyszałem, czy wymyśliłem.
Zaginięcie czołgu potwierdziło się?
- Na tę historię nakładają się opowieści spod Złotoryi, że był w 1968 roku czołg, którego załoga zdezerterowała i utopiła maszynę w jeziorze, albo że czołgiści zwariowali i pojechali walczyć z Niemcami, a ponieważ najbliżsi byli w NRD, więc pojechali do NRD. W książce pułkownika Leszka Pagórka o inwazji na Czechosłowację jest napisane, że jedna maszyna rzeczywiście zaginęła. Dalej zaczęła działać wyobraźnia scenarzystów: Roberta Urbańskiego i Jacka Kondrackiego. Dopowiedzieliśmy dalszy ciąg tej historii, pokazując, co by było, gdyby ten zaginiony czołg pomylił trasę, zepsuł się i wjechał na przykład w przydrożną gospodę.
Ma pan wyrzuty sumienia, że Polska wzięła w 1968 roku udział w inwazji na Czechosłowację?
- Nie mam powodu, miałem wtedy cztery lata Ale w latach 90. jeździłem często z teatrem do Usti nad Łabą, to były tereny, przez które szły w 1968 roku polskie czołgi. Pamiętam gospody, w których na dźwięk polskiego języka robiło się nagle kwaśno. Milkli ludzie, którzy mogli tamte lata pamiętać. To wtedy po raz pierwszy pojawił się pomysł, żeby opowiedzieć tę historię tak "ku porozumieniu". Nie po to, żeby bić się w piersi, ale wykonać wobec Czechów gest.
Akt ekspiacji?
- Są w naszej historii momenty nie tylko chwalebne, a myślę, że akurat atak na Czechosłowację jest jednym z najbardziej wstydliwych. Szczególnie, że część kadry oficerskiej, która brała udział w tej inwazji, jest z tego cały czas dumna. Podczas przygotowań do filmu miałem rozmowy, podczas których włosy na głowie stawały mi dęba. Słuchałem, że z punktu widzenia wojskowego była to operacja wybitna. Ale jaka właściwie miała być, skoro nikt się nie bronił?
Oszalałe teutońskie hordy wyciągnęły szpony po bratnią Czechosłowację! A biedny lud czechosłowacki skamlał z bólu i wołał ratunku! - tak oficerowie LWP w pana filmie przedstawiają zwykłym żołnierzom powody najazdu.
- O tym, jak bardzo jest to historia wstydliwa, świadczy, że jest w Polsce nadal zamiatana pod dywan. 40. rocznica interwencji przeszła u nas bez większego echa. Nie przypominam sobie też, żebyśmy kiedykolwiek Czechów za sierpień '68 przeprosili, tak jak przepraszaliśmy na przykład za akcję "Wisła".
Generał Jaruzelski, który brał udział w tej operacji, przeprosił.
- On mógł przepraszać najwyżej w swoim imieniu. Przeprosiny w imieniu narodu powinny być ze strony parlamentu albo rządu.
Nie sądzi pan, że najpierw film o interwencji w 1968 roku powinni zrobić Czesi?
- Przez 18 lat, kiedy już było można, nie zrobili. Ani oni, ani my, ani Rosjanie. Więc pomyślałem, że może robiąc ten film, uda nam się do Czechów uśmiechnąć. Do nich i do historii.
Nie chciał pan rozdrapywać ran?
- Nie. Choć pewnie część osób się w Polsce oburzy, bo w naszym kraju nie ma zwyczaju mówienia o historii w sposób zabawny, ironiczny. W Polsce z poważnych spraw nie robi się jaj.
Jak to? A "Gdzie jest generał?", a "Jak rozpętałem II wojnę światową?", a "Giuseppe w Warszawie", nawet "Czterej pancerni i pies". Tam, gdzie nie mamy czego się wstydzić, potrafimy się śmiać.
- Oczywiście, możemy dołożyć jeszcze "Eroicę", choć kiedy powstawała, towarzyszyły jej bardzo negatywne głosy krytyki. Ale od "C.K. dezerterów" nie ma w polskim kinie historycznego filmu, który byłby choć bliski konwencji, w której zrobił swój film Janusz Majewski. Straciliśmy zdolność lekkiego opowiadania o przeszłości. Historia na ekranie sprowadziła się do polityki historycznej i martyrologicznych dzieł, takich jak "Katyń", "Popiełuszko", "Generał Nil". Nie kwestionuję ich celowości, ale język, którym mówimy dziś o historii, jest zbyt jednostronny.
Ostatecznie zrobił pan tragikomedię w czeskim stylu.
- Zazdroszczę Czechom umiejętności opowiadania o przeszłości. Nie wiem, czy wynika to z ich cech narodowych, czy z tradycji, że potrafią mówić o swojej historii tak, jak robi to teraz na przykład Jan Hr`´ebejk. Że nikomu tam nie przeszkadzają filmy historyczne, które posługują się konwencją komedii. To tradycja szwejkowska, którą było u nas widać jeszcze w przygodach strzelca Dolasa, ale potem zanikła.
Domyśla się pan, dlaczego?
- Nie wiem. Jacek Kondracki tłumaczył mi, że mimo wszystko łatwiej było o takie filmy, gdy byliś-my bliżej wojny. Bo z jednej strony ludzie jeszcze pamiętali, jak było naprawdę, z drugiej taki sposób opowiadania był alternatywą dla wizji martyrologicznej. Teraz już nie pamiętamy, więc został już tylko patos. Historia stała się historią oficjalną. Zrobiliśmy się przez to śmiertelnie poważni i nudni.
Opiekunem artystycznym "Operacji" był Jir´i Menzel, laureat Oscara za "Pociągi pod specjalnym nadzorem", a ostatnio twórca obsypanego nagrodami filmu "Obsługiwałem angielskiego króla". Chciał pan zamknąć usta ewentualnym krytykom?
- Film jest moim debiutem, a debiutowanie w wieku 45 lat jest ryzykowne. Nie ma więc co ukrywać, że chodziło także o danie producentom poczucia bezpieczeństwa, że 8 mln zł na produkcję na pójdzie na marne. A Menzel jest zawodowcem najwyższej klasy.
Długo musiał go pan przekonywać?
- Na opiekę artystyczną zgodził się od razu, a później zgodził się także zagrać w filmie jedną z ról.
Miał wpływ na scenariusz?
- Miał. Ale jego uwagi nie dotyczyły rzeczy zasadniczych, raczej pewnych filmowych zabiegów, które doprecyzowały opowieść. Przekazywałem je scenarzystom, oni na jedne się zgodzili, na inne nie. Najbardziej dziwiły go niektóre sceny dotyczące polskiej części akcji filmu, na przykład procesja, autentyczna przecież, żegnająca czołgi. Nie chciał wierzyć, że polskie wojsko wracające z Czechosłowacji witało na ulicach Wrocławia 100 tysięcy ludzi. Musiałem mu pokazywać zdjęcia opublikowane w "Karcie". Przychodził też na montaż filmu.
Wtrącał się?
- Nie. Żartował, że jak nic od niego nie będę chciał, to mu nie zapłacą za opiekę artystyczną. Więc rozmawialiśmy. Dał mi też swojego montażystę Jiriego Brožka, choć być może zrobił to po to, żeby mieć wszystko pod kontrolą (śmiech). Potem dochodziło do bardzo zabawnych scen, bo jego własny montażysta bronił mnie przed mistrzem. "Może ty byś tak to opowiedział - mówił panu Jiriemu - ale to jest film Jacka".
Zapytał pan go, dlaczego Czesi nie zrobili dotąd filmu o 1968 roku?
- On ma bardzo surowe zdanie o swoich kolegach reżyserach i o swoim narodzie i z tego wynikała jego odpowiedź. Mnie powiedział co innego: "Wy, Polacy, nie macie się czego wstydzić. Jeśli ktoś powinien się czuć winny, to Rosjanie". Mówił też w wywiadach, które można znaleźć na YouTube, że cieszy się, że "Operacja Dunaj" jest komedią, ponieważ właśnie tak należy opowiadać o tamtych czasach. A mnie pocieszał: "Niech się pan nie boi komedii. Niech pan zobaczy, co zostało z całego światowego kina: Charlie Chaplin i Buster Keaton". "A Bergman?" - zapytałem. Żachnął się. "Co tam Bergman, ja chciałbym już kręcić tylko nieme filmy, bo gadanie w filmie nie ma sensu".


źródło: Gazeta Wyborcza
(Duży Format)



piątek, 21 sierpnia 2009, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> MACIEJ STUHR – część I

    Był kolejnym gościem Łukasza Maciejewskiego w cieszącym się ogromnym zainteresowaniem cyklu spotkań filmowych w Centrum Sztuki Mościce. Ostatnie z nich miało mi

  • -> Maciej Stuhr - część II

    Piotr Guszkowski: Rola w "Obławie" Marcina Krzyształowicza opowiadającej o ponurej rzeczywistości okupacyjnej. Długo oczekiwane „Pokłosie” Władysła

  • -> Łukasz Maciejewski

    Zawsze pamiętam że jestem z Tarnowa. To punkt odniesienia dla wszystkich moich podróży. Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Prominentny Obywatel Tarnowskie



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -