Blog > Komentarze do wpisu

-> Koniec epoki – początek legendy

Aktorzy nie powinni być na scenie prywatnymi ludźmi To jest ekshibicjonizm. Jest dzisiaj szalenie modny, ale nie ma nic wspólnego ze sztuką.
Nie myślę, że aktorstwo służy do tego, ażeby występować i odnosić sukcesy. To sposób życia, filozofia, przyjęcie pewnej postawy wobec świata.

Zbigniew Zapasiewicz


Tak w najbardziej lapidarny sposób można skomentować nagłą i niespodziewaną śmierć Zbigniewa Zapasiewicza (1934-2009), jednego z najwybitniejszych polskich aktorów teatralnych i filmowych, reżysera i pedagoga. Cichy zabójca – rak zabił go zaledwie w pięć dni… W ubiegły czwartek wielki aktor dowiedział się, że ma nowotwór wątroby, w dodatku wyjątkowo złośliwy, lekarze byli bezradni… Zmarł we wtorek 14 lipca w wieku 74 lat. A jeszcze 28 czerwca grał w spektaklu „Słoneczni chłopcy” w Teatrze Powszechnym zbierając entuzjastyczne recenzje. Jeszcze 10 dni temu był na planie, jak się okazało swojego ostatniego filmu „Rewizyta” reżyserowanego przez Krzysztofa Zanussiego, gdzie znów gra docenta z „Barw ochronnych”. Jeszcze kilka dni temu występował na deskach Teatru Wybrzeże w spektaklu „Żar” z warszawskiego „Narodowego”. Był w doskonałej formie, przygotowywał się do roli Eugeniusza w „Tangu”. A teraz go nie ma, wielkiego aktora z rodu Kreczmarów… Dla wielu Zbigniew Zapasiewicz to mistrz i artysta kultowy, wcielający się często w role targanych wątpliwościami intelektualistów, racjonalistów, manipulatorów, ludzi systemu i ludzi przez system niszczonych. Stworzył wybitne kreacje aktorskie w wielu niezapomnianych spektaklach i fabułach. Statystycy wyliczają, że pozostawił po sobie 60 ról teatralnych i 70 kinowych, licząc tylko te naj. Te najważniejsze to rola docenta Jakuba Szelestowskiego w "Barwach ochronnych", docenta Jana w "Za ścianą", dziennikarza Jerzego Michałowskiego w nominowanym do Złotej Palmy w Cannes filmie "Bez znieczulenia" Andrzeja Wajdy. Zapasiewicz to także Tomasz z filmu "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową" oraz postać Wiktora Leszczyńskiego, ambasadora RP w Urugwaju z pochodzącego z 2005 roku filmu "Persona non grata". Do znaczących ról filmowych dochodzą kreacje teatralne, w tym te najsłynniejsze, czyli m.in. role bohaterów jednoaktówek Becketta, tytułowa w spektaklu "Baal" wg Bertolta Brechta w Teatrze Narodowym w Warszawie oraz w spektaklach telewizyjnych "Pan Cogito" oraz "Powrót Pana Cogito". W tych rolach Zbigniew Zapasiewicz czuł się szczególnie dobrze - był wręcz obsesyjnie zafascynowany twórczością Zbigniewa Herberta. Wielki poeta miał kiedyś powiedzieć o aktorze: Nie lubię, jak Zapasiewicz czyta moje wiersze, ponieważ mam wtedy wrażenie, że to on je napisał. I nie było w tym stwierdzeniu ani krzty kurtuazji. Bo Zapasiewicz nie tylko czytał, ale najprawdziwiej grał całym sobą. Jeśli można w zawodzie aktorskim umieć wszystko - wspomina Daniel Olbrychski - to Zapasiewicz umiał wszystko. Być może na tym polegała jego charyzma. Był artystą z najwyższej półki. A Jan Englert dodaje - są ludzie, których odejście nie jest odejściem tylko człowieka, ale również odejściem pewnego symbolu… W pełni uosabiał to, co zwykliśmy nazywać staroświeckim etosem aktorskim. Nikt nigdy nie słyszał o skandalu, w którym brałby udział, nie pojawiał się na stronach plotkarskich tabloidów, nie brylował w reklamach. Przeciwnie, jego naturalnym miejscem były sceny teatralne i filmy, które wymagały chwili zatrzymania się, zastanowienia nad otaczającym nas światem. Każdą ze swoich genialnych ról obudowywał całą siecią gestów, min, grymasów, natręctw, charakterystycznych śmiesznostek, które stopniowo rozwiały się i zaskakiwały. Pod każdą z „Zapasowych masek” kryła się kolejna i następna. Mogliśmy to podziwiać także w Tarnowie, gdzie Zbigniew Zapasiewicz grywał i bywał, min na Festiwalach Komedii „Talia”, gdzie zdobywał nagrody publiczności i za najlepszą rolę męską w „Nad złotym stawem” (Teatr Powszechny w Warszawie), był gościem specjalnym drugiego Jesiennego Salonu Sztuki prezentując wówczas w raz z żoną, aktorką Olgą Sawicką „Kwiaty Polskie”, ostatni raz wystąpił 10 maja ub.r. w tarnowskim teatrze podczas XXIII Tarnowskiej Nagrody Filmowej w spektaklu „Słoneczni chłopcy” warszawskiego Teatru Powszechnego. Mógł się wydawać niemodny, uparcie zatwardziały w swojej metodzie twórczej. Pozostanie jednak jedną z najważniejszych postaci w historii polskiego teatru i filmu. Niedawno odeszli Józef Szajna, Gustaw Holoubek, Jan Machulski, teraz On. Jeden z ostatnich, co tak poloneza wodził…


Ryszard Zaprzałka


Życie to śmiertelna choroba

Dopiero miesiąc temu podziwiałem Zapasiewicza w teatrze - na wyjazdowym pokazie "Słonecznych chłopców" w reżyserii Macieja Wojtyszki, gdzie zagrał fantastyczną, jak się miało okazać pożegnalną, rolę zramolałego komika marzącego o powrocie na scenę. Raptem tydzień temu rozmawiałem o Zbigniewie Zapasiewiczu w związku ze zbliżającą się premierą "Tanga" Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym, w którym Zapasiewicz miał grać Eugeniusza. Był jak zwykle energiczny, inteligentny, otwarty. Już go nie ma? Był jednym z ostatnich, bezdyskusyjnych gigantów polskiego kina i teatru, zarazem artystą w jakimś stopniu jeszcze XIX-wiecznym. Zapasiewicz, sam wywodząc się ze świetnej, aktorsko-reżyserskiej rodziny Kreczmarów, całym życiem dał świadectwo zawodowego etosu. Jako pedagog, reżyser, przede wszystkim jednak jako aktor, udowodnił, że jest to profesja, która zobowiązuje do wielkiej odpowiedzialności - za gust widzów, za smak Polaków.

Zapasiewicz nigdy, zarówno w "starych", jak i w nowych czasach, nie pozwolił sobie na komfort prasowej kokieterii, nie wystąpił w żadnym tandetnym programie telewizyjnym, nie udzielił zniewalającego szczerością wywiadu, nie pojawiał się zarówno w tasiemcowych serialach, jak i w reklamach. Był żywą reklamą dawnego aktorskiego etosu - postawy, którą uwiarygodniali wcześniej Woszczerowicz, Zelwerowicz, Łomnicki, Mikołajska, Holoubek... I podobnie jak oni, Zapasiewicz każdą rolą, każdym występem udowadniał, że uprawianie profesji aktorskiej może być powodem dumy, ale oznacza także powinność, obowiązek i zaszczyt. Po ich odejściu, po śmierci Zbigniewa Zapasiewicza, zrobiło się już naprawdę pusto.

Zapasiewiczowi udało się osiągnąć w kinie i w teatrze to, o czym prawdopodobnie marzy każdy absolwent szkoły aktorskiej. Zostawił trwały ślad niepodrabialnego stylu. Pisano o nim często zgryźliwie, że jest czołowym "docentem polskiego kina". Rzeczywiście, w najlepszym zawodowo okresie, czyli w latach 70. ubiegłego wieku, Zapasiewicz stworzył w polskim kinie ikoniczną postać inteligenta, owego dyżurnego docenta, który stał się wkrótce jedną z najważniejszych twarzy "kina niepokoju moralnego".

Ale filmowy przeciętniak-Zapasiewicz, zapięty na ostatni guzik, wciąż wyglądający niemal identycznie, nie pozwalał się zapomnieć. Aktor, pracując nawet na słabym materiale literackim, potrafił zagrać ponad tekstem. Obdarowywał swoich często banalnych bohaterów twarzą alternatywną: wyrażającą zarówno dystans, jak i wrażliwość, często ukryte bardzo głęboko pod maską oportunizmu albo najzwyczajniejszego ludzkiego wstydu. W kinie zagrał kilkadziesiąt ważnych ról. Pierwszoplanowych i epizodycznych. Od "Wiana" Jana Łomnickiego z 1963 roku, po "Nadzieję" Stanisława Muchy sprzed trzech lat. A po drodze były kreacje w filmach Zanussiego i Żebrowskiego, Wajdy (pamiętna kreacja Michałowskiego w "Bez znieczulenia" z 1978 roku), Kijowskiego czy Trzosa-Rastawieckiego. Inteligent z "Za ścianą" Zanussiego czy z "Ocalenia" Żebrowskiego w wykonaniu Zbigniewa Zapasiewicza stawał na rozdrożu: wahając się, jak zareagować na natrętne gesty zagubionej kobiety albo perspektywę śmiertelnej choroby. W arcydzielnych "Barwach ochronnych" Zanussiego grany przez Zapasiewicza Szelestowski nie tylko wskazywał młodemu, niedoświadczonemu naukowcowi, co tak naprawdę oznacza pojęcie konformizmu wydarte z naukowego skryptu i przeniesione w tzw. real, ale także po faustowsku wodził na pokuszenie. To głównie dzięki kreacji Zapasiewicza w starciu dwóch postaw o charakterze etycznym, najistotniejszy okazał się wywrotowy rejestr erotyczny i zmysłowy. Szelestowski diabolicznie uwodził Kruszyńskiego, wskazując mu, że życie jest naprawdę piekłem zmysłów, w którym przetrwać mogą jedynie najsilniejsi albo najbardziej perwersyjni.

Umarł jak żył. Po cichu, nieoczekiwanie, z zaskoczenia. Coś ważnego zdążył nam przecież zostawić: dziesiątki wybitnych ról oraz rodzaj głębokiego, artystycznego i życiowego przesłania - że życie jest sprawą serio. A śmierć - wielką tajemnicą.

Naraz przypomniała mi się scena, w której grany przez Zapasiewicza Berg, w "Życiu jako śmiertelnej chorobie..." Zanussiego, dowiedziawszy się o bezwzględności wyroku lekarskiego, dawał upust swojemu wzruszeniu. Po prostu się rozpłakał. Bez ekshibicjonizmu, umizgów i kokieterii Zapasiewicz powiedział nam w tym filmie, że umieranie to sprawa prywatna. To naprawdę boli.


Łukasz Maciejewski
żródło: Dziennik Polski


Docent, komunista, Piłsudski, aktor

Utarło się, że grywał docentów, czyli polskich inteligentów wplątanych w niewygodne wybory moralne czasów PRL-u.
Pisano: "Wzorzec postaci docenta narzucony został z taką siłą, że odtąd każdy aktor obsadzony w roli naukowca mimo woli gra pod Zapasiewicza, imitując jego reakcje i zachowania". Zaczęło się od docenta w "Za ścianą" (1971) Zanussiego o niemogącej się porozumieć parze mieszkającej w sąsiedztwie (Zapasiewiczowi partnerowała Maja Komorowska). Film był całkowicie improwizowany - począwszy od sceny, w której Komorowska prosi go o naprawienie kranu. Zapasiewicz tak to wspominał: "Ustawione kamery, stoi dekoracja, zwykły pokój. Wszedłem tam: Dzień dobry pani, pani prosiła, żebym ja tu jakiś kran naprawił. No tak, kran, gdzie tu kran - nie wiedziała, bo przecież też nie znała tej dekoracji - tak, kran, gdzie ja mam kran. O, w kuchni, gdzie ta kuchnia. Stoi, nie wie, co zrobić z rękami. Ale tu zimno jest, nie? Bo było zimno. Mówię: No zimno, pani ma jakoś mało tych żeberek, u mnie jest więcej. Ile pani tu ma? Osiem. A ja mam dziesięć. A pan to w ogóle ma lepiej. Koniec ujęcia". Nikt nie był pewien, co wyniknie z tego rodzaju pracy. Gdy po dwóch dniach przerwy razem z Zanussim obejrzeli wywołane materiały, zdziwili się: "Wyszło coś prawdziwego, jakieś takie półprywatne, zażenowane, bez kontaktu".

Koniunkturalizm epoki Gierka dwaj panowie Z najlepiej uchwycili w "Barwach ochronnych" (1976, nagroda aktorska w Gdańsku), gdzie Zapasiewicz gra docenta, który na studenckim obozie naukowym uczy młodego magistra (Piotr Garlicki) cynizmu i lizusostwa. Ten film Zapasiewicz kręcił równolegle z próbami do teatralnego „Kubusia Fatalisty” w reżyserii Witolda Zatorskiego. Wspominał potem: „Czasem dojeżdżałem na plan na dwie godziny. Krzysztof mówił: »Teraz idziesz tu, mówisz to «. Byłem wtedy w niezłej formie, przyjeżdżałem już przygotowany i ciach, tak z lewej ręki to robiłem. Bardzo ciekawe doświadczenie: coś niepoprzedzone przygotowaniami, rozmyślaniami, tylko takie wejście w strzał”.

Obdarty ze złudzeń jest też bohater Zapasiewicza z "Życia jako śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową" (2000, nagroda aktorska w Gdyni i nagroda filmowa Orzeł) - śmiertelnie chory lekarz, cynik i egoista, który próbuje "nauczyć prawdy o życiu" parę młodych, demolując ich związek. Za to w "Persona non grata" (2005) Zapasiewicz jest polskim ambasadorem w Urugwaju: zrozpaczonym po śmierci żony i wmieszanym w załatwianie międzynarodowego kontraktu, w których to zabiegach jego rywalem jest jego rosyjski przyjaciel (Nikita Michałkow), być może dawny kochanek jego żony.

U Wajdy Zapasiewicz zagrał w "Bez znieczulenia" (1978) - dziennikarza, który po powrocie z zagranicy dowiaduje się, że żona zostawiła go dla młodszego, a jego kariera leży w gruzach. Jest sekowany w redakcji, jego zajęcia na uniwersytecie zostają odwołane, a on nie może już wyjechać za granicę. Osaczony popełnia samobójstwo.

Zapasiewicz chciał jednak uciec od zaszufladkowania w tego typu rolach, może dlatego tak bardzo cenił sobie skromny film Jerzego Obłamskiego "Ostatnie takie trio" (1976), gdzie był obwiesiem, cygańskim grajkiem weselnym.

Wybornie wypadł także jako lekko przerysowany homoseksualista w "Uroku wszetecznym" Zanussiego, w serii "Opowieści weekendowe" (1996). Dwie ważne role zaproponował mu również Janusz Zaorski: w "Matce Królów" (1982, premiera w 1987 r.) był przedwojennym komunistą Lewenem, a w "Barytonie" (1984) wracającym w 1933 r. do Polski śpiewakiem, który traci głos. Dostojna prezencja sprawiła, że widziano w nim świetnego odtwórcę postaci historycznych - był Janem Kazimierzem w filmowym "Mazepie" (1975) Holoubka, Józefem Piłsudskim w serialu (2001) Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego i Stalinem w spektaklu Teatru Telewizji "Podróż do Moskwy" (1999) według Jerzego Stefana Stawińskiego.

Jacek Szczerba
żródło: Gazeta Wyborcza


poniedziałek, 20 lipca 2009, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -