Blog > Komentarze do wpisu

-> „Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.” (wywiad cz.1)

d

A oto fragmenty obszernego wywiadu, jakiego Joanna Szczepkowska udzieliła niedawno Gazecie Wyborczej (Duży Format 28 kwiecień 2009), przeprowadzonego przez Rafała Kalukina, a zatytułowanego „No to znikam”.

Czyżby z powodu bojkotu TVP Farfała ma pani zabraknąć podczas telewizyjnej celebry rocznicy 4 czerwca?
- No tak. Telewizja uczci rocznicę koncertem w Teatrze Wielkim. Niby wszystko OK, ale zrezygnowałam po rozmowie z reżyserem. To po prostu nie mój koncert.

Kto ma być reżyserem?
- Jan Pietrzak.

Nie przesłyszałem się?
- A to takie dziwne?

Dla niego Polska po 1989 roku to Ubekistan. Ktoś taki ma celebrować rocznicę tego dwudziestolecia?
- Mnie to nawet aż tak nie zdziwiło, bo dla mnie Pietrzak to "żeby Polska była Polską". Tyle że teraz od niego słyszę: "Trzeba zrobić ten koncert, żeby wiadomo było, że Polska to nie Michnik". Fatalnie trafił. Ja też uważam, że Polska to nie Michnik, tylko góry, lasy i jeziora. Ale jeśli mówimy o wolnej Polsce - to już bardziej Michnik ze wszystkimi jego wadami, z jego stosunkiem do czerwonych, niż Pietrzak pod swoją Egidą. Gdyby nie Michnik, Kuroń czy Wujec, tobyśmy mieli tylko kabarety, w których łaskawie pozwala się na kilka aluzji. I czulibyśmy się dalej zaszczyceni, że coś "puścili".
Jeśli mam się pokazać na takim koncercie, żeby druzgotać Michnika, to po co my te żaby jedliśmy?

Poda pani rękę tym, którzy tam wystąpią?
- Jasne, że tak. Przecież to nie jest stan wojenny. Wtedy stawką była wolność, to był protest przeciwko zabitym i więzionym, a złamanie bojkotu miało wymiar zdrady. Teraz to byłaby jakaś histeria. Iść czy nie iść do TVP to wolny wybór każdego zaproszonego. Tym większy więc szacunek dla nieobecnych. Szkoda tylko, że tym razem nikt się nie zorientuje, dlaczego kogoś nie ma na ekranie. Przecież nie wiadomo, czy to jego nie chcą, czy dlatego, że sam się nie zgodził. Komiczne.

Zresztą bojkotującego aktora będzie pewnie można obejrzeć w powtórkach programów.
- I jeszcze dostaniemy za to tantiemy, czasem niezłe. Nie można niestety zbojkotować powtórek, ale całkiem możliwe, że teraz "oni" będą te powtórki selekcjonować, czyszcząc niektórych aktorów z ekranu. Taki los. Zresztą chodzi przecież głównie o niepojawianie się w publicystycznych programach. To w nich daje się swoją prywatną twarz. Ale to nie takie jednoznaczne. Będę prowadzić uroczystość otwarcia Wystawy Katyńskiej. Z pewnością przyjedzie TVP. Mam się tam pchać ze swoim bojkotem i naruszać ciszę, protestując z powodu kamer? Trzeba będzie ważyć proporcje.

Pani pierwszy raz na Woronicza?
- Przy okazji "Trzech sióstr" w reżyserii Bardiniego. Rok 1974. Grałam Irinę, byłam jeszcze w szkole teatralnej. Pamiętam wrażenie, jakie wywarły na mnie te ogromne korytarze. Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, ale chodzili po nich głównie mężczyźni w teatralnych szatach i kobiety w wielkich perukach. Telewizja w dużej mierze służyła wtedy artystom. To się czuło. Dziś - już nie.

Telewizja służyła artystom czy artyści - telewizji?
- A telewizja PRL-owi? Od takiego myślenia można by zwariować. Kiedyś Jacek Fedorowicz, gdy przeciwko czemuś tam zaprotestował, usłyszał w telewizji: "Dzięki nam zrobił pan karierę". Odpowiedział: "Nie, to telewizja zrobiła karierę dzięki mnie".
Teatr Telewizji w tamtym czasie był prawdziwym polskim teatrem. Miliony ludzi siadało co poniedziałek przy telewizorach, prawie jak przy meczu. Powstawały wielkie kreacje - także dzięki temu, że aktorzy mieli świadomość tej wielomilionowej widowni.


Telewizja dawała popularność, o jakiej aktor teatralny mógł tylko marzyć.
- Takie to medium. Jeśli komuś chodzi tylko o popularność, nie ma lepszego. Niedawno zaproszono mnie na spotkanie z aktorem serialowym. Młody człowiek gra czyjegoś siostrzeńca, który zrobił komuś dziecko czy coś takiego. Pełna widownia: ludzie w różnym wieku, zmęczeni, zapracowani, schorowani. A chłopak siedzi przed nimi, nogi wyciągnięte, koszula markowa i mówi im, jak żyć.

Popularność telewizyjna to moim zdaniem coś, z czego trzeba się leczyć u terapeuty. Blisko już do podejrzenia, że się otarło o boskość. Jeśli pan wyda niszowo wiersz, który ludzie zaczną sobie powtarzać z ust do ust, to jest popularność, która ma wagę.
Wiele zależy od kultury osobistej. Cezary Żak, aktor bardzo serialowy, jeszcze nigdy nie odmówił mi pojawienia się w najbardziej zapadłej dziurze, bez żadnych kamer, gdzie trzeba było wspomóc np. chorych na schizofrenię. Ci chorzy zresztą nawet go nie poznawali. I jeszcze się nie zdarzyło, żeby on się gdzieś tym chwalił.
Za to często czytam, że gwiazda taka i taka "pomaga ludziom, choć nie chce, żeby ktoś o tym wiedział". No i mamy dwa w jednym - popularność i skromność, "za którą cię kochamy, aktorze". Po prostu zwykłe złodziejstwo. Zabiera się miejsce należne ludziom, którzy naprawdę anonimowo ciężko pracują charytatywnie.

Pani nie zabiega o popularność?
- A po co? Wolę patrzeć na przechodniów, a nie być oglądana. Lubię grać, to wszystko.
Mój ojciec zagrał w Teatrze Telewizji wiele bardzo dobrych ról. Ale brał też udział w latach 60. w takim programie "Szklana niedziela". Polegało to na tym, że między różnymi programami pojawiała się na żywo "rodzinka", która komentowała te programy. Ojciec grał tam z Danutą Szaflarską. Nie mogliśmy wtedy z ojcem spokojnie wyjść na ulicę, ręka bolała od autografów. A to dla ojca nie była nawet praca, on się do tego programu prawie w ogóle nie przygotowywał. Zobaczyłam wtedy, na czym może polegać telewizyjna popularność.

Jakie ścieżki wiodły wtedy aktora do telewizji?
- Proste. Za pierwszą propozycją szły kolejne. Pewnie decydował o tym bardzo mały zespół redaktorów. Ktoś się raz sprawdził, to potem już po niego sięgano. Kilka osób zgarniało więc większość głównych ról. Przez kilka lat należałam do tego grona.
Debiut u Bardiniego okazał się spektakularny. Potem przyszły mniejsze role, choć znaczące. Grałam w "Rewizorze" u Jerzego Gruzy, spektaklu wybitnym. W "Niespodziance" u Jana Świderskiego. To było jak na drabince - z każdą rolą pokonywałam jakiś szczebel i coraz łatwiej było o kolejne.
Świderski zwrócił na mnie uwagę, kiedy byłam jeszcze studentką. Często mnie obsadzał, ale skończyło się awanturą. W "Klątwie" Wyspiańskiego obsadził mnie w roli obfitej wiejskiej dziewuchy, szalenie seksualnej, która ma romans z księdzem. Świderski kazał mi się uśmiechać na widok ukochanego. Ja, że nie chcę. Wywiązała się dyskusja, czy zakochani się do siebie uśmiechają. Powiedziałam mu rzecz straszną: że to, co robi, to szmira. On zdaje się ciężko to przeżył, a ja się z tym do dziś budzę po nocach. Ja byłam w tej grzecznej telewizji po prostu bardzo niegrzeczna. Chciałam taka być, ale czasem za bardzo szarżowałam.


Telewizja Szczepańskiego nie była jednoznaczna. Serwowała Polakom nowoczesną jak na tamte czasy rozrywkę, świetną publicystykę kulturalną, ale i nachalną propagandę. Grając w tamtej telewizji, uwiarygodniała pani kłamliwe zaklęcia o tym, że "żyje się dostatniej, a Polska rośnie w siłę".
- Przecież wszystko w komunie było kompromisem. Każdy, kto miał świadectwo maturalne, zaliczył ileś godzin lekcji zakłamanej historii. I nie wychodził, trzaskając drzwiami. Od dziecka każdy z nas żył w podwójnym świecie.
Ale była na Woronicza pewna bariera strachu. Tam się zawsze szeptało.

O czym?
- O wszystkim. Nie mówiło się, tylko szeptało. Podświadomy strach. Ale to nie szokowało, bo w PRL wszędzie tak było.

Ale telewizja nie była jedną z wielu instytucji. Stała się centralnym elementem machiny propagandowej PRL. Było to najlepiej widać, gdy Gierek upadł i jego następcy, by dowieść bezeceństw dokonanych przez tę ekipę, postawili przed sądem za korupcję właśnie Szczepańskiego. Bo w oczach zwykłych ludzi telewizja była równoznaczna z władzą.
- To prawda, tak było. W 1978 roku zostałam nagrodzona na festiwalu filmów i widowisk telewizyjnych w Olsztynie. Dostałam jakiś absurdalny dzban i 1400 zł. Aura tego festiwalu była bizantyjska. Wszystko jakieś takie opasłe, władcze, łaskawe poklepywanie po plecach.
A jakiś czas potem zostałam wezwana na Rakowiecką. Prowadzono śledztwo w sprawie Szczepańskiego i okazało się, że na rachunku za moją nagrodę do tych 1400 zł dopisano jedno zero więcej. Poczułam się dziwnie. Oni spytali: "Co panią łączy z panem P."?

A kto to był?
- Właśnie. Nie wiedziałam, kim był pan P. Jakaś ważna figura w telewizji. Oni najwyraźniej łączyli z układami Szczepańskiego każdego aktora, który otarł się o telewizję. A przecież aktorzy nie byli w takie sprawy wplątywani.

Mówiło się wtedy wiele o systemie przywilejów dla aktorów.
- Nie wiem, nie korzystałam. Podobno rozdawano samochody. Ani ja, ani mój ojciec nigdy nie mieliśmy samochodu. Mieszkaliśmy długo w dwóch pokojach w cztery osoby. Co prawda kiedy ojciec został prezesem SPATiF-u i należał do CRZZ, nawet mieliśmy służbowy samochód z kierowcą. Ale krótko. Przyszedł rok 1968 i ojciec zrezygnował ze wszystkich stanowisk. Moja mama przez całe życie walczyła z komuną. Powiedziała mi po jakiejś awanturze: "Ty jesteś pieszczochem reżimu". Zabolało, ale potem zastanawiałam się nad tymi słowami i doszłam do wniosku, że coś w tym jest. Dużo wtedy grałam w telewizji, dostawałam nagrody. A potem zaczęło się - od połowy lat 70. polityka zawsze była już w tle. To był zresztą czas, gdy coraz trudniej było akceptować to, co działo się w telewizji. Przełomem było chyba usunięcie Andrzeja Seweryna z obsady jednej ze sztuk w Teatrze Telewizji. Seweryn wspomagał KOR i trafił na indeks.

Tak jak Halina Mikołajska.
- Bez niej byłabym inną osobą. Gdy w 1976 roku przyszłam do Teatru Współczesnego, właśnie powstawał KOR. Zobaczyłam w garderobie Halinę pochyloną nad tekstem. A ona zwraca się do mnie: "Przeczytaj sobie tezy partii dotyczące zmian w konstytucji". Ja jak z innego świata. Jakie tezy? Jaka konstytucja? Zaczęłyśmy o tym rozmawiać. Po spektaklach, często do rana. U niej w domu poznałam Jacka Kuronia, Adama Michnika. Zdałam sobie sprawę, że wszystkie role, które dla aktora są centrum wszechświata, to żadne centrum. Żyłam więc w rozdwojeniu. Podpisałam się pod listem otwartym domagającym się uwolnienia Michnika i Kuronia. A równocześnie grałam.

Nie było zapisu na pani nazwisko?
- Nie było.


Dlaczego?
- Byłam bardzo młoda. Myślę, że gdyby był na mnie zapis, zrobiłby się szum, pewnie wygodniej było mnie zbagatelizować. Nie mogli przecież nie wiedzieć, że zbieram podpisy pod listami. Wiedzieli. Aktyw partyjny w teatrze wzywał mnie na spotkania, gdzie tłumaczono, że mam złych przyjaciół. Najgorsze były anonimy. Kiedyś byłam na wakacjach w leśniczówce, przyjechał ojciec, bardzo dumny. Mówi: "Zobacz, ilu masz wielbicieli. Całą paczkę listów przywiozłem ci z teatru". Daje mi te listy, siada naprzeciwko, ja otwieram pierwszy z brzegu, a tam: "Ty k..., twój ojciec lada dzień zginie pod kołami czerwonego samochodu". Zrobiłam wszystko, żeby się nie zorientował.

Tym bardziej nie rozumiem, że wciąż pani grała w telewizji.
- I chce mnie pan koniecznie przyszpilić? Nigdy jeszcze się z tego nie tłumaczyłam. Trudno zresztą, bo należałoby opisać całą tamtą rzeczywistość. Aktorzy nawet między sobą rzadko rozmawiali o granicach kompromisu chociaż pytanie wisiało w powietrzu. Wszystko się zmieniło w czasach "Solidarności". Granie w telewizji było mniej atrakcyjne, bo bardziej liczyło się spotkanie z żywymi ludźmi w teatrze. Oni wyłapywali każde słowo, nawet do przesady. Na każdą aluzję reagowali. A aluzją było wszystko. Nawet litera "S". Aż trudno było z tego powodu grać. Halina Mikołajska przeżywała to jak dramat. Wchodziła na scenę i była oklaskiwana, zanim wypowiedziała słowo. Wolałaby usłyszeć te oklaski po zejściu ze sceny. Mówiła: "Zwisam ze sceny jak sztandar narodowy".


- część pierwsza -



czwartek, 04 czerwca 2009, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -