Blog > Komentarze do wpisu

-> Masaj Jakaya (część pierwsza)

Uwaga Premiera!
Jako pierwsi publikujemy najnowsze opowiadanie cenionego tarnowskiego prozaika Jerzego Reutera.

  Koniec pory deszczowej w Serengeti to początek wielkiego triumfu śmierci. Powoli opada szara zasłona wody, a przez jaśniejące niebo przebijają zabójcze promienie afrykańskiego słońca. Rzeki zamieniają się w małe bajora, wokół których kotłuje się wojna o zwierzęce prawa do wody, jedzenia i terytorium. Antylopy zwołują się w dwumilionowe stado i wędrują za deszczem.
   Nam pozostał poker i dobra rosyjska wóda. Zaopatrzeniem zajął się fotograf z Amsterdamu, Dawid Kunz, korespondent kilku fundacji i wolny strzelec. Kunz był Żydem i często przypominał nam o swym pochodzeniu, próbując w ten sposób coś dla siebie ugrać.
   Drugim kompanem do pokera był młody Niemiec, Paul, przyrodnik, badacz i doktorant uniwersytetu w Getyndze. Fajny chłopak. Trochę niepokorny, często walczący o swoje racje, a przy tym koleżeński i ładny młodością połączoną z niebywałą inteligencją.
    Byłem wtedy korespondentem tureckiej stacji telewizyjnej i robiłem przyrodnicze reportaże, filmy i diabli wiedzą, co jeszcze, a właściwie wszystko, za co można było dostać parę groszy.
   Kunz miał dobre układy w Nairobi i kombinował. Sprzedawał Rosjanom informacje o zapotrzebowaniu na broń wśród miejscowych plemion, załatwiał wojskowe konserwy, ciuchy, materiały fotograficzne i oczywiście wódkę. To był dobry interes. Zaopatrzenie dostarczał nam stary kumpel wszystkich reporterów, Akiba Naduu, kenijski jubiler i handlarz diamentami.
   - Zobaczycie! – powtarzał często Kunz. – Jak tylko skończymy tę pieprzoną robotę pojedziemy do Pemba na białe dziwki. Mam tam zaprzyjaźniony burdelik. Palce lizać, panowie. Biała dziwka w Afryce to rarytas!
   Paul był w przeciwieństwie do Kunza drobnym i anemicznym mężczyzną, ale ciągnął wódę za dwóch i nigdy się nie upijał, Grał dobrze w pokera i płacił karciane długi. Kunz, natomiast, pił niewiele i zawsze wygrywał. Miał szczęście.
   Siedzieliśmy od trzech tygodni na małym wzgórzu, oczekując na antylopy. Przed nami leżała wielka sawanna, płaska jak stół i sięgająca aż do jeziora Wiktorii. Graliśmy w pokera dobieranego z pojedynczym przebiciem do wartości banku. Nie chcieliśmy się ogrywać, a bardziej grać jak najdłużej. Kunz był dobrze do przodu od Paula. Ja byłem na zero. Na stole uzbierała spora kupka amerykańskich dolarów, a karty lepiły się do palców. Był środek nocy i gdy kładłem do banku swoje przebicie – miałem trójkę waletów – odchyliła się zasłona namiotu i weszła stara Masajka Baluu.
- Panie Jery – powiedziała. – Pański pies zdycha za namiotem. Krew mu z pyska leci.
   Moja ręka zawisła nad stołem. Powoli położyłem na kupce banknotów swoje przebicie i powiedziałem:
- Wasze dwa i moje pięć w górę.
   Baluu była naszą służącą. Miała niedołężnego syna i to był dla niej wielki problem.
- Sprawdzam i idę spać – powiedział Paul.
- Sprawdzam i ja – Kunz rzucił na stół piątaka.
   Wygrałem. Moje walety były mocną kartą. Baluu podeszła do stołu, poprawiła dogasającą lampę, pozbierała puste butelki i ułożyła w rogu namiotu.
- Pański pies, panie Jery, co z nim będzie? – położyła rękę na moim ramieniu.
   Murzynka mówiła angielszczyzną pomieszaną z językiem suahili.
- Nic mu nie będzie, Baluu, pewnie się zranił – odparłem i rozlałem do kieliszków wódkę. – Napijesz się z nami?
- Nie piję. A pies zdechnie do rana, panie Jery.
   Kunz potasował karty i rozdał na dwóch. Paul okręcił się śpiworem i poszedł spać pod moskitierę.
- Baluu – odparłem. – Połóż się w samochodzie. Jutro będzie robota.
   Baluu miała syna i nie w tym problem, bo miała jeszcze pięciu chłopaków. Tamci. wysocy i szczupli jak świece. Wszyscy już dawno stali się wojownikami, mieli swoje inkajijik, czyli chałupy i długie włosy. Kłopotem i wielkim utrapieniem był najmłodszy Jakaya. Już to mówiłem. On, ten Jakaya, był całkiem serio upośledzony na umyśle i chromał na nogę. To było wielkie nieszczęście. Kaleka w wiosce Masajów, to same kłopoty – tak mówiła Baluu.
- Co z twoim psem? – zapytał Kunz.
- Nic. Zranił się i leży.
   Prosto z ręki Kunza dostałem dwa asy i blotki. Oczywiście, wymieniłem dwie. Niech myśli, że mam trójkę.
- To ja też dwie – powiedział Kunz. – Takie strachy nie na mnie.
   Przeczekałem, a Kunz zagrał za trzy dolce. Dałem bank i podniosłem do dziewięciu, oczekując sprawdzenia. Nie podnosiłem kart, grałem na dwa asy, w ciemno.
- Jak chcesz, to zobaczę twojego psiaka, co? 
   Kunz znał się na chorobach zwierząt i był w tym dobry.
- Czy ja wiem? – odpowiedziałem. – Pies to tylko pies. Poleży i wstanie zdrowy. Może nadział się na mocniejszego?
   Mój towarzysz uśmiechnął się i rzucił na stół dwadzieścia dolarów.
- Twoje dziewięć i moje dziesięć do góry – powiedział. – Rozegramy, a potem zerknę na psa, Jery, szkoda kundla.
   Zrobiło się cicho. Na stole leżało już prawie trzydzieści zielonych, a my udawaliśmy, że nic ciekawego się nie dzieje, że wszystko, Baluu, mój chory pies i śpiący Paul są ważniejsi od pokera. Taki bluff, wiem coś o tym. Upajaliśmy się ciszą, udawaliśmy obojętność, nie patrząc na stół i karty. Graliśmy na czas. Nagle, w tę zastygłą atmosferę wszedł dziwny jęk, inny i nieznany. Spojrzeliśmy na siebie.
- Pies – powiedziałem.
   Jęk powtórzył się długim przeciągłym zawodzeniem, wzniósł się wysoko i zgasł.
- Nie – zaprzeczył Kunz. – Tak wyje człowiek.
   Prze kilka minut nasłuchiwaliśmy, wyławiając nocne odgłosy sawanny. Na próżno.
- Graj – szepnął Kunz.
   Wtedy po raz drugi uchyliła się zasłona namiotu i weszła Baluu. Podeszła do stołu i nieoczekiwanie usiadła na krześle Paula. Nigdy tego nie robiła.
- Co się stało, Baluu? – zapytałem.
- Pan Kunz mi pomoże – powiedziała. – Ja wiem o tym. Ale ja nie mogę z panem Kunzem gadać i wiem, dlaczego. Czy wysłucha pan mojej opowieści? Panie Jery?
   Baluu miała na sobie czerwoną szatę i ciężkie, metalowe obręcze na szyi. Miała też duże, masajskie oczy i jeszcze większy smutek wytatuowany na twarzy. Po chwili ciszy położyła dłonie na naszych dolarach i zanuciła pieśń.
- Śpiewa w języku maa – powiedział Kunz. – Nie rozumiem tego, ni w ząb. Baluu, o czym śpiewasz?
- Ja się modlę, proszę pana.
   Kobieta miała dłonie pocięte ciężką pracą. Męskie dłonie
- Idę zobaczyć psa – Kunz schował karty do kieszeni. – Dogramy później.
   Nałożył kapelusz, wziął latarkę i wyszedł. Baluu ze wstrętem wytarła dłonie o czerwoną suknię i pochyliła się w moją stronę.
- Panie Jery, mój Jakaya może jutro umrzeć, a ja chcę żeby żył. Czy to źle? Czy może mi pan pomóc?
- Mogę, Baluu, ale jak?
- Kunz ma lekarstwo. Niech pan uprosi kolegę żeby dał dla Jakaya.
   Baluu oprócz tego, że była matką, była też córką masajskiego wodza. Dzieciństwo spędziła w Dar Es Salaam, gdzie skończyła jakąś szkołę. Nie była głupią murzynką.
- Nam nie wolno leczyć Masajów – powiedziałem. – To nie nasza sprawa. Wiem, o co chodzi, Baluu. Ty chcesz leki, bo twój syn przejdzie jutro obrzezanie. Mamy zakaz ingerowania w wasze tradycje.
- On tego nie przeżyje.
   Zwiesiła głowę i zaczęła kiwać rytmicznie ciałem, śpiewając swoją modlitwę. Wtedy po raz trzeci odchyliła się zasłona namiotu i wszedł Kunz. Wypił kieliszek wódki i powiedział:
- Tyfus!
   W pierwszej chwili nie zrozumiałem. Baluu odskoczyła od stołu i schowała się za moskitierę.
- Jak tyfus? – zapytałem. – Co ty mówisz?
- Psi tyfus. Tak się to nazywa.
- I co teraz?
- Psa trzeba dobić i to szybko, a potem głęboko zakopać. Męczy się jak cholera. Musimy też utrzymać wszystko w tajemnicy, bo jak się dowiedzą chłopaki z rezerwatu to będzie wielki kłopot. Mogą nas wypieprzyć z Serengeti.
- Mogą, Kunz.
   Spod moskitiery wyszedł przebudzony Paul. Usiadł przy stole.
- Widzę, że nasz Żyd robi zadymę – powiedział. – Co się dzieje? Nie gapcie się na mnie. Mówcie, do kurwy nędzy.
   Kunz przełamał z trzaskiem palce – zawsze tak robił, gdy się wkurzał.
- Uważaj, Paul! Słowo „Żyd” w szwabskim ryju brzmi niebezpiecznie!
   Zanosiło się na kolejną awanturę. Znałem ich obu, jak codzienna rację chleba i wiedziałem, że takie wybuchy kończą się zawsze butelką pojednania. Podobno Kunz uratował życie Paulowi. Nie wiem, tak słyszałem, że niósł nieprzytomnego wiele kilometrów na plecach. Gdzieś nad brzegiem Mekongu, gdy filmowali razem połów pangonodazjana - to jakaś potworna ryba, co jak się wkurzy, to dochodzi do czterystu kilogramów wagi – wpadli w ręce kłusowników. Nie wiem, nie ważne. Żaden tym się nie chwalił.
- Wy Żydzi zawsze rzygacie Niemcom w twarz – powiedział Paul. – By stać się waszym wrogiem wystarczy być z Westfalii, albo innego pieprzonego landu. Gudłaje, kurde!
   Wiedziałem, że muszę się wtrącić, bo kłótnia może potrwać do rana, a zanosiło się na mnóstwo roboty.
- Kunz! – zawołałem. – Mieliśmy grać! Prawda? A ty Paul nie przeszkadzaj! Zawiń dupę w śpiwór i wracaj na materac!
   Baluu wyszła z namiotu i znowu rozległ się ten niesamowity jęk. Paul nie poszedł spać. Zajął się piciem wódy, a my wróciliśmy do gry. Miałem wielką ochotę sprawdzić, ale niewyraźna mina Kunza mówiła sama za siebie. Wygrzebałem ostatniego dwudziestaka i rzuciłem na stół.
- Twoje dziesięć i moje dziesięć. Co ty na to, Kunz?
- No właśnie. Sam nie wiem, czy warto grać o te pieniądze? Ty Jery jesteś już goły, a moja karta wymaga bardziej dynamicznej licytacji.
  Marszczył czoło i udawał, że intensywnie myśli. Wiedziałem, że to kolejny bluff.
- A kto zabije psa? – zapytał.
- Ja jestem Niemcem – powiedział Paul. – Nam nie wolno, nawet psa, bo co by na to powiedział nasz stary Kunz?
- Mam inny pomysł – Kunz uśmiechnął się półgębkiem, a ja wyczułem jakiś podstęp. – Zagramy, Jery, o twojego psa. Co ty na to?
- Chcesz grać o mojego zdychającego psa?
   Jęk Baluu stawał się powoli nie do zniesienia.
- O jego śmierć zagramy – powiedział Kunz. – I to, co na stole.
   Wyjął z kieszeni małą strzykawkę. Poznałem, to była jednorazówka morfiny. Głupi Kunz uśmiechał się podejrzliwie i kombinował dalej.
- Możemy skrócić cierpienia psa, albo... Albo pomóc człowiekowi. Co ty na to, Jery?
- Nie rozumiem, co tam pieprzysz, Kunz – odparłem stanowczym tonem. – Do rzeczy!
- Wygrasz – zaczął bawić się strzykawką. – Twój pies może umierać szybciej i łagodniej. Przegrasz, Jery, dam morfinę Baluu. Przynajmniej jej syn przejdzie bez bólu inicjację.
- Jesteś kawał skurwysyna!


sobota, 21 marca 2009, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej

    Boże Ciało to zwyczajowa nazwa katolickiej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, zwanej również Świętem Najświętszego Ciała Chrystusa. Jest to święt



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -