Blog > Komentarze do wpisu

-> Fotograficzni akrobaci (część druga)

A oto wywiad, jakiego udzielił Andrzejowi Rozhinowi nasz bohater:

Skończył Pan 32 lata, czy jest Pan zadowolony ze swoich dokonań?
Jestem gdzieś na początku drogi i bardzo chciałbym nauczyć się fotografować...

To mówi 4-krotny laureat World Press Photo?
Dorastałem w czasach, kiedy nie było w Polsce szkół fotograficznych. Czytałem i oglądałem zagraniczne pisma, a szczególnie katalogi Word Press Photo. Poznałem fundamentalną zasadę fotografii prasowej, że jest to najbardziej obiektywne patrzenie na świat.

Pierwszy aparat fotograficzny?
To było dawno. Jakaś Smiena, którą fotografował tata. Ma on bardzo fajne wyczucie zdjęcia. Jestem przeciwny podziałowi na amatorów i zawodowców. Myślę, że dla każdego z nas fotografia jest czymś innym. Dla fotoreportera zawodowego jest to pewne wyzwanie i sposób zarabiania pieniędzy. Natomiast dla wszystkich z nas fotografia jest momentem utrwalenia ważnej chwili naszego życia. Miałem w domu wspaniałego przyjaciela, psa sznaucera o imieniu Garo. Cudowny obiekt do fotografowania. Najlepszy fotograf nie mógłby zrobić zdjęcia mojego psa lepiej niż ja, jego właściciel. Ponieważ najważniejsze w fotografii są „dobre emocje”. Kiedy robię zdjęcia staram się nigdy nie być intruzem w środowisku do którego przybywam. Wyjęcie aparatu fotograficznego nie powinno być pierwszą czynnością, a ostatnią. Aparat fotograficzny jest czymś bardzo demonicznym.

Kiedy Pan zrozumiał, że fotografia jest Pana powołaniem. Studiował Pan Wydział Prawa na U.W.?
Brak spełnienia się po studiach prawniczych i konfrontacja mojego wyobrażenia o świecie z rzeczywistością, spowodowały, że postanowiłem być uczciwym wobec siebie. Stąd powrót do tego, co mnie kiedyś cieszyło. Fotografowanie było mi bliskie i zająłem się fotografią prasową. Myślę, że gdybym miał coś poradzić młodym ludziom,powiedziałbym: „słuchajcie, studiujcie najwięcej kierunków, rozwijajcie się, a potem wybierajcie zawód”. Ale prawda jest taka, że młodzi ludzie dzisiaj wybierając kierunek studiów, kierują się wyłącznie perspektywą zdobycia pracy i zarabiania pieniędzy. A jest mnóstwo pięknych kierunków: historia sztuki, humanistyka, szkoły artystyczne... które wspaniale rozwijają wewnętrznie człowieka.

Panie Tomaszu, nie każdy ma dzisiaj takie możliwości. Pan pochodzi z zamożnego domu...Mógł Pan studiować i robić, co Pan chciał...
Kiedy zaczynałem swoją przygodę fotograficzną to ta sytuacja nie wyglądała tak bajkowo. Dla mnie tak naprawdę fakt posiadania takich czy innych pieniędzy nie zmienia podstawowych zasad życiowych. Wykonuję normalną działalność zawodową. To jest praca, która również przynosi pieniądze, jak na rynek fotograficzny, bardzo duże. Fotografuję dla jednej z 4 największych na świecie agencji fotograficznych. Nie mam bardzo wybujałych potrzeb własnych, ale kiedy chcę zrobić prezent mojej żonie czy komuś z przyjaciół to satysfakcję mam wtedy, kiedy mogę to zrobić za pieniądze, które sam zarobiłem. Młynarski śpiewał kiedyś „róbmy swoje”. Jest jeden sposób, który prowadzi do sukcesu. To jest praca. Zaczynając swoją przygodę z fotografią, postawiłem na jedną kartę bardzo wiele. Dochodziło do tego, że 8 – 10 miesięcy w ciągu roku pracowałem gdzieś na świecie wykonując zdjęcia na zlecenie agencji. To bardzo ciężka praca i trudna do zaakceptowania przez rodzinę. Wracając do wątku finansowego, widzi się moje korzenie rodzinne, ale mało, kto zna fakty, że jestem piątym na świecie fotografem pod względem wyrabianego zysku dla agencji. Jestem jednym z najlepiej zarabiających fotografów. Jest ważne, aby uwierzyć w siebie, ale to jest za mało. Trzeba po prostu uczciwie pracować. Jest bardzo miło kiedy jakieś zdjęcie wygrywa konkurs, ale dla mnie największą przyjemnością jest kiedy to zdjęcie zostanie wydrukowane i kiedy ktoś kiedyś napisze do mnie z odległego końca świata: „ wiesz widziałem twoje zdjęcie i chciałbym go podarować mojemu dziecku, czy możesz mi je przysłać?” I piszą ludzie z różnych krajów. Piękna fotografia to efekt pracy zespołu ludzi, których łączy jeden cel. Docieramy do nieznanych obszarów, do prawdziwego świata, do ludzi żyjących na wysypisku śmieci, do dotkniętych głodem, do chorych na aids.

Dostał Pan II nagrodę World Press Photo 2002. Czy to zdjęcie mnicha który biegnie po pionowej ścianie jest reżyserowane?
Kiedyś oglądałem film „Klasztor Shaolin” i zrodziło się marzenie aby tam pojechać. Ale istniało wiele świetnych zdjęć z Shaolinu. Zrodziło się pytanie czy my możemy zrobić coś nowego. Pojechałem tam i życie mnie zaskoczyło. Moje wyobr5ażenie o tym miejscu było zgoła inne od tego, co tam zastałem. To miejsce zostało niestety już dotknięte komercjalizacją. Wokół Shaolinu powstała gigantyczna ilość szkół kung-fu. Uczy się tutaj ponad 55 tysięcy adeptów walki. Mimo tego miejsce to posiada swego ducha i czuje się tu historię. Jednocześnie przez fakt otwarcia dla obcych, aura tajemniczości została rozwiana. Nasz pomysł był taki: zróbmy historię o umiejętnościach tych mnichów. Jeden umie chodzić po murze, drugi ręką rozbije wiadro z wodą, inny staje na głowie, ktoś umie rozbić stos cegieł. Zdjęcie mnicha biegnącego po murze zrobiłem w ostatnim dniu. W ostatniej godzinie naszej pracy trafiłem na moment, kiedy on pokazywał tę sprawność młodym adeptom.

Świat jest piękny, kolorowy, a nagrodzone zdjęcia są czarno – białe, dlaczego?
Uważam, że liczy się świadomość fotografującego. Sam fotograf musi uznać, co jest lepsze, co jest mocniejsze. Kolor nas szalenie rozprasza, bardziej koncentrujemy się na jego magii, niż na temacie zdjęcia. Nie o to chodzi, żeby zwrócić uwagę na zdjęcia, chodzi o to, aby zwrócić uwagę odbiorcy na problem.

Jakie cechy musi mieć fotograf, aby ten dynamiczny świat przyrody, zwierząt pokazać?
Ja bym nie dzielił świata, który fotografuję, bo tego podziału tak naprawdę nie ma. Główną cechą fotografa powinna być cierpliwość. A do tego każdy wyjazd musi być poprzedzony zdobyciem wnikliwej wiedzy i to wiedzy różnego rodzaju. Dopiero wówczas wiemy, czego szukać.

Kiedyś powiedział Pan, że przedkłada siłę argumentacji nad siłą fizyczną? Jeszcze Pan w to wierzy?
Oczywiście. Siła fizyczna tak naprawdę jest naszą słabością. Jestem przeciwnikiem jakichkolwiek rozwiązań siłowych. Uważam,że dzisiaj biznes i gospodarka bardzo silnie wtargnęły w życie ludzi, w życie kultur. Oczywiście poprzez rozwój techniki świat stał się mniejszy. Nie akceptuję jakichkolwiek ingerencji i wojen.
W życiu prywatnym jestem osobą miłującą pokój, jestem osobą, która wyznaje bardzo idealistyczne poglądy. Nie staram się zmieniać ludzi. Największą umiejętnością jest akceptowanie ludzi takimi, jakimi oni są. I od nas zależy czy jesteśmy w stanie kogoś zaakceptować. Wtedy, kiedy jesteśmy uczciwi w zadawaniu tego typu pytań, możemy stworzyć przyjazne sobie środowisko. Jeżeli z jakichkolwiek powodów, czy to są powody biznesowe, a na ogół tak się dzieje, czy jakieś tam układy towarzyskie, zaczynamy się oszukiwać, zaczynamy funkcjonować w jakimś złudnym świecie, gdzie przyjaciółmi nazywamy kontrahentów, wówczas zaczyna się źle dziać.

A jak Pan postrzega świat, w którym żyjemy. Ten świat jest w polu widzenia Pana obiektywu... Pan wiele o tym świecie wie...
Dużo jest niepokojących rzeczy. Rozwój technologiczny świata przybliża nas do degradacji naszej planety. To nie jest pesymistyczny wizerunek, staram się spojrzeć obiektywnie. Nie chcę też posługiwać się takimi banałami, że gdyby pieniądze ze zbrojeń przeznaczyć na ochronę zdrowia, to ileż to rzeczy by się zmieniło...

To polityka, ale jaki ten świat jest dla Pana?
Dla mnie ten świat i to jest najpiękniejsze, jest światem pełnym tajemnicy. Świat, który jestem w stanie ciągle odkrywać. Musimy sobie stworzyć umiejętność patrzenia na ten świat...jakże cudownie jest rano otworzyć okno i usłyszeć piękny śpiew ptaków, miły jest spacer z psem , czy obserwacja jakiegoś pąku na drzewie. Jedną z rzeczy, które uczy mój zawód to umiejętność obserwowania. Wtedy stajemy się uczestnikami niezwykłych wydarzeń. Świat jest wspaniały. Nawet te rzeczy bardzo powszednie i zwyczajne mogą być najpiękniejsze.

Jak Pan sobie radzi z samotnością? Tam daleko podczas długich ekspedycji?
To mi najbardziej doskwiera. Powiem szczerze i to zabrzmi absurdalnie, ale to jest dla mnie najtrudniejsza rzecz, to jest to, z czym najtrudniej mogę sobie poradzić. Po prostu nie znoszę wyjeżdżać. Kiedy już tam jestem zawsze jakoś to przeżywam, odchorowuję. Zdarzało się, że szukam jakiegokolwiek pretekstu, aby wyjazd odłożyć, a największą radością jest, kiedy wracam i ląduję na Okęciu. Moje wyjazdy nie mają nic wspólnego z wakacjami. Jest zadanie, zrobić zdjęcia bardzo dobrze, ale zrobić najszybciej. Wstyd powiedzieć, fotografowałem kilka tygodni w Egipcie i nie zwiedzałem piramid. Praca, poszukiwanie nowych tematów nie pozostawia czasu. My śpimy średnio 2-4 godziny na dobę. Pokonujemy, często nocą, duże odległości. W czasie wyjazdu zrzucam 10-11 kilo.

Czy tym ekspedycjom towarzyszą emocje?
Tak. W powszechnej świadomości jest, że nie można podejść do lwa. Można, ale trzeba z nim spędzić trzy miesiące. To proces oswojenia. Trzeba poznać pewne reguły. Świat zwierząt ma te reguły bardzo klarowne, świat ludzi jest nieprzewidywalny. Efekt zdjęcia, jakość zdjęcia, tworzymy nie tylko poprzez zabiegi techniczne, ale również przez zbliżenie fotografa do obiektu, który go interesuje. Ta bliskość wzbogaca nas samych. Pokazuję na zdjęciu to, co czułem w momencie fotografowania.

Fotografia ekstremalna, epatująca scenami drastycznymi. Czy są granice nieprzekraczalne, kiedy fotografowi nie wolno nacisnąć spustu migawki?
Równie dramatyczne sceny jak te fotografowane, są opisywane. Nie można zapominać o tym, że w historii fotografii prasowej mamy takie zdjęcia jak znana fotografia dzieci wietnamskich, które uciekają przed napalmem. Fotografia ta silnie poruszyła opinię publiczną. Ważna jest intencja fotografującego. Powodem, dla którego fotograf znajduje się w jakimś miejscu jest fakt,że on nie godzi się z sytuacją na przykład wojny, głodu, więzienia itp. Swoją fotografią chce zwrócić uwagę. Ale fotograf powinien absolutnie zostać tylko obserwatorem. Rozumiem, że sfora fotoreporterów nad leżącym na ziemi, rozerwanym bombą człowiekiem może budzić złe wrażenia. Ale ci ludzie narażają często także swoje życie. Oni dokumentują to, co człowiek złego czyni na świecie, próbują stworzyć pewien lobbing, aby zaprzestać na przykład ciągłych egzekucji w Chinach. Bez tych zdjęć byśmy się o tym nie dowiedzieli, co nie oznacza, że nie istnieją granice w fotografowaniu. Często my fotografowie trafiamy do takich miejsc, w których nasza obecność jest pewną nadzieją i musimy wszystko zrobić, aby tej nadziei w tych ludziach których odwiedzamy nie zawieść.

Czy praca fotoreportera nie brudzi, czy nie odciska piętna, czy można zostać czystym w tym ubłoconym świecie, babrając się na śmietniku? Być może to nie dotyczy Pana?
Myślę, że mnie też, bo robię różne tematy i do nich też dążę. Ta praca uczy prawdy o życiu, że jest ono brutalne. Ale uczciwie pokazuje, jaki jest ten świat. Wrócę do konkursu World Press Photo, bardzo często mówi się, że jest to konkurs fotografii prasowej i żeby tam zaistnieć trzeba zrobić zdjęcia brutalne, dramatyczne. Ale te zdjęcia nie są wymyślone. To wszystko się dzieje wokół nas. Nam się wydaje, że oglądane zdjęcie wojny pochodzi z roku 1941, a to fotografia z roku 2003.To jest live, to rzeczywiście się dzieje. Boimy się tego. Uczestniczę w życiu ludzi, których fotografuję. Kiedy chcę zrobić materiał o głodzie w Etiopii przy granicy z Sudanem to spędzam tam miesiące. Staram się żyć pomiędzy nimi, uczestniczę w ich codziennych zajęciach bo chcę zrobić dokument, który ma być autentyczny. Muszę tę ich sytuację poznać i poczuć ją.

Czyli nie może się Pan obnosić z radosną twarzą sytego Europejczyka. Zdarza się Panu rozmawiać z tymi ludźmi?
Bardzo często. Przez to rozumiem określenie „być zaakceptowanym”. W tym zawodzie liczy się także etyka. W Etiopii widzę jak dzieci bawią się odłamkami granatów trzymając je w ustach. Te obrazy mogą się stać wstrząsającymi zdjęciami, ale trzeba umieć zapanować nad sobą, wszystko odłożyć i dać sobie szansę wejścia głębiej. Tu nie chodzi o to aby sfotografować obrazy które nas zachwycą, to nie ma być piękne opakowanie, w środku puste. To opakowanie może być gorsze, ale treść musi być mocna.

Czy był Pan z aparatem w sytuacji tak dramatycznej, szokującej dla Pana w której odstąpił Pan od wykonania zdjęcia?
Było takich sytuacji wiele, kiedy zrezygnowałem i były takie, w których odstąpiłem, a później żałowałem. Te zdarzenia dotyczą skrajnie różnych okoliczności. Robiłem materiał o prostytucji dzieci na Filipinach, fotografowałem dzieci żyjące na cmentarzu, który został zalany przez tajfun i stał się dla nich basenem basem kąpielowym. Innym przykładem jest morderczy wyścig koni na stepie mongolskim dosiadanych przez dzieci. Mało, który koń przeżywa. Mam zdjęcia umierających koni i przytulone do nich, zapłakane dzieci, które tracą przyjaciela. Jest pytanie czy taką chwilę wolno zakłócić ingerencją fotografa. Bardzo istotna jest nasza wewnętrzna ocena sytuacji, ale nigdy nie może być tak, że zdjęcie to jest najważniejsza rzecz, którą robimy. Nie, to jest ostatnia rzecz, którą robimy.

Czy zdarzyło się kiedyś coś co zagroziło bezpośrednio pańskiemu życiu?
Nie, ja jestem człowiekiem, który nie lubi ryzyka. Jestem osobą bardzo zrównoważoną, nie jestem hazardzistą. Profesjonalizm polega na warsztacie. My robimy masę rzeczy, które dla otoczenia wydają się ekstremalne, ale my je tak ubezpieczamy, że ryzyko jest minimalne. Wierzę w swój instynkt i to, co mi podpowiada. No i mam szczęście, mam generalnie szczęście w życiu.


Rozmowa odbyła się 25 lutego 2003 w Agencji Fotographie Gudzowaty w Warszawie.



poniedziałek, 26 stycznia 2009, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -