Blog > Komentarze do wpisu

-> Milda zawsze przynosi nieszczęścia (cz.3)

Wieloryb znał jeszcze receptę na życiowe szczęście – niby krótkotrwałe, ale zawsze powracające w miesięcznym cyklu, wyznaczonym dniem wypłaty stypendium.

   Do niedawna tylko brak jedzenia sprawiał Wielorybowi ból, o którym zresztą namiętnie opowiadał, zwłaszcza, gdy – odwiedzając kogoś – natrafił na czas posiłku. Opowieść była na tyle wstrząsająca, że większość, przynajmniej początkowo, litowała się nad nim – dzieląc jedzenie albo pożyczając pieniądze.
   Poza utrapieniem nieustannego głodu – niezrozumiałym przez nas i wyśmiewanym –Wieloryb miał wszelkie predyspozycje, aby być człowiekiem szczęśliwym. Ta podstawowa wiązała się z tym, że cechował go rzadko spotykany u ludzi brak polotu.
Dlaczego Wieloryb nie jest szczęśliwy?
Cóż – Milda zawsze przynosi nieszczęścia.

   Przed dwoma tygodniami Wieloryb wyjawił nam nieśmiało, drżącym głosem, że tego wieczoru przyjdzie do niego dziewczyna.
   Początkowo nie chciał nam zdradzić, kim jest ta desperatka, która reflektuje na wielorybie zaproszenie, ale wreszcie – przyparty do muru – przyznał, że spodziewa się wizyty Mildy.
Oniemieliśmy prawie wszyscy – tylko Pasza parsknął gorzkim śmiechem.
– I co? Co właściwie zamierzasz z nią robić? – spytałem niepewnie, przerywając krępujące milczenie.
   Po minie Wieloryba wywnioskowałem, że nie ma najbledszego pojęcia, co można, co się powinno, a co koniecznie trzeba robić z zaproszoną dziewczyną. Zwłaszcza jeśli tą dziewczyną jest Faszystka.
   Postanowiliśmy mu – jak to dobrzy kompani –  pomóc. Tym bardziej, że Wieloryb mieszkał i wciąż mieszka samotnie, więc spotkanie miało szansę obrać interesujący kierunek.
Oficjalnie – z Wielkim mieszka Szymek, Polak z Tomaszowa, jednak rzadko –zazwyczaj dwa razy w tygodniu – odwiedza on swój pokój.
   Tydzień Szymka wygląda schematycznie. Przyjeżdża zawsze w poniedziałek rano, wyciąga z torby kilka książek i kładzie je na łóżku, a opakowane w złotko kotlety wkłada do lodówki. Następnie siada obok książek, czasem otwiera jedną z nich i ciężko wzdycha. Po kilku minutach opuszcza pokój i wraca dopiero w piątkowe popołudnie. Zagląda do lodówki, wyciąga kotlety i zjada przy stole kilka z nich. Przynajmniej od czasu, gdy Wieloryb spał z Mildą, bo wcześniej Szymek zastawał pustą lodówkę – spoglądał tylko bezsilnie na współlokatora, a ten robił minę niewiniątka, tłumacząc mętnie, że to nie on.
Później siada na łóżku, ciężko wzdycha, po czym chowa książki do torby i wraca do domu, do Tomaszowa, by w poniedziałkowy poranek znów je wyciągnąć i ciężko westchnąć. Mówimy o nim "człowiek renesansu" – studiuje już szósty rok, szósty kierunek, i po raz szósty jest pierwszakiem.

   Pokój Wieloryba, w stanie w jakim go ujrzeliśmy na kilka godzin przed planowaną randką, wyglądał mało atrakcyjnie i absolutnie nieromantycznie. Tydzień wcześniej Wieloryb dostał stypę, czego świadectwem były rozrzucone na stole i pod nim opakowania po Lay'sach i rozmaitych chrupkach, słoiki po wszelakich "obiadach w pięć minut", dwa pudła po pizzach i wiele innych śmieci. Krążąc po pokoju, kopaliśmy walające się na podłodze puste butelki po Coca-Coli, Fancie, Lipton Ice Tea, – tylko półlitrowe, bo Wieloryb, gdy odebrał stypendialne pieniądze, nie zwracał uwagi na wątpliwą opłacalność zakupu pięciu półlitrowych butelek zamiast jednej dużej, dwulitrowej. Nawet, gdy pół litra dolewano gratis.
– Po pierwsze – powiedziałem – musisz tu posprzątać. Naprawdę chcesz przyjąć Faszystkę w tym burdelu?
   Wieloryb speszył się, coś mamrotał, że to nie on, że to "ten Polak" – jak mówił o Szymku – taki bałagan robi, ale kto znał Wielkiego dłużej niż dzień, ten nie wierzył żadnym jego tłumaczeniom.
– I zasłoń czymś te napisy – wskazałem na ścianę, na której widniało, wypisane markerem, hasło "ZABIĆ WIELORYBA" w kilkunastu językach, od "ubit' kita", przez "kill the whale", aż po trudny do rozszyfrowania dopisek jakiegoś Mołdawianina. – Milda pomyśli, że nikt cię nie lubi.
   Przy okazji pomyślałem perfidnie, że trzeba spytać Faszystkę o wersję łotewską.
– Poza tym tu zwyczajnie śmierdzi – stwierdził Pasza. – Wietrzycie czasem ten pokój w ogóle? –  podszedł do Wieloryba i pociągnął nosem. – O, blin. Od ciebie też jedzie! Umyj się na to spotkanie, bo najgorsza szlucha by od ciebie uciekła.
– Pasza dobrze prawi – podchwyciłem. – Zapraszając dziewczynę, musisz zakładać, że się do niej zbliżysz. A największym wrogiem bliskości jest... no, sam powiedz? Smród, Wielorybie, smród!
– Masz jeszcze jakieś pieniądze? – spytał Pasza.
   O dziwo, choć od stypy minęło już dokładnie osiem dni – miał. Zasugerowaliśmy mu, żeby wybrał się do Leclerca i kupił jakiś odświeżacz powietrza, Brise na przykład, a nawet – jeśli zależy mu na romantycznej atmosferze – świece zapachowe. Wieloryb wysłuchał naszych wywodów z otwartą gębą, po czym ubrał się i śpiesznym krokiem podążył do oddalonego o kilometr hipermarketu. Czas mijał.
   Wrócił po godzinie z siatką zakupów – odświeżacz Air Wick o zapachu lawendy, cynamonowo-pomarańczowe świeczki, a z dna siatki Wiktor wygrzebał kilka choinek Wunderbaum, waniliowych i o zapachu zielonego jabłuszku.
– Świetnie – powiedział, gdy już zdołał powstrzymać kolejne ataki śmiechu.  – Będą z ciebie, Wielorybie, ludzie.
   O szóstej, godzinę przed wizytą Mildy, pokój lśnił czystością i pachniał nachalnie kakofonią rozmaitych woni, a wielojęzyczne napisy przykrył – zdobyty przez Wieloryba diabli wiedzą skąd – plakat zapraszający do kin na premierę drugiej części Shreka.
Na stoliku stała, jeszcze niezapalona, świeca, na uchwytach szafek wisiały zapachowe choinki. Wiktor sugerował wprawdzie, żeby chociaż jedną Wieloryb powiesił sobie na szyi, ale wyperswadowałem mu to na szczęście, wiedząc, że – całkowicie zdany na nasze rady i im posłuszny – jest gotów zaakceptować nawet najbardziej absurdalne wskazówki.

   Jak przebiegły wieczór i noc, które już na zawsze zmieniły Wieloryba – możemy się jedynie domyślać, gdyż żadne z dwojga nie miało ani wciąż nie ma zbytniej ochoty rozmawiać na ten temat.
   Ona – wybucha śmiechem i zapewnia w trzech językach o swym dziewictwie, on – rozdziawia w rozmarzeniu gębę i patrzy tępo przed siebie, a później smutnieje i zaczyna mamrotać coś o miłości.
   Przypuszczamy, że Wieloryb opowiedział Faszystce wstrząsającą historię o swym chronicznym głodzie, po czym dziewczyna – odurzona mieszanką dobywających się zewsząd zapachów – zasnęła w omdleniu na jego łóżku. Następnie – chyba pierwszy raz przed snem – Wielki wziął prysznic i ułożył się delikatnie – na ile oczywiście był zdolny do finezji – obok nieprzytomnej dziewczyny, by aż do zaśnięcia – raczej nierychłego – delektować się jej bliskością.
I tylko tyle.

   Odtąd Wieloryb nie mówił już o chronicznym głodzie. Odtąd – Wieloryb mówił o miłości.
Cierpiał. Nieszczęścia przynoszone przez Mildę, jakby wreszcie zogniskowały się w jego opasłym cielsku. Cóż – sztuka przyjemnego życia polega również na umiejętności obracania czyichś nieszczęść we własna radość, a nawet kierowaniu je na innych.
Odetchnęliśmy na jakiś czas z ulgą, zwłaszcza, że Milda rzadziej nas odwiedzała, obawiając się – całkiem słusznie – docinków o feralną noc.
   Wieloryb przyszedł do nas któregoś popołudnia, gdy – znudzeni – sączyliśmy piwo, i nieśmiało napomknął, że też by się chętnie napił. Cóż – to chyba naturalne. Kto myśli zbyt wiele o miłości, prędzej czy później zapragnie sięgnąć po alkohol. Mimo to, jego deklaracja mocno nas zaskoczyła.
– Mam świetny pomysł – powiedział Grzesiek, jeden z kilku Polaków mieszkających w etnicznym tyglu naszego skrzydła, gdy Wieloryb opuścił pokój. – Upijemy dziś wielka dupę!
W trójkę – dołączył do nas Wiktor – udaliśmy się do "Stokrotki" po zakupy. Grzesiek odnalazł na stoisku alkoholowym najmocniejsze piwo.
– Patrz – pokazał mi puszkę Imperatora.  – W sam raz dla Wielkiego. Weźmiemy mu z pięć, nie?
– Padnie trupem...
– I o to przecież chodzi – roześmiał się.
   Z pięcioma Imperatorami i kilkunastoma Harnasiami wróciliśmy do akademika. Z trudem wstrzymywaliśmy śmiech, przewidując przebieg dzisiejszej imprezy.
– Spójrz – Grzesiek podał Wielorybowi paragon – wybraliśmy ci najlepsze piwo, jakie było.   Najdroższe. Bo jeśli naprawdę pijesz pierwszy raz, to lepiej nie eksperymentować z jakimiś popłuczynami. Sam zobacz, trzy zyle daliśmy, a to nasze tylko dwa kosztuje...
Wieloryb trzymał puszkę w dłoni, powąchał kilka razy otworzone już piwo, ale jakby odwlekał pierwszy łyk. Chyba się bał.
Wreszcie – natrętnie ponaglany – spróbował. Przypominał dziecko, które po raz pierwszy wypowiada szeptem brzydkie słówko i czeka na grom z jasnego nieba.
– I co, dobre, nie? – spytał Wiktor. – Daj łyczka, też spróbuję. – Upił łyk piwa, po czym odwrócił w stronę okna skrzywioną w niesmaku twarz. Bliad', spróbuj sobie – powiedział do mnie.
   Upiłem łyk. Piwo było tak mocne i cuchnęło spirytusem, że aż łzy napłynęły mi do oczu. Przepiłem szybko Harnasiem.
– Bardzo dobre – wyjąkałem. – Takie... słodziutkie. Jednak jest różnica – dodałem, zgodnie z prawdą, przewracając oczami.
Wieloryb spróbował Harnasia i skrzywił się z obrzydzeniem.
– To wasze to rzeczywiście... – brakło mu właściwego określenia, roześmiał się tylko, litościwie kręcąc głową. – Nie da się tego w ogóle pić.
Pierwszy odpadł Grzesiek. Tłumaczył coś mętnie, plączącym się okrutnie językiem, że ma zajęcia, musi wcześniej wstać, i tak dalej. Gdy żegnaliśmy się, spojrzał na mnie oczami, zupełnie nie ogarniającymi sytuacji.
   Wieloryb natomiast był szczęśliwy. Jego radości nie zmąciło nawet przybycie Mildy, która roześmiała się na jego widok. Machnął tylko z rezygnacją ręką.
– Głupia żopa – powiedział do mnie szeptem.
   Wkrótce dopił triumfalnie ostatniego Imperatora.
– To co? – spytał, z buńczucznością, której nikt się po nim do niedawna nie spodziewał. – Pijemy jeszcze?
   Co było dalej – nie pamiętam. Wiem tylko, że Wiktor już zasnął i zostałem z Wielorybem sam.
   Rano męczył mnie taki kac, że nie mogłem wygrzebać się z łóżka. Około dziesiątej przyszedł Wieloryb, z uśmiechem na twarzy, pełen energii – wyglądał jak nowonarodzony.
– To co? Dziś też pijemy? – spytał. – Tylko, chłopaki – spojrzał najpierw na mnie, potem na Wiktora – kupcie sobie też to lepsze, bo jakoś niezbyt dobrze wyglądacie.

Ja sgorju w ognie
Sgorju w tiebie, puskaj
Ja mogu stat pepłom
lisz' poznaw twoj raj – rozbrzmiewa z boomboxa Wiktora
Puk, puk.
   W drzwiach pojawia się Wieloryb. Od czasu nieudanego żartu, chce pić codziennie i tylko Imperatory. Chyba wkrótce będzie musiał buchat' sam, bo brakuje nam już sił, żeby mu towarzyszyć i słuchać po raz kolejny wynurzeń o wielkiej miłości.
Milda przynosi nieszczęścia – po prostu – czy to takie trudne do zrozumienia?
   Wiemy o tym, odkąd Wiktor upuścił niemal całą butelkę Nemiroffa, a dziewczyna, niezrażona, przekroczyła pierwszy raz próg naszego pokoju.

Koniec


Maksymilian Fila



czwartek, 18 grudnia 2008, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej

    Boże Ciało to zwyczajowa nazwa katolickiej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, zwanej również Świętem Najświętszego Ciała Chrystusa. Jest to święt

Komentarze
Gość: Figlarz, *.cable.ubr12.sgyl.blueyonder.co.uk
2009/07/02 09:57:23
Hej Max!
Wlasnie przeczytalem wszystkie 3 czesci Twojego opowiadania - i po raz wtory - jestem pod duzym wrazeniem!
Jak skrobniesz jakis zbior opowiadan, czy nawet jedno dluzsze - poprosze jeden egzemplarz z dedykacja ;)
Powodzenia Stary i zycze 'lekkiego piora' :)

Figielek


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -