Blog > Komentarze do wpisu

-> Możesz już iść...

Pilnujcie, aby światło cały czas było zapalone – będzie się mniej bał. I najważniejsze - bądźcie przy nim. Ale gdy nadejdzie ta ostatnia chwila - nie cućcie, nie potrząsajcie, nie wołajcie: Nie odchodź! Jeśli coś mówić, to raczej: Możesz iść, ja sobie poradzę. Nigdy nie miałam wątpliwości, czy mam prawo dawać takie rady. Wiedziałam, że to dla dobra pacjenta. Że od tego zależy, czy będzie mógł odejść spokojnie. Pięć lat temu, gdy na raka umierał mój tata, sama byłam w takiej sytuacji. Zastosowałam się do własnych słów: siedziałam spokojnie przy jego łóżku i modliłam się, żeby Bóg już go zabrał. Stanisława Barakońska przeciera oczy czerwone ze zmęczenia po całonocnym dyżurze. - Co jest najtrudniejsze dla umierającego? - Pogodzić się ze śmiercią. - Co jest najtrudniejsze dla jego bliskich? - Pozwolić mu odejść. Przez 13 lat pracy w częstochowskim hospicjum miała niejedną nieprzespaną noc. Ta nie była zła - nie musiała nikomu mówić, że ktoś mu najbliższy ma przed sobą kilka, może kilkanaście godzin życia. - To nigdy nie jest łatwa rozmowa - mówi. - Ale bardzo ważna.


Odwiedzając pacjenta w jego domu, czasem przez długie miesiące, czasem tylko przez kilka dni, uczy rodzinę, jak opiekować się chorym. Jak myć, gdy już nie ma siły wstać z łóżka, jak oklepywać i czym smarować, żeby nie było odleżyn. Jak przylepiać przeciwbólowe plastry albo podawać podskórnie morfinę. Na koniec musi powiedzieć, jak się zachować, gdy będzie umierał.

Nie karmić na siłę, bo to go tylko męczy. Uważać przy podawaniu picia, bo może się zakrztusić. Że z leków najważniejsze są przeciwbólowe, więc jeśli nie jest w stanie połknąć innych, nie zmuszać.

Między tym a tamtym światem

Maria Szwarc, lekarka z hospicjum: - Umierał ojciec dwójki nastolatków. Chłopak jakoś to znosił. Córka jak wierny psiak leżała obok mężczyzny na łóżku. Wczepiona kurczowo w rękę taty zanosiła się od płaczu. Mijały godziny, dni, a ona wciąż krzyczała. W końcu umęczona tą walką wpadła w jakieś odrętwienie i ucichła. Dopiero wtedy ojciec przestał oddychać.

- Dostałam kiedyś wezwanie do domu 18- lub 19-letniego chłopaka - wspomina Marzena Bula-Podhorska, hospicyjna psycholog. - Stan był już bardzo ciężki. Chłopak dusił się, więc miał podawany tlen, był z każdą chwilą słabszy, ale przytomny. Wiedział, że umiera. To on poprosił o moją wizytę. Chciał, żebym porozmawiała z jego mamą, pomogła jej, teraz i potem, gdy jego już nie będzie. Bardzo się o nią martwił.

Rozmawiały długo. Kobieta wydawała się rozumieć, że śmierć syna jest nieuchronna, a gdy nadejdzie, chłopak przestanie cierpieć. Ale to rozum wiedział, nie serce.

- Nie była w stanie pozwolić mu odejść - opowiada psycholog. - Potem czuła się odpowiedzialna za to, że o kilka strasznych godzin przedłużyła jego agonię.

- Wiele lat temu opiekowałam się starszą kobietą, matką dorosłych już córek - wspomina Barakońska. - Opiekowały się nią bardzo troskliwie, ale gdy zaczęła się agonia, zaczęły nią szarpać, wołać, żeby nie umierała.

Nie umarła. Jej serce biło, oddychała, ale była nieprzytomna, nie reagowała na żadne bodźce. Nie jadła, nie piła, nie oddawała moczu, nie było wydalania. - To wyglądało tak, jakby się zatrzymała gdzieś między tym a tamtym światem - tłumaczy pielęgniarka. - Po wielu dniach ocknęła się na chwilę. Zobaczyła córki przy swoim łóżku, wtedy już spokojne i pogodzone z tym, że mama musi odejść. Więc odeszła.

Będzie umierał po raz kolejny

Z dziewczęco okrągłej buzi siostry Agnes - Agnieszki Kielar - spoglądają zadziwiająco dorosłe, mądre oczy. Młoda zakonnica nie jest pielęgniarką, Jest opiekunką. Jak tłumaczy, do domu chorego trafia najczęściej dopiero wtedy, gdy wszystkie zabiegi medyczne zawiodą i potrzebna jest już tylko staranna i umiejętna pielęgnacja.

- Najtrudniej jest, gdy rodzina oczekuje, że zrobimy coś, co ocali chorego, choć jest już w agonii i stwierdził to lekarz - mówi. - Najmocniej wierzą chyba w moc kroplówki. Jakby trochę glukozy i soli fizjologicznej mogło go wzmocnić na tyle, że wyzdrowieje. Ja wtedy próbuję tłumaczyć, że jeśli będą się upierać, lekarz na pewno zleci tę wymarzoną kroplówkę. Ale że zrobi to dla nich, nie dla chorego. Choremu ona nie tylko nie pomoże, lecz wręcz zaszkodzi, bo przedłuży umieranie.

- Wiem, że trudno to zrozumieć, a jeszcze trudniej przyjąć - potwierdza Maria Szwarc. - Przecież jak ktoś ma zawał, to się go reanimuje. Jeśli u ofiary wypadku zatrzyma się krążenie, to konieczne jest sztuczne oddychanie i masaż serca. Ale takiego pacjenta lekarze mogą wyleczyć na tyle, że będzie mógł żyć nawet wiele lat. W przypadku rozsianej choroby nowotworowej, która wyniszczyła cały organizm, reanimacja spowoduje jedynie to, że wkrótce będzie umierał po raz kolejny. Czasami w hospicjum używamy takiego określenia: ktoś jest realny, a ktoś realny nie jest. Realny, czyli pogodzony z rzeczywistością, z tym, co nieuchronne. Bardzo często to chorzy są realni, ale ich bliscy - nie.

To był najważniejszy mecz

Ksiądz Tadeusz Wójcik od lat jest kapelanem w hospicjum. - Że to rodzaj eutanazji nie ratować za wszelką cenę? Co znaczy eutanazja? Odebranie życia przed czasem. Czy tu coś się dzieje przed czasem?

A jednak na pytanie, czy reanimować umierającego na raka, przewrotnie stwierdza: - Reanimować.

I opowiada: - Kuba miał pięć lat. Umierał na raka mózgu. Nie zapomnę, jak klęczałem przy jego łóżku i modliłem się razem z nim. "Aniele Boży, stróżu mój". Rodzice wyszli z pokoju. Nie byli w stanie patrzeć, jak ich dziecko umiera. A Kuba prosił Pana Boga, żeby mamusia nie płakała. Dla mnie to była reanimacja. Ja reanimowałem jego duszę. Kuba odszedł spokojny.

Wtedy w telewizji była transmisja z piłkarskich mistrzostw. Chorwacja grała z Niemcami. To był jedyny mecz tamtych mistrzostw, którego ksiądz Wójcik nie widział. - I wie pani, to był najważniejszy mecz w moim życiu.

- Da się wytłumaczyć z medycznego punktu widzenia, dlaczego ktoś z bardzo zaawansowaną chorobą nowotworową jest w stanie doczekać ślubu syna, komunii wnuczki, czegoś, co dla niego jest ważne - twierdzi Maria Szwarc. - Pamiętam mężczyznę, który powtarzał, że nie umrze w listopadzie, bo wszyscy jego bliscy odchodzili właśnie w listopadzie. Umarł 1 grudnia. Osoba z mojej rodziny chciała doczekać stycznia, bo styczeń zawsze był dla niej dobrym i ważnym miesiącem. Umarła w Nowy Rok. Po prostu siła woli chorego powoduje mobilizację całego organizmu, wszystkich ważnych dla życia narządów i układów. To tak samo jak z ciężką grypą i wysoką temperaturą jesteśmy w stanie zdać ważny egzamin i dopiero po nim okazuje się, że nie mamy siły dotrzeć do łóżka.

W żadnej medycznej literaturze nie znalazłam jednak wyjaśnienia, dlaczego rozpacz bliskich i ich bunt przeciw nieuchronności śmierci kochanej osoby jest w stanie przedłużyć agonię. Nikt nie badał, co się wtedy dzieje w organizmie chorego, jakie procesy metaboliczne zachodzą, co się dzieje z elektrolitami, jak funkcjonują poszczególne narządy. Po prostu wiemy, że tak jest, bo wiele razy to widzieliśmy. Nie podejrzewam, żeby kiedyś takie badania miały być prowadzone. No bo co by miały dać? Spowodują, że chory ozdrowieje?

O cuda bardzo trudno

- To nie jest tak, że podczas pierwszej rozmowy mówimy choremu, że warto, by załatwił wszystkie swoje sprawy, bo potem może nie zdążyć - tłumaczy Bula-Podhorska. - A rodzinie zapowiadamy, że medycznych szans na wyleczenie nie ma, więc niech się szykują na ostateczne pożegnanie. To jest cały proces, w którym najważniejsze jest instynktowne wyczuwanie, co chory i jego rodzina są gotowi usłyszeć.

Młoda kobieta, matka samotnie wychowująca kilkuletniego chłopca i jedyna córka starszych już rodziców, podczas pierwszego spotkania z hospicyjną psycholog przekonywała - ją, siebie, rodziców - że wygra z chorobą, bo przecież ma dla kogo żyć.

Potem zaczęła powątpiewać: - A jeśli się nie uda? Co będzie z moim dzieckiem?

Gdy umierała, dokładnie wiedziała, co się stanie z chłopcem, bo sama wszystko przygotowała i załatwiła wszystkie formalności, by dziadkowie zostali prawnymi opiekunami jej syna. Rodzice też rozumieli, że już tylko cud może ją zachować przy życiu. I pogodzili się, że o cuda bardzo trudno.

- Pamiętam moją ostatnią wizytę u tej kobiety - wspomina psycholog. - To był wieczór, ja po całym trudnym dniu byłam już bardzo zmęczona i nawet pomyślałam, że przełożę spotkanie. W końcu poszłam. Dyktowała mi swój testament, w którym jeszcze raz podkreślała, że chce, by to rodzice wychowywali chłopca. Nie zapomnę spokoju na jej twarzy, gdy wszystko zostało już napisane i podpisane, przez nią i świadków. Kilka dni później nie żyła.

Żeby się tak strasznie nie bał

Maria Szwarc: - Nawet w opiece hospicyjnej dopiero od kilku lat umieranie traktuje się jako nieodłączną część życia i próbuje o tym rozmawiać. Gdyby miało istnieć umieranie modelowe, to ja bym to widziała tak: chory jest w domu i wie, że odchodzi. Miał czas, by się do tego przygotować, załatwić na tym świecie wszystko, co miał do załatwienia. Przy jego łóżku czuwają bliscy, świadomi, że uczestniczą w czymś bardzo ważnym, intymnym, świętym tak samo jak narodziny.

- Opiekowałam się starszym mężczyzną, który miał za sobą raczej burzliwe życie - wspomina siostra Agnes. - Zorientowałam się, że może zostawiać za sobą niezałatwione sprawy, może nawet skrzywdzonych ludzi. Nie chciał z nikim się spotkać, nikogo przepraszać. Nie życzył sobie wizyty księdza. Powiedział, że da mi znać, kiedy będzie mu to potrzebne. Dał, zobaczyłam to w jego oczach, gdy zaczął konać. Podtrzymywałam go, a do ucha mówiłam, żeby teraz pomyślał o tych, z którymi się nie pożegnał, którym nie powiedział przepraszam. Niech powie to teraz, w myślach. I niech Pana Boga także przeprosi. Nie dlatego, że dla mnie jest ważne, żeby każdy umierał pojednany z Bogiem. Po prostu musiałam czymś zająć jego myśli, żeby się tak strasznie nie bał.


Dorota Steinhagen
źródło: Gazeta Wyborcza



poniedziałek, 03 listopada 2008, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -