Blog > Komentarze do wpisu

-> ZĄB NARWALA cz.2

Przecisnęliśmy się przez „chemiczną” dzielnicę miasta, wąchając smrody wypuszczane na noc, jakby wstyd było kombinatowi, że tak niemiło pachnie. Że produkuje nawozy, ale sztuczne i one nie powinny śmierdzieć, jak te naturalne. Do centrum nie było więcej niż pół godziny jazdy. Wadza wtulił się w ceratowe siedzenie i spał. Ale jak on spał! Niby oddalony gdzieś w inne światy, uciekający przed wściekłym narwalem, a oczy miał szeroko otwarte, chociaż martwe, utkwione w jednym punkcie, nieruchome i nieme - tak bym to określił. W drodze do domu odwiedziliśmy sklep z monopolem. Początkowo była jedna butelka, po krótkim wahaniu druga. W końcu, rozbudzony Wadza oświadczył:
- Weźmy jeszcze jedną, bo wiadomo jak to jest. Ja wiedziałem jak to jest i on wiedział to samo. Wspólnota doświadczeń sklejała nasze myśli w tę jedną - dzisiejsza noc zabuja nami jak łajba. Wódka poprowadziła nas do domu Wadzy.


Mieszkał w typowo blokowym mieszkaniu. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, okna wychodzące na mały plac zabaw i kobieta. Ani ładna, ni brzydka. Typowo blokowa kobieta, lekko zaniedbana, siląca się na utrzymanie pozorów urody, ukrytych pod starym szlafrokiem, pod wałkami papilotów, w brzydkich, znoszonych kapciach.
- To jest Brenda – powiedział Wadza.
   Brenda miała zniszczoną twarz, smutne oczy i tajemniczy uśmiech, skrywany w dłoni.
- Zrób nam, kochanie, herbatki, co? – pogłaskał jej ramię.
   Wadza wskazał mi krzesło przy starym, okrągłym stole. Dawno wytarta politura i spękana okleina wskazywały, że blat tego stołu wiele widział. W rogu pokoju stał czarno biały telewizor, a nad nim wisiał, zawieszony na pasku, złoty saksofon.
- Macie coś? – zapytała Brenda. – Macie do herbaty coś?
   Jej wyraz oczu zdradzał wielkie zapotrzebowanie na to „coś”, że ostatnio dużo piła i cierpi. Że poprostu ma kaca. Wyjęliśmy z plecaka butelki. Ustawiliśmy na stole, na ołtarzu i zasiedliśmy wokół jak wierni.
- Robisz tę herbatę, cholera jasna? – zapytał Wadza.
   Brenda odskoczyła od stołu i pobiegła do kuchni, a gospodarz mieszkania odkręcił pierwszą
półlitrówkę. Niewiele mówiliśmy, bo jeszcze nie nadszedł ten czas, rozplątujący języki, nadający dłoniom wdzięk gestykulacji. Wiedzieliśmy, że to jest tuż tuż i nic nam nie stanie na przeszkodzie, bo jakże piękne były butelki ustawione na blacie. Wadza sięgnął po saksofon. Przez chwilę przedmuchiwał ustnik, potem otworzył szafę i zagrał.
- Otwieram szafę żeby stłumić hałas – powiedział. – Piszą ludzie skargi na moje granie.
- Bo grasz im po nocach! – zawołała z kuchni Brenda. – Gra i gra! Najczęściej „Stawkę większą niż życie”!
- Zelmer – powiedział Wadza, gdy skończył grać. – Pozłacany, proszę pana. Po weselach się jeździ i w inne miejsca... Zawsze to parę groszy, jakby nie liczyć.
    Piliśmy z jednego kieliszka, strząsając, tę słynną, ostatnią kroplę, pod nogi, jak każe obyczaj. W końcu pękło milczenie. Wadza przepił herbatą i powiedział:
- Powiem panu, że Brenda, to dobra dziewczyna. Jesteśmy razem prawie dziesięć lat i szanujemy się bardzo. Ja już miałem kiedyś żonę, a Brenda miała męża.
- Jaki on był mąż. Kierowca. Pojechał i tyle go było – powiedziała Brenda. – Potem chciał wrócić, ale już był mój Wadza i odprawiłam, czyli pieprzłam mu drzwiami przed nosem, temu kierowcy, znaczy się, nie?
- Moja, nie moja, poszła z gliniarzem, ale gdyby nie poszła, to bym Brendy nie poznał. Tak.
   Wadza uśmiechnął się szczerze..
- Żebyś ty, Wadza, nie przesypiał życia. Żebyś nie ścigał się z rybami. Lepiej by nam było, Wadza kochany. – Odwzajemniła mu się klepnięciem w ramię.
   Była między nimi wielka różnica wieku. Może dwadzieścia lat, a może więcej, a jednak wyczuwałem, istniejącą pomiędzy nimi więź. Miłość? Być może tak. Patrzyli na siebie z ciepłą miękkością w oczach. Dotykali się po każdym zdaniu. On przykładał wskazujący palec do jej dłoni, ona klepała go po ramieniu.
- No, właśnie – powiedziałem. – Co z tym narwalem?
   Brenda wstała i podeszła do szafy. Długo grzebała pomiędzy ubraniami, przeklinała i sapała. W końcu wyciągnęła długi i cienki przedmiot, zawinięty w gazety.
Narwal? – zapytała. – To jest, kurwa, jego narwal! To jest jego bzik, albo jeszcze, kurwa, gorzej!
- Nie zaczynaj! – Wadza zasłonił się stołem. – Po co piłaś? Co? No, po co?
- Co? Ja, kurwa? Ja piłam? Ty stary chuju! Wadza! Ty bucu!
- Brenda, ja cię proszę!
   Rzuciła pakunek na tapczan i wyszła do łazienki. Ten zaskakujący wybuch złości był zapewne efektem nadmiaru alkoholu, ale nieco mnie zmroził. Nie wiedziałem, co robić. Wadza nalał wódki i powiedział:
- To zdrowie Brendy, szanowny panie, ona jest dobrą dziewczyną, a te ataki nie są dla mnie czymś nowym. Ot, wódka. Nic innego. Zapewniam, że za chwilę wejdzie i będzie się uśmiechać.
   Rzeczywiście. Po chwili Brenda wyszła z łazienki i usiadła za stołem. Nalała sobie wódki i wypiła.
- Przepij herbatą, kochanie – powiedział Wadza.
- Przepraszam pana – załkała. – Czasami nie panuję nad sobą.
- Herbatą, kochanie. Przepiłaś?
- Po wódce dostaję takiej głupawki, przepraszam.
- Nie chcesz herbaty?
- Wadza!
- No, dobrze już.
   Po kilku kolejkach wydawało mi się, że juz wszystko się uspokoiło. Znowu dotykali się po każdym zdaniu, uśmiechali do siebie, pieścili wzrokiem. Niepokój powrócił, gdy kończyliśmy trzecią butelkę. Brenda wzięła pakunek i wyszła do łazienki.
- Chyba dnieje – powiedział Wadza.
   Siedzieliśmy smętni z pochylonymi głowami nad stołem, kończąc wódkę. Wadza przysypiał, a ja chciałem iść do domu. Wtedy weszła Brenda. W ręku trzymała spiralnie skręcony, długi przedmiot. To był ząb narwala. Popatrzyła na śpiącego Wadzę i zaczęła, ale jak ona zaczęła! Pierwsze uderzenie skierowała w stół, drugim stłukła szyby w kredensie, a trzecie poszło w okno.
- Masz! Ty bucu stary! – krzyknęła i złamała oparcie krzesła.
   Wadza spał, albo udawał, że śpi. Kto go wie? Udało mi się przejść do przedpokoju. Swoje graty wsadziłem pod pachę i po angielsku wyszedłem z domu.


* * *


   Minęło kilka dni, a ja nie mogłem przestać myśleć o nocy spędzonej nad stołem Wadzy, o szaleństwie Brendy, zębie narwala i pozłacanym saksofonie. Z dnia na dzień rosła we mnie sympatia do tych dziwnych ludzi.
   Tego dnia poszedłem w odwiedziny do matki, do szpitala. Nie chodziłem tam zbyt często, nie potrafiłem znieść żółtej barwy jej skóry na tle zielonych ścian. Po każdej wizycie wracałem do domu ze spuszczoną głową.
   Leżała w ostatniej sali, przy oknie. Opowiedziałem jej o przygodzie z Wadzą, o zębie narwala i Brendzie. Mama pokiwała głową, na chwilę przymknęła oczy i powiedziała:
- Ech, ten Wadza, ten stary piernik.
- Mamo! – zawołałem. – Znasz Wadzę?
   Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie, po czym wystawiła rękę spod kołdry i skinęła w stronę drzwi.
- Idź już – powiedziała
- A on?
- Nie powiem, przyzwoity człowiek.
   Postanowiłem odwiedzić Wadzę. Oczywiście, postanowiłem zrobić to z odpowiednim fasonem, więc kupiłem pół litra wódki, a całą drogę modliłem się, by zastać go w domu, by nie pojechał nad Dunajec płoszyć ryb.
   Wadzy nie było, wyszedł dwa dni wcześniej i nigdy nie powróci. Na drzwiach do klatki schodowej wisiała czarno biała klepsydra. Zmarł nagle, urodzony, rodzina i przyjaciele. Pogrzeb, o godzinie. Dzisiaj. Władysław Narwal, lat 61. Ktoś dopisał czarnym flamastrem „Wadza”.
   Cmentarz zawsze ma jeden zapach, a właściwie nie ma żadnego. Są tylko monochromatyczne barwy, przetykane ognikami świec i jednakowi ludzie. Idą, nie idą, potem stoją i śpiewają, nie śpiewają, modlą się, rozglądają, poznają dawno nie widzianych znajomych i dyskretnie przesyłają ukłony. Jeden scenariusz, zawsze ten sam, nie ten sam. Ech, ty, Wadza. Pierniku stary.
- Szkoda chłopa – powiedział ten w czarnym kapeluszu.
- Zawał? Zawał? – zapytała kobieta w popielach.
   Ludzie przeszli konduktem i ustawili się wokół grobu – dziury. Na pryzmie ziemi dwie łopaty wbite na krzyż i człowiek, podparty pod boki, ubrany na roboczo, w gumiakach, z metrówką w kieszeni. Grabarz.
   Stanąłem przy kaplicy i z ukrycia obserwowałem ceremonię. Butelka ukryta za pasem uwierała, więc wyjąłem i odkręciłem. A niech tam. Śmierć zapiekła w oczach, a wódka w gardle.
   Ksiądz zrobił swoje i zakręcił sutanną, zafurkotał, dał znak ministrantom i poszedł. Grabarz splunął w dłonie. I gdy rodzina, przyjaciele brali w garść ziemię i sypali na trumnę, do grobu podeszła kobieta. Ubrana w czerwoną sukienkę, pochylona, zgarbiona, wrzuciła do grobu długi i cienki przedmiot.
- To zdzira.
- Kto zdzira? Ta w czerwonym?
- Jaka tam zdzira. Ona sprzątała u Wadzy.
- U Wadzy? Wadza był zbyt porządny, żeby taka zdzira.
- Rodzina powinna wyjąć to coś. Z dołka wyjąć, nie?
- Jaka rodzina? Tylko siostra z Ameryki.
- Ale ta w czerwonym, to jednak zdzira.
- To jego kochanica, ale zdzira, to fakt. Żyli razem od lat.
   Wycofałem się dyskretnie, odmawiając „Wieczne odpoczywanie”, gdzieś dalej, pomiędzy groby. Przysiadłem na marmurowej płycie – Maria Kozioł, lat 89 – i zapaliłem papierosa. Pomiędzy krzyżami przeciskała się Brenda.
- To pan? – zapytała i usiadła obok.
   Podałem jej butelkę. Wypiliśmy za wieczną drogę, za tych, co na szlaku.
- Poszedł na zawał – powiedziała.
- Był sobie Wadza...
- Ale wie pan co? Pan wie? Ja panu powiem, powiem, że nie spotkałam w życiu tak porządnego człowieka. To był bardzo porządny człowiek. Ten mój Wadza.


Jerzy Reuter



niedziela, 31 sierpnia 2008, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • - > Świetlicki w parku

    W drugiej edycji projektu „Doba dla kultury”, która odbywała się w Tarnowie 31 maja i 1 czerwca, poczesne miejsce przypadło dubeltowemu spotkaniu z

  • -> Jak Piłsudski obalił rząd Witosa

    Chłop z Wierzchosławic przewidział, że marszałek przejmie władzę na drodze przewrotu? Był piękny maj 1926 roku. W stolicy jednak mało kto z beztroską patrzył na

  • -> Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej

    Boże Ciało to zwyczajowa nazwa katolickiej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, zwanej również Świętem Najświętszego Ciała Chrystusa. Jest to święt



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -