Blog > Komentarze do wpisu

-> Mleczarnia, czyli obora w salonie

Najpierw w tarnowskim teatrze odbył się spektakl „Mleczarnia”, zaś po nim w galerii sztuki państwa Kopczyńskich „Hortar” wernisaż malarstwa. Autorem obu tych dziejących się w piątkowy wieczór 12 czerwca wydarzeń był oryginalny śląski artysta Jacek Rykała, który z równym powodzeniem zamienia malarnię na… mleczarnię, i odwrotnie. Ale tak naprawdę, ten jeden z nielicznych malarzy, którzy za życia doczekali się indywidualnej wystawy w krakowskim Muzeum Narodowym, jest poetą. W swoich malarsko – teatralnych poszukiwaniach szuka poezji w śladach bytowania ludzi starych, w zniszczonych przez czas budynkach i bramach, zaułkach i łuszczących się murach. W świecie naznaczonym piętnem przemijania, nostalgicznym i pięknym w swej brzydocie… Codzienność i realizm tych miejsc podkreślają wkomponowane w malarskie prace artysty stare ramy okienne, deski z bram, kawałki drzwi, tabliczki z numerami domów, dawne fotografie i inne detale. Rejestrując rzeczywistość i koloryt miejskich pejzaży Zagłębia i Śląska, pełnymi garściami czerpie z tradycji rodzinnego Sosnowca. To widać głównie w jego twórczości teatralnej, w której wydobywa na światło dzienne nie tylko zapomniane uliczki, podupadłe podwórka, czy zrujnowane bramy, ale i autentycznych ludzi i ich prawie już zapomniane życie. Szkoda tylko, że tak, jak i w prawdziwym życiu - anegdota anegdocie nie równa - jedne historie ujmują od razu, wywołując salwy śmiechu, drugie, zbyt wulgarne, rażą uszy. Mimo to "Mleczarnia" ma w sobie coś magicznego…



Jacek Rykała znakomity twórca, prorektor katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, od lat prowadzący w tej uczelni pracownię malarstwa, zawsze zdradzał skłonności literackie. Pisywał wiersze i krótkie opowiadania, kierowany potrzebą zatrzymania jakiejś szczególnej sytuacji czy rozmowy. I oto po trzydziestu latach od debiutu plastycznego Jacek Rykała odnajduje się w przestrzeni teatralnej. Niedawno - w pięćdziesiątym piątym roku życia -  z powodzeniem wystawił na Scenie w Malarni Teatru Śląskiego sztukę pod znamiennym (dla siebie) tytułem  „Dom przeznaczony do wyburzenia". Poetycka opowieść o podróży do wnętrza ludzkiej pamięci przyjęta została z uznaniem przez publiczność i recenzentów. To artystę ośmieliło i rok temu w tym samym katowickim teatrze dał kolejną premierę, tym razem komedii. Sztuka, podobnie jak poprzednia napisana i wyreżyserowana przez niego nazywa się „Mleczarnia" i opowiada o przypadkowym spotkaniu w izbie wytrzeźwień dwóch 50-letnich mężczyzn, którzy dzieciństwo i młodość spędzili na tych samych ulicach. Nie widzieli się trzydzieści lat. Kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi, podzieliła ich miłość do tej samej kobiety. Teraz wracają do starych, spędzonych na przedmieściach Sosnowca czasów... Odwrotnie do finałowych słów „Mleczarni", że początek jest najlepszy, a potem może być tylko gorzej, wysłuchujemy momentami nawet dość zabawnej opowieści dwóch przyjaciół:  pijanego Mareczka (Wiesław Sławik), uznanego architekta z Sosnowca, trafiającego wbrew swej woli trafił do izby wytrzeźwień, który poirytowany chrapaniem towarzysza budzi go ze złością, i ze zdumieniem odkrywa, że na łóżku obok leży nie kto inny, a jego dawny przyjaciel z dziecinnego podwórka, a później śmiertelny wróg - Andrzejek (Wiesław Kańtoch). W spektaklu występuje jeszcze Marcin Gaweł ze katowickiego Studium Aktorskiego.

 

 

Ten literacki, paradokumentalny eksperyment ma tyleż wad, co i zalet. Głównym zarzutem wobec „Mleczarni” jest jej nadmiernie eksponowany i eksploatowany wulgarny język. Nawet jeśli się weźmie pod uwagę, iż rzecz cała dzieje się w izbie wytrzeźwień, to używanie w co drugim słowie wyrazów powszechnie uznawanych za obraźliwe, razi swoim prymitywizmem i jest wręcz obraźliwe dla widzów. Nawet tych dorosłych. Wszak teatr to salon, by nie rzec świątynia sztuki, w tym pięknego języka również, którego teatr winien być wzorcem i strażnikiem.  Niewątpliwą za to zaletą sztuki jest jej sterylnie, wręcz laboratoryjnie czysta scenografia autorstwa Marcela Sławińskiego, przypominająca momentami telewizyjny „dom wielkiego brata”. W świetnie zaprojektowanej scenicznej pustce (dwa łóżka i dwaj mężczyźni w płóciennych koszulach, których odróżniają zaledwie pary butów) Rykała zostawił on miejsce dla trzeciego bohatera - ulicy, której domy i kamienice rosną wraz z kolejnymi wspomnieniami. Zwinięte prześcieradło na łóżku wyznaczają linię torów kolejowych przy Dęblińskiej, zaś wyświetlane na ścianie izby wytrzeźwień filmowe projekcje sprawiają, że sami odbywamy spacer po zapomnianych dzielnicach dzieciństwa…

 


Na szczęście ta filmowa sekwencja obrazów w sepii nie kończy się wraz ze sztuką, ma swój ciąg dalszy w malarstwie Jacka Rykały, którego prace można było podziwiać na wernisażu, zorganizowanym tuż obok teatru, w znanej prywatnej galerii sztuki „Hortar”. Rykała jak przez szkło powiększające przybliża nam mikrokosmos Śląska - z pełną powściągliwości pasją szukając w nim poezji. Szczególnie widać to w śladach bytowania ludzkiego, którym artysta przygląda się czule. W zniszczonych przez życie starych bramach, wydeptanych stopniach schodów, wyślizganych poręczach, zaciekach na ścianach, kępkach traw rozsadzających odwieczne bruki. I konfrontuje te nostalgiczne pamiątki z brutalnymi rekwizytami codzienności, a także z melancholijnym zapisem przeszłości w starych fotografiach.


Jak dywaguje jeden z krytyków, można to wszystko nazwać „malarstwem Jacka Rykały". Ale powiedzieć „malarstwem" to zdecydowanie za mało. Bo w tym przypadku, choć wszystko bierze się z malarskiego lub malarsko-fotograficznego lub malarsko-stolarsko-szklarsko-śmieciarskiego czy co tam jeszcze zechcemy, zaczynu, to znajdujemy się na początku dłuższej, mentalnej przygody. Jakby przez świetliste albo mroczne szpary tych wszystkich bram, parkanów, drzwi do ciemnych korytarzy lub niedomkniętych okien wylewała się poza obraz owa słynna heraklitejska rzeka, do której nie sposób wejść dwa razy. Z tym jednym zastrzeżeniem, że rzeczywistość w obrazie jest zatrzymana w czasie. Unieruchomiona. Nieśmiertelna.

Jacek Rykała nie czuje się mistykiem ani nie przypisuje swoim obrazom jakiejś szczególnej, pozaestetycznej, ideologii. Po prostu maluje to, co go interesuje, choć bardzo osobiście Teatr to też obrazy - Literatura weszła w moje życie – mówi w jednym z wywiadów - wcześnie i naturalnie, podobnie jak sztuka. Mama amatorsko, ale z talentem, malowała. Interesowała się sztuką, więc w domu zawsze były albumy, a w nich różności, od wielkich dzieł po kicze, rozbudzające jednak wyobraźnię. Gdy podrosłem, pomagałem cioci, która prowadziła w pobliskiej kopalni zakładową księgarnię. Przywoziłem książki z hurtowni, więc byłem na bieżąco z literackimi nowościami. Pisanie było taką samą potrzebą jak malowanie. Artystą jestem z wykształcenia, dramaturgiem - z zamiłowania.

  

„Jego obrazy – jak przed rokiem pisała w Dzienniku Zachodnim Henryka Wach-Malicka - nie od razu miały w sobie ten nostalgiczny spokój, który dziś przysparza mu tylu wielbicieli. Wręcz odwrotnie - Jacka Rykałę zrazu inspirowało bogactwo (sic!) brzydoty. Malował stare ławki ze śpiącymi ludźmi, odrapane mury i śmietniki, pełne przedmiotów kiedyś niezbędnych, a za moment kompletnie niepotrzebnych. Światy dodane - te prawdziwe klamki, fragmenty starych mebli, tabliczki z numerami pokojów - pojawiły się później. Przyszły wraz z wędrówkami po owych domach, z których jak krew odpłynęli ludzie, ale które wciąż stały, a więc jakoś żyły... Któregoś dnia, na podłodze takiego właśnie „domu-nie domu", Jacek Rykała znalazł zdjęcie; zrobione na początku XX wieku, wyraźne, pokazujące nieznaną mu rodzinę. To była ważna minuta - zrozumiał, że zamiast malować w swoich pejzażach ludzi, powinien wklejać w nie stare fotografie. Jacek Rykała śmieje się, że jego metoda twórcza ani mu się więc nie przyśniła, ani nie wykoncypował jej w zaciszu pracowni. Na początku był fakt - realna fotografia, której bohaterom mógł nadać nowy życiorys, umieszczając ich w wyimaginowanych przez siebie krajobrazach. Nie przypuszczał nawet, jakie to będzie mieć konsekwencje. Podróżując po całym świecie - a Jacek Rykała wystawiał obrazy na kilkudziesięciu wielkich imprezach plastycznych - spotyka teraz ludzi, którzy na zdjęciach rozpoznają siebie albo swoich zmarłych przodków. Rozwijają się z tego fascynujące znajomości, czasem wręcz przyjaźnie.

 

Ale większość ludzi rodzinnych zdjęć nie szanuje; wywalają bez pardonu całe pudła starych fotografii, nie czując, że wyrzucają na zawsze kawałek siebie. Jacek Rykała zbiera je i wymyśla nowe historie, w których dziewczynki w białych sukienkach albo panowie w odświętnych garniturach mogliby się odnaleźć. Obok starych fotografii artystę fascynują także bramy zrujnowanych kamienic, fragmenty murów, urwane w połowie trawniki i zamknięte na głucho okna. Niemal zawsze okazuje się potem, że nie wybiera obiektów bez znaczenia lub bez jakiejś dramatycznej historii! Kiedyś namalował obraz "Żółta lamperia", bo zainteresował go tylko kolor obwódki wokół drzwi. Potem okazało się, że to brama do starej żydowskiej kamienicy, a kolor żółty ogrywał niezwykłą rolę w dziejach tego narodu.”


Oglądając fascynujące obrazy Jacka Rykały nie sposób oprzeć się wrażeniu, że u progu jego inspiracji stoi intuicja, która sprawia, że  często „musi on gdzieś wejść"… . A efekty tego intuicyjnego i bardzo emocjonalnego malarstwa są naprawdę porażające, są prawdziwą iluminacją.  Sprawiają że nie możemy się od niego oderwać, że sami zaczynamy zaglądać na swoje dawno zapomniane i często istniejące już tylko w naszej pamięci podwórka…


Ryszard Zaprzałka


foto by Maciej Zaprzałka oraz Teatr Śląski w Katowicach



poniedziałek, 16 czerwca 2008, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> Paleta Marty Odbierzychleb

    Malarstwo „pani od polskiego” to przede wszystkim kwiaty, pejzaże i ostatnio portrety. Aktualnie oglądać je można w nauczycielskiej Galerii „P

  • -> Cztery kobiety - cztery nie - pokoje...

    Zupełnie wyjątkowy charakter miał ostatni w tym roku wernisaż w Galerii Miejskiej BWA, zlokalizowanej pod znanym wszystkim miłośnikom sztuki adresem czyli dworc

  • -> Najstarsze istniejące...

    Tarnów ma najstarsze w Polsce muzeum diecezjalne. Placówkę założył w 1888 r. ks. Józef Bąba. W ten sposób uratował wiele bezcennych dzieł. Muzeum mieści się prz

Komentarze
2015/03/30 14:22:24
Nic a to zupełnie nic jak widać nie powstrzyma obory.


Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -