Blog > Komentarze do wpisu

-> Czy to jest miłość, czy to jest kochanie...

Mówienie o „kochaniu" nie jest sztuką. Sztuką natomiast jest robienie tego w sposób dowcipny i pikantny, dosłownie, lecz bez wulgaryzmów, z lekkim przymrużeniem oka, a jednocześnie ze świadomością jak wielką wagę przywiązuje się do tej sfery życia. I tak ten temat traktuje „Sztuka kochania, czyli sceny dla dorosłych” Zbigniewa Książka w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, spektakl jaki wczoraj we czwartek 19 czerwca dał w Mościckim Centrum Kultury Teatr STU z Krakowa, a którego premiera miała miejsce w marcu 2004 r.. W tej komedii brawurowe aktorstwo, frywolne teksty i zabawne piosenki bawią widzów bez względu na wiek, płeć czy... doświadczenie w „tych sprawach"! Podobno najlepsze scenariusze pisze samo życie, które często przypomina teatr. O tym, jak te dwie sfery ludzkiego życia przenikają się wzajemnie najlepiej świadczy niezwykłe, jak na nasze polskie obyczaje teatralne wydarzenie, jakie nie dawno miało miejsce właśnie podczas spektaklu „Sztuka kochania…” granego w Krakowie. Oto jeden z widzów Damian Dmuchowski – informatyk z Rybnika… oświadczył się swojej dziewczynie Ewie Łukaszyk – studentce z Ropy. Rzecz szeroko komentowana przez media wyglądała tak: Po antrakcie aktor Łukasz Rybarski poprosił na scenę małżeństwo. Zgłosili się Damian i Ewa. Kiedy weszli na środek, chłopak ukląkł i zaczął mówić o wielkim uczuciu, wspólnych planach i o tym, że „miłość to główny aktor w teatrze życia”. Oświadczyny zostały przyjęte, zaś cała sala odśpiewała przyszłej młodej parze „Sto lat”. W Tarnowie nic takiego się nie zdarzyło ale i tak było gorąco...



Czym jest sztuka? A czym jest kochanie? Sztuka to działalność człowieka, która ma za zadanie przedstawianie świata widzialnym, ale i odczuwalnym. Wraz z narodzinami cywilizacji ludzkiej narodziła się sztuka i miłość. Połączenie tych obu wymiarów od początku dziejów staje się przedmiot rozmów, tworząc z nich swoiste grzeszne tabu. Jego źródło twierdzi autor  „Sztuki kochania" tkwi w zbyt małej ilości słów, jakie znamy by móc rozmawiać o miłości.

„Sztuka kochania" to kabaret ludzkich marzeń – jak napisała Katarzyna Rokicka w Dzienniku Teatralnym (styczeń 2008). To scena, na której śmiejemy się z siebie z własnych pragnień, patrząc na bohaterów w krzywym zwierciadle. Wszystko po to, by opowiedzieć barwną historię o pożądaniu, zdradzie i młodości. "Sztuka kochania" przypomina o rolach, w jakich tkwią ludzie. Przypomina też, jak ciężko jest wyjść z tej roli. Jesteśmy znudzonym mężem - żoną, kochanką, matką, wulgarną prostytutką, sprytnym doktorantem polującym na naiwne studentki, poczciwą kurą domową, posłem na emigracji... I nikim więcej? W których miejscach, w jakim czasie jesteśmy sobą? Kim jesteś i jak się zachowujesz się, gdy zostajesz sam ze sobą? Czy umiesz zająć się sobą równie czule?


Mówienie o miłości okazało się wielką wygraną autora sztuki Z. Książka. Błyskotliwe i zabawne dialogi. Nieszablonowe sposoby ukazywania relacji damsko - męskich, przyciągają uwagę widzów na ponad trzy godziny. Wspaniała rola Beaty Rybotyckiej bawi do łez. Przerysowane postacie, nie pozostawiają wątpliwości widzowi, który z łatwością odgaduje, co zaraz się wydarzy. Skromna, ale dwuznaczna scenografia Doroty Ogonowskiej, taka sama w każdym akcie, znakomicie odczytuje intencje reżysera K. Jasińskiego . Podobnie jak to same zdanie wypowiadane na początku każdej sceny " Gdzie my jesteśmy?", które nie tylko bawi widzów (nawet wypowiadane po raz ósmy), ale i urasta do rangi symbolu.

I trudno nie zgodzić się z recenzentką Magdaleną Urbańską, która na łamach „Dziennika Teatralnego dywaguje, iż rozweselić widza sprośnymi dowcipami nie jest trudno. Zrobić to jednak w sposób inteligentny i nienachalny to sztuka.  „Sztuce kochania" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego miejscami się to udaje, czasem jednak niewybredny żart jest tu zbyt dosłowny. Spektakl jednak spełnia swoją najważniejszą rolę: widzowie pękają ze śmiechu, okrzykom, brawom i wyrażaniu entuzjazmu nie ma tu końca.


Przedstawienie to rodzaj kabaretu. Aktorzy nawiązują ciągły bezpośredni kontakt z widzami, żartują, wywołują ich na scenę. Jest to seria scenek rodzajowych, z których każda dzieje się w innej przestrzeni oraz z różnymi bohaterami w roli głównej. Nie są one ściśle ze sobą powiązane, a osią, wokół której krąży tematyka, jest seks. Skąpe odzienie, erotyka, tańce na rurze wywołują salwy śmiechu wśród publiczności. Scenki przeplatane są piosenkami, oczywiście okraszone erotycznym tańcem i „seksualną" tematyką. Raz jest bardziej śmiesznie, raz mniej, jednak nastrój frywolności, odrzucenia zażenowania i lekkości nie ulatuje ani na chwilę.

Jednym słowem jest, jak trafnie określiła to Joanna Targoń w „Gazecie Wyborczej”: Kolorowo, jędrnie, pieprznie i dosadnie jest w spektaklu Krzysztofa Jasińskiego. Trudno się dziwić - w końcu są to, jak głosi podtytuł, "Sceny dla dorosłych". Dorośli oglądają więc scenki-skecze o stosunkach męsko-damskich, nie bawiące się w zbędne subtelności. Gdy kobieta i mężczyzna znajdą się w jednym pomieszczeniu - myślą tylko o jednym, wiadomo o czym. I tę prostą prawdę udowadnia Zbigniew Książek w swojej sztuce, a właściwie scenariuszu przedstawienia, składającego się ze skeczy właśnie, przedzielanych piosenkami.


Krzysztof Jasiński (reżyseria) i Dorota Ogonowska (kostiumy) zrobili wszystko, by postaci i sytuacje były wyraziste, nie budzące wątpliwości i rzucające się w oczy. Kostiumy są kolorowe i przerysowane - studentka przychodząca po zaliczenie ma króciutką spódniczkę i pasiaste pończochy, pokątny biznesmen różowe lakierki, senator czerwony krawat w białe grochy, a sprzedawca noży uniform harleyowca. Panie (Beata Rybotycka i Anna Oberc) zawsze są kuszące i seksowne, panowie (Krzysztof Jędrysek i Jakub Przebindowski) - raczej
charakterystyczni. Dla wywołania radości na widowni przebiera się też aktorów za kabaretowych „dzikich" (fryzury afro, stroje w lamparta),  Krzysztofa Jędryska ubiera w damską suknię, a Annę Oberc do tańca na rurce w skórzaną sukieneczkę.

Aktorzy też grają z przytupem i wyraziście. Role zmieniają jak rękawiczki (czy raczej jak peruki i stroje); nastrój jest cały czas taki sam. Chodzi o to, żeby się zabawić, obśmiać, trochę poszydzić, rozpoznać znajome rejony, posłuchać mądrości życiowych. Nie brakuje niezbędnej chwili zadumy nad dziwnością uczuć ludzkich (melancholijna piosenka). Aktorzy szaleją po scenie - i bywają naprawdę zabawni. Bywają, bo przedstawienie jest nierówne, niektóre skecze ciągnięte za uszy, a mocne przytupywanie zatupuje dowcip.


I jeszcze jedno - oglądając spektakl, ma się wrażenie, że aktorzy bawią się nie gorzej niż publiczność, co w teatrze nie zdarza się znów zbyt często. A ta swoje zadowolenie wyrażała bardzo jednoznacznie. Spektakl, co parę minut przerywany był przez brawa, okrzyki i głośne wybuchy śmiechu. Aktorzy na koniec zostali nagrodzeni długą owacją i zmuszeni byli do bisu.

Suplementem do powyższego tekstu niech będzie wywiad jakiego udzielił autor „Sztuki kochania” Zbigniew Książek, z którym na łamach „Dziennika Polskiego” (13 marzec 2004) rozmawiał Wacław Krupiński.


Sztuka nieumiejętności kochania


Zatytułowałeś swą komedię Sztuka kochania, czyli sceny miłosne dla dorosłych - już paru autorów wcześniej napisało Ars amandi...
- Z panią Wisłocką włącznie, która usiłowała wzniecić rewolucję seksualną...

Akurat nie myślałem o niej...
- Owidiusza bym do tego nie mieszał. Moja Sztuka kochania jest przewrotną sztuką i tak naprawdę powinna się nazywać Sztuka nieumiejętności kochania. Ale trudno tak nazwać komedię. A mnie tylko taka forma interesuje na scenie. Mężczyzna z kobietą rozmawiają w kawiarni. On myśli: Och, jak bym chciał się z nią kochać, ona zaś: O, jak by to było pięknie, gdyby obdarzył mnie wielkim, romantycznym uczuciem i przynosił mi konwalie... Sam podlegam podobnym sytuacjom.

Chcesz powiedzieć, że to sztuka autobiograficzna?
- Odpowiedź może być tylko jedna - w dużej mierze są to marzenia o tym, by coś takiego się przydarzyło. Jak wiesz, jestem wierny jednej kobiecie, co nie znaczy, że patrząc na niektóre damy, nie mam rozmaitych myśli.

I co w tym śmiesznego?
- Zobaczysz. Na spektaklach przedpremierowych dochodziło do bardzo żywiołowych reakcji na to, co dzieje się na scenie; wręcz do aktów histerii ze śmiechu.

Dalej nie rozumiem, z czego tu się śmiać?
- Stwórca, który to wszystko wymyślił, wmontował nas w niezły bałagan - dając możliwość autoanalizy, rozumienia samego siebie, ale zarazem obdarzając zmysłami, które nami miotają bez względu na ocenę naszych reakcji przez mózg. Podniecenie faceta jest niezależne od niego. Czy tego chce czy nie, reaguje jak samczyk. I tak dochodzimy do najważniejszej rzeczy wracając do ars amandi; naprawdę istnieje coś takiego jak miłość - to jedna z najmocniejszych sił istniejących na świecie, a i, bywa, jedna z najpiękniejszych. Oprócz wspomnianych samczykowatych, biologicznych zachowań są te poetyczne i duchowe. Bywa więc z nami w tej materii co najmniej różnie. Często bardzo śmiesznie i groteskowo. I to mnie fascynuje, i to pokazuję. Chyba trafnie, skoro widzowie odnajdują w tych scenkach siebie.

Bo ta komedia to właśnie zestaw scen...
- Od lat drażnią mnie linearne opowiastki, zawiązanie intrygi, kulminacja itd. Już teraz wiem, czemu tak bardzo porwał mnie przed laty Cortazar budową swojej Gry w klasy albo dlaczego tak mnie urzekli niegdyś neorealiści filmami etiudowymi.

Spektakl, od tygodni pokazywany, premierę ma dopiero teraz...
- Bo reżyser Krzysztof Jasiński wciąż coś zmienia, m.in. redukując efekty komiczne, bo spektakl 90-minutowy trwał już o godzinę dłużej, jako że aktorzy nie mogli grać, czekając aż umilknie śmiech widowni. A Krzysztof chce tym spektaklem coś rozsądnego powiedzieć, a nie tylko bawić. To, jak sądzę, jedna z jego najciekawszych inscenizacji. Włożył w nią nie tylko swój sposób widzenia teatru, ale i, jak sądzę, obnażył swoje poglądy na temat ars amandi, seksu...

I obsadził Beatę Rybotycką, swoją żonę.
- Aktorsko jest w ogóle wspaniale; z jednej strony świetna, dojrzała, obdarzona cudowną vis comica Beata, z drugiej - niedawna absolwentka PWST Anna Oberc.

Pięknie obroniła się w złym skądinąd spektaklu Śleboda...
- Teraz zobaczył ją w którymś z przedpremierowych spektakli Zbyszek Wodecki, po czym orzekł: Będzie pani wielką gwiazdą teatru i filmu polskiego. I myślę, że powiedział prawdę. Jakiż ta dziewczyna ma potencjał, jakie bogactwo środków wyrazu! A przy tym to piękna aktorka i bardzo sexy. Są sceny, w których ubrana jest bardzo odważnie i panowie patrzą na nią tak, jakby byli postaciami, z których zarazem się śmieją.

Granymi przez Krzysztofa Jędryska...
- To kolejny talent komiczny. Podoba mi się też młody aktor Jakub Przebindowski, zarazem autor muzyki, bo w spektaklu są i świetne piosenki.

Jak to u Zbigniewa Książka, który piosenki od lat pisze, a w młodości i śpiewał?
- Młodość usprawiedliwia nie takie rzeczy.

Sceny dla dorosłych - to podtytuł dla celów marketingowych?
- Nie. To jest sztuka dla dorosłych. Skoro jesteśmy w alkowie, skoro mówimy np. o orgazmie, to trzeba mieć trochę doświadczeń, by wiedzieć, z czego się śmiać.

Jak wiem, w Gdyni jest grana wcześniejsza wersja tej komedii...
- Nie chwaląc się, powiem, że bilety są sprzedane na trzy miesiące naprzód. Widać, bardzo nam wszystkim potrzeba komediowego katharsis. Kiedy kończy się spektakl i widzę spłakanych ze śmiechu widzów - naprawdę czuję radość. I wierzę, że w Krakowie będzie podobnie.


Oprac. Ryszard Zaprzałka


foto ze zbiorów Teatru STU w Krakowie



piątek, 20 czerwca 2008, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> Tarnów ma budżet na 2013 rok

    Teatr za tak małe pieniądze to jest parodia teatru - Ewelina Pietrowiak.  Zdecydowali o tym radni podczas sesji 20 grudnia. Za budżetem zagłoso

  • -> Pytania o sens

    Do repertuaru Teatru im. L. Solskiego w Tarnowie końcem października dołączyło nowe przedstawienie – „Piosenki o wierze i poświęceniu” Przemys

  • -> „Brzydal"

    Teatr im. L. Solskiego w Tarnowie zaprosił w sobotę 30 listopada 2012 o godz. 18.00 na kolejną premierę (studencką) w 59 sezonie artystycznym. Tym razem na Małe



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -