Blog > Komentarze do wpisu

-> Grażyna Auguścik: Lubię smutasów

Jedna z najlepszych polskich wokalistek jazzowych wydała właśnie swoją nową, pełną brazylijskich rytmów płytę "Andança" i przyleciała z Chicago do Polski na koncerty. Podczas trwającej właśnie polskiej trasy koncertowej Auguścik zagrała już w Krakowie, Wrocławiu, Kielcach i Tarnowie (o czym piszemy w Pegazie obok - przyp. red. TKK). Wystąpi jeszcze w Siedlcach, Warszawie, Łomiankach, Gorzowie Wielkopolskim, Poznaniu i Łodzi.



Fot. Amanda Temple / GMA Records Group


- Znam muzyka, który grał dla Ala Capone. Wspominał: "Albo to będzie koniec mojej kariery, albo będzie OK". Po koncercie jakiś gangster włożył mu do kontrabasu 50 dolarów. Nazywa się Johnny Frigo i gra do dzisiaj - opowiada Grażyna Auguścik.

Grażyna Auguścik to idealny przykład artystki, która sławę zawdzięcza przede wszystkim konsekwentnej realizacji marzeń i ciężkiej pracy. Jednocześnie śpiewa, komponuje, prowadzi własne wydawnictwo muzyczne, samodzielnie zajmuje się produkcją i promocją płyt. W Stanach Zjednoczonych, gdzie proponowano jej przyjęcia pseudonimu Grace August, mieszka już od 20 lat. Uważana jest za jedną z najwybitniejszych polskich wokalistek jazzowych, świetnie czuje się jednak także w tradycyjnych polskich pieśniach (np. kolędach), folklorze (na jej płytach znajdziemy mazurki czy oberki), ale też standardach jazzowych i rockowych projektach, a nawet w brazylijskiej muzyce, której poświęciła swą najnowszą płytę "Andança", nagraną wraz ze śpiewającym gitarzystą Paulinho Garcią. Zebrała świetne recenzje - amerykańskim krytykom nie przeszkadza nawet to, że śpiewa na niej w trzech językach: po portugalsku, polsku i angielsku. W USA właśnie trwa oficjalna promocja płyty, a piosenek Auguścik i Garcii można posłuchać w ponad 500 rozgłośniach radiowych.

Rozmowa z Grażyną Auguścik

Mariusz Wiatrak: Kiedy jeden z amerykańskich recenzentów pisał o Pani nowej płycie "Andança", użył takich przymiotników: dusza, piękno, poezja. Brzmi poważnie.

Grażyna Auguścik: Bo to ciepła muzyka. Często przemycam nostalgię w swoich projektach, ale ta jest radosna i ma dobra energię. Pewnie dlatego, że pochodzi z ciepłego kraju.

Na płycie pojawią się teksty w trzech językach: po portugalsku, polsku i angielsku. Jak doliczymy do tego scat, to wychodzi nam wielojęzyczny album.

- Portugalski jest bardzo wdzięczny do śpiewania, polski zresztą też ma w sobie sporo melodii. Myślę, że odbiorcy, który nie zna polskiego języka, zupełnie nie przeszkadza to szeleszczenie - te wszystkie "rz", "sz", "ą", "ę". W portugalskim mamy podobne spółgłoski i jest mi je łatwiej wymawiać, a scat to język stworzony na potrzeby jazzu. Język to kolor i ta różnorodność jest ciekawa dla muzyki i jej interpretacji.

Amerykańscy krytycy też chyba nie mają nic przeciwko. Nawet nie przeszkadza im to, że niewiele rozumieją.

- Polski to mój pierwszy język i nie mam zamiaru z niego rezygnować. Poza tym śpiewam bez używania amerykańskich naleciałości, w rhythm'n'blusie dużo się przeciąga, na samogłoskach rodzi się sporo ozdobników - w języku polskim nie brzmi to dobrze. Śpiewam prosto i bez ekwilibrystycznych popisów. Jazz jest muzyką improwizacji i język też spełnia taką funkcję. Improwizując scatem, używam sylab, które zapożyczam od instrumentalistów. Oczywiście na głos brzmi to zupełnie inaczej, improwizacja scatem to forma ekspresji.

Amerykanie dalej łamią sobie język, wymawiając Pani nazwisko.

- Czasami im pomagam i używam fonetycznej pisowni na płytach. Kiedy robię promocje radiowe, muszę wspierać radiowców, bo czasem ich wymowa do niczego nie jest podobna. Ale nie przeszkadza mi to, niech sobie je wymawiają, jak im się podoba.

To dlatego nie rozmawiam teraz z Grace August?

- Nigdy bym się na to nie zgodziła! To właśnie Amerykanie odwiedli mnie od tego pomysłu. Przynajmniej wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Kiedy fani na koncertach pytają, gdzie można mnie posłuchać, zawsze odpowiadam: "Otwórzcie gazetę, to najdziwniejsze nazwisko i imię na pewno będzie moje".

Jeden z fanów napisał w internecie, że świetnie wyczuwa Pani takie niuanse jak muzyka, miłość i rytm.

- Bo muzyka to miłość, a miłość to życie. Sama czasami jestem zaskoczona tym, jak ludzie odbierają moje interpretacje. Śpiewam bardzo różne rzeczy, biorę udział w bardzo różnych projektach, nagrywam różne płyty i "Andança" to nie jest jazz, to muzyka brazylijska. Jazz właściwie ją zaadoptował jako kolejny rodzaj, gatunek. Paulinho twierdzi, że nie powinniśmy tego nazywać muzyką jazzową, to muzyka brazylijska. I ma rację.

Jak pani znalazła wspólny język z Garcią? Pochodzicie przecież z dwóch kompletnie różnych światów.

- Być może polska muzyka ma niewiele wspólnego z muzyką brazylijską, ale jest równie melodyjna. Kiedy gramy utwory po polsku, one brzmią, jakby były rodem z Brazylii. Czy to jest standard amerykański, jakakolwiek piosenka z innego kraju - Paulinho interpretuje je z innym feelingiem, który przez wielu z nas jest kompletnie nieznany i na pewno go nie posiadamy. On się z nim urodził, w innej szerokości geograficznej. Nauczyłam się bardzo wiele od niego i obecnie nasze wspólne śpiewanie jest dla mnie naturalne, ale przyznam, że wiele rytmów nie było dla mnie oczywistych i zrozumiałych, na początku naszej współpracy.

Pani w swoim śpiewie też wszystko filtruje przez polską kulturę?

- Mój głos brzmi kompletnie inaczej i nie śpiewam tak jak Brazylijki.

Jak Murzynki zresztą też nie. Jeden z amerykańskich recenzentów podkreślił to, że nie brzmi Pani jak kolejna kopia Sary Vaughan.

- To byłby podstawowy błąd. Oczywiście że można i trzeba się uczyć od największych. Bardzo lubię czarną muzykę, ale nigdy nawet nie zbliżę się do interpretacji czarnych wokalistów. Mogłabym jedynie próbować ich kopiować, wciąż jednak byłaby to kopia i to dosyć marna. Najważniejsze jest znaleźć swój sposób wyrażania emocji, interpretacji i pozostać sobą na tyle, na ile to jest możliwe. Nie ukrywam, że pierwszą nauczycielką jazzowego śpiewania była dla mnie Ella Fitzgerald. Był taki czas, kiedy uczyłam się właściwie tylko od niej, znam niemal jej wszystkie improwizacje, ale wiedziałam, że nigdy nie będę brzmiała tak jak ona. Byłam też kiedyś pod wpływem Cheta Bakera - pasował mi jego niezwykle melancholijny, smutny, wręcz depresyjny nastrój. Tym smutkiem i frazowaniem mogłam napawać się w nieskończoność. Mój głos, barwa i myślenie nie może być jednak takie samo, jestem z kompletnie innej części świata. I ciekawe jest to, że im robię się starsza, tym wyraźniej wracam do swoich korzeni. Nie znaczy to oczywiście, że na siłę utożsamiam się z polską muzyką, bardziej z nastrojem - my, Polacy, mamy w sobie bardzo dużo melancholii. Do tej pory lubię smutasów.

Ale lubi też Pani rock'n'rolla i to słychać.

- Gram z młodymi ludźmi. Muzycy z mojego zespołu mają po dwadzieścia kilka lat, są zdolni, kreatywni, nieskażeni i otwarci na nowe pomysły. Robią niebywałe postępy w krótkim czasie, aż trudno w to uwierzyć. Respektują starą muzykę, ale żyją w innych czasach i mają również swoją - i stad biorą się nowe elementy w ich graniu. Wspólnie na tym korzystamy.

Nie kuszą Pani wielkie nazwiska?

- Pewnie z nimi też by się fajnie grało, ale tym sławnym już się chyba trochę nie chce eksperymentować. Zagrali już wszystko i ja osobiście mogę wymienić tylko dwóch, z którymi bym naprawdę chciałam zagrać - to Bill Frisell i Marc Ribot. Kocham ich za kreatywność. Ribot zagrał już chyba wszystko, mimo to cały czas eksperymentuje. A te wielkie nazwiska? Pewnie by mi było łatwiej sprzedać płytę, zorganizować trasę koncertową i znaleźć sponsora, ale nie czułabym się w takiej sytuacji komfortowo. Nie oszukujmy się: gwiazdy są wymagające i drogie.

A może Pani lubi być po prostu liderką?

- Gram też przecież w zespołach, w których jestem jednym z członków formacji. Nie przeszkadza mi to. Z rolą lidera wiąże się duża odpowiedzialność - zarówno od strony muzycznej, jak i organizacyjnej. Wiem, jakie to trudne, i wiem też, jak bardzo komfortowa może być sytuacja, kiedy możesz sobie bez stresów pośpiewać. Lider martwi się o cały zespół. Nie przepadam za światłem punktowca, a moim marzeniem jest zagrać za kotarą. To mój pomysł na scenografię. Chociaż zrobił to tylko jeden zespół Gotan Project i powód jest prosty - wtedy po prostu nie widać tego całego bałaganu na scenie.

A gdyby Pani nie wyjechała nigdy z Polski, robilibyśmy dzisiaj ten wywiad?

- Powtarzam to może trochę do znudzenia, ale reprezentuję tzw. underground. Mam swoich wyselekcjonowanych fanów, to nie jest masowa publiczność. Nie wiem, jakby się ułożyło moje dalsze muzyczne życie w Polsce, na pewno bym śpiewała, nie wiem tylko, czy tak różne rzeczy. Możliwość spotkania ludzi z bardzo różnych części świata prowokuje do szukania i odkrywania. Pewnie, że są tacy, którzy przez całe życie grają to samo, a mnie z kolei ktoś może zarzucić tę różnorodność. Dlaczego raz muzyka brazylijska, alternatywna i jeszcze jakiś projekt z didżejem? Najwidoczniej ten niepokój mnie napędza i rodzą się kolejne pomysły.

Nie da się jednak ukryć, że Chicago to kulturalny tygiel. Nie brakuje tam ani świetnych muzyków, ani szkół, w których można się nauczyć grania. W Polsce już nie jest tak kolorowo.

- Myślę, że coraz mniej. Powstają nowe szkoły muzyczne, muzycy podróżują po świecie, mogą zdobyć wiedzę w wielu miejscach poza krajem. Świat stał się otwarty, coraz mniejszy i bardziej dostępny. Mamy bardzo wielu świetnych muzyków. Na pewno w Polsce nie nagrałabym płyty z muzyką brazylijską, bo nie spotkałabym Paulinha Garcii. Byłabym inna i pewnie robiłabym inne rzeczy. Od wielu lat Polskę odwiedzają wszyscy najwięksi i ciekawi muzycy, i to również nie jest bez wpływu na to, co dzieje się w kraju.

Ma Pani też własną wytwórnię.

- Tam powstają wszystkie moje projekty. Zaczęłam dosyć wcześnie, bo w 1996 r. Przy okazji swojej pierwszej płyty "Don't Let Me Go" rzeczywiście myślałam o tym, żeby ktoś ją wydał, ale nie było to takie proste. 10 lat temu śpiewanie z akcentem i pod dziwnie brzmiącym nazwiskiem nie było moim najmocniejszym atutem. Szybko się zorientowałam, że wysyłanie płyt demo i czekania na odpowiedź bez konkretnych znajomości i układów to strata czasu. Wtedy zdecydowałam się na założenie własnej firmy. Ma to jednak swoje minusy: za każdym razem przybywa mi więcej obowiązków, mam na głowie sporo spraw biznesowych i marnuję czas na rzeczy, którym nie do końca po drodze z muzyką. Z każdą płytą przybywa mi coraz więcej odbiorców. Od wielu lat wykorzystuję internet do celów promocyjnych i dystrybucje w Stanach prowadzę wyłącznie przez internet. Nawet w Chicago, dziewięciomilionowej metropolii, nie ma już takich miejsc jak Tower Records czy Virgin Records. To były wielkie sklepy z płytami. Sama zresztą kupuję albumy przez internet albo zamawiam online przez iTune. Ale już na przykład Second Life to dla mnie zupełna abstrakcja.

Czyli koncertu w Second Life spodziewać się raczej nie możemy?

- Ktoś by mi musiał w tym pomóc i stworzyć awatara. Chętnie bym się zgodziła, ale później jeszcze tym awatarem trzeba by się opiekować. Chyba nie spałabym wtedy, bo wyłączony byłby jakiś taki... nieżywy i nieobecny.

Kultowy klub Get Me High w Chicago swoje najlepsze lata świetności miał w czasach, kiedy w okolicy roiło się od gangsterów i dealerów narkotyków. Teraz jest tam dzielnica dla bogaczy i miejsce ponoć wymarło.

- To ciekawe: z jednej strony są pewne grupy społeczne, które utożsamiają się na przykład z Dianą Krall czy Chrisem Botti, bo są to wypromowane nazwiska, a z drugiej zamyka się w Stanach Zjednoczonych kluby z autentyczną muzyką jazzową. A to tam właśnie powstawał jazz - w zadymionym klubie przy brzęku szklanek z alkoholem. Takie kluby jeszcze istnieją, ale jest ich coraz mniej. Blue Note i Villlage Vanguard w Nowym Jorku już dawno zostały przemielone przez komercję, widzów wyrzuca się po godzinie i 10 minutach, bo czekają następni. Jak w fabryce. Prawdziwym ewenementem do dzisiaj jest Green Mill w Chicago, istniejący około 100 lat - na początku był klubem dziennikarzy, bo w tym samym budynku mieściła się wytwórnia filmów niemych i pamięta jeszcze czasy, kiedy ludzie jeździli na koniach. W latach 20. przejął go Al Capone i zaczęły się tam odbywać kabarety, pojawił się jazz. Znam muzyka, który grał dla Capone. Wspominał: "Albo to będzie koniec mojej kariery, albo będzie OK.". Po koncercie jakiś gangster od Capone włożył mu do kontrabasu 50 dolarów. Nazywa się Johnny Frigo i gra do dzisiaj. Green Mill nie sprzedaje żadnych gadżetów z nazwą klubu - długopisów, koszulek itp. Są za to w miarę tanie wejściówki i niedrogie drinki. Właściciel - Dave Jemilo, jest polskiego pochodzenia; wychodzi z założenia, że i tak wyjdzie na swoje. Duch Capone wciąż przyciąga zainteresowanych, nie przyjmują tam żadnych rezerwacji stolików, przyjdziesz to posłuchasz, jak nie znajdziesz miejsca, to będziesz musiał poczekać na zewnątrz. Tygodniowo odbywa się tam 10 różnych show przy pełnej sali. Lubię tam grać i czuję się komfortowo. W końcu jestem częścią rodziny tego klubu, bo współpracuję z nim od wielu lat.

Nie chciałaby Pani wrócić do Polski?

- Jestem obecna w kraju cały czas, gram kilka razy w roku trasy koncertowe, albo pojedyncze koncerty. Nie wiem, kiedy, ale jak już zrealizuję wszystkie swoje projekty - a mam jeszcze kilka pomysłów - to wrócę. Potrzebuję czasu, żeby móc nad nimi popracować. Na razie czeka mnie trasa, promocja, wyjazdy. Nie da się z jednej atmosfery przeskakiwać w drugą. Muszę wyciszyć emocje.



Mariusz Wiatrak

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków



Więcej informacji na www.grazynaauguscik.com





sobota, 19 kwietnia 2008, tarnowski_kurier_kulturalny

Polecane wpisy

  • -> WENUS Z KRAJU TULIPANÓW (felieton nr 99)

    Było to 42 lata temu. W styczniu 1970 roku piosenka Venus mało znanej w Ameryce holenderskiej grupy Shocking Blue weszła na listę bestsellerów singlowych magaz

  • -> Skład Kultury

    14 grudnia odbędzie się kolejny koncert z cyklu Skład Kultury, którego organizatorem jest Tarnowskie Centrum Kultury. Gospodarzem imprezy będzie tarnowski zespó

  • -> PROWOKACYJNY DEBIUT (felieton nr 98)

    16 czerwca minęło 40 lat od dnia, w którym ukazał się pierwszy album Roxy Music - zespołu, który w dziejach rocka był uważany za glamrockowy, progresywny, artro



Znajdziesz nas w Google+




WSPARCIE DLA MATYSKA










Pegazem po Tarnowie 512

Tarnowski Teatr kończy sezon bez personalnych rewolucji. W nowy wejdzie z odrobinę mniejszym zespołem - aktorzy Jolanta Januszówna i Jerzy Ogrodnicki przechodzą na emeryturę. E. Pietrowiak, dyrektor artystyczna tarnowskiej sceny, bacznie przygląda się absolwentom szkół teatralnych, ale na razie nie zamierza powiększać etatowego zespołu. Gotowa jest też lista osób, które mają tworzyć reaktywowaną po latach Radę Artystyczną Teatru Solskiego. W jej składzie znajdą się m.in. aktorzy tarnowskiej sceny oraz… M. Smolis, związany z warszawskim Teatrem Syrena. Za nami również Debata Finałowa pomiędzy II LO i XVI LO, której przewodnią tezą był: „Tarnów to miasto sprzyjające młodym ludziom”. Całość tego oryginalnego projektu edukacyjnego (współfinansowany przez Szwajcarię), realizowanego w Tarnowie, to głównie zasługa stosunkowo młodego tarnowskiego Stowarzyszenia KANON, któremu przewodzą Iwona i Dariusz Snopkowscy. Zgodnie ze zasadą przyjętą w Tarnowskiej Lidze Debatanckiej, na godzinę przed pojedynkiem odbyło się losowanie stron. XVI LO przypadło bronienie tezy, II LO natomiast jej oskarżanie. A w Loży mędrców zasiedli m.in. prezydent Tarnowa R. Ścigała, redaktor naczelny Temi T. Bałchanowski i szef Działu promocji Radia RDN Małopolska M. Biedroń. Stosunkiem głosów 2:5 (małe punkty: 728:807) Loża opowiedziała się po stronie opozycji w tej debacie czyli II LO. Tym samym tytuł Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej przypadł II Liceum Ogólnokształcącemu, XVI Liceum Ogólnokształcące im. Armii Krajowej zdobyło drugie miejsce. Należy przypomnieć, iż trzecie miejsce w rozgrywkach zajął Zespół Szkół Ekonomiczno - Gastronomicznych w Tarnowie. Już teraz Organizatorzy zapraszają na UROCZYSTĄ GALĘ w tarnowskim teatrze planowaną na 18-go czerwca, na której nastąpi wręczenie Pucharu Mistrza Tarnowskiej Ligi Debatanckiej, medali oraz pamiątkowych prezentów dla wszystkich uczestników projektu. Już po raz drugi w Tarnowie, w ramach obchodów Światowego Dnia Rozwoju Kultury, odbyła się „Doba Dla Kultury”. W trakcie „Doby” w dniach 31 maja (piątek) – 1 czerwca (sobota) można było, m.in.: zwiedzić kabiny projekcyjne Kina Marzenie, zobaczyć scenę „z drugiej strony” w tarnowskim Teatrze, spotkać się z M. Świetlickim i wziąć udział w koncercie „Świetlików” w Pałacyku Strzeleckim. Ponadto, spotkać się z postaciami z bajek na pikniku dla najmłodszych w Parku Strzeleckim, wziąć udział w warsztatach radiowych i telewizyjnych, uczestniczyć w próbie warsztatów wokalnych w TCK, zwiedzić introligatornię i dział starodruków MBP, zobaczyć wystawy w BWA, Muzeum Etnograficznym, siedzibie ZPAP, Galerii Aniołowo, Izbie Pamięci Światowego Związku Żołnierzy AK, zwiedzić Dworek Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. We wszystkich instytucjach biorących udział w „Dobie dla Kultury” można było zbierać okolicznościowe „stemple uczestnika”. Dla najaktywniejszych przewidziano nagrody. Miniony tydzień zakończył pierwszo czerwcowy, niestety deszczowy, blok imprez związanych z Dniem Dziecka, którego artystyczną dominantą był rozpoczynający się właśnie tego dnia w tarnowskim teatrze V Festiwal Spektakli Dziecięcych Mała Talia. Blisko 5000 dzieci z regionu tarnowskiego będzie miało okazję zobaczyć 5 tytułów zaprezentowanych przez aktorów z Rzeszowa, Częstochowy, Rabki i Tarnowa. Kończąc odnotujmy jeszcze symboliczną wizytę w Tarnowie najstarszego ocalałego z getta tarnowskiego Żyda 87 – letniego Leo Kleina…



Z cyklu o tym i owym 162 czyli urodziny województwa...

Onegdaj, w sobotę województwo tarnowskie obchodziłoby 38. urodziny. Obchodziłoby, gdyby nie przestało istnieć. Stało się tak w wyniku reformy administracyjnej z 1stycznia1999 roku. W tym momencie na jego terenie mieszkało ponad 700 tys. ludzi. Dokładnie 1 czerwca 1975 Tarnów stał się stolicą nowo utworzonego województwa tarnowskiego. Graniczyło ono z województwami: krakowskim, kieleckim, tarnobrzeskim, rzeszowskim, krośnieńskim i nowosądeckim. 86 lat temu, dokładnie 4 czerwca, odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum Miejskiego. Józef Jakubowski, drugi zastępca burmistrza Juliana Kryplewskiego, 7 stycznia 1927 roku złożył Radzie Miejskiej propozycję powołania „Muzeum Miasta Tarnowa”. Sześć dni później szanowne grono rajców jednogłośnie projekt przyjęło. Wspomniana uchwała rady z 13stycznia 1927 roku przewidywała przekazanie na cele muzeum dwóch pokoi na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Krakowskiej 12, będącej własnością tzw. funduszu teatralnego (dziś mało kto pamięta, że to przy Krakowskiej w Tarnowie stanąć miał teatr). Pomieszczenia muzealne wyremontowano, po czym Józef Jakubowski przeniósł doń archiwum miejskie wraz z przejętymi depozytami. Żywe zainteresowanie tarnowskiej prasy towarzyszyło czteromiesięcznym przygotowaniom do uroczystego otwarcia ekspozycji, które nastąpiło wobec zgromadzonych przedstawicieli władz miasta 4 czerwca1927roku. Tarnowianie zaś mogli zwiedzać wystawę od dnia następnego. Inwentarz „Muzeum Miasta Tarnowa” pozwala określić charakterystykę zbiorów. Największy był zespół dokumentów dotyczących historii miasta, ważną część zasobów stanowiły przedmioty związane z dziejami miasta. (pik – za muzeum.tarnow.pl itarnow.pl)





NOWA ODSŁONA!













tarnowski kurier kulturalny:







- - - - -